

Po drugiej stronie książki
Ewa Popielarz
Podcast o pracy korektora. Zabiorę Cię za kulisy świata książek i tekstu. Zobaczysz, gdzie się kryją błędy, i przekonasz się, czy korekta to zawód dla Ciebie. Zapraszam – Ewa Popielarz.
Episodes
Mentioned books

Feb 23, 2021 • 43min
PDSK#014 Gdzie szukać zleceń i jak je zdobywać – historie sukcesu kursantów Akademii korekty tekstu (podcast)
W lutym roku 2020 z duszą na ramieniu uruchamiałam pierwszą edycję Akademii korekty tekstu – mojego kursu internetowego przygotowującego do zawodu korektora. W lutym 2021 roku z łezką w oku słucham nagrań absolwentów Akademii opowiadających o swoich sukcesach w świecie wydawniczym. W ciągu zaledwie roku 230 osób opuściło szeregi Akademii. Choć „opuściło” to złe słowo, bo nasz kontakt wcale się nie urywa po upływie dwóch kursowych miesięcy. Przed nami wszystkimi jeszcze mnóstwo pracy, ale w zawodzie korektora nauka nigdy się nie kończy. Mimo to już dziś wielu kursantów może się pochwalić sukcesami i faktem, że zarabiają na tym, co lubią, czyli na czytaniu i zmienianiu tekstów na lepsze.
Posłuchajcie historii ośmiu absolwentek Akademii korekty tekstu. Opowiedziały w nich nie tylko o tym, jakie zlecenia udało im się wykonać, ale też – jak te zlecenia zdobyły. Zobaczycie, że czasem naprawdę niewiele trzeba, żeby plany i marzenia stały się rzeczywistością.
Subskrybuj: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | Inne
Montaż: Kamil Dudziński
Transkrypcja: Ola Barszcz
Goście odcinka
Karolina Fronc
Uwielbiam pracę ze słowami, mam frajdę z ustawiania na miejsce niesfornych przecinków i podstępnych literówek. Chętnie pracuję nad przepisami kulinarnymi, artykułami z zakresu parentingu, rozwoju osobistego, ale nie stronię też od tekstów prawniczych.
karolina.j.fronc@gmail.com
https://www.karolinafronc.com/
https://www.instagram.com/karolina.fronc.korekty/
Marzena Szymanowska-Pietrzyk
Zajmuję się redakcją, korektą i transkrypcją, a prywatnie jestem miłośniczką kotów, krzyżówek i książek Kinga. Biorę udział w mistrzostwach szaradziarskich, teleturniejach i umiem mówić od tyłu 😉
m.szymanowskapietrzyk@gmail.com
facebook.com/marzena.szymanowska.pietrzyk
Barbara Wrona
Jestem korektorką z zamiłowaniem do poprawności językowej. Pomagam tekstom (wpisy blogowe i na IG, materiały reklamowe, e-booki i inne) zaistnieć NA NOWO.
kontakt@tekstnanowo.pl
https://tekstnanowo.pl/
https://www.instagram.com/tekstnanowo/
Dorota Kopeć
Autorka notatniko-poradnika dla kobiet w ciąży. Coraz lepsza korektorka, z każdym dniem jeszcze bardziej zakochana w tekstach.
https://www.notatkizpierwszychdni.pl
https://www.facebook.com/notatki.shop
Agnieszka Kosińska
Z wykształcenia kocham liczby, z zamiłowania fascynują mnie słowa. Test talentów mówi, że jestem maksymalistką, a ja nie zaprzeczam, tylko podwijam rękawy i biorę się do pracy, bo redakcje i korekty same się nie zrobią. Matematyka i zagadnienia finansowe to tematy, które lubię najbardziej.
halo@niestatystyczna.pl
https://niestatystyczna.pl/
https://www.instagram.com/a_niestatystyczna/
Marianna Chłopek-Labo
Pomagam w tworzeniu dobrych tekstów. Pracuję jako redaktorka i korektorka oraz twórca treści.
marianna@slownosci.pl
slownosci.pl
https://www.facebook.com/slownosci
https://www.instagram.com/slownosci/
Kinga Dąbrowicz
Do niedawna copywriterka i transkrybentka, obecnie zajmuję się wyłącznie redakcją i korektą. Ze względu na swoje doświadczenie specjalizuję się w tekstach poradnikowych pisanych przez blogerów i influencerów. Nie boję się nowych wyzwań, dlatego chętnie podejmuję się sprawdzania również innego typu tekstów – także beletrystyki.
dabrowicz.kinga@gmail.com
https://instagram.com/kinga.dabrowicz
Beata Kupczyk
Doktor językoznawstwa, korektor, redaktor, a do tego tłumacz i lektor języka niemieckiego. W Internecie działam jako Prokropka.
beata@prokropka.pl
https://prokropka.pl/
https://www.instagram.com/prokr.opka/?hl=pl
https://www.linkedin.com/in/beata-kupczyk-a1338b1b5/
Transkrypcja podcastu #014 Gdzie szukać zleceń i jak je zdobywać – historie sukcesu kursantów Akademii korekty tekstu
Redakcja transkrypcji: Ewelina CzempikKorekta: Adrian Gawin
W lutym 2020 roku z duszą na ramieniu startowałam z pierwszą edycją Akademii korekty tekstu – mojego kursu internetowego przygotowującego do zawodu korektora. Zaledwie rok później, w lutym 2021 roku, z łezką w oku słucham nagrań absolwentów Akademii, którzy opowiadają o swoich sukcesach w świecie wydawniczym. W ciągu 12 miesięcy aż 280 osób opuściło szeregi Akademii. Choć „opuściło” to niewłaściwe słowo, bo nasz kontakt wcale się nie urywa po upływie dwóch kursowych miesięcy. Przed nami wszystkimi jeszcze mnóstwo pracy, bo w zawodzie korektora nauka nigdy się nie kończy. Mimo to już dziś z dumą patrzę na sukcesy wielu kursantów. Zarabiają na tym, co lubią robić – na czytaniu i ulepszaniu tekstów.
Poznacie historię ośmiu absolwentek Akademii korekty tekstu. Każda z nich opowiedziała nie tylko o tym, jakie zlecenia już wykonała, ale też – jak je zdobyła. Zobaczycie, że spełnienie marzeń jest bliżej, niż myślicie. Czasem naprawdę niewiele trzeba, by zmienić je w rzeczywistość.
Poczekaj, przypomnij, działaj! Sekrety zdobywania zleceń – historia Karoliny
Karolina Fronc: Ukończyłam drugą edycję AKT. Najbardziej dumna jestem ze współpracy z Fundacją Medycyny Prenatalnej im. Ernesta Wójcickiego. Inicjatywa tej fundacji jest mi bliska, więc odezwałam się do założycielki (Nicole Sochacki-Wójcickiej, znanej jako Mama Ginekolog) i zaproponowałam pomoc w redakcji i korekcie e-booków, które co jakiś czas organizacja wydaje. Nicola podziękowała za zainteresowanie i obiecała, że będzie o mnie pamiętać. I… nastała cisza w kontakcie. Ja w tym czasie nie spoczęłam na laurach, dalej szlifowałam swój warsztat. Niedługo później dowiedziałam się, że trwają przygotowania do wydania kolejnego e-booka. Tego samego dnia oglądałam webinar Ewy, w którym gościła Agnieszkę Skupińską. Ich rozmowa dała mi ogromnego powera do działania i ponownie skontaktowałam się z Nicole, proponując swoją pomoc. Byłam gotowa na odmowę, a stało się coś zupełnie innego – Nicole skontaktowała mnie z Gosią (z fundacji) i nawiązaliśmy współpracę. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia wykonałam redakcję oraz korektę e-booka „Tradycyjne dania na rodzinne spotkania”.
EP: Wiecie, co jest kluczowe w historii Karoliny? To, że po pierwszej próbie kontaktu się nie poddała, choć usłyszała typowe: „Dziękujemy, odezwiemy się”. Karolina nie spoczęła na laurach – śledziła aktywności fundacji, czekała na odpowiedni moment i kiedy tylko w sieci padło hasło „e-book”, od razu napisała do Nicole z przypomnieniem o swojej propozycji. I się udało! Jej nazwisko znalazło się w e-booku, który trafił do tysięcy czytelników.
Zdarza się, że autor czy wydawnictwo milczą, ale nie oznacza to, że nas nie chcą. Instytucje i prywatni klienci mają mnóstwo spraw na głowie (jak każdy z nas) i po prostu zapominają o kontaktach, które nie są im w danym momencie potrzebne. Nie ma sensu być nachalnym, jednak gdy nadarza się okazja, warto o sobie przypomnieć. Nic na tym nie tracimy, a możemy wiele zyskać.
Od fryzjera do wydawnictwa – historia Marzeny
Marzena Szymanowska: Od zawsze lubiłam czytać książki, nauka języków obcych nie sprawiała mi problemów, więc wybrałam studia na kierunku lingwistyka stosowana. Po ich ukończeniu chciałam pracować jako tłumacz. Moje życie jednak potoczyło się tak, że przez ponad 10 lat pracowałam w zupełnie innej branży. Doszłam do momentu, w którym postanowiłam coś zmienić, wykorzystać swoje językowe zamiłowanie i spróbować sił w korekcie tekstu. Ukończyłam kurs znaleziony w internecie i pełna zapału wyruszyłam na podbój korektorskiego świata. Zgłosiłam się do wydawnictwa działającego non-profit i byłam ogromnie zdziwiona, gdy w odpowiedzi usłyszałam, że moje działania to nie korekta, a jej nieśmiała próba. Na moment podcięło mi to skrzydła, jednak się nie poddałam. Ukończyłam kurs Ewy i wtedy poczułam prawdziwą gotowość do działania. W pierwszej kolejności odświeżyłam kontakt z pewną fundacją i redaguję dla nich artykuły do magazynu. Druga współpraca była dość zaskakująca, ponieważ nawiązałam ją… u mojego fryzjera. Zaproponowałam mu darmowe sprawdzenie strony internetowej, na co chętnie przystał i – jak się okazało – zdobyłam nie tylko doświadczenie, ale i perspektywę dalszej, płatnej współpracy. Trzecie zlecenie przyszło do mnie prawie samo. Ewa na grupie na Facebooku umieściła ogłoszenie, że szuka osób do korekty opowiadań, które mają się znaleźć w e-booku charytatywnym. Zgłosiłam się, zostałam wybrana i zredagowałam cztery opowiadania czterech różnych autorek. Jedna z nich była tak zadowolona, że zaproponowała mi zgłoszenie się do wydawnictwa, z którym współpracuje, ponieważ akurat szukali redaktora. Wykonałam próbkę, a moja praca została bardzo pozytywnie oceniona. Wtedy dostałam do redakcji swoją pierwszą książkę.
EP: Historia Marzeny pokazuje, jak ważna jest sieć zależności w świecie korekty. Rób dobrze swoją robotę i pokazuj się z jak najlepszej strony, a jedna osoba poleci cię drugiej. Nic samo się nie wydarzy, ale wystarczy zrobić pierwszy krok, żeby koło zaczęło się kręcić.
Marzena wspomniała, że o Akademii korekty tekstu mówię również w innych odcinkach podcastu „Po drugiej stronie książki”. Polecam szczególnie 7. i 8. odcinek, znajdziecie je na stronie ewapopielarz.pl oraz w aplikacjach podcastowych.
Inwestycja, która się opłaca – historia Basi
Basia Wrona: Już w trakcie trwania kursu nawiązałam współpracę z dwiema osobami. Z pierwszą – Malwiną – pracowałam nad tekstami o rozwoju osobistym oraz talentach Gallupa. Drugie zlecenie dostałam od Kasi Burchackiej-Klimczuk, czyli autorki bloga kobieta.biznes.kuchnia [przyp. red.: aktualnie kobieta.biznes.podróże]. Po zakończeniu Akademii napisałam do kilku osób z propozycją współpracy. W ten sposób zaczęła się moja współpraca z Karoliną. Zaczęłam od redakcji wpisu na blog, a teraz czasami pomagam Karolinie przy postach na social media. Budująca jest świadomość, że osoby, dla których pracuję, są zadowolone z moich redakcji i już w trakcie pracy nad kolejnymi tekstami odzywają się do mnie, aby zarezerwować miejsce w moim grafiku. Podsumowując – bardzo się cieszę, że wzięłam udział w Akademii. Pozwoliło mi to rozwinąć moje umiejętności i wykorzystywać je w praktyce. Jeśli jeszcze się zastanawiacie nad udziałem w AKT, powiem tylko tyle: warto!
EP: Jeśli boicie się wyjść do twórców internetowych z propozycją współpracy – porzućcie te obawy, bo jak widać, zwykle reakcje są bardzo pozytywne. Zdecydowanie nie powinniśmy pisać wprost: „Hej, w twoim tekście jest pełno błędów. Chcesz, żebym je poprawił? Moje stawki to…”. Takie podejście raczej zniechęca. Ale jeśli zaproponujecie profesjonalną współpracę, opiekę nad tekstami, pokażecie blogerowi, co może zyskać, to myślę, że całkiem sporo osób z tego skorzysta.
Wielu blogerów i twórców internetowych myśli o oddaniu tekstów do korekty, jednak często brakuje im wiedzy o tym, gdzie szukać korektorów, jak ich weryfikować, jakie są koszty i jak w ogóle nawiązać taką współpracę. Gdy korektor sam wyjdzie z inicjatywą i przedstawi swoją propozycję, ma duże szanse na sukces. Dostarczenie gotowego rozwiązania na tacy często spotyka się z dużym entuzjazmem.
Charytatywnie i skutecznie. Jak zdobywać zlecenia, pomagając innym – historia Doroty
Dorota Kopeć: Udział w Akademii korekty tekstu uważam za jedno z najlepszych doświadczeń w 2020 roku. O Ewie dowiedziałam się przypadkiem, dosłownie kilka dni przed startem kursu. Poprawna polszczyzna nie była mi obca, ale nie spodziewałam się, że w tak przyjemny sposób można się nauczyć nowego zawodu. Nie planowałam rzucać etatu i zmieniać całkowicie swojego życia, jednak równoległe prowadzenie działalności gospodarczej pozwoliło mi na stopniowe wejście w zawód korektora. Pierwszymi moimi zleceniami były korekty blogów i stron internetowych. Bardzo chętnie wzięłam też udział w akcji parowania, którą Ewa zorganizowała po zakończeniu Akademii. Trafiłam na autorkę, która prowadzi bloga o rozwoju mózgu dzieci – ogromnie ciekawe zlecenie! Kolejnym krokiem było zaproponowanie moim bliskim korekty tekstów na ich stronach internetowych. Kiedy poczułam, że jestem gotowa pomóc innym osobom, wystawiłam swoją usługę na aukcjach charytatywnych dla dzieci chorujących na SMA. Dzięki temu miałam okazję redagować pracę magisterką oraz doktorską. Uważam, że w obecnych czasach, kiedy każdy może publikować teksty, powinniśmy szczególnie zadbać o jakość naszego języka. Posługujemy się jednym z najtrudniejszych języków świata, co niewątpliwie jest powodem do dumy. Jednak jako korektorzy i redaktorzy możemy pomagać innym w pielęgnowaniu naszej polszczyzny.
EP: To prawda, język polski do łatwych nie należy. Ale gdyby było za łatwo, to nie byłoby zabawy. Zaraz zresztą się przekonacie, czy i jak można łączyć kompetencje językowe z innymi dziedzinami. Poznacie historię Agnieszki, która studiowała – uwaga – matematykę! Uwierzcie mi, że ścisły umysł doskonale się odnajdzie w świecie korekty. Sama jestem po mat-fizie i całe swoje szkolne życie byłam związana z przedmiotami ścisłymi, doskonale więc rozumiem to połączenie. A teraz Agnieszka opowie Wam szerzej swoją historię.
Matematyczka, która pokochała słowa – historia Agnieszki
Agnieszka Kosińska: Zacznę od tego, że studiowałam matematykę – co jest istotne w tej historii. Prowadzę konto na Instagramie, na którym nie mówiłam zbyt wiele o sobie. Jedynie w bio wspomniałam o tym, że zajmuję się copywritingiem oraz korektą tekstu. W czasie przeglądania Instagrama trafiłam na konto Wioli Król, która jest matematyczką. Wymieniłyśmy komentarzami, a w efekcie okazało się, że mamy ze sobą wiele wspólnego. Po jakimś czasie Wiola zaproponowała mi współpracę nad e-bookiem o funkcjach, ponieważ zauważyła w moim bio wzmiankę o korekcie. Oczywiście się zgodziłam i było to moje zlecenie marzeń! Wykonałam nie tylko redakcję tekstu, ale również merytoryczną. Dzięki temu zyskałam świetny wpis do portfolio. Z Wiolą nadal jesteśmy w kontakcie i będziemy współpracować przy kolejnych projektach. Jaki z tego wniosek? Wcale nie trzeba rozgłaszać na prawo i lewo czym się zajmujemy, bo zlecenia mogą do nas wpaść zupełnie niespodziewanie. Jeśli zastanawiacie się nad wzięciem udziału w kolejnej edycji AKT, to powiem Wam, że certyfikat jej ukończenia cieszy mnie bardziej niż dyplom z magisterki. Ewa jest mistrzynią, serio!
Progres, nie perfekcja – historia Marianny
Marianna Chłopek-Labo: Do pracy ze słowem wróciłam po czasie. Okazało się, że do nabrania pewności siebie potrzebowałam jednego prostego założenia, które Ewa przekazuje już na początku kursu: nie musisz być mądrzejszy od słownika, żeby pracować z tekstem. Wystarczy wiedzieć, gdzie szukać odpowiedzi na nasze pytania. Wcześniej pracowałam jako tłumaczka, ale miałam problemy z pozyskiwaniem zleceń. Kiedy weszłam w świat korektorski i zaczęłam budować swoją markę, bałam się, że sytuacja z brakiem zleceń się powtórzy. Tak jednak nie było! Najważniejszy był jeden krok – odważyłam się! I zrozumiałam, że liczy się progres, a nie perfekcja. Dzięki temu czułam, że daję autorowi wartość, że odpowiadam na jego potrzeby. Wcześniej, kiedy słyszałam historie o tym, że ktoś dostał jedno zlecenie, a kolejne przychodziły do niego z polecenia – nie wierzyłam. Ale to prawda! Teraz głównie pracuję z tekstami na blogi, redaguję e-booki, robię transkrypcje i – jedno jest pewne – uczę się z każdym kolejnym zleceniem. Życzę Wam odwagi, żeby spróbować i zaryzykować.
EP: Dokładnie tak to działa, że jedno zlecenie może pociągać za sobą kolejne. Zauważyliście, co Marianna podkreślała kilkakrotnie? Czasem to nie wiedza jest najważniejsza, ale właśnie odwaga. Tego, jak stawiać przecinki, można się nauczyć. Ale potem trzeba ze swoimi umiejętnościami wyjść do ludzi. Większość postów w grupie dla kursantów Akademii to pytania o interpunkcję. Drugie miejsce zajmują posty, które nazywam „motywatorami”, pochodzące z obu stron emocjonalnego spektrum. Czasem ktoś dzieli się spektakularnym sukcesem, dając motywacyjnego kopa całej reszcie. Innym razem pojawia się wpis osoby przytłoczonej ogromem nauki i strachem przed podjęciem pierwszego kroku. I także po to jest ten kurs – i grupa, która jest największą wartością. Bez tych niesamowicie wspierających ludzi, którzy gromadzą się w Akademii, wiele z historii – które dziś poznajecie – pewnie nigdy by się nie wydarzyło.
Od marzenia do pierwszego zlecenia w 2 tygodnie – historia Kingi
Kinga Dąbrowicz: Powtarzałam to już wiele razy, ale Akademia korekty tekstu to kurs, który zmienił moje życie. Od dziecka marzyłam o tym, żeby zawodowo zajmować się czytaniem książek. Dziś z dumą mówię o tym, że jestem redaktorką, korektorką i… zarabiam właśnie na czytaniu książek. Rzuciłam się trochę na głęboką wodę i dopiero w trakcie trwania Akademii zrozumiałam, że tak naprawdę niewiele potrafię. Liczba wyjątków i spotykane na każdym kroku „to zależy” uświadamiają nam – początkującym korektorom – ile jeszcze pracy przed nami. Zaledwie tydzień po wystartowaniu kursu poczułam, jak wspaniała jest atmosfera panująca w grupie, a pierwsze spotkanie z Ewą na żywo wprowadziło mnie w stan hurraoptymizmu. Chwilę później jedna z moich ulubionych blogerek – Ania – poinformowała na Instagramie, że kończy pisać swojego e-booka. Odezwałam się do niej z propozycją korekty w ramach darmowych praktyk i szlifowania swojego warsztatu. Do współpracy wtedy nie doszło, ale twórczyni odpisała, że w przyszłości będzie o mnie pamiętać. Nie spodziewałam się, że ta przyszłość nadejdzie kilka dni później. Ania napisała, że jej korektorka się nie odzywa i jeśli nadal jestem chętna, to z przyjemnością powierzy mi redakcję swojego e-booka. Nie zgodziła się jednak na pracę za darmo i zaproponowała mi stawkę, na którą była umówiona z poprzednią korektorką. W ten sposób zaledwie dwa tygodnie po starcie Akademii dostałam swoje pierwsze płatne zlecenie. W tym miejscu chciałabym wspomnieć o stworzonej przez Ewę grupie na Facebooku. Każdy kursant, bez obawy o narażanie się na drwiny czy szyderstwo, może tam zadać pytanie i liczyć na odpowiedź. Wracając do współpracy z Anią – miałam świadomość swoich braków, więc zaproponowałam, żeby korektę po mnie wykonał inny, bardziej doświadczony korektor. Ostatecznie e-book Ani wyszedł świetnie, a ja zostałam pochwalona za rzetelność, terminowość i odwagę. To dodało mi skrzydeł! Mało tego – Ania poleciła mnie swoim znajomym oraz obserwującym na Instagramie. W efekcie dwa miesiące po zakończeniu Akademii korekty tekstu mam już na koncie sporo redakcji e-booków, a także podpisałam umowę z wydawnictwem. Nie mogę narzekać! Do ostatniej chwili wahałam się, czy ten kurs jest dobrym pomysłem, ale otwarcie mówię – dołączenie do AKT to była najlepsza decyzja w moim życiu.
EP: Kinga tak pięknie zakończyła swoją wypowiedź. Wspomniała też o efekcie kuli śniegowej. Jedno dobre zlecenie pociąga za sobą kolejne. U ostatniej kursantki, której historię poznacie, zadziałało to podobnie.
Nie czekaj, aż znajdą cię w wyszukiwarce – historia Beaty
Beata Kupczyk: Byłam już korektorką, zanim trafiłam na kurs Ewy, ale w żaden sposób nie przekładało się to na moją karierę, Bo w okresie pomiędzy jednym skończonym kursem a drugim zupełnie nic się nie działo. I nic w tym dziwnego! Liczyłam na to, że wszyscy znajdą mnie sami w wyszukiwarce. Jak się domyślacie – tak się nie stało. Zwykle na początku kariery korektorzy liczą na zlecenia w gronie znajomych. U mnie pojawiły się one zdecydowanie później. Moją pierwszą płatną korektą był podręcznik o standaryzacji sprzedaży, a na tę głęboką wodę popchnęła mnie… Ewa. To zlecenie oraz ukończenie kursu dodało mi odwagi, aby zgłosić się do blogerów z propozycją współpracy. W pierwszej kolejności napisałam do osób, które obserwuję w social mediach. Miałam wrażenie, że znam tych twórców, więc było mi łatwiej się z nimi skontaktować. W wiadomościach starałam się nawiązać do działalności tego konkretnego blogera, żeby wiedział, że faktycznie znam jego profil, a nie śledzę go od pięciu minut. Do każdej takiej wiadomości dołączałam tekst jego autorstwa po mojej korekcie, żeby zobaczył, jak wygląda moja praca i jakie może przynieść mu korzyści. Oczywiście nie wszyscy zdecydowali się na współpracę, ale ci, którzy postanowili mi wtedy zaufać, dziś są moimi stałymi klientami. Pisałam też do wielu wydawnictw, ale droga dotarcia do nich jest dużo cięższa. Niespodziewanie zgłosiło się do mnie wydawnictwo, do którego sama nigdy nie aplikowałam. Moimi klientami zostały również osoby, które – pisząc do mnie – powoływały się na kogoś, kogo w ogóle nie znam. To oczywiście bardzo cieszy, ale też pokazuje, jak długi może być łańcuch poleceń, o którym się tyle mówi. Dla mnie korekta jest pracą dodatkową, ale już po kilku miesiącach wiem, że z tego można nie tylko wyżyć – da się też dobrze zarobić.
EP: „Bałam się, choć nie wiedziałam czego” – jakie to jest prawdziwe. Proponuję Wam raz jeszcze wrócić do słów Beaty. Tam jest tyle prawdy o świecie korektorów! „Znałam styl autora, więc było mi łatwiej robić korektę”, „Wysłałam próbkę”. I ten efekt kuli śniegowej – zauważyliście to? Pisała do blogerów, do wydawnictw i może z nimi nie podjęła współpracy, ale potem zgłosił się do niej ktoś inny. Ten proces zatacza tak szerokie kręgi, że zależności między poleceniami gdzieś się już zatarły. Kula śniegowa, naprawdę!
Działanie zamiast czekania
Mam nadzieję, że dostrzegacie wspólny mianownik tych wszystkich wypowiedzi. Dziewczyny nie czekały na to, aż zlecenie magicznie spadnie im z nieba. Nie zdawały się na ogłoszenia na portalach czytanych przez tysiące osób. Każda z nich wyszła z inicjatywą. Nie twierdzę, że to jest łatwe. Nie mówię, że wystarczy pstryknąć palcami i wysłać dwa maile, żeby dostać pracę. Zapraszam Was do poprzedniego, 13. odcinka podcastu, a zobaczycie, jaką drogę przez mękę ja przeszłam na początku mojej przygody z zawodem korektora – kiedy po wysłaniu kilkudziesięciu maili i wykonaniu kilkunastu próbek nie dostałam żadnego zlecenia.
Jedno jest pewne – od samego czekania jeszcze nikt pracy nie dostał. Albo prawie nikt. W każdym razie – jest większe prawdopodobieństwo, że autor odpowie pozytywnie na nasz mail czy naszą wiadomość na Instagramie, niż że manna spadnie z nieba. Trzeba więc wziąć sprawy w swoje ręce i działać. Mam nadzieję, że historie absolwentek Akademii korekty tekstu Was do tego zainspirują.
A gdybyście chcieli zdobyć solidne podstawy do pracy korektora i uczyć się we wspierającym, motywującym gronie osób będących na tej samej drodze – zapraszam Was do Akademii korekty tekstu. Szczegóły znajdziecie na stronie kurskorektytekstu.pl albo ewapopielarz.pl – w linkach do tego odcinka podcastu. I może za rok to Wasza historia znajdzie się w podcaście!
The post PDSK#014 Gdzie szukać zleceń i jak je zdobywać – historie sukcesu kursantów Akademii korekty tekstu (podcast) appeared first on Ewa Popielarz.

Feb 11, 2021 • 37min
PDSK#013 Ucz się na moich błędach – korekta próbki tekstu (podcast)
To będzie odcinek wstydu i zażenowania. Zażenowanie już za mną – czułam je, kiedy przeglądałam swoje próbki korekt sprzed ponad 10 lat. A wstyd to się dopiero zacznie – jak się dowiecie, co tam ponawyczyniałam. Jedna z kursantek mojej Akademii korekty tekstu udostępniła niedawno na Instagramie słowa Roberta Kiyosakiego: „Nie marnuj błędów. Ucz się na nich”. Postanowiłam więc nie zmarnować tych moich błędów. Ja już wyciągnęłam z nich wnioski i dziś mogę mówić, że utrzymuję się z tego, co lubię – z poprawiania tekstów, choć początki niekoniecznie wskazywały na to, że tak się moje losy potoczą.
Teraz Wasza kolej: uczcie się na moich błędach, a droga do zawodu korektora stanie się dla Was mniej wyboista. A nawet jeśli nie zmierzacie w tym kierunku – dobre praktyki językowe zawsze warto poznać.
Zapraszam Was na kolejny odcinek podcastu Po drugiej stronie książki. Posłuchajcie, jakie lekcje wyciągnęłam z błędów popełnionych ponad 10 lat temu przy korekcie próbek tekstów z różnych wydawnictw.
Subskrybuj: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | Inne
Montaż: Kamil Dudziński
Transkrypcja: Dorota Siwek
Plan odcinka
Czym jest próbka tekstu do korektyWspółpraca z wydawnictwem – początkiZapomnij, że jesteś z PodkarpaciaSprawdzaj nazwy własne – w ogóle wszystko sprawdzajWężykiem, wężykiemSzczęśliwe zakończenie
Źródła przywołane w odcinku
Akademia korekty tekstu – kurs online dla korektorówQuiz językowy na żywo na Instagramiekabaret Dudek, skecz Ucz się, Jasiu, YouTube
Odcinek 13. Ucz się na moich błędach – korekta próbki tekstu
Daj się zabrać za kulisy świata książek i tekstu. Zobacz, gdzie się kryją błędy, i przekonaj się, czy korekta to zawód dla Ciebie. Nazywam się Ewa Popielarz i od 2006 roku jako redaktor i korektor zmieniam teksty na lepsze. Stworzyłam Akademię korekty tekstu – kurs online przygotowujący od A do Z do zawodu korektora. Prowadzę webinary, organizuję wyzwania i quizy i zrzeszam miłośników poprawności językowej wokół moich kanałów na Facebooku i Instagramie.
Więcej o moich inicjatywach przeczytasz na stronach ewapopielarz.pl i kurskorektytekstu.pl. A teraz zapraszam Cię do wysłuchania kolejnego odcinka podcastu Po drugiej stronie książki. Baw się dobrze!
Czym jest próbka tekstu do korekty
W zasadzie to należy się Wam jeszcze słowo wyjaśnienia – czym w ogóle jest taka próbka? Mówiąc najprościej, to jest pierwszy, a często też ostatni test dla korektora. Taki test, który przed korektorem składa wydawnictwo bądź prywatny autor. Wydawnictwa oczywiście zapoznają się też z portfolio korektora, z jego CV, z profilem na LinkedInie, jeżeli takowy istnieje, ze stroną internetową, jeżeli korektor taką ma. Najwięcej o umiejętnościach korektora mówi jednak zadanie praktyczne, a takim zadaniem praktycznym jest właśnie próbka.
Osoba, która aspiruje do współpracy z wydawnictwem, dostaje fragment tekstu. Zwykle to są dwie strony, chociaż zdarzają się też dużo dłuższe próbki, ale już te dwie strony potrafią wiele powiedzieć o umiejętnościach korektora. Ta osoba musi przygotować korektę. Taką samą praktykę coraz częściej stosują też osoby prywatne, które zatrudniają korektorów: czy to self-publisherzy, czy blogerzy. Prawdę mówiąc, jest to świetna sprawa nie tylko dla wydawnictwa czy autora, ale też dla korektora. Wydawca widzi, jak korektor sobie radzi, może sprawdzić tekst, który otrzymał po poprawkach, i zdecydować, czy rzeczywiście chce z tą osobą podjąć współpracę. A korektor jest w stanie dowiedzieć się na tej podstawie, jakiego zakresu poprawek wymaga od niego wydawnictwo czy autor. Jeżeli autor zgodzi się na wszystkie propozycje korektora, to sprawa jest jasna. Wiadomo, że dogadali się na tym gruncie i najprawdopodobniej współpraca będzie się dobrze układała. A jeżeli autor czy wydawnictwo uznają, że próbka jest okej, mogą podjąć współpracę, ale odmówią wprowadzenia jakichś zmian, to dla korektora też jest jasny sygnał, w którym kierunku ma iść i na jakie poprawki może sobie pozwolić. Później o wiele łatwiej się dzięki temu pracuje, o ile oczywiście jest gdzie pracować, bo nie zawsze po takiej próbce korektor dostaje zlecenie.
Współpraca z wydawnictwem – początki
Właśnie taka smutna sytuacja była moim udziałem kilkanaście lat temu. Zaczynałam przygodę w zawodzie korektora od współpracy z wydawnictwem naukowym. Moja próbka dla tego wydawnictwa – bo też taką przygotowałam – nie powaliła redaktora prowadzącego na kolana, ale uznano w wydawnictwie, że jest dostatecznie dobrze, żeby mogli mi powierzyć teksty do korekty. Z zaznaczeniem, że przy okazji będę się uczyć. Byłam wtedy w połowie czy pod koniec studiów edytorskich, ale jako młody człowiek niewiele jeszcze o korekcie praktycznej wiedziałam. Dla mnie to była idealna sytuacja, bo chciałam się uczyć, dawali mi szansę, do tego płacili (niewiele, bo niewiele, ale zawsze coś) – więc świetna sytuacja. Spędziłam tam długie miesiące, a właściwie lata, bo rozstaliśmy się stosunkowo niedawno.
Po jakimś czasie pracy w tym wydawnictwie naukowym uznałam jednak, że te teksty to nie jest coś, co chciałabym poprawiać przez całe życie. Zamarzyła mi się praca w beletrystyce. Jak każdy korektor mnóstwo czytałam, wertowałam strony redakcyjne, przyglądałam się nazwiskom, które się tam pojawiały, i też chciałam się tam znaleźć. To były jeszcze czasy przed Facebookiem, przed blogami i przed ekspansją mediów społecznościowych – i rzeczywiście dla korektorów praca była głównie w wydawnictwach, więc przejście do świata beletrystyki to było naprawdę marzenie.
Spięłam się więc, uaktualniłam CV, zebrałam wszystkie tytuły, które do tej pory redagowałam, i ułożyłam je przepięknie w tabelkę w Wordzie. Trochę tego było. Co prawda to były wszystko tytuły naukowe, ale rzeczywiście zebrała się ich całkiem spora liczba. Jak się zaraz przekonacie, to zaprocentowało. Wysłałam wtedy kilkadziesiąt maili – było ich około 80. Już nie pamiętam teraz dokładnie. Liczyłam to kiedyś na potrzeby Akademii korekty tekstu, bo pisałam o tej historii w czwartym, organizacyjnym module Akademii. Wysłałam je do różnych wydawnictw – tylko do wydawnictw. O dziwo, otrzymałam całkiem dużo odpowiedzi. Nie wiem, co zaważyło. Raczej nie mój mail, który napisałam, bo teraz, jak go czytam, to wydaje mi się taki pretensjonalny. CV też nie było jakieś superimponujące. Po studiach miałam do odnotowania głównie praktyki i pracę w tym jednym wydawnictwie naukowym, ale faktycznie w portfolio tytułów trochę było. Naukowych, bo naukowych, ale jednak. Można było założyć, że coś tam o redagowaniu książek wiem. Mimo to oczywiście wydawnictwa wysłały mi próbkę do wykonania. Taka jest praktyka i faktycznie z wielu wydawnictw dostałam próbki. I tu zaczęły się schody…
Kilka godzin temu, gdy przygotowywałam się do nagrania tego podcastu, otworzyłam jedną z moich próbek, bo cały czas je mam – moje archiwum sięga kilkanaście lat wstecz. Właściwie nie wiem, po co je trzymam, są jak ściana płaczu. Otworzyłam próbkę, którą robiłam dla wydawnictwa Czarne, i miałam ochotę się rozpłakać, bo pamiętam, że wtedy, kiedy próbowałam redagować ten tekst, nie widziałam ani jednego błędu. To były trzy przekłady. Bardzo długa była ta próbka. Przekład z języka szwedzkiego, z niderlandzkiego i z francuskiego – przynajmniej tak było napisane, bo nie miałam dostępu do oryginałów. Zresztą i tak szwedzki by mi wiele nie dał. Francuski znałam wtedy jeszcze całkiem dobrze, więc może byłabym w stanie coś porównać. Coś tam poprawiłam, ale wielkiej nadziei na otrzymanie pracy w wydawnictwie Czarne nie miałam. I rzeczywiście słusznie zabrakło mi tej nadziei, no bo z tym wydawnictwem już więcej kontaktu nie miałam. Chyba mi odpowiedzieli – całkiem miło, ale odpowiedzieli, że nie, niestety, nie podejmiemy z panią współpracy.
Dostałam też próbkę od dość młodego wtedy jeszcze – miało kilka lat zaledwie – wydawnictwa Dwie Siostry. Na tej próbce to mi, szczerze mówiąc, zależało. Naskreślałam tam strasznie. Ten plik też przeglądałam kilka godzin temu. Jest cały czerwony! Ale jak się okazało, i tak zostawiłam mnóstwo kalek językowych, np. takie sformułowanie jak „ciepłe i zimne ubranie”. To były ewidentnie kalki – chodziło o „cienkie i grube ubrania”. Ja tego nie zmieniłam. Nie mam pojęcia, dlaczego tego nie zmieniłam. Różne cuda tam pozostawały, których nie zauważyłam. Niezręczne stylistycznie zdania, kalki. Literówki wyłapałam – z tym dałam radę. Przecinki też jako tako – z tym sobie radziłam. Ale cała reszta – tragedia.
Mimo tego, że ja teraz uważam tę próbkę za tragedię, wydawnictwo chyba uznało, że aż tak strasznie źle nie jest. Odpisali mi, zresztą niesamowicie miło, że mimo tych błędów, które w mailu zostały wypunktowane – za co też byłam ogromnie wdzięczna, bo wiele wydawnictw odpisywało po prostu „Nie, dziękujemy” albo w ogóle się nie odzywało, a tutaj dostałam całkiem solidny, długi feedback, co się bardzo rzadko zdarza. On mi naprawdę dużo dał i wskazał mi dużo błędów, których nie byłam świadoma. Wydawnictwo Dwie Siostry odpisało, że mimo tych błędów, które ewidentnie zostały, widzą w tej korekcie pewien potencjał, no i że będą w kontakcie. To było takie zwykłe „Dziękujemy, skontaktujemy się z panią”. Byli po prostu mili. Nie skontaktowali się. Nie podjęłam z wydawnictwem Dwie Siostry wtedy współpracy, ale ta ich odpowiedź, że jest jakiś potencjał, nieco mnie podniosła na duchu, bo szczerze powiedziawszy – te napływające odpowiedzi odmowne dość mocno zaczęły podcinać mi skrzydła.
Z ciekawostek – jedno z wydawnictw w ramach próbki przesłało mi fragment PDF-a. Miałam go wydrukować, nanieść korektę znakami korektorskimi na dokument i… odesłać pocztą. Szok, co? To było zaledwie 10 lat temu. To jest niesamowite, jak zmieniły się te standardy w świecie korekty i w ogóle w naszym świecie.
Pamiętam jeszcze, że kiedyś – to było już później – redagowałam książkę historyczną, lekko beletryzowaną, w której było bardzo dużo zdjęć. Zamiast przesłać je weTransferem albo w inny sposób, np. przez Dysk Google, autor przesłał mi zdjęcia na płycie. Teraz pewnie nie byłabym w stanie odczytać tej płyty, bo chyba został mi w domu już tylko jeden przedpotopowy laptop, którego dzieci używają do nauki zdalnej, a który ma rzeczywiście możliwość odczytania płyty. W żadnym innym z naszych komputerów domowych nie ma gdzie włożyć takiego dysku. Zobaczcie, jak przez te kilka lat świat się zmienił! Koniec dygresji.
Oszczędzę Wam mojej dalszej drogi przez mękę i przejdę do konkretów, czyli do błędów, które popełniłam. Wybrałam trzy, które może nie są najistotniejsze, ale łatwo wyciągnąć z nich wnioski na przyszłość, bo podobne problemy pojawiają się w wielu publikacjach. I to właśnie na wnioskach się skoncentrujemy.
Wniosek 1. Zapomnij, że jesteś z Podkarpacia
Całe życie mieszkam na południu Polski – najpierw na Podkarpaciu, teraz w Małopolsce. I dopóki nie zostałam korektorem, nie wiedziałam, jak mój język jest przez to spaczony. Nie zrozumcie mnie źle – uwielbiam podkarpackie regionalizmy. Całe życie wychodzę na pole, ubieram kurtkę, a obok łóżka mam nakastlik. Ale niestety jako korektor musiałam zapomnieć o swoich korzeniach.
W pierwszych próbkach przepuszczałam takie sformułowania jak „ubrał płaszcz”. Ciężko zapomnieć o dwudziestu kilku latach życia i nagle przestawić się na inny język. Ale kilka uwag od redaktorów prowadzących sprawiło, że jestem teraz na to bardzo wyczulona. O ile nie poprawiam tekstu, w którym bohater jest z południa Polski i jego mowa jest ewidentnie stylizowana, każde „na pole” i „ubrał kurtkę” zmieniam, a na marginesie piszę do autora komentarz z pozdrowieniami dla krajana.
Choć przyznam szczerze, że ciągle odkrywam mroczne zakamarki mojej podkarpackiej natury językowej. Po jednym z webinarów ktoś zwrócił mi uwagę, że mówię „cięgiem”. Podobno cała Polska mówi „ciągiem” – mnie to przez usta nie chce przejść. Chociaż w słowniku i ciągiem, i cięgiem są określone jako po prostu potoczne. Ale nic to – kolejny punkt do odnotowania i zapamiętania. Niedawno po quizie na żywo, który prowadziłam na Instagramie, jedna z osób oglądających wyłapała, że powiedziałam „do pierwszego skucia”, „skuć się”. Tu słownik mnie broni, bo słowo „skuć” można w nim znaleźć. Jako pospolite co prawda, ale zawsze. Inni mówią: „skusić”, „skucha”. Słownik kwalifikuje to jako potoczne, a nie pospolite, co zresztą uważam za pewną niesprawiedliwość.
Podsumowując – jeśli jesteście z Podkarpacia albo z Małopolski, to wiedzcie, że wejście w świat korekty tekstu może być dla Was nieco trudniejsze. Ale wszystko jest do zrobienia.
Wniosek 2. Sprawdzaj nazwy własne – w ogóle wszystko sprawdzaj
No dobra, teraz ściana wstydu: w jednej z korekt przepuściłam pisownię nazwiska „Montesori” – dokładnie tak zapisanego, jak teraz czytam, bez podwojonego „s”. Coś namieszałam z hat trickiem i jeszcze kilka takich wpadek by się znalazło.
W czym problem? Podejrzewam, że żadnego z tych słów nie wklepałam w Google. A to absolutna konieczność. Widzisz nazwę własną? Wrzucasz ją do wyszukiwarki i sprawdzasz co najmniej, czy nie ma literówek, czy nie powinno być dywizu, akcentu. Co najmniej, bo czasem można wyłapać też inne niuanse.
Na przykład bardzo często przepuszczane jest nazwisko Márqueza bez akcentu, a ono jest akcentowane nad literką „a”. Wydaje nam się, że skoro to jest takie znane nazwisko, to co ja to będę w Google wklepywać, ale trzeba, bo czasem nam ta kreseczka umknie, a jak już zobaczymy wyniki wyszukiwania – to poprawimy. Zresztą to jest teraz tak proste! Nie musimy chodzić po bibliotekach, nie musimy sprawdzać książek, encyklopedii, słowników. Po prostu – wyszukiwarka i po kilku sekundach mamy gotową odpowiedź. Mówię o sprawdzeniu co najmniej literówek, bo czasem można po takim wklepaniu słowa do wyszukiwarki wyłapać też inne niuanse.
Jeśli na przykład autor pisze o miasteczku Osielsko, to teoretycznie szukać tego hasła nie trzeba, bo co tu się może podziać w pisowni? Raczej jest wszystko okej. Ale i tak wrzuć je w Google – wtedy się dowiesz, że Osielsko to nie jest miasto, tylko wieś. I już jeden błąd wyłapany. Sama bym się nie zorientowała, że tak jest, bo to wioska w okolicach Bydgoszczy. Kompletnie nie znam tamtych regionów. Jestem z południa Polski, więc nie miałam świadomości, że to nie jest miasto. Gdybym nie wyrzuciła tego w wyszukiwarkę, nie zorientowałabym się.
Podobnie jest ze słowami, które rzadko widzimy na piśmie. Podejrzewam, że gdybym teraz zrobiła szybką ankietę i poprosiła Was o zaznaczenie, jak się pisze hot dog (ze spacją czy z dywizem) albo ping-pong czy talk-show, albo pop-music czy rock music – odpowiedzi byłyby różne. Dlaczego? Bo rzadko te słowa zapisujemy. A skoro tak, to trzeba zawsze sięgać do słownika, żeby potwierdzić ich pisownię. Choćbyście byli przekonani, że hot dog piszemy z dywizem, a rock music i pop-music na bank zapisuje się tak samo, bo to są prawie dokładnie takie same frazy, to możecie się zdziwić, jak zajrzycie do słownika. Przekonajcie się, jak jest naprawdę.
Wniosek 3. Wężykiem, wężykiem
Teraz jestem ciekawa, ile osób się zorientowało, do czego się odnoszę. Był taki skecz kabaretu Dudek, w którym Jan Kobuszewski uczył Wiesława Gołasa, jak być dobrym hydraulikiem. Najważniejsze rzeczy kazał mu podkreślać i mówił do niego: „Wężykiem, Jasiu, wężykiem”.
W języku korektorów wężyk to kursywa. Mało kto już o tym pamięta, bo tak kursywę zaznaczało się znakami korektorskimi, które powoli odchodzą na zasłużoną emeryturę. Pamiętacie, jak mówiłam o tym, że jeszcze 10 lat temu jedno z wydawnictw poprosiło mnie o odesłanie korekty pocztą? Wtedy właśnie używałam znaków korektorskich i później jeszcze przez kilka lat rzeczywiście pracowałam na tych znakach, ale już od wielu lat tego nie robię. Właśnie kursywy dotyczył trzeci i ostatni błąd, który popełniałam nagminnie. Chodziło o niewyróżnianie italikiem tzw. obcych wtrętów.
Ktoś kiedyś wymyślił, że jak mamy tekst napisany po polsku, to ma być cały po polsku. Jeśli znajdą się w nim obce wyrazy, to trzeba je wyróżnić – kursywą właśnie. I wszystko było proste, dopóki te obce wyrazy były np. w większości z łaciny. Wyraźnie się odznaczały i można było je skursywić. Ale lata mijały i języki zaczęły się ze sobą mieszać. Teraz już są wymieszane na skalę dotąd niespotykaną, bo nawet jeżeli w czasach Zagłoby czy Skrzetuskiego wiele osób używało łaciny, a później języka francuskiego, to były ewidentnie obce słowa. Nikt nie udawał, że to jest nasz język. Wszyscy wiedzieli, że to są obce wtręty – a teraz języki się mieszają. Niestety zasady edytorskie zmieniają się nieco wolniej niż świat, a właściwie to prawie w ogóle się nie zmieniają – przynajmniej nie w normatywnych wydawnictwach, w podręcznikach. Trzeba pamiętać, że one są tworzone na bazie rozwiązań stosowanych w praktyce. Ktoś kiedyś będzie musiał usiąść i to wszystko zaktualizować, bo na razie coraz częściej spotykamy się z sytuacją, że to, co podają nam normy edytorskie, nijak się ma do rzeczywistości. To niuanse na dłuższe dygresję związane z tym, jak aktualne są wydawnictwa poprawnościowe w świecie korektorów.
Ale do rzeczy: przykłady.
Weźmy chociażby takie nota bene. Póki zapisujemy je rozdzielnie, to jest fraza z łaciny i powinna być w tekście pochylona. Ale już notabene pisane łącznie jest w polskim słowniku i zostało uznane za zaadaptowane do naszego języka.
Zaadaptowane to jest słowo klucz. Zaadaptowanym słowom kursywa się nie należy. I właśnie ten stopień adaptacji do języka świadczy o tym, czy wyraz w tekście pochylamy, czy nie. Tylko pytanie kluczowe brzmi: kto decyduje o stopniu adaptacji? A odpowiedź brzmi: nie wiadomo. Wszystko trzeba brać na wyczucie.
Czy wyróżniać kursywą słowa typu: attaché, incognito, content (pisane przez „c”), public relations, show, de facto, vis-à-vis? Czy one są jeszcze obce, czy już zaadaptowane? Smutna wiadomość jest taka, że nikt nam na to pytanie nie odpowie. Wiele zależy od tego, w jakim tekście te wyrazy się znajdują, a po drugie – co jest związane z pierwszym – do jakiej grupy odbiorców ten tekst jest kierowany, ale też jak autor zapatruje się na tę sprawę. Bo musimy pamiętać, że autor ma też tutaj swoje zdanie, w końcu to jego tekst, prawda?
I tak na przykład słów „content marketing” w e-booku dla marketingowców raczej nie będziemy wyróżniać, bo to ich chleb powszedni. Ale jeśli te słowa znalazłyby się w artykule naukowym opisującym przekrój strategii sprzedażowych na przestrzeni ostatnich dekad – to czemu nie. Może tutaj kursywa byłaby zasadna, tylko w całym artykule trzeba byłoby ją zastosować.
Zasady mówią, by kursywą wyróżniać słowo, które znajduje się w mianowniku – obce słowo oczywiście. Jeżeli to słowo zaczynamy odmieniać, a „content marketing” dałoby się odmienić (oczywiście tylko drugi człon, ale jak najbardziej możemy mówić o content marketingu) – wtedy już kursywa nie przysługuje. Do oryginalnego obcego słowa jest dodana polska końcówka, więc żeby nie mieszać ludziom w głowie i żeby sobie czytelnik nie pomyślał, że w obcym języku to też się tak odmienia, nie powinniśmy tego słowa wyróżnić kursywą. I mamy dylemat – czy niczego nie wyróżniać w związku z tym kursywą ani mianownika, ani żadnych innych jego form, czy mianownik pochylić, a wszystkie inne odmienione formy tego słowa zostawić proste. Czy to nie będzie wyglądało niekonsekwentnie? To są niuanse, które zaprzątają głowę korektorów, i tak naprawdę nikt nie jest w stanie udzielić jasnej, klarownej odpowiedzi na to pytanie. To zawsze droga kompromisu. Życie korektora zdecydowanie nie jest proste.
Szczęśliwe zakończenie
To były trzy błędy i trzy wnioski, jakie z nich wyciągnęłam. Mam nadzieję, że pomogą Wam na Waszej drodze do poprawności językowej i że Wy tych błędów już nie popełnicie.
Nie będę Wam teraz ściemniać i mówić, że po tej serii odmownych odpowiedzi i wytkniętych błędów otrzepałam się tylko i ruszyłam dalej dziarskim krokiem. Nie, załamałam się. Kompletnie podcięło mi to skrzydła i zobaczyłam, jak wiele jeszcze nie potrafię. Wróciłam z podkulonym ogonem do mojego wydawnictwa naukowego i spędziłam w nim jeszcze wiele długich lat. Ale kiedy minął pierwszy szok, zaczęłam się znowu rozglądać. Nie chciałam utknąć w wydawnictwach naukowych na całe życie – z całym szacunkiem dla wszystkich, którzy poprawiają książki naukowe, bo to jest naprawdę ciężki kawałek chleba i trzeba to lubić.
Ja zaczęłam się rozglądać. Redagowałam, co się tylko dało. Nawet za darmo. Uznałam, że muszę się nauczyć tego nowego dla mnie języka beletrystyki. Czytałam, poprawiałam, jeszcze więcej czytałam i jeszcze więcej poprawiałam.
Aż w końcu po trzech latach od tamtych masowo wysyłanych maili odezwał się do mnie redaktor prowadzący, który wtedy otrzymał ode mnie wiadomość. W międzyczasie zmienił wydawnictwo i szukał nowych ludzi do współpracy. Nie mam pojęcia, jakim cudem i po co ten mail ode mnie przez trzy lata przechowywał i jak go teraz odnalazł. Bardzo dziwnie biegną drogi zawodowe korektorów. Zadzwonił do mnie z propozycją współpracy. Telefon od niego odebrałam w dniu, kiedy wyszłam ze szpitala z moim trzecim dzieckiem. Jak się pewnie domyślacie, przyjęłam propozycję współpracy i okazało się, że lata nauki zaowocowały. Zaczęłam w tamtym wydawnictwie poprawiać mniej naukowe teksty. Najpierw to były książki popularnonaukowe. Nie rzucili mnie od razu na głęboką wodę, na beletrystykę. Później to były beletryzowane powieści historyczne. Cały czas zbierałam cięgi za puszczone błędy, ale nie zmarnowałam ani jednego z tych błędów, a przynajmniej chciałabym mieć nadzieję, że ich nie zmarnowałam, bo miałam poczucie, że się cały czas uczę i z każdą książką jestem o krok dalej.
Potem pojawiły się kolejne wydawnictwa, bo miałam okazję współpracować z różnymi autorami, więc jeden polecił mnie tutaj, drugi tam i tak przechodziłam z jednego miejsca do drugiego. Później nastała era self-publishingu. A ja, z dużym doświadczeniem, mogłam już zaoferować coś więcej niż tylko świetne poprawienie bibliografii i przypisów (znów – z całym szacunkiem dla wszystkich, którzy siedzą w wydawnictwach naukowych, bo to kawał ciężkiej pracy).
Dzisiaj nadal popełniam błędy, ale dalej staram się żadnego nie zmarnować. Jeżeli kiedykolwiek usłyszycie z moich ust, że nie popełniam błędów, to możecie mi to wypomnieć. Jestem przekonana, że nie da się dojść w tym zawodzie do takiego etapu, kiedy powie się: nie, ja nie popełniam błędów. Nadal je popełniam, ale staram się ich nie marnować. Mam pewną satysfakcję w tym, że od osoby, która nie wykonała poprawnie ani jednej próbki tekstu, przeszłam drogę do redaktorki, która uczy innych, jak stawiać pierwsze i kolejne kroki w tym zawodzie. A wszystko to dzięki błędom. Bo tak wygląda ten zawód – błędy poprawiamy, ale na błędach też się uczymy. Mam nadzieję, że te moje pozwolą Wam popełnić w życiu kilka błędów mniej. Pamiętajcie, że najważniejsze jest to, żeby ich nie zmarnować.
The post PDSK#013 Ucz się na moich błędach – korekta próbki tekstu (podcast) appeared first on Ewa Popielarz.

Jan 15, 2021 • 47min
PDSK#012 Co na to autor? Rozmowa z Jackiem Kujawą (podcast)
Ta rozmowa miała się odbyć tuż po wyemitowaniu dziewiątego odcinka podcastu pt. „Co wolno korektorowi”. Omawiałam w nim fragment powieści Jacka Kujawy zatytułowany Up, up and away. Można się było jednak domyślić, że w 2020 roku taki ambitny plan nie ma prawa wypalić. Co prawda do spotkania z Jackiem wtedy nie doszło, ale dobrze się stało, bo w międzyczasie opublikowałam też rozmowę z Kingą Rak. Znajdziecie ją w odcinku dziesiątym zatytułowanym „Redaktor czy psycholog?”. Rozmawiałyśmy o tym, jak powinna wyglądać relacja na linii redaktor–autor. Dziś możemy się więc odnieść do obu tych podcastów i rozwinąć tematy w nich poruszone, jako że mamy niepowtarzalną szansę porozmawiać z autorem we własnej osobie.
Subskrybuj: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | Inne
Gość: Jacek Kujawa
Montaż: Kamil Dudziński
Transkrypcja: Dorota Siwek
Plan odcinka
Redakcja przedwydawnicza
Współpraca autora z redaktorem – jak to wygląda?
Redakcja a korekta
Jak pisać komentarze?
Korekta na żywo
Przeciągnięte głoski
Ekspresja na papierze
Didaskalia narratora
Czas w narracji
Rozbiór zdania krok po kroku
Jak współpracować z autorem?
Źródła przywołane w odcinku
Jacek Kujawa, fragment powieści Up, up and away – pobierz tekst oryginalny + pobierz tekst po redakcji
Jacek Kujawa, bajka o królu Oczytusie – pobierz bajkę
PDSK odc. 9: Co wolno korektorowi
PDSK odc. 10: Redaktor czy psycholog? Rozmowa z Kingą Rak
Monika Malita-Bekier – strona redaktorki
NutkoSfera, W Układzie Słonecznym
NutkoSfera, Małe ciała niebieskie
NutkoSfera, Piosenka o literce D
Transkrypcja podcastu #012 Co na to autor? Rozmowa z Jackiem Kujawą
Z Jackiem poznaliśmy się kilka lat temu na Instagramie. Próbowaliśmy dojść do tego, jaka to była data, ale są to już tak zamierzchłe czasy, że nie udało nam się tego ustalić. Jacek prowadzi konto bookstagramowe. Recenzuje na nim książki. Nie ma to nic wspólnego z jego wykształceniem ani pracą zawodową. Jacek książkami i literaturą zajmuje się wyłącznie hobbystycznie i od lat konsekwentnie realizuje swoje plany, marzenia, ambicje związane nie tylko z recenzowaniem książek, ale też z ich tworzeniem.
Kiedy jakieś dwa lata temu ogłosiłam na Instagramie, że szukam testerów do Akademii korekty tekstu, Jacek zgłosił się jako jeden z pierwszych i rzeczywiście przez kilka długich miesięcy jako pierwszy czytał kolejne lekcje Akademii korekty tekstu i z punktu widzenia osoby niezwiązanej z językiem komentował i oceniał, czy to wszystko jest zrozumiałe. Później otrzymał oczywiście honorowe członkostwo pierwszej edycji AKT i okazało się, że ma do zaoferowania coś jeszcze: mianowicie swoje teksty. Kursanci mieli okazję ćwiczyć redakcję i korektę na tekstach Jacka, a teraz my mamy okazję prześledzić relację na linii redaktor–autor również dzięki twórczości Jacka Kujawy.
Wszystkie teksty, o których będziemy dzisiaj opowiadać zostały opublikowane w źródłach do tego odcinka. Polecam do nich zajrzeć, żebyście wiedzieli, o czym rozmawiamy. A będziemy rozmawiać nie tylko teoretycznie, ale też przeanalizujemy fragment powieści Jacka. Zaczynamy!
Daj się zabrać za kulisy świata książek i tekstu. Zobacz, gdzie się kryją błędy, i przekonaj się, czy korekta to zawód dla Ciebie. Słuchasz podcastu Po drugiej stronie książki. Zapraszam – Ewa Popielarz.
Ewa Popielarz: Cześć, Jacku!
Jacek Kujawa: Cześć!
EP: Bardzo Ci dziękuję, że przyjąłeś to zaproszenie i zgodziłeś się na rozmowę w podcaście – po to, żebyśmy mogli kontynuować wątek pracy z tekstem i poszanowania stylu autora. Widziałabym tę naszą rozmowę jako rozbitą na dwie części, to znaczy: w pierwszej porozmawiamy sobie ogólnie o współpracy pomiędzy redaktorem a autorem, a w drugiej części przyjrzymy się fragmentowi Twojego tekstu, który już poznaliśmy w dziewiątym odcinku podcastu. Czy to jest dla Ciebie w porządku?
JK: Czyli redakcja na żywo, na żywym organizmie…
Redakcja przedwydawnicza
EP: Tak jest! Zaczniemy od końca. Zaczniemy od tego, czym podcast z Kingą Rak, który był wyemitowany w odcinku dziesiątym, się zakończył. Mianowicie od redakcji przedwydawniczej. Chciałabym Cię zapytać, jaki jest Twój stosunek do tego tworu, bo opinie są co do niej podzielone. Jedni mówią, że autor może się w czasie takiej redakcji przedwydawniczej wiele nauczyć i podszlifować swój warsztat i że to jest tylko na plus. Inni mówią: „Okej, tak, ale to już nie jest oryginalna książka. Jak można taką podrasowaną książkę pokazywać wydawnictwu?”. Jaki jest Twój stosunek do tego tworu, jakim jest redakcja przedwydawnicza?
JK: Ja mówię tylko o sobie. W moim przypadku to jest konieczne, ponieważ robię mnóstwo błędów: od stylistyki, kropek po główną fabułę, wątki, postaci, spójności i tym podobne rzeczy. Dlatego ja nie dałbym rady puścić czegoś, co nie byłoby przez kogoś sprawdzone. W tym przypadku przez redakcję.
EP: Czyli Ty jako autor dajesz przede wszystkim pomysł i fabułę. A od redaktora oczekujesz, żeby pomógł Ci doszlifować tekst?
JK: Tak. Żeby to było w całości dobre do odbioru.
Współpraca autora z redaktorem – jak to wygląda?
EP: Jakie są Twoje oczekiwania wobec redaktora, wobec takiej osoby, która bierze na warsztat Twój tekst i będzie z nim pracować? Czy chcesz, żeby ten tekst został jak najwierniejszy Twojemu pierwotnemu zamysłowi, czy jesteś otwarty na dużo, dużo, dużo głębokich zmian?
JK: Jestem jak najbardziej otwarty na zmiany. Sam robię dużo błędów. Pierwsze, co robię, to zadaje pytanie: „Czy to w ogóle da się czytać? Nie patrz na błędy, tylko przeczytaj i oceń, czy to jest warte pracy”. Monika [Malita-Bekier] mi odpisuje „tak” lub „nie” i wtedy zagłębiamy się w tekst. Czy to ma jakiś początek i koniec? Czy postać na pierwszej stronie nie jest za wesoła, a zaraz potem depresyjna i znów wesoła? Czy ona jest spójna? Czy dalsze perypetie bohatera mają sens? Czy może lepiej dany wątek, rozdział przeczekać albo go wyrzucić? Tego oczekuję od mojej redaktorki –żeby wnikliwie pracowała ze mną nad tekstem.
EP: Czyli to jest wspólna praca nad tekstem. Na początek pewnie bardziej recenzja, opinia.
JK: O! Brakowało mi słowa. Tak, to bardziej recenzja.
EP: Powiedz, jak to wygląda technicznie. Piszesz tekst i rozumiem, że na początek jesteś z nim sam. Wysyłasz go do redaktorki do pierwszej recenzji. Ona Ci odsyła swoją opinię – ogólną i bardziej szczegółową, dotyczącą jakichś tam fragmentów. Czy teraz Ty jeszcze pracujesz głęboko nad tym tekstem sam? Czy to już ustalacie między sobą i ona szlifuje te fragmenty?
JK: Wy to nazywacie próbką redaktorską, tak? Ja wysyłam taką próbkę, trzy strony, żeby mogła zobaczyć, co to jest. Ona mi wskazuje kierunek, a ja potrafię to przepisać i kierować się dalej w tym nurcie. Kończę trzy czwarte tekstu i mówię, żeby ona zaczęła pracę nad tym tekstem, a ja skończę resztę. Tak było w przypadku bajki. Napisałem to w jeden dzień, wysłałem. Później dopisałem, poprawiłem, to zostało odbite z powrotem i zamykamy. W tym procesie było paręnaście wymian jeszcze.
EP: Powiedz, o jakiej bajce mówisz, bo ja wiem, ale publiczność tego nie wie.
JK: Nie wiem, czy jest warta pokazania. Czy to jest fajne.
EP: A wiesz co? Podlinkuję ją do tego podcastu. Wystawimy ją na ocenę słuchaczy.
JK: To jest bajka pod tytułem… zapomniałem tytułu! Pamiętasz?
EP: Tytuł jest nieistotny. Powiedz, o czym jest.
JK: To jest bajka o pewnej krainie, w której rządzi król Oczytus. On uwielbia czytać. To jest zresztą wyspa. Nie ma kto dostarczać nowych dzieł, a Ci, co na tej wyspie zostali, tworzą niewiele. Powstaje więc pewien zawód, który ma jak najwięcej tekstów przyprowadzić na wyspę. Te teksty nie są zbyt dobre. Są kiepsko napisane. Jest potrzebna osoba, która to wszystko ładnie poprawi, żeby było miłe w odbiorze dla króla.
EP: Tu postawmy trzy kropki, a ciąg dalszy na stronie ewapopielarz.pl pod dwunastym odcinkiem podcastu Po drugiej stronie książki. Bardzo prosimy o opinię dla Jacka!
Redakcja a korekta
EP: Cały czas mówimy o redakcji. Trochę powiedzieliśmy o recenzji. Bardzo mi się podobają te etapy pracy z tekstem, bo z tego by wynikało, że rzeczywiście redakcja przedwydawnicza może być dla autora momentem szlifowania swojego warsztatu. Dostajesz tekst w postaci próbki redakcji i potem wedle tych zmian sam poprawiasz dalej.
JK: Wiem, czego się mniej więcej trzymać. I tak pewnie zbłądzę X razy, ale redaktorka jest po to, żeby to naprostować.
EP: To jest takie odbijanie piłeczki, tak jak mówisz. Czy dzięki temu masz poczucie, że piszesz coraz lepiej?
JK: Jak najbardziej. To jest dla mnie bardzo wartościowe, bo wiem, na co zwracać uwagę. Nie muszę się martwić, bo wiem, że tekst poprawi mój współpracownik. Ja skupiam się na dobrej fabule, spójnym bohaterze. Żeby ten fragment powieści był dobry w odbiorze.
EP: Cały czas mówimy o redakcji i o recenzji, a powiedz, czy czujesz jakąś różnicę pomiędzy słowami redakcja a korekta, bo tutaj jest bardzo dużo kontrowersji.
JK: Zdecydowanie. Nie wiem, czy nie obrażę kogoś przypadkiem, ale redaktor jest od tego, żeby ze mną pracował z tekstem, a korekta jest od tego, czy przecinek stoi w dobrym miejscu. Ja to tak postrzegam.
EP: Ja zawsze powtarzam, że redakcja to jest pierwsze czytanie po autorze.
JK: No tak. Chociaż pierwsza to jest moja żona.
EP: (śmiech) Twoja żona jest redaktorem do kwadratu w związku z tym. To by się zgadzało. Redaktor ma po prostu więcej pracy. Korektor dostaje tekst przefiltrowany przez autora i przez jego autorskie poprawki, i przez poprawki redakcyjne.
JK: Na niektóre rzeczy ja muszę zwracać uwagę, a niektóre mogę olać. Ja kompletnie olewam to, gdzie ten przecinek ma stać. Znam te zasady, zresztą w Akademii się uczyłem tego z 15 razy, ale nie do końca załapałem jeszcze, o co chodzi. Po drugie, ja nie muszę tego wiedzieć, bo ktoś to zrobi za mnie.
EP: Wiesz, że ja pamiętam taki test przecinkowy, który robiłeś, kiedy trwała pierwsza edycja Akademii?
JK: To chyba wszystkie błędy zrobiłem.
EP: Nie! Powiedziałeś, że wszystkie zadania miałeś rozwiązane dobrze. Była taka sytuacja. To było 10 zdań, które zrobiłeś dobrze, bo byłeś świeżo po przeczytaniu lekcji.
JK: Aaa! To już wiem! Miałem wszystkie materiały wydrukowane i ryłem to przez tydzień czasu.
EP: No i dobrze! Ja jestem przekonana, że część tych informacji zapadła Ci w pamięć głęboko, gdzieś tam jeszcze siedzi i będzie procentować. Ale od tego są rzeczywiście korektorzy, redaktorzy.
Jak pisać komentarze?
EP: No dobrze, przejdźmy dalej. Mamy ten tekst, wraca do Ciebie po redakcji, no i rozumiem, że jeżeli masz świadomość, że tam było dużo do zmiany, to oglądasz go w trybie śledzenia zmian z podglądem poprawek i tam jest dość czerwono. Jak Ty się wtedy czujesz, kiedy widzisz swój tekst taki „pokiereszowany”? Pierwsze wrażenie.
JK: Spodziewałem się.
EP: (śmiech) Taki autor to skarb. Druga myśl – przeglądasz wszystkie poprawki?
JK: To, co jest pokreślone, czytam od początku. Nie ma, że zwracam uwagę tylko na komentarz. Zaczynam od A i idę do Z. Od pierwszego zdania do ostatniej kropki.
EP: Nie będę Cię teraz pytać, czy się na wszystko zgadzasz, bo o tym porozmawiamy sobie w drugiej części tego podcastu, ale chciałabym przejść do komentarzy, o których powiedziałeś. Wiem, że słuchałeś podcastu dziesiątego z Kingą Rak. Mówiłyśmy o tym, w jaki sposób pisać komentarze, żeby autorowi się nie zrobiło przykro, że tak na niego napadamy w czasie korekty. Powiedz: czy Ty to odbierasz osobiście? Czy jest wskazane, żeby na przykład jakiś emotikon wrzucić w komentarzu, czy odebrałbyś to raczej jako nieprofesjonalne? Redaktor niech tam się językiem zajmie, a nie emotikony mi wrzuca.
JK: Ja sam jestem nie do końca profesjonalny. Też w odpowiedzi na komentarze piszę emotki. Jak coś mi się nie podoba, to piszę: „Bleee”.
EP: Tak mi napisałeś w odpowiedzi na mój komentarz: „Fuuj”. Ja się poczułam dotknięta. (śmiech) Czyli generalnie można Ci pisać w komentarzach prawdę, szczerą prawdę i tylko prawdę.
JK: Na przykład komentarz: „Ewa Popielarz: Do bani ten fragment”. Ja bym przeżył taki komentarz.
EP: Jacek teraz się uśmiecha pod nosem i mówi: „Dobra, zmienię to, skoro jej nie pasuje”.
JK: No tak. Albo zastanowię się, czemu jej nie pasuje.
EP: A nie masz czegoś takiego: „Czemu jej nie pasuje? Przecież tyle nad tym siedziałem, tyle się głowiłem. To jest najlepszy fragment, jaki napisałem!”.
JK: Nie mam przykładu teraz…
EP: Zaraz przejdziemy do przykładów, bo wychodzisz teraz na takiego autora, który się na wszystko zgadza i wszystko jest fajnie. A to wcale tak w rzeczywistości – przynajmniej na tekście, który wspólnie między sobą wymieniliśmy parę razy – nie wyglądało. Zaraz będziemy znęcać się na żywo nad tym tekstem. A właściwie już możemy do tego tekstu przejść. Co będziemy rozmawiać teoretycznie!
Korekta na żywo
EP: Na potrzeby dziewiątego odcinka podcastu użyczyłeś nam swojego tekstu, a właściwie na potrzeby Akademii korekty tekstu – bo zgodziłeś się jeden ze swoich tekstów przekazać kursantom, nie pierwszy raz zresztą, żeby sobie po ćwiczyli korektę i redakcję fragmentu powieści. Ja go też przemaglowałam przez swoje redaktorskie oko. Przesłałam Ci ten tekst po redakcji, a Ty ustosunkowałeś się do moich poprawek. Pierwsze moje spostrzeżenie było takie, że generalnie nie miałeś żadnych zastrzeżeń do interpunkcji, do zapisu dialogów, małych, dużych liter, do formatowania, do tych wszystkich dywizów, półpauz itp. – co by się zgadzało z tym, co mówiłeś do tej pory: że zrzucasz to na karby korektora, redaktora.
JK: Bo się nie do końca na tym znam. Po drugie jestem leniwy i nie chcę się znać.
EP: W naszym zawodzie niestety się tak nie da.
JK: Taka praca.
EP: Taka praca, co zrobić. Nie rozwodzimy się nad tym, co jest oczywiste i na co wyraziłeś zgodę, bo to jest mało interesujące. Bardziej interesujące są te fragmenty, co do których mieliśmy nieco różne zdania.
Odwołujemy się teraz do tekstu, który był czytany i opublikowany w odcinku dziewiątym podcastu. W źródłach tego odcinka znajdziecie je go w wersji oryginalnej i po korekcie.
Przeciągnięte głoski
EP: Jest tu dużo dialogów. To króciutki fragment, dialog ojca z synem. Wypowiedzi dziecka często zaczynają się od przeciągniętego „aaa”. Ja to skróciłam do jednego „a”. Ty powiedziałeś, że jednak byś powrócił do pierwotnej wersji, bo lubisz takie przeciągnięte głoski. Czy byłabym w stanie Cię przekonać, żeby jednak je skrócić?
JK: Czym to poprzesz?
EP: To jest bardzo dobre pytanie! Często powtarzam korektorom, że jeżeli chcą coś zmienić, to muszą podać argument. Więc słuchaj, moje argumenty są takie: kiedy czytałam ten tekst po raz pierwszy, nie za bardzo wiedziałam, jak przeczytać to „a”. Również dlatego, że raz po nim jest przecinek, a raz go nie ma. Wiem, że dla Ciebie to może nie mieć znaczenia (śmiech), ale ja to przeczytałam na różne sposoby. Miałam kilka wersji. Przeczytam te zdania:
Aaa na które z tych słońc leciała dzisiejsza rakieta?
A drugie:
Aaa, przy tych słońcach są planety jak w naszym układzie?
Nie wiedziałam, czy przeczytać to „Aaa” jak rozpoczęcie kolejnego pytania zadanego przez dziecko – od takiej przeciągniętej pytającej głoski. To była jedna z wersji. Druga wersja to było przytaknięcie. Trzecia skojarzyła mi się z ziewnięciem, ale to mi nie leżało w tym kontekście. Sytuacja dzieje się wieczorem, niby by pasowałoby, ale nie leżało mi. W związku z tym, że miałam dylemat, jak to przeczytać, stwierdziłam, że bezpieczniej będzie i bardziej jednoznacznie, jeżeli to skrócimy do pojedyncze litery. I tak ten dialog jest dynamiczny, widać, że dziecko sypie pytaniami jedno po drugim, więc wymiar rozmowy ojca z dzieckiem mamy zachowany.
Teraz piłeczka po Twojej stronie: czy zgodziłbyś się na zmianę, czy jednak zostajemy przy potrójnym „a”?
JK: Najpierw bym powiedział, że to ten pierwszy scenariusz. Dziecko siedzi i mówi: „Aaa dlaczego tak?”. Może tam brakowało narracji – narrator powiedziałby, że dziecko jest zaciekawione. Coś w tym stylu. Chciałem tu wydobyć słowa mojego pięcioletniego syna, bo on też tak potrafi czasem strzelać pytaniami.
EP: Właśnie miałam takie odczucie, że słyszysz to, co ten chłopiec powiedział. Ale nie byłam w stanie z tego, co jest napisane, wysłyszeć Twojej intencji. Zaproponowałabym w takim razie, żeby usunąć przecinki, bo one wprowadzą nam przytaknięcie. A po drugie – żeby zostawić zawsze trzy literki „a”.
JK: To były więcej niż trzy?
EP: Raz były trzy, raz cztery.
JK: To zatrzymałbym się na trzech.
EP: Tak, proponowałabym, żeby to ujednolicić, bo po pierwsze lubimy liczby nieparzyste. Kwiaty się daje nieparzyście… Poza tym jak są dwie literki albo cztery, to czytelnicy odbierają je jako błąd. Trzy wyglądają tak, jakby to miało być celowo wstawione. Czyli zostajemy przy potrojonym?
JK: Ja bym został przy potrojonym. Myślę, że bym się uparł przy tym i powiedział: „Nie, Ewa, robimy trzy a”.
EP: Autor może wszystko. Nawet jeśli coś nie jest dopuszczalne, to jeśli się uprzesz, będzie dopuszczalne. To jest wola autora, ostateczna wyrocznia.
Ekspresja na papierze
EP: A powiedz, jak już jesteśmy przy takich nietypowych zapisach, jaki masz stosunek do dużych liter i do wielu wykrzykników. Ja, szczerze mówiąc, zwykle staram się tonować tę ekspresję, bo mam wrażenie, że czy jeden wykrzyknik, czy trzy, nie ma wielkiej różnicy w odbiorze. I tak jest hałas na papierze. Czy to ma dla Ciebie znaczenie?
JK: W tym przypadku dziecko się na coś zgadza. Jest przeciągłe „tak” i dwa, trzy wykrzykniki. O tym mówimy?
EP: U Ciebie w tekście nie ma wielu wykrzykników. Są duże litery. Na koniec chłopak mówi: „TAK!” – krzyczy dużymi literami. Potem jest na końcu wykrzyknik.
JK: Ja bym chciał, żeby to było takie głośne. Powiedziane dziecięcym, piskliwym głosikiem.
EP: Żeby zostało napisane dużymi literami. Tu już niestety musi się wciąć narrator, bo piski będzie ciężko ująć w słowa.
Didaskalia narratora
EP: Jak jesteśmy przy narratorze – omawialiśmy ten tekst w Akademii korekty tekstu i dla części osób było to dziwne, że narratora prawie nie ma w tym dialogu. Mnie się to bardzo podoba – nie podlizuję się, absolutnie. Dialog jest dynamiczny. Mówią: ojciec, syn, ojciec, syn – i narrator jest tam kompletnie niepotrzebny w wielu miejscach. Czy gdyby redaktor zaproponował Ci pododawanie jakichś wstawek odnarracyjnych, byłbyś skłonny na to przestać? Czy Twoim celem było właśnie takie dynamiczne zapisanie tego dialogu?
JK: W tym fragmencie miało tak być. Oni siedzą sobie na polu i patrzą. To miało takie być. Oni siedzą, tulą się. On opiera brodę na jego główce. Wszystko się dzieje szybko.
EP: Czyli zdecydowanie narrator nie ma tutaj żadnej roli.
JK: Ale wiem to już ze swojego warsztatu, że u mnie tego brakuje. Także gdybyś mi coś podsunęła, tobym się zastanowił z pięć razy: „A może ma rację”. Ja mam tak, że dialogi robię na zasadzie: „ciach, ciach”, a faktycznie potrzeba by było czasem na przykład, żeby narrator powiedział: „powiedziało piskliwym głosikiem dziecko”.
EP: Takie sugestie mogłyby wyjść w momencie, kiedy zaczęlibyśmy rozmawiać o tych przeciągniętych literach czy o tym wykrzyczanym „tak” na koniec. Rozmawiamy i Ty mówisz, że dziecko to powiedziało z takim piskiem. Ja tego pisku w ogóle nie słyszę jako czytelnik i w tym momencie jest rzeczywiście pole do wkroczenia dla narratora. Ale żeby po każdym dialogu się odzywał, to moim zdaniem zdecydowanie przesada.
JK: W pierwszym odcinku, kiedy mówiłaś o tym tekście, nawet zrobiłaś taką symulację: „dziecko odpowiedziało”, „powiedział zamyślony ojciec”. To byłaby nuda.
EP: Rozciągałoby się to bardzo. Stracilibyśmy tę dynamikę, którą mamy na tym obrazku.
Czas w narracji
EP: Jeżeli jesteśmy przy narracji, to powiedz mi jeszcze, czy czas, który został zastosowany w tym fragmencie, był dobrany celowo? W pierwszym akapicie mamy rodzaj wprowadzenia: jest tu czas przeszły. Piszesz tutaj o lotach w kosmos, zupełnie poza tą scenką, więc jak najbardziej czas przeszły pasuje. Później mamy nakreśloną sytuację w czasie teraźniejszym – pięcioletni Dawid siedzi na kolanach ojca, patrzą w gwiazdy. Mamy tu czas teraźniejszy. A potem, jak już bohaterowie rozmawiają, to narrator zaczyna nam mówić w czasie przeszłym, że chłopiec się wpatrywał, ojciec się uśmiechnął.
O ile pierwszy akapit może być w czasie przeszłym, bo on jest odcięty od całości, to dalej sugerowałabym jednak ujednolicenie czasu. Bardzo lubię powieści pisane w czasie teraźniejszym, chociaż jest to trudne. U mnie jest takie 50/50. Jestem w stanie zmienić książkę na czas teraźniejszy albo na czas przeszły. Decyzja należy do Ciebie. Powiedz, czy to było zamierzone, celowe, czy byłbyś za ujednoliceniem?
JK: To moja kompletna nieświadomość i pięta achillesowa. Ja się gubię w czasach. Z zamysłu chcę, żeby to było w przeszłym, ale jak wpadnę w wenę, to lecę i strzelam. Jak sam sobie czytam, to jak wyłapię od razu, zmieniam na przeszły. W czasie teraźniejszym, jak mówiłaś, jest większa trudność w pisaniu. Lubię pisać w przeszłym, ale czasy mi się mieszają. Monika, jak ze mną współpracowała, to w pewnym momencie zgłupiała, bo było raz tak, raz tak, więc zmieniała wszystko na czas przeszły.
EP: Świetnie, że o tym mówisz, bo czasem wydaje się, że autor miał jakiś cel, to było zamierzone – takie mieszanie czasów – bo na przykład nakreśla sytuację i chce, żeby ona była bliższa czytelnikowi, więc jest czas teraźniejszy, a w dialogu używa przeszłego. My możemy sobie dorobić ideologię do tego, co widzimy, ale najprościej jest zapytać i wtedy czasem wychodzi sytuacja jak teraz, kiedy mówisz: „Ja się w tym gubię. Zmieniaj na przeszły”. Nie dowiemy się tego, jeśli nie zapytamy.
JK: To ważne, bo Monika nie wiedziała, ale od razu zapytała.
EP: Czasy to jest taki newralgiczny punkt w powieściach, bo można nimi grać tak, żeby zmieniać sytuację, np. jak mamy retrospekcje wklejane do powieści.
JK: Tu się lubię pobawić. To robię, staram się.
EP: Wtedy następuje zmiana czasu i od razu wiadomo, że jesteśmy w innej przestrzeni.
JK: Nawet pierwszoosobowo można polecieć.
EP: Ujednolicenie tego od razu będzie grubym błędem. Autor nie byłby zadowolony, żeby to potem wszystko cofać.
JK: Ja mam sprzeciw. Jakbym wiedział, że to zrobiłem celowo, to od razu mówię stop.
EP: Jak wyczuć, czy zabieg był zastosowany celowo, czy nie? Zapytać. Proste. Dokładnie tak samo jest z powtórzeniami. Czasem widać, że powtórzenie wyszło przez przypadek i od razu wiadomo, że trzeba je zmienić na synonim. Czasem jednak wydaje się, że powtórzenie jest celowe. Miałam kilka takich sytuacji, kiedy wydawało mi się, że autor celowo wstawił jakieś powtórzenie, nawet to ciekawie brzmiało, ale na wszelki wypadek dodałam komentarz: „Czy to jest celowe?”. Autor mówi: „Nie. Tego miało nie być. Dobrze, że to wyłapałaś”. Więc znów pytania, pytania, pytania.
Rozbiór zdania krok po kroku
EP: Narrację mamy chyba ogarniętą, a teraz chciałabym się dłużej zatrzymać przy zadaniu, w którym w ogóle nie zaakceptowałeś moich poprawek. (śmiech) I tutaj obalamy mit Jacka, który się na wszystko zgadza. Nie doszliśmy przy tej krótkiej wymianie maili do żadnego konsensusu, więc mam nadzieję, że teraz do niego dojdziemy. Jedziemy na żywo, rozprawiamy się z tekstem. Ja teraz przeczytam zdanie w oryginalne, a potem powiem, jak je zmieniłam. I będziemy to słowo po słowie analizować. Dobrze, czyli nastawiamy zegarki na kolejne półtorej godziny. Oryginał brzmi tak:
Chłopiec znał podstawowe założenia układu słonecznego z piosenki dla dzieci, w której planety śpiewają o swojej budowie i pochodzeniu, jednak nie pojmował ich rozmiarów.
Po zmianach było tak:
Dawid podstawową wiedzę o Układzie Słonecznym czerpał z piosenki dla dzieci, w której planety śpiewają o swojej budowie i charakterystycznych cechach, jednak nie pojmował wymiarów kosmosu.
I teraz tak – chłopiec/Dawid. Od razu się usprawiedliwię, dlaczego zmieniłam – to jest druga wstawka narratora. Pierwsza zaczynała się od słowa „chłopiec”, więc chciałam, żeby było urozmaicenie.
JK: Po to tu jesteś. Rób. Tak może być.
EP: Pierwsze koty za płoty. To było proste. Jedziemy dalej. „Znał podstawowe założenia układu słonecznego”. Ja to zmieniam na „podstawową wiedzę o Układzie Słonecznym”. Dlaczego zmieniłam? Pozwól mi się usprawiedliwić, a potem mi powiesz, że to jest źle. Nie upieram się przy wiedzy. Może tu być inne słowo, ale nie zostawiłabym słowa założenia. Wydaje mi się, że założenia mogą być do teorii, hipotezy, planów.
JK: Wystarczy mi. Okej.
EP: Przekonałam Cię teraz?
JK: Jakbym takie uzasadnienie dostał w komentarzu, to by było okej.
EP: Do tego fragmentu nie dodałam komentarza, bo wydało mi się to oczywiste. Ale to znów sytuacja, kiedy musimy ze sobą rozmawiać.
JK: Myślę, że do tego momentu nie zwróciłbym uwagi.
EP: Czyli wiedza jest okej? Dobra. Dwa plusy dla mnie. Jedziemy dalej.
JK: Tylko jedno słowo dalej kłuje mnie w oczy.
EP: „Czerpał”, wiem! Czerpał. Absolutnie nie upieram się przy tym słowie. Może „miał” byłoby bardziej neutralne? „Dawid podstawową wiedzę o Układzie Słonecznym miał z piosenki dla dzieci”. To by było lepsze?
JK: No pewnie! Prostsze.
EP: Ale wiesz co? Ty w drugim akapicie tego tekstu…
JK: Ja jestem niespójny. Pewnie dwanaście zdań dalej sam użyłbym słowa „czerpał”, ale w tym fragmencie mi się to nie podobało.
EP: No, z takim argumentem nie ma jak polemizować. (śmiech) Chciałam się odwołać do „owianej niezliczoną ilością gwiazd”. Masz mocno kwiecisty język miejscami, dlatego to „czerpał” mi pasowało.
JK: Poklepię się po ramieniu za Twoje słowa.
EP: Jeśli mówisz zdecydowane „nie”, to od razu szukamy lepszego rozwiązania. A jakbyśmy to skrócili jeszcze bardziej i byłoby po prostu: „Dawid znał Układ Słoneczny z piosenki dla dzieci”. Czy za prosto?
JK: Też okej. W komentarzu chyba Ci napisałem, że w ogóle mi się to zdanie nie podoba: moje czy Twoje. Nie podoba mi się w całości. Musiałbym je napisać na nowo.
EP: Tak, dokładnie taki był komentarz i dlatego właśnie dążę w tym momencie do skrótu, bo jeżeli powiedziałeś mi w komentarzu, że zdanie w ogóle jest za długie, to teraz moje propozycje idą w kierunku po pierwsze walki ze słowami typu „czerpaki”, które Ci się nie podobają, po drugie walki z długością tego zdania. Spokojnie można je rozbić na dwa czy nawet trzy, nie ma najmniejszego problemu.
Na razie jedziemy po kolei, a potem na koniec przeczytam, co nam z tego wyszło. Czyli teraz tak: czerpanie usuwamy, ale nie jest powiedziane, że za 10 stron się nie pojawi, wychodząc spod Twojego pióra. Mamy pierwsze zdanie i jedziemy dalej. A dalej było powiedziane, że to jest piosenka dla dzieci, w której planety śpiewają… – i teraz uwaga! Oczywiście wiemy, o jakiej piosence dla dzieci mówimy. Niestety wszyscy rodzice ją znają, mają ją codzienne wałkowaną. Podejrzewam, że u Ciebie leci równie często, jak u mnie w domu.
JK: Chwilowo jest przerwa, ale był ogień z nią.
EP: Potem były jakieś komety. U Was komety też weszły?
JK: Komety też były.
EP: I literka D (śmiech). Wiemy, o co chodzi. Jedziemy dalej. „Piosenka dla dzieci, w której planety śpiewają o swojej budowie i pochodzeniu”. Tutaj merytorycznie – może ja za mało jeszcze słuchałam tę piosenkę, ale one tam chyba nie śpiewają o swoim pochodzeniu, znaczy – o tym, skąd się wzięły.
JK: Pochodzenie – sio.
EP: Plus dla mnie. Pięknie dziękuję. Bardzo szybko i łatwo się z Tobą współpracuje. Musimy to czymś zastąpić. Czy szukamy jakiegoś innego słowa? Ja to zmieniłam na charakterystyczne cechy – rozumiem, że słabo?
JK: Nie podoba mi się. Za długie.
EP: Tu się z Tobą zgadzam. Po prostu cechy, właściwości, wyróżniki?… Nic nie zaskoczyło?
JK: Nie.
EP: Dobra, to kolejna moja propozycja jest taka (później mamy kwestię rozmiarów), żeby powiedzieć, że one śpiewają o swojej budowie i rozmiarach.
JK: To jest ważne.
EP: Bo one tak śpiewają. Jowisz mówi: „Joł, joł, Jowisz, największy olbrzym gazowy”. O tym śpiewają. Nikt nam nie zarzuci błędu. Moje dzieci teraz będą zażenowane tym, jak wyrecytowałam ten fragment. Ale może nie będą słuchały tego podcastu. Czyli zmienilibyśmy na to, że śpiewają o swojej budowie i rozmiarach. Ja tutaj bym widziała kropkę, a potem mielibyśmy kolejne zdanie, dzięki temu mamy to fajnie skrócone.
Dalej jest końcówka pod tytułem „jednak nie pojmował ich rozmiarów”. W moim wydaniu: „jednak nie pojmował wymiarów kosmosu”. Zmieńmy to tak, żeby rozmiarami, wymiarami nawiązać do planet, to znaczy: „słuchał piosenki o Układzie Słonecznym, w której planety śpiewają o swojej budowie i rozmiarach, ale rozmiarów kosmosu nie pojmował”. Teraz bym chciała, żebyś powiedział, czy ja dobrze rozumiem ten fragment. Wcześniej mamy mowę o tym, że rakieta leci daleko. Chłopak się pyta, czy to jest tak daleko, jak do babci, czy jeszcze dalej, więc mamy kwestię odległości. Potem narrator się wcina i mówi, że on Układ Słoneczny czai, ale nie za bardzo rozumie wymiary kosmosu. Generalnie o to chodziło, tak?
JK: Tak, o to chodzi.
EP: No i pięknie. Doszliśmy do konsensusu. Komentarz, który dodałeś… Ja się trochę załamałam, jak go przeczytałam, bo sobie pomyślałam: „Boże, wszystko źle zrobiłam w tym fragmencie”, ale wyszło na to, że tylko czerpanie i charakterystyczne cechy były słabe.
JK: Ono było za długie.
EP: Tak, samo zdanie było za długie. Posłuchaj teraz, co nam z tej redakcji na żywo wyszło:
Dawid znał Układ Słoneczny z piosenki dla dzieci, w której planety śpiewają o swojej budowie i rozmiarach. Jednak rozmiary całego kosmosu były dla niego wciąż nie do pojęcia.
Okej?
JK: Może być. Pojęcia zazgrzytało, choć jestem w stanie je zaakceptować, bo zamyka to zdanie i w całości ładnie zabrzmiało.
EP: Napisałeś, że nie pojmował ich wymiarów, więc wzięłam Twoje słowo, tylko troszkę je zmieniłam na inną formę. Powiem Ci szczerze, że nad tym drugim zdaniem byłabym skłonna jeszcze trochę popracować, bo o ile pierwsze wyszło nam proste, to drugie w kontraście do niego wydaje się wydumane.
JK: Bo tam mówi narrator.
EP: No tak, narrator, więc może się wymądrzać trochę. Wcześniej mówił o owianych gwiazdach, więc teraz też może mówić ładnie, no nie? (śmiech)
Wychodzi na to, że współpraca z autorem Jackiem nie jest taka zła – jednak na wiele rzeczy się zgadza, tylko niektóre słowa zgrzytają.
Jak współpracować z autorem?
EP: Wysnułabym kilka wniosków z tego, co tutaj przeprowadziliśmy, tzn. po pierwsze rozmawiać, po drugie pytać, bo czasem nawet jeden dodany komentarz nie naprowadzi nas na to, o co właściwie chodzi. Tak jak z tym zdaniem – mówisz: „zmieńmy to całkowicie”, a wystarczyło rozbić zdania na dwa i podmienić dwa słowa.
JK: Ja bym to doczytał. Jeżeli nie byłoby tego czerpaka, który mnie kłuje w oko, to pewnie bym nie zwrócił uwagi na to zdanie.
EP: Wyczerpał Ci cierpliwość i musieliśmy się na kwadrans zatrzymać nad jednym zdaniem. (śmiech)
JK: To jest moje widzimisię, bo Twoje zdanie jest poprawne.
EP: To jest Twoje święte prawo, to Twoja książka, a nie mój tekst.
JK: Ale to słowo „czerpał” jest od Ciebie.
EP: Tak, dlatego to jest Twoje święte prawo, żeby je usunąć. Ja się absolutnie przy słowach, które dodaję, nie upieram. Choć różne są sytuacje, tak jak w przypadku przedłużania liter. Spróbowałabym Ci powiedzieć, jak ja to czuję jako osoba, która nie słyszy tekstu tak, jak on wybrzmiewa w Twojej głowie – i wtedy mamy pole do dyskusji. Tak czy siak – ostateczne zdanie jest po Twojej stronie.
JK: Znaleźliśmy tutaj wspólny środek, więc dalej byśmy coś z tego wymyślili.
EP: Otóż to. Dobrze by było ten złoty środek zawsze znajdować. Inaczej redakcja nie miałaby sensu.
Jacku, na zakończenie naszej rozmowy o relacjach autor–redaktor mam do Ciebie dwa kontrastowe pytania:
Co jest dla Ciebie najtrudniejsze we współpracy z redaktorem, korektorem? Czy to są kwestie techniczne, sposób komunikowania, kwestia poprawek?
JK: Komunikacja. Ja podchodzę do tego na luzie, więc nie chciałbym, żeby ktoś do mnie odpisywał: „Szanowny Panie” w komentarzu. Pisz normalnie: „Sorry, do bani’. Tak jak my teraz rozmawiamy. Ja się z tym dobrze czuję.
EP: Szczerość do bólu.
JK: Tak. Ja sobie wtedy popatrzę na to zdanie 17 razy i albo się uprę, albo się nie uprę. Albo Ci wyjaśnię, że to zdanie za chwilę będzie miało kluczową rolę, bo nie siedzisz w mojej głowie.
EP: Nie chciałabym, żeby z tej rozmowy wyszła konkluzja, że wszystkim autorom piszemy teraz: „do bani”. (śmiech) Jak będziecie pracować z Jackiem, to można. Na początek może nie „szanowny panie”, ale emotikon na końcu.
Jak już mówimy o komunikacji, to – czy Ty lubisz, jak redaktor wrzuci jakieś komentarze od siebie, pt.: „To jest super” albo „Dlaczego oni zginęli?” – z taką reakcją czytelnika.
JK: Byłoby fajnie. To połechtanie ego. Po pierwsze wiem, że fragment się spodobał. Poza tym wiem, że redaktor jest równie zaangażowany jak ja w ten proces. Taki komentarz dla mnie to jest kolejna część recenzji. I lecimy z tym wątkiem dalej.
EP: Dobrze, że o tym mówisz, bo często się wydaje, że takie komentarze ze strony redaktora są nieprofesjonalne. Że mamy się skupić tylko na języku, stylistyce i na rzeczach typowo redakcyjnych, ale to jest ważne, bo pracujemy nie z suchym tekstem, tylko z człowiekiem. On chce usłyszeć, co jest fajne, a co nie.
Kolejna rzecz, drugie pytanie, z przeciwnej strony:
Za co najbardziej cenisz pomoc redaktora w procesie dopracowywania powieści?
JK: Za to, że ja się uczę. Wiem, co jest do poprawki. Cieszę się, jak tekst jest na czerwono i do poprawki, bo część mnie wie, że się dalej rozwijam.
EP: Tu z kolei łechtasz ego redaktorów, bo redaktor może poczuć się jak człowiek nie tylko od poprawiania przecinków, tylko jak osoba, która jest w stanie przekazać coś od siebie, nawet autorowi, który w hierarchii wydawniczej stoi dużo wyżej niż redaktor i korektor. My zawsze zostajemy w cieniu. Prawa autorskie ma autor. Autor jest twórcą, a redaktor poprawia.
JK: Dla mnie poprawia tylko korektor. Redaktor mi pomaga, daje sugestie. Wtedy rodzą mi się nowe pomysły. Dla mnie to też jest twórczość – z Waszej strony jako redakcji.
EP: Bardzo mi miło, że tak mówisz. Czujemy się docenieni jako redaktorzy.
JK: Nie wiem – czy podsuwasz autorom takie sugestie?
EP: Jeżeli widzę, że czegoś mi w tekście brakuje, to tak, ale nie na siłę. Ja się stawiam w pozycji pierwszego czytelnika, kiedy czytam książkę. I czasem wiem, że jako czytelnik chciałabym wiedzieć coś więcej, np. jaka to była pora roku, co się wydarzyło między tym a tym faktem, bo coś jest niespójne: wczoraj się kłócili, a dziś jedzą razem śniadanie; co się wydarzyło wieczorem? Jeżeli mam taką sytuację, to dodaję komentarz, ale piłeczka jest po stronie autora. Co on zrobi z tą informacją? Czy to dopisze, czy uzna, że to skrót myślowy i zostanie po staremu?
JK: Ja to cenię. Możecie podsuwać pomysły. Więcej niż przysłowiowy przecinek.
EP: Dziękuję Ci bardzo za tę podróż do świata po drugiej stronie książki – tym razem nie od strony redakcji, tylko od strony autora. Czekamy na kolejne historie, które wyjdą spod Twojego pióra. Ta już jest opublikowana przy odcinku dziewiątym. Bajkę opublikujemy przy odcinku dwunastym, a ponieważ rozmawiamy z końcem grudnia, a ten podcast ukaże się początkiem stycznia, to na zakończenie życzę Ci, żeby 2021 rok okazał się lepszy od poprzedniego. Wszyscy żartują, że poprzeczka nie jest wysoko zawieszona, więc nie będzie to trudne. (śmiech) Wszystkiego dobrego na przyszły rok.
JK: Bardzo dziękuję i życzę owocnych prac i jeszcze lepszych tekstów do sprawdzania.
The post PDSK#012 Co na to autor? Rozmowa z Jackiem Kujawą (podcast) appeared first on Ewa Popielarz.

Jan 1, 2021 • 22min
PDSK#011 Jak się przygotować do zawodu korektora? (podcast)
Chciałam zacząć od tego, że to będzie krótki podcast, ale za każdym razem, kiedy tak zaczynałam spotkania na żywo w Akademii korekty tekstu, czyli moim kursie online przygotowującym do pracy korektora, okazywało się, że to były najdłuższe spotkania ze wszystkich. Więc nie wspomnę, że to będzie krótki podcast, ale powiem, że będzie on konkretny. Konkretny, bo powiem w nim, jak przygotować się do zawodu korektora. Podam pięć kryteriów, którymi można się kierować, zaczynając przygodę z korektą tekstu.
Subskrybuj: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | Inne
Montaż: Kamil Dudziński
Transkrypcja: Magdalena Smólska (smolska.magda@gmail.com)
Plan odcinka
Czytaj teksty różnego typu i oceniaj jePobaw się w plagiatoraSzukaj charakterystycznych elementów językaSzukaj niekonsekwencjiSprawy językowePodsumowanie
Źródła przywołane w odcinku
Akademia korekty tekstu – kurs online przygotowujący do zawodu korektoraPDSK 10: Redaktor czy psycholog? Rozmowa z Kingą Rakwydawnictwa Kultura Gniewu i Krótkie GatkiWielki słownik poprawnej polszczyzny, Wydawnictwo Naukowe PWNPolszczyzna na co dzień, Wydawnictwo Naukowe PWNhttps://sjp.pwn.pl i Poradnia PWN na tej stronieŁukasz Mackiewicz, 497 błędów
Transkrypcja podcastu #011 Jak się przygotować do zawodu korektora?
Daj się zabrać za kulisy świata książek i tekstu. Zobacz, gdzie się kryją błędy, i przekonaj się, czy korekta to zawód dla Ciebie. Słuchasz podcastu Po drugiej stronie książki. Zapraszam – Ewa Popielarz.
1. Czytaj teksty różnego typu i oceniaj je
Nie chodzi mi oczywiście o to, żeby się znęcać nad tekstami i je krytykować, bo pamiętajcie, że korekta to nie jest krytyka, ale warto po przeczytaniu każdej książki czy nawet po obejrzeniu każdego filmu, każdego serialu wypisać 5 rzeczy… Po prostu: wziąć kartkę i wypisać 5 rzeczy, które się podobały, i 5 rzeczy, które się w tym filmie czy w tej książce nie podobały. Trzeba to ująć w słowa. Nie wystarczy powiedzieć: „To był fajny film”. Dlaczego? „Bo był fajny”. „To była ciekawa książka”. Dlaczego? „Bo dobrze mi się czytało”. To nie jest żaden konkret. Trzeba koniecznie nauczyć się nazywać to, co było dobre, i to, co powodowało jakieś dłużyzny, co było nudne, co było nieciekawe.
Rozmawiałyśmy o tym w podcaście 10, w którym gościłam Kingę Rak. Kinga wspominała, że w takim ocenianiu literatury, tekstów, które do niej trafiają – do niej jako do redaktorki – pomogły jej studia literaturoznawcze. Oczywiście to bardzo pomaga, jeżeli mamy podstawę teoretyczną do tego, jak powinna wyglądać dobrze skonstruowana powieść gatunku takiego a takiego, ale tak naprawdę można samodzielnie nabyć wprawy w ocenianiu tego typu tekstów. To nie musi być beletrystyka, to mogą być nawet newslettery, teksty na stronach internetowych, teksty sprzedażowe, marketingowe. Bo przecież takimi też zajmują się korektorzy. Możemy nabyć wprawy w ocenianiu takich tekstów, jeżeli będziemy próbowali po przeczytaniu każdego z nich wypisać 5 rzeczy, które były na plus i 5 rzeczy na minus.
Jeżeli chcesz współpracować z blogerami, jeżeli chcesz poprawiać newslettery marketingowe – czytaj je. Czytaj teksty różnego typu. Nie tylko wysokiej klasy literaturę, ale teksty użytkowe, sprzedażowe czy wszystkie inne, które mogą trafić do Ciebie – redaktora, korektora – do poprawy. Bo jeżeli poznasz dany gatunek, jeżeli poznasz, jakimi prawami się rządzi i co wpływa na pozytywny odbiór takich tekstów, a co sprawia, że nie są chętnie czytane przez czytelników, czyli także przez Ciebie, to będzie Ci łatwiej zasugerować autorowi pewne zmiany.
A jeśli marzy Ci się korekta beletrystyki, to skoncentruj się też na dialogach. Świetnym ćwiczeniem albo wręcz podręcznikiem nie tylko dla autorów, ale też redaktorów, którzy chcą się specjalizować w beletrystyce, są komiksy. Jestem zdania, że jednym z trudniejszych elementów przy pisaniu tekstów beletrystycznych są dialogi. Może się zdarzyć taka sytuacja, że autor świetnie prowadzi fabułę, ma genialny pomysł, językowo w narracji radzi sobie doskonale, ale kiedy pojawia się dialog, to jest on sztuczny, pusty i mamy wewnętrzne przekonanie, że ten bohater na pewno by tego w ten sposób nie powiedział. Nie mówiąc już o jakimkolwiek różnicowaniu języka bohaterów i innych zabiegach tego typu. W komiksach są tylko dialogi albo – przede wszystkim dialogi. I oczywiście gra tam jeszcze grafika, rysunki, kolory, kreski i wszystko inne, co się tam znajduje, ale całym sercem fabuły są dialogi.
Nie mówię o komiksach typu „Kaczor Donald” czy inne, które być może znacie z dzieciństwa. Dziś da się znaleźć wiele odmian komiksów, nie tylko dla dorosłych, ale też dla młodzieży, dla dzieci. Polecam wizytę na stronie wydawnictwa Kultura Gniewu, czy Krótkie Gatki – to część tego wydawnictwa zajmująca się komiksami dla dzieci.
A nawet jeśli nie komiksy, to pamiętajcie, żeby czytać teksty różnego typu. Czytać i zastanawiać się, co w nich zachwyca, a co nie zachwyca.
2. Pobaw się w plagiatora
Oczywiście plagiat jest to rzecz karygodna, nie ma co do tego wątpliwości, ale mówimy o plagiacie w cudzysłowie. O plagiacie, który jest lekcją redagowania tekstu. Spróbuj napisać tekst w czyimś stylu i daj go komuś do przeczytania. Zapytaj, czy ta osoba będzie w stanie odróżnić, który tekst jest napisany przez Ciebie, a który wyszedł spod pióra właściwego autora. Im bardziej zbliżysz się do stylu autora, tym lepiej dla Ciebie. Bo korektor, redaktor to nie jest autor. To nie jest człowiek, który tworzy nowy tekst od zera. To jest człowiek, który stoi w cieniu, ma się niejako wcielić w rolę, w język, nawet może w uczucia czy myśli autora i pomóc mu w dopracowaniu jego tekstu. Nie ma pisać nic od siebie. Wszystko, co wyjdzie spod klawiatury redaktora, powinno mieć taki kształt, żeby autor sam chciał się pod tym podpisać. To właśnie dlatego redaktor musi umieć wczuwać się w styl autora.
3. Szukaj charakterystycznych elementów języka
Ten punkt niejako wiąże się z poprzednim. Żeby napisać coś w stylu danego autora, musimy dojść do tego, jaki ten jego styl jest. Z jakich elementów się składa. I tutaj pomaga nam też punkt pierwszy, to znaczy wypisanie, zwerbalizowanie tego, co nam się podoba albo co wydaje nam się charakterystyczne dla danego autora. Jeżeli potrafimy to wypisać, wypunktować, jeżeli potrafimy to wyłapać w tekście danego autora, to będziemy umieli zredagować jego tekst tak, żeby go nie zmienić za bardzo, żeby on był taki sam, tylko lepszy.
Wejdź na przykład na czyjś blog. Wypisz charakterystyczne słowa, sformułowania, sprawdź, jak dany bloger, dany autor buduje zdania: czy są one długie, czy krótkie, jakimi znakami je łączy, czy często używa wykrzykników, a może wielokropków.
Pamiętam, że w okresie liceum, a może trochę wcześniej miałam taką nieznośną manierę, która kazała mi co drugie zdanie kończyć wielokropkiem. Może wydawało mi się, że mam dużo więcej do powiedzenia, a ten wielokropek zostawiał takie zawieszenie w przestrzeni, które miało sugerować czytelnikom, że tam jeszcze jest jakieś drugie dno. Na szczęście pozbyłam się tej maniery, ale jest ona dla niektórych autorów bardzo charakterystyczna. No i właśnie – jeżeli ją zauważymy, to możemy podjąć dialog z autorem i dopytać, czy jest bardzo przywiązany do tych wielokropków, czy jednak możemy pozbyć się połowy z nich albo nawet trzech czwartych. Ale żeby o to zapytać autora i uzyskać na to jego zgodę, musimy zauważyć te wielokropki w tekście.
Warto zwracać uwagę na to, w jakich sytuacjach autor używa dużej litery. Nie mówię o oczywistych kontekstach językowych, poprawnościowych, ale bardziej o takich emocjonalnych. I znów – może to być jego cecha charakterystyczna, a może to być jakaś maniera, nad którą warto by było popracować i o której warto by było porozmawiać. Ale żeby to zauważyć, musimy być oczytani i musimy potrafić nazwać te elementy, które są charakterystyczne dla danego autora. Na etapie wyłapywania ich i wyszukiwania nie oceniamy jeszcze, czy to błąd, czy nie błąd. Na to przyjdzie kolej po jakimś czasie. Ćwiczenie polega na tym, żeby te elementy zobaczyć, wypisać i nazwać.
4. Szukaj niekonsekwencji
Czasem wydaje mi się, że zawód korektora był mi pisany od maleńkości, bo od zawsze miałam poczucie, że ładne = symetryczne. Nie jakieś tam abstrakcyjne wizje, nie wiadomo co – nie. Miało być symetrycznie. Jak jest symetrycznie, po równo, to znaczy, że jest dobrze, poprawnie, w porządku. Ja się wtedy czuję bezpiecznie. I rzeczywiście zawód korektora polega na szukaniu takich symetrii, ujednoliceń. Ujednolicenie to jest motto, credo korektora. Nie stawianie przecinków, nic innego – tylko ujednolicenie. Wiele zasad może być złamanych, wiele reguł można zastosować w różny sposób, ale zawsze, kiedy mamy przyzwolenie na wykorzystanie tak zwanego „tozależyzmu”, na końcu pojawia się dopisek małym druczkiem: „Możesz zrobić tak albo tak, albo tak – i teraz uwaga! – byle konsekwentnie”.
Ta konsekwencja, ujednolicenie to jedna z najważniejszych rzeczy w zawodzie korektora. Jest mało ważne, czy datę zapiszemy w przypisie z miesiącem zapisanym słownie, czy z miesiącem zapisanym liczbą rzymską, czy z miesiącem zapisanym liczbą arabską. Ale musimy to zrobić konsekwentnie w każdym przypisie w tej książce.
Na czym więc polega ćwiczenie? Na szukaniu symetrii albo wręcz przeciwnie – na szukaniu niekonsekwencji. Sprawdź, czy na blogu takie same fragmenty są tak samo sformatowane. Chociażby przykłady – czy zawsze są wyróżnione w taki i taki sposób. Albo gdy bohater zaczyna myśleć, nie wymawia słów na głos, tylko w głowie – w jaki sposób to jest zapisane? Kursywą, a może w cudzysłowie? Zapisz to, zanotuj, zapamiętaj i zastosuj w tej publikacji konsekwentnie. Cytaty – jak są wprowadzane, w jaki sposób są oznaczone? Wypunktowanie – czy punkty są zakończone przecinkami, czy średnikami, czy są rozpoczęte od cyfr arabskich, czy może od małych liter, czy są w ten sam sposób wprowadzane, czy są tak samo zapowiadane? Czy w tabelach, rysunkach podpisy wyglądają, no właśnie – symetrycznie, podobnie, czy są ujednolicone? Jeżeli mamy podpis do rysunku, który kończy się kropką, to w całej publikacji wszystkie podpisy do wszystkich rysunków muszą być zakończone kropką. Jeżeli podpis do rysunku nie kończy się kropką, to żaden nie może się zakończyć kropką. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Symetria, konsekwencja i ujednolicenie to elementy, które korektor musi umieć wprowadzić do tekstu.
5. Sprawy językowe
Dopiero na samym, samiusieńkim końcu pojawia się ćwiczenie polegające na zagłębianiu się w sprawy językowe, czysto poprawnościowe: językowe i edytorskie. Jak to zrobić? Oczywiście możesz rzucić się na głęboką wodę, kupić sobie Wielki słownik poprawnej polszczyzny i przeczytać go od deski do deski. Ewentualnie kupić książkę Polszczyzna na co dzień, co zresztą polecam, bo to bardzo dobra książka. Ale można wejść w ten świat bocznymi drzwiami i nieco mniej drastycznie.
Polecam dwa źródła: stronę https://sjp.pwn.pl – znajdziecie tam Poradnię językową. W tej poradni zostały poruszone chyba wszystkie możliwe problemy i zagadnienia językowe, jakie kiedykolwiek ktokolwiek miał na świecie i będzie miał. Problem polega tylko na tym, że trzeba wiedzieć, co wpisać w wyszukiwarce, żeby pojawiła się właściwa odpowiedź. Ale można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że ta odpowiedź tam jest. Co w takim razie robić? Po kolei, krok po kroku szukać, czytać różne porady. Poradnia PWN wyciąga też na wierzch poradę dnia. Można sobie je czytać nawet z czystej ciekawości, coś tam zawsze w głowie zostanie.
Drugie źródło to książka 497 błędów Łukasza Mackiewicza. To jest książka o poprawności językowej, o poprawności edytorskiej, ale jest to jedna z niewielu książek na polskim rynku, w której znajdziecie niesłownikowe przykłady. Nareszcie ktoś napisał książkę, w której pojawiły się przykłady inne niż w Wielkim słowniku poprawnej polszczyzny! Niestety klasyczne wydawnictwa poprawnościowe mają taką wadę, że wiele z nich powiela przykłady podane w tych pierwotnych źródłach. Jakie to ma konsekwencje? Jeżeli nie zrozumiemy zasady dotyczącej stawiania przecinków w takim i w takim kontekście, jeżeli nie powiedzą nam za wiele przykłady, które były podane w słowniku poprawnej polszczyzny, to sięgnięcie do kolejnej pozycji i kolejnej niewiele zmieni, bo tam będą cały czas te same przykłady. Oczywiście to nie jest tak, że tylko w książce Łukasza Mackiewicza są inne, ale tę książkę naprawdę da się czytać do poduszki. To jest fenomen. Książka o poprawności językowej, którą da się czytać dla przyjemności wieczorem, rozdział po rozdziale. I coś w głowie zawsze zostanie.
Podsumowanie
Oczywiście wszystko, o czym teraz mówiłam, to ćwiczenia na dobry początek. Kiedy już zaczniecie mocniej, głębiej wchodzić w zawód korektora, to i tak trzeba będzie się odwołać do tego Wielkiego słownika poprawnej polszczyzny albo do książki Polszczyzna na co dzień, albo zacząć bardziej analitycznie studiować stronę https://sjp.pwn.pl, bo te wszystkie zasady poprawnościowe dotyczące przecinków, dużych/małych liter, pisowni łącznej/rozłącznej, myślników/dywizów i wszystkie inne trzeba będzie poznać. Chodzi o to, żeby krok po kroku, powoli wchodzić w ten świat, przygotowywać się do zawodu korektora, nawet jeszcze zanim rzucicie się na głęboką wodę. A można to robić właśnie tymi sposobami. To znaczy:
czytać teksty różnego typu, oceniać je; wypisywać dokładnie, co się w nich nam podobało, a co się nie podobało;próbować pisać w różnych stylach, wczuwać się w różne style;próbować określać, co jest dla danego stylu, dla danego gatunku, dla danej konwencji charakterystyczne;szukać symetrii, konsekwencji i niekonsekwencji, żeby móc je poprawić;no i powoli, krok po kroku zagłębiać się w sprawy językowe i edytorskie.
Z czasem poprawność językowa i edytorska staną się dla Was bazą, elementem, o którym nawet się nie myśli, sprawdza się nietypowe przypadki, przykłady, a całą resztę stosuje się automatycznie. Jak w czasie jazdy samochodem – kiedy uczymy się jeździć, zwracamy uwagę na znaki, na światła, na to, jaki bieg trzeba wrzucić, kiedy włączyć kierunkowskaz, czy go wyłączać, czy on się sam wyłączy. A później te wszystkie elementy wykonujemy automatycznie, a „budzimy się”, kiedy dzieje się coś wyjątkowego na drodze, niezwykłego. Dokładnie tak samo jest z korektą. Nie zastanawiamy się, czy w tym albo w tym miejscu postawić przecinek, bo wiemy, że trzeba go postawić albo trzeba go usunąć. To przyjdzie z czasem. Po miesiącach, tygodniach, latach nauki i zagłębiania się w sprawy poprawnościowe.
Nauczenie się różnych stylów, różnych konwencji, poznanie ich, poznanie różnych autorów, umiejętność wczuwania się w ich język, umiejętność formułowania, co w tekście gra, a co nie gra, umiejętność posługiwania się dziesiątkami, setkami rodzajów polszczyzny – to jest sztuka, którą trzeba ćwiczyć od samego początku i którą ćwiczymy latami. Tego nigdy nie opanujemy w stu procentach, tego zawsze będziemy się uczyć na nowo. Bo zawsze może się pojawić autor, który pisze w taki sposób, z jakim nigdy jeszcze się nie spotkaliśmy. Albo będziemy chcieli zająć się tekstami z takiego gatunku, takiego rodzaju, z jakim jeszcze nigdy nie mieliśmy do czynienia. Na przykład zajmujemy się tekstami naukowymi, a będziemy chcieli przejść do beletrystyki. Albo zajmujemy się beletrystyką obyczajową, a będziemy chcieli przejść do fantastyki albo do książek dla dzieci, albo zająć się stronami internetowymi, albo tekstami marketingowymi, albo newsletterami, albo jeszcze czymś innym. I za każdym razem będziemy się musieli uczyć tego jak nowego języka.
Te wszystkie ćwiczenia językowe, o których dzisiaj powiedziałam, pomogą Wam postawić pierwsze kroki na drodze do zawodu korektora, jeszcze nawet zanim zaczniecie się uczyć zasad poprawności językowej. Pomogą Wam wyrobić w sobie wrażliwość językową i intuicję, a właściwie obudzić je. Bo dobry korektor tę wrażliwość i intuicję w sobie ma. Tylko oczywiście musi nad nimi pracować.
The post PDSK#011 Jak się przygotować do zawodu korektora? (podcast) appeared first on Ewa Popielarz.

Dec 15, 2020 • 1h 1min
PDSK#010 Redaktor czy psycholog? Rozmowa z Kingą Rak (podcast)
„Uszanowanie stylu autora” – to słowa, które w odniesieniu do pracy redaktora padają niemal tak często jak odpowiedź „to zależy”. Jak to jest z tym stylem autora? Gdzie leży granica pomiędzy wygładzeniem tekstu a nadmierną ingerencją? Dziś kontynuujemy rozważania podjęte w dziewiątym odcinku podcastu, zatytułowanym „Co wolno korektorowi”. Moim gościem jest Kinga Rak – redaktorka, właścicielka Twardej Oprawy i twórczyni kursu self-publishingowego dla powieściopisarek. Kinga od lat szkoli, doradza, redaguje i prowadzi autorów za rękę przez kręte ścieżki wydawnicze. Jeśli ktokolwiek wie, gdzie leży granica ingerencji w tekst – jest to właśnie ona.
Subskrybuj: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | Inne
Gość: Kinga Rak
Montaż: Kamil Dudziński
Transkrypcja: Magdalena Smólska
Korekta transkrypcji: Magdalena Strachanowska-Trojan
Plan odcinka
Pierwsza rozmowa z autoremZakres pracy redaktora„Za zgodą autora”Jak przekonać autora do zmian w tekścieKompetencje redaktoraSelekcja tekstów w wydawnictwachNazwij rzecz po imieniu – ćwiczenia dla redaktorówGranica poszanowania stylu autoraEmocje towarzyszące korekcieRedakcja przedwydawnicza – za czy przeciw
Źródła przywołane w odcinku
Twarda Oprawa – redakcja, recenzje i szkoleniaMarta Kowerko-Urbańczyk – redaktorka i recenzentka Twardej OprawyEdyta Niewińska – pisarka, scenarzystka, recenzentkaAkademia korekty tekstu – kurs online przygotowujący do zawodu korektoraJoseph Campbell, Bohater o tysiącu twarzy, Zysk i S-ka
Transkrypcja podcastu #010 Redaktor czy psycholog? Rozmowa z Kingą Rak
Ewa Popielarz: Cześć, Kingo.
Kinga Rak: Cześć.
EP: Bardzo Ci dziękuję, że zgodziłaś się na nagranie tego podcastu. Mam nadzieję, że masz dużo czasu dziś wieczorem, bo ja mam z kolei bardzo dużo pytań. A temat jest doniosły – będziemy rozmawiać o ingerowaniu, a właściwie o nieingerowaniu w styl autora. Na początku naszego spotkania postawię tezę, że nie należy za bardzo ingerować w ten indywidualny styl. Zobaczymy, czy moja – w zasadzie – hipoteza potwierdzi się w trakcie naszej rozmowy, czy nie i do jakich wniosków dojdziemy pod koniec.
Podzielimy tę rozmowę na dwie części. Na początku chciałabym porozmawiać o współpracy redaktora z autorem, tak ściśle, a później troszkę zahaczyć o kulisy pracy w Twojej Twardej Oprawie. Ale zacznijmy od początku – tak nietypowo. Jak powinna wyglądać pierwsza rozmowa redaktora bądź korektora z autorem? Autor zgłasza się do redaktora, już jesteśmy umówieni (lub właśnie jeszcze nie), że będziemy razem współpracować. Co powinniśmy ustalić przed rozpoczęciem współpracy, żeby nie było niespodzianek?
Pierwsza rozmowa z autorem
KR: Jestem w o tyle w komfortowej sytuacji, że do nas zwykle zgłaszają się autorzy, którzy znają nasz styl pracy. Rzadko kiedy wpada do nas ktoś spoza naszej twardooprawowej orbity. Ale zakładając, że zgłosiłby się do mnie autor, który potrzebuje redakcji – na początku ustaliłabym z nim, co jego zdaniem jest redakcją.
EP: No właśnie – terminologia. Bardzo często padają pytania, czy redakcja obejmuje też korektę, czy to będzie tylko redakcja, czy to będzie tylko korekta. Powiedz, co Ty rozumiesz pod tymi terminami, kiedy się umawiasz z autorem?
KR: W naszym zawodzie jest taki problem, że redakcji trzeba doświadczyć na tekście. Możemy sobie o niej opowiadać w różny sposób; najłatwiej jest chyba mówić o części językowej. Możesz powiedzieć, że poprawiasz błędy językowe, stylistyczne, ortograficzne, gramatyczne i tak dalej – ludzie wkładają to w szufladkę „Aha, przecinki”. Są też błędy stylistyczne – tu można rzucić kilkoma przykładami i jest to w miarę zrozumiałe. Chodzi o to, żeby tekst był napisany „po polsku”.
Z kolei redakcja, którą ja wykonuję przez ostatni rok, to taka głęboka praca na tekście. I bez konkretnego przykładu jest mi bardzo trudno wytłumaczyć nowemu autorowi, na czym ta redakcja polega. W wersji totalnie skrótowej: sprawdzamy, co usunąć, a co rozwinąć. Ale oczywiście nie tylko o to chodzi. Czasem mówię, że książka ma się stać swoją najlepszą wersją. To też prawda, ale jest to dość górnolotne i trudno sobie wyobrazić, co właściwe mam na myśli, kiedy tłumaczę biednemu autorowi, czym będę się zajmować.
EP: Wydaje mi się, że słowa „głęboka redakcja” mogą autora trochę przestraszyć. Może pomyśleć, że będziesz mu na siłę coś chciała zmienić, że redakcja zawsze polega na przestawianiu jakichś elementów w książce. Jeżeli autor ma tekst dopracowany, to może w takim wypadku poprosić tylko o korektę – i właśnie to może rozumieć pod słowami „tylko korekta”: żeby mu w tekst za bardzo nie ingerować, nie przestawiać kolejności rozdziałów i tak dalej.
KR: Ja od początku bardzo mocno edukowałam – czy to na blogu, czy w trakcie rozmów, newsletterów lub postów – czym jest redakcja w moim rozumieniu. Jeśli autor dopiero zaczyna pracę jako freelancer, trafia do nas spoza tej naszej orbity i nie wie, co mam na myśli, to zawsze mówię, że redaktor powinien być taką osobą, która maksymalnie dopasowuje się do autora, do jego książki, do jego wizji. Powinien wspólnie z autorem sprawić, by tekst osiągnął swój największy potencjał. Czyli redaktor powinien usunąć dłużyzny, które kompletnie nic nie wnoszą do całości, rozkręcić te wątki, które są fajne, a na które nie wystarczyło miejsca.
Czasem autorzy mają bardzo konkretny pomysł i wydaje im się, że go spisali, ale jak ja czytam ten tekst, to nie jest on do końca dla mnie zrozumiały. Dopiero kiedy mi opowiedzą, co mieli na myśli, to nabiera sensu. Wtedy mówię, żeby włożyli to do książki. To są różne działania na poziomie samej konstrukcji, narracji, ale też na poziomie akapitu. Czasem jakaś informacja się nie pojawia, a czasem coś jest przegadane, czasem coś trzeba rozwinąć, wyjaśnić, bo ja tego nie rozumiem jako czytelniczka. Czasem imiona się mylą, czasem przez całą książkę nie wiem, jak wygląda główny bohater, bo autor wiedział, ale nie napisał. To akurat jest częste, nie wiem czemu.
Możemy godzinami rozmawiać o tym, czym jest redakcja albo czym nie jest redakcja. Lubię sobie to z autorem przegadać albo opowiedzieć mu to mailowo. Czasem, jeśli ktoś kompletnie nas nie zna, to najlepiej się zdzwonić i to przegadać. Później często wykonujemy próbkę. Chyba że trafia do nas ktoś, kto jest zdecydowany, że chce z nami pracować – ze mną konkretnie – wtedy sprawa jest prostsza. Ale jeśli ustalamy zakres redakcji, to próbka jest obowiązkowa, nawet taka na dwie, trzy strony. To nie wymaga od redaktora jakiegoś strasznego nakładu pracy, a może wyjaśnić, o czym tak naprawdę rozmawiamy, mówiąc o redakcji.
EP: Dzięki temu można pokazać, co naprawdę będzie zmienione. A powiedz, czy takie głębsze ingerencje typu „proszę pokazać, jak wygląda bohater, bo przez całą książkę go nie widać” – czy nie powinny być wprowadzone jeszcze przed redakcją, na etapie współpracy z beta-readerami czy z recenzentami?
Zakres pracy redaktora
KR: Bardzo różnie bywa, bo autorzy trafiają do nas na bardzo różnym etapie. Będę używała liczby mnogiej, bo ja sama, poza Twardą Oprawą, nie redaguję od ponad dwóch lat. Łatwiej nam się pracuje z autorami, którzy wcześniej zgłosili się do nas po recenzję tekstu. Tekst został szczegółowo przeanalizowany, autor dostał dokument z informacjami, co naszym zdaniem zmienić, żeby sens wybrzmiał tak, jak autor chciał – co jest dobre, co można trochę rozszerzyć, nad czym warto się zastanowić. Jeśli autor sobie tak przepracuje tekst, to później nasza praca jest o wiele łatwiejsza. Tak samo jeśli autor pracuje z jakimiś innymi, zewnętrznymi recenzentami, którzy oceniają książkę przed jej publikacją – wtedy też jest łatwiej. Są autorzy, którzy pracują z fantastycznymi betami, i to widać po tekście – nie ma tam już pracy głęboko konstrukcyjnej, tej pracy pod tytułem „upewnij się, czy naprawdę używasz dobrego imienia bohatera, bo zmieniasz je kilka razy w tekście”. Niektórzy beta-readerzy na to zwracają uwagę, inni nie.
Jeśli chodzi o redaktorów i recenzentów, którzy wydają swoją opinie o tekście przed jego publikacją – powinny obowiązywać ich pewne normy. Te osoby powinny coś potrafić, coś umieć, skądś się wziąć. A beta-readerami są często inni pisarze, którzy nie zwracają uwagi na pewne kwestie. Więc teksty naprawdę trafiają do nas na bardzo różnym etapie i dostosowujemy do tego swoją pracę. Czasem jest tak, że wywracamy książkę kompletnie na lewą stronę, oczywiście zawsze za zgodą autora.
Jakiś czas temu zaczęłam tak pracować, że czytam całość, wynotowuje sobie „duże” uwagi i omawiam je z autorem. Ustalamy, czy faktycznie coś będzie zmieniał pod tym kątem, czy nie. I nawet nie chodzi o to, żeby autor po tej rozmowie koniecznie coś zmieniał. Tylko ja, siadając do tekstu [do redakcji], wiem, na co mogę sobie pozwolić. Mnie to bardzo ułatwia sprawę – wolę to ogarnąć w taki sposób, bo jest to szybsze i wygodniejsze. Wszyscy są zadowoleni
Teraz fantastycznie mi się współpracuje z pewnym autorem – to już jego druga książka, ale on właściwie pisze ją przy mnie jeszcze raz, na nowo. Zaczęliśmy redakcję w sierpniu, teraz jest końcówka roku i wciąż jeszcze temat nie jest skończony. Powtarzam mu, że jestem zadowolona z tego, co nam wychodzi, ale jest ryzyko, że mogłam puścić tam błędy stylistyczne, powtórzenia albo błędy językowe, bo jeśli skupialiśmy się na milionie innych, ważniejszych rzeczy, to mogłam stracić czujność językową. Autorzy też powinni o tym wiedzieć. Im tekst jest w lepszym stanie konstrukcyjnie i językowo, tym większa szansa, że po redakcji będzie niemalże perfekcyjny. Ale jeśli robi się przy książce dużo, to mogą się pojawiać błędy albo jakieś niedociągnięcia ze strony redaktora. Dobrze, żeby autor miał świadomość tego, że my też nie jesteśmy pod tym względem doskonali, że nie oddajemy produktu zawsze na identycznym poziomie. Bo to jest po prostu przy takiej pracy niemożliwe.
„Za zgodą autora”
EP: Dobrze, że o tym mówisz, bo czasem autorzy mają – wynikające pewnie z niewiedzy, co jest zrozumiałe – wrażenie, że jeżeli oddadzą tekst do redakcji, to przyjdzie do nich gotowy produkt. To znaczy redaktor wykona swoją pracę i odda autorowi coś, co już można pokazać czytelnikom. A tak nie jest. Bo tak jak mówisz – w zależności od tego, ile jest pracy od początku, tyle razy trzeba tę książkę potem przeczytać, żeby ją wyczyścić.
Chciałabym się uczepić sformułowania, którego użyłaś – „za zgodą autora”. To słowo klucz. Jeżeli pracowałabyś z autorem i – tak jak w tym przypadku, który wymieniłaś – sugerowałabyś bardzo duże, głębokie zmiany, takie, że autor musiałby poprzepisywać niektóre wątki, a on by powiedział „nie” – co wtedy?
KR: Wtedy mówię „okej”. Skończyłam w tym roku kurs coachingowy i pomijając fakt, że rozwinęłam kompetencje w kompletnie innym miejscu, nauczyłam się życiowo jednej z najważniejszych dla mnie rzeczy. Jeśli upieramy się, że ma być tak, jak my chcemy, i komuś mówimy, że ma zrobić tak, bo tak będzie dla niego najlepiej, to bierzemy za niego odpowiedzialność. Taką odpowiedzialność, na przykład za życie pacjenta, dobrze, żeby brał na siebie lekarz, bo tego od lekarza oczekujemy, ale może niekoniecznie redaktor czy korektor.
Mogę przedstawić swoje zdanie – powiedzieć, że lepiej będzie, jeśli zrobimy to, to i to, bo w tym momencie uzyskamy taki a taki efekt. Ale jeśli ktoś powie, że nie, no to okej. To jest jego książka. Ja przecież nie podpisuję się pod nią, że jestem autorką albo że napisaliśmy ją wspólnie. To jest tekst tej konkretnej osoby. Ja doradzam, ale przecież nie wezmę na klatę tego, żeby wmówić autorowi, że musi zrobić coś w taki a taki sposób. Potem pozbiera recenzje, wróci do mnie za dwa lata i powie: „Wiesz co, nie miałaś racji”.
Czymś innym jest praca na poziomie języka, kiedy jesteśmy w stanie wziąć słownik poprawnej polszczyzny do ręki i wskazać zasadę, która mówi, że faktycznie trzeba to tak poprawić, bo inaczej jest to błędny zapis. To jest inna sprawa. Ale jeśli już pracujemy raczej „na literaturze” niż na samym języku, to nie ma norm, które by nam pokazały: „To jest naprawdę błędem, na sto procent, musisz to zmienić”.
Jak przekonać autora do zmian w tekście
EP: No dobrze, a jeżeli rzeczywiście mamy świadomość tego, że dobrze by tej książce zrobiło, żeby na przykład pozmieniać dialogi. Bo cała narracja jest świetna, fabuła jest świetna, wszystko się broni, ale dialogi są sztuczne. Umówmy się, jest to trudna rzecz do napisania, nie każdy potrafi równie dobrze pisać narrację, co dialogi. Autor kręci nosem, być może dlatego, że nie do końca wie, w jaki sposób to pozmieniać. Jakich argumentów używać, żeby go jednak spróbować naprowadzić na tę ścieżkę, którą uważamy za słuszną?
KR: Czasem jest tak, że to nam może się wydawać, że coś jest słuszne. Jak byłam jeszcze młodą i wojującą redaktorką, to oczywiście myślałam, że te wszystkie książki, które poprawiam, są źle zrobione, a ja wiem, jak jest naprawdę. A ci autorzy są tacy niemądrzy… Siedzę już prawie 10 lat w zawodzie i przede wszystkim staram się dostrzec człowieka po drugiej stronie. Jeśli widzę taką bezradność, kiedy ktoś nie wie, jak napisać poprawnie dialog, to wtedy mówię, że ja też nie wiem, bo jestem redaktorką, nie nauczycielką pisania. Mogę na przykład polecić książki lub specjalistów, którzy się tym zajmują, albo jakieś konkretne kursy. Często odsyłam autorów do osób, które uczą pisania. Mówię: „Może wróć na chwilę na ten wcześniejszy poziom. Ktoś ci to wytłumaczy, przećwiczysz, jak zrobić te dialogi, i wrócimy do naszej dalszej pracy”. Co też jest dla mnie okej.
Czasem widzę, że ktoś po prostu tak chce, w stu procentach chce, żeby te dialogi tak wyglądały. Próbuję go przekonać, mówię: „Ten język nie jest naturalny, ludzie tak nie mówią. Wychodzi to trochę sztywno. Źle to wpływa na całą twoją książkę i może źle wpłynąć na jej odbiór. Nie chcesz tego przeczytać w recenzji”. Jeśli autor powie: „Nie, nie. Chcę, żeby tak było”, to okej. Zrobiłam, co mogłam, pokazałam możliwości, powiedziałam, co możemy z tym zrobić, ale przecież nie napiszę tych dialogów za tę osobę, bo jestem redaktorką, a nie ghostwriterką. Poza tym nie umawiałam się z autorem na pisanie książki za niego – to jest kolejna sprawa.
Kompetencje redaktora
EP: To prawda. Rozmawiamy tutaj o książkach głównie oscylujących w okolicy beletrystyki albo wręcz będących beletrystyką, a nie o poradnikach. Chociaż tam też jest oczywiście konkretny styl, w jakim autorzy te książki piszą, i też trzeba ten styl uszanować. Może nawet bywa to trudniejsze niż w beletrystyce. Bo mam wrażenie, że z językiem beletrystyki jesteśmy bardziej osłuchani, od małego takie książki czytamy. Ale powiedz – czy żeby być redaktorem zajmującym się beletrystyką, trzeba mieć jakieś specjalne kompetencje? Czy to jest jakiś wyższy, niższy, pośredni level w zakresie redakcji tekstu? Czy każdy, kto poprawia teksty, jest w stanie zająć się też beletrystyką?
KR: To jest bardzo dobre pytanie…
EP: Zawsze jak się zaczyna odpowiedz od „To jest bardzo dobre pytanie”, to znaczy, że jest to pytanie, na które nie wiadomo, jak odpowiedzieć [śmiech].
KR: Staram się sama znaleźć odpowiedź na to pytanie zawsze, kiedy na przykład rekrutuję. Mam kilka refleksji. Nie mam recepty, która mówiłaby, że ta osoba powinna: i tu jest lista. Chociaż chciałabym mieć taką listę, bo rekrutowałam ostatnio nowych redaktorów do Twardej Oprawy i potrzebowałam kogoś, kto bardzo dobrze potrafi w fantastykę. Jak mam zrekrutować nową osobę, to zawsze mi płynie łezka, bo myślę o tym, że to musi być osoba, która podziela nasze wartości. I to jest ważne w beletrystyce. Żeby empatycznie podchodzić do samego tekstu, czyli nie zmieniać go na siłę. Uszanować ten styl, o którym rozmawiamy. Uszanować koncepcję autora. Wydaje mi się, że łatwiej przyjąć na klatę, że poradnik, który jest napisany przez specjalistę, tak wygląda, bo ta osoba się na tym zna. Wisi taki nimb znawstwa gdzieś nad tym.
EP: Czujemy się mniej kompetentni w tej dziedzinie niż w beletrystyce.
KR: Dokładnie tak. Nawet jeśli siedzimy w jakimś temacie, to myślimy, że może jednak ktoś wie lepiej. A z literaturą jest trochę tak, że każdy przeczytał jakąś książkę, więc każdy z nas się może wypowiedzieć. To jest kwestia, moim zdaniem, empatii i zrozumienia tego, że to książka autora i styl autora. My jesteśmy takimi magicznymi pomocnikami, których celem jest wywyższenie tego tekstu maksymalnie. A z drugiej strony trzeba mocno się specjalizować w konkretnej konwencji literackiej. I ja na przykład w życiu nie podjęłabym się – przynajmniej na tym etapie, na którym jestem teraz – redagowania kryminału czy horroru, chociaż horror może byłby mi trochę bliższy do takiej typowej przygodówki. Bo nie czytam takich rzeczy. Jeśli coś czytam, jest to literatura piękna, obyczajowa albo fantastyka. Dlatego głównie pracuję na fantastyce bądź książkach podróżniczych. Uważam i tak, że mam trochę za duży rozstrzał, i szczerze mówiąc, też wolałabym jakoś mocniej się wyspecjalizować. Dlatego jeśli mam wybór, to najczęściej biorę fantastykę albo opowieści podróżnicze. To są dwie rzeczy, które czytam, kocham, uwielbiam, to robię w wolnym czasie. Oglądam filmy, jeżdżę na festiwale, szukam nowości. Jestem totalnie w to wkręcona.
Uważam, że jeśli redaktor myśli, w czym się wyspecjalizować, to jest pierwsza rzecz – dopasowanie się z wrażliwością do tekstu. A po drugie trzeba się zastanowić, co się lubi robić w wolnym czasie, co nas tak naprawdę kręci. Moim zdaniem z takim tekstem się łatwiej pracuje. Ale jest też doświadczenie. I to jest może niepokojące, jeśli myślę o osobach, które zaczynają. Ale tak naprawdę uczymy się z każdą książką. Myślę, że możesz się ze mną tutaj zgodzić, że jeśli poprawiło się chociażby pięć książek dla dzieci, to kolejna książka dziecięca pójdzie nam łatwiej niż na przykład horror, nad którym nigdy nie pracowałyśmy, na którym się nie znamy, bo ta konwencja, koncepcja i cały pomysł są dla nas totalnie egzotyczne.
EP: Nie bez powodu pytałam o beletrystykę, bo moje doświadczenia z wchodzeniem w świat beletrystyki są długie i bynajmniej nie usłane różami, a jeżeli już, to kolcami. Próbowałam dostać się do wydawnictwa beletrystycznego po czterech latach pracy, kiedy wydawało mi się, że już tyle książek przerobiłam, że jestem co najmniej dobrym redaktorem. Tyle że wszystkie książki, które robiłam wcześniej, to były książki naukowe, bo z takim wydawnictwem współpracowałam. Mój krok w kierunku beletrystki miał na celu to, żeby zacząć w pracy czytać coś ciekawszego i coś, co będą też czytać inni ludzie, a nie tylko autor i jego mama, ewentualnie promotor.
Rzeczywiście moje portfolio było na tyle imponujące, że dostałam mnóstwo zwrotek z próbkami, które miałam przygotować dla wydawnictw. I to były duże wydawnictwa. Podbudowało mnie to niesamowicie, a później spadłam z tych wyżyn, bo nigdzie się wtedy nie dostałam. Nigdzie, po czterech latach pracy. A to dlatego, że ja po prostu nie potrafiłam redagować takich książek, mimo że czytałam przecież teksty tego typu. Ale znów – trzeba było powoli, małymi kroczkami wchodzić w ten świat.
Więcej o moich początkach i błędach, jakie wtedy popełniłam – w odc. 13 podcastu Po drugiej stronie książki.
To, o czym mówisz, czyli czytanie – droga w kierunku książek, konwencji i gatunków, które nas naprawdę interesują i które naprawdę znamy – może być dobrym krokiem na początek. Czytanie jest też nauką dla redaktora, nie tylko poprawianie. Co często dziwi młodych korektorów, ale tak, to też jest nauka – czytanie książek. A druga rzecz to specjalizacja. Z Twoich odpowiedzi przebija jasno, że jesteś zwolenniczką specjalizowania się w zakresie redakcji tekstu. Tak czy nie?
KR: Jak najbardziej. Czasem sama się nad tym zastanawiam i mam nawet lekkie wyrzuty sumienia. Bo sama szukam bardzo konkretnych specjalistów. Znalazłam dziewczynę, z którą zaczynamy pracę – ona specjalizuje się w fantastyce i naprawdę pracuje z takimi autorami, że dla mnie jest to imponujące. Z ważnymi autorami fantastycznymi, z którymi nie wiem, czy ja bym się w ogóle podjęła pracy, bo wciąż uważam, że mój dorobek jest nieco inny. Szukam bardzo konkretnych specjalistów, a sama robię inaczej: może to, może to.
Z drugiej strony moją supermocą jest praca z debiutantami. Nie każdy redaktor ma duże doświadczenie w pracy z początkującymi autorami i nie każdy potrafi podejść do tej redakcji w nieco inny sposób. Ja nie mówię, że te teksty są inne, ale często debiutanci popełniają jednak pewne schematyczne błędy, na które ma się już wyczulone oko. Wtedy, niezależnie od tego, czy lubisz książki naukowe, dziecięce, czy romanse, wiesz już, na co mniej więcej zwracać uwagę. Więc myślę, że jeśli ja się w czymś specjalizuję, to w czymś takim.
Dziewczyna, o której wcześniej wspomniałam, kompletnie siedzi w fantomie fantastycznym, co jest dla mnie świetne. Ona sama pisze artykuły, sama wydaje, publikuje. To jest doskonała osoba do tej pracy. Albo Marta Kowerko-Urbańczyk, z którą współpracuję od czasów, zanim jeszcze oficjalnie powstała Twarda Oprawa. Ona jest totalną specką od literatury dziecięcej, więc jeśli ja jej daję książkę tego typu albo jakieś poradniki – nazywamy je kobieco-rozwojowymi – którymi też się zajmuje, to ja mam sto procent pewności, że ona to zrobi fantastycznie.
Myślę, że takie specjalizowanie się jest ważne, ale na moim przykładzie widać, że to nie zawsze musi być specjalizacja na konkretny typ tekstu. Ja na przykład specjalizuję się w pewnym trybie pracy z początkującym autorem i najczęściej właśnie pracuję z debiutantami. Później, jak już ich puszczam w świat, to mogę powiedzieć: już wiecie, o co chodzi, radźcie sobie. Ja już im tak nie pomogę z czwartą książką, jak pomogłam z pierwszą. Uczę ich pewnych rzeczy, w tym jestem dobra. To jest kwestia znalezienia takiej niszy. Nie chodzi mi o to, że self-publisherzy piszą książki kompletnie inaczej niż ci, którzy wydają w wydawnictwie. Ale hipotetycznie, gdybyśmy pracowały z wydawnictwem, to dostajemy teksty po mocnej selekcji.
EP: To prawda.
KR: Jeśli pracujemy z self-publisherami dostajemy teksty kompletnie bez selekcji, więc są nam tutaj potrzebne inne narzędzia, oczywiście nie językowe, ale takie kompetencje…
EP: Empatia.
KR: Empatia, ale też umiejętność – z jednej strony literacka, z drugiej strony trochę uczenia. I znajomość języka lub wykształcenie. To wszystko się łączy w całość.
EP: Wolałabym, żebyśmy tego nie nazywały empatią, bo w talentach Gallupa, o których rozmawiałyśmy przed rozpoczęciem tej rozmowy, u mnie Empatia jest na przedostatnim miejscu. Wolałabym więc, żeby to nie był wyznacznik, że jest się dobrym redaktorem [śmiech].
KR: Ja mam ją na piątym, zaraz po tej strategii.
EP: Ja mam bliskość wysoko, więc tym jakoś to rekompensuję.
KR: Może dlatego ja w kółko o tej empatii, teraz mnie na tym złapałaś.
Selekcja tekstów w wydawnictwach
EP: Powiedziałaś o selekcji i chciałabym się trochę uczepić tego wyrazu. Właściwie – tego procesu. Tak jak mówisz: wydawnictwo przesiewa autorów, którzy zgłaszają się do niego z książkami. Czy Wy też robicie taką odsiewkę, mówiąc brzydko, czy przyjmujecie teksty wszystkich autorów, oczywiście w ramach Waszego czasu w Twardej Oprawie? Czy zdarza się Wam powiedzieć: „Nie, na to jest jeszcze za wcześnie” albo „Nie, lepiej by było, żeby ktoś inny zrobił do dla Ciebie, autorze czy autorko”?
KR: Za selekcję odpowiada teraz Karolina, czyli nasza project managerka i to jej przekazałam mój najprostszy sposób. Czyli – przychodzi autor, mówimy: „Dzień dobry, czego pani/pan potrzebuje?”. On mówi: „Tego”. My: „Dobra, robimy to”. Prosimy o fragment. Dostajemy fragment i wtedy następuje sekcja polegająca na losowym przejrzeniu kilku stron. Wtedy już mniej więcej wiemy, jak to jest napisane, ile pracy wymaga. Myślę, że wiesz, że jak ktoś ma już bardziej wprawne oko, to jest w stanie ocenić, czy to [redakcja] zajmie mu bardzo dużo czasu, dużo czasu, czy mało czasu. I w tym momencie, jak już rzucimy okiem na tekst, to mniej więcej już wiemy, czy jest on już do redakcji. Oczywiście z tym też różnie bywa. Jeśli widzimy, że tekst jest na przykład bardzo początkowy, pojawia się jakieś nieuszeregowane w narracji, to po prostu szkoda, żeby ktoś wydawał kasę na redakcję, która w tym momencie byłaby superdroga. Bo wiadomo – czas pracy redaktora byłby odpowiednio wydłużony. Wtedy najczęściej proponujemy, na przykład recenzję. Jeśli widzimy, że książka jest kompletnie w powijakach, to można z nami omówić fragment. Albo po prostu wysyłamy autorów do osób, które uczą pisania. Tu pozdrawiam Edytę Niewińską, do której najczęściej wysyłam autorów. I potem czasem te osoby wracają po jakimś czasie, mówią: „Teraz już wiem, książka została poprawiona”. Wtedy możemy zaczynać pracę.
Czasem recenzujemy teksty, które są na naprawdę marnym poziomie. Nie wiem czemu, ale mnie się to najczęściej zdarza. Przez te wszystkie lata dwa razy trafiły do mnie takie teksty, że tak jak je przeczytałam, to westchnęłam i pomyślałam: „Co ja mam teraz napisać?”. Ale nawet jeśli tekst nie jest najlepszy, to nie piszę do autora: „Człowieku, idź do lasu, schowaj się w dziurze, lisiej norze i nie wychodź już nigdy”. Tylko grzecznie: „Tekst nie jest gotowy, ponieważ to, to, to i to. W tym momencie można by zrobić to, to, to i to”. I znowu następuje odesłanie na wcześniejszy etap.
Nazwij rzeczy po imieniu – ćwiczenia dla redaktorów
EP: Świetnie, że o tym mówisz, ponieważ „to, to, to i to” jest bardzo ważną umiejętnością dla redaktora, który powinien potrafić powiedzieć i nazwać to, co jest z tekstem nie tak. Możemy czuć jako redaktor-czytelnik, że coś w tekście zgrzyta, ale tym się różni redaktor od czytelnika, że redaktor potrafi to wypunktować i potrafi to nazwać. Nie chodzi mi o nazywanie górnolotnymi, językoznawczymi terminami, tylko o powiedzenie: może tutaj brakuje dopowiedzenia czegoś o tym bohaterze, tutaj brakuje poprowadzenia tego wątku w ten sposób, a tutaj zgrzytają dialogi. To też jest duża kompetencja redaktora i jest to coś, czego uczymy się w praktyce, żeby umieć nazwać to, co jest nie tak.
KR: Tak, inaczej moim zdaniem się nie da. Oczywiście studia literaturoznawcze w pracy redaktorskiej są bardzo przydatne – ja bardzo sobie cenię, że przeszłam tę pięcioletnią szkołę z analizy tekstu na katowickiej polonistyce. Dopiero gdzieś na etapie doktoratu ktoś mnie uświadomił, że cały nasz program studiów oparty był na strukturalizmie, czyli właściwie na funkcjonalnej analizie tekstu.
EP: Widzisz, to mógłby być nawet lepszy kierunek dla redaktorów niż edytorstwo samo w sobie…
KR: Tak!
EP: Bo edytorstwa można się nauczyć w praktyce, a analiza tekstu to coś, co mogłoby się bardziej przydać.
KR: Zawsze rozbieraliśmy tekst na czynniki pierwsze, także pod kątem funkcji rzeczy, które się w nim pojawiały. Byłam zszokowana, jak sobie uzmysłowiłam na doktoracie, że to był strukturalizm. Okazało się, że wydział idzie w tę stronę, więc nie szukaliśmy odniesień do innych tekstów, kultury i tak dalej. Nie mieliśmy takiego zacięcia filozoficznego, tylko szukaliśmy odpowiedzi na pytanie: co tu się wydarza? Myślę, że to się może bardzo mocno przydać [w pracy redaktora].
Uważam, że po innych studiach też można sobie poradzić z taką nauką analizowania tekstu, bo to jest po prostu kolejna kompetencja, kolejny proces, którego można się nauczyć. Ale właśnie, tak jak wspomniałaś, większość osób, które dużo czytają, i nawet osoby, które piszą, widzą, że coś im w tekście nie gra, [ale nie potrafią tego nazwać]. Dlatego umiejętność nazywania jest bardzo ważna. Wydaje mi się, że przeczytanie kilku książek, nawet starej literatury, może pomóc. Nie jest tak, że trzeba skończyć pięcioletnie studia. To jest na pewno bardzo przydatne, bo możemy wytłumaczyć drugiej osobie na przykład problem napięcia w tekście. Wiadomo, że będzie to trudne, jeśli nie masz do tego metodologii, by wyjaśnić, czemu napięcie siadło. Można powiedzieć, że książka jest nudna. Dobrze, ale co z tym zrobić? Tutaj przydadzą się pewne narzędzia literaturoznawcze, które pokażą autorowi, co faktycznie trzeba poprawić, żeby to napięcie było mocniejsze. Chociaż kwestie językowe wciąż są szalenie ważne i moim zdaniem momentami chyba trudniej się ich nauczyć – trzeba więcej zapamiętać. Bo w pewnym momencie redaktor wiele rzeczy robi na wyczucie od strony konstrukcyjnej.
EP: Żeby nie załamywać młodych redaktorów, którzy nie są po studiach literaturoznawczych czy językoznawczych, powiedzmy, że nie trzeba się cofać do magisterki i robić jeszcze raz pięcioletnich studiów. Mam wrażenie, że to jest, tak jak powiedziałaś, predyspozycja charakteru czy naszych kompetencji językowo-literacko-umysłowych. Wydaje mi się, że nawet swoimi słowami dałoby się coś takiego wypracować. Proste ćwiczenie: przeczytałam książkę, wypisuję pięć plusów, pięć minusów. Muszę je wypisać. Muszę je nazwać. Ale nie na zasadzie: film podobał mi się / nie podobał mi się; był nudny / nie był nudny; był długi / nie był długi. Trzeba zadawać sobie pytania. Były dłużyzny? Dlaczego? I przez takie proste ćwiczenia z czasem spokojnie dałoby się dojść do tego, dlaczego tak naprawdę pewne fragmenty książek się nam podobają, a dlaczego inne się nam nie podobają.
Więcej o nietypowych ćwiczeniach przygotowujących do zawodu redaktora – w odc. 11 podcastu Po drugiej stronie książki.
KR: To też kwestia wyćwiczenia mózgu. Jestem w na tyle wygodnej sytuacji z fantastyką, że po pierwsze to jest moja wielka miłość od czasów nastoletnich do dziś, ale też napisałam pracę magisterską z fantastyki. Sięgnęłam w tamtym momencie po kilka książek. W fantastyce podstawa to [Joseph] Campbell Bohater o tysiącu twarzy – monomit, struktura bajki, struktura fantastyki. To było zaledwie kilka książek, cztery, może pięć, które okazały się kluczowe. Były to książki teoretycznoliterackie, ale nie napisane jakimś strasznym akademickim językiem, tylko po prostu krok po kroku wyjaśniające najważniejsze elementy w fantastyce. I dzięki nim do głowy wbił mi się schemat. Jak później oglądałam film czy serial, to mówiłam: „Aaa, to jest ten moment, kiedy on napotyka na pierwszą przeszkodę i wtedy odkrywa, że… A tu jest magiczny pomocnik, który…”. To wszystko to jest totalny strukturalizm, budowa bajki i tak dalej. I te pięć książek pomogło mi bardzo w pracy redaktorskiej, bo przez ten pryzmat patrzę na teksty fantastyczne. Tak samo jest z romansami czy z powieściami podróżniczymi. Nie trzeba kończyć studiów [w tym zakresie], ale moim zdaniem warto sięgnąć czasem po teksty poświęcone konkretnej konwencji – naukowe, popularnonaukowe – które opisują schemat. Jak zrozumiemy schemat, to moim zdaniem łatwiej zobaczyć to, co nam zgrzyta, bo okaże się, że coś bardzo wyskakuje poza schemat albo jest nie do końca dopracowane i dlatego zwraca naszą uwagę.
Granica poszanowania stylu autora
EP: Z drugiej strony coś, co wyskakuje poza schemat, może być właśnie plusem książki, tym, co sprawia, że jest ona wyjątkowa. Nie ma po co od nowa odkrywać koła, trzeba sobie ułatwiać sprawę. Jeśli ktoś już coś opisał, to możemy z tego skorzystać i wprowadzić to w życie w swojej pracy redakcyjnej.
Chciałabym jeszcze wrócić do samego wątku poszanowania stylu autora. Nie drążyłam tego tematu bardzo, mimo że w zasadzie taki jest temat naszego spotkania, bo wydaje mi się, że z pierwszych minut przebiło to, co najważniejsze. To znaczy: autor jest w książce najważniejszy, możemy mu proponować różne rzeczy, różne zmiany, ale to zawsze autor ma ostateczne zdanie. Ale weźmy pod uwagę taką sytuację: trafia do Ciebie książka, nie jest może najlepsza, ale próbujesz z autorem nad nią pracować. Autor na wiele rzeczy się nie zgadza, pozostawia swoje rozwiązania. Czy nie masz na koniec tej pracy takiego czysto ludzkiego, redaktorskiego poczucia zawodu, że mogło być tak fajnie, a wyszła średniej jakości książka, pod którą Ty jesteś podpisana jako redaktorka?
KR: Przez te wszystkie lata dwa razy nie podpisałam się pod książką. Za każdym razem to była skrajna sytuacja. Nie chodzi o to, że uznałam, że moje nazwisko nie może stać w takim niegodnym miejscu. Uważałam, że książka zawiera tyle błędów, że nie chciałam później dostać po głowie – mówiąc całkowicie egoistycznie.
Nie wiem, czy zwróciłaś na to uwagę, ale często jest tak, że jeśli czytamy jakieś recenzje książek w Internecie, to dostaje się redaktorom. Tak też było z jedną książką, przy której autorka bardzo się upierała. Ja stwierdziłam: „Dobra, będzie, jak chcesz”. A potem w paru miejscach się naczytałam, że robię złą redakcję, że ta książka ma tyle błędów i to wina redaktora. W takich momentach nie widzę się w sytuacji, kiedy uczestniczę w dyskusjach internetowych i wyciągam brudy pod tytułem „No ale ona się uparła, ja jej mówiłam, że to jest głupie, a ona powiedziała «Nie, nie! Tak zostaje»”. Jak by to w ogóle wyglądało…
EP: Trzeba dodać notkę od redaktora na końcu książki: „Nie biorę odpowiedzialności za to, co zostało napisane” [śmiech].
KR: „Bardzo przepraszam, ja wzięłam pieniądze, ale tak wyszło…” [śmiech]. Więc zdarzyło mi się to kilka razy, ale generalnie mam takie poczucie, że… Oj, przepraszam, znowu wychodzę z empatią [śmiech].
EP: Już się pogodziłam z tym, że jest u mnie na przedostatnim.
KR: Mój ostatni talent to harmonia – nie wiem, czy Cię to jakoś pocieszy. W sensie – nie mam jej. Ale wydaje mi się, że można się naprawdę dogadać z drugą osobą. Zwłaszcza jeśli spokojnie, bez emocji opowiemy autorowi bądź autorce, dlaczego naszym zdaniem warto coś zmienić. I jeśli zobaczymy drugi punkt widzenia. Bo czasem może wystarczy powiedzieć: „Okej, dobra, miałeś coś innego na myśli, dobrze. Ale w książce wciąż tego nie widzę, więc zróbmy to tak i tak”. Trochę taka burza mózgów – to może dać bardzo fajny efekt.
Takich sytuacji jest coraz mniej, gdy autor upiera się przy swojej wersji pomimo naszych wyjaśnień. W tym roku miałam z jedną z naszych redaktorek taką sytuację, nad którą się zastanawiałyśmy. Napisałyśmy wprost autorowi, że może nie akceptować tych poprawek, które dajemy, ale my się pod tym nie podpiszemy. A chodziło o zasady typowo językowe, typu: my ze słownikiem w ręku, a on swoje. Na autorów to zwykle mocniej działa, a przynajmniej w tym wypadku zadziałało i faktycznie uwagi językowe zostały zaakceptowane. To jest jednak trudne do wyważenia. Trzeba podejść trochę intuicyjnie. Nie możemy się upierać i robić z tekstów swoich książek. Jednak z drugiej strony, jeśli czujemy, że to nie jest ten poziom, pod którym chciałybyśmy się podpisać i powiedzieć, że to jest nasza robota – trzeba wprost powiedzieć drugiej osobie, że „Będzie tak jak chcesz, ale bez mojego nazwiska”.
EP: Trzeba też pamiętać, że autorzy często mają jakąś historię za sobą. Nie mówię o debiutantach, chociaż i oni czasem mają już za sobą jakieś książki i jakiś kontakt z redaktorami. I być może mają takie doświadczenia, że trafili na redaktora, który rzeczywiście zmieniał im tekst według „jedynie słusznej metody” i na „jedynie słuszną modłę”. Bo cały czas się to niestety zdarza. To oczywiście kwestia wyćwiczenia i doświadczenia. Ale jeżeli autor ma takie redakcyjne doświadczenia za sobą, to może trochę „kolczasty” w pierwszym kontakcie z redaktorem. I tutaj znów – argumenty, argumenty, argumenty i nieupieranie się przy rzeczach, przy których rzeczywiście nie trzeba się na siłę upierać. Może udałoby się wypracować złoty środek w takiej sytuacji.
KR: Specjalizuję się w debiutantach, dlatego że zaczęłam swoją pracę od redagowania dla serwisu self-publishingowego – nie jest to wielkie zaskoczenie, że tam wydawali głównie debiutanci: czasem znani blogerzy, czasem po prostu osoby, które zabierały się za napisanie swojej pierwszej książki. Więc ja od początku szkoliłam w sobie taką wrażliwość i teraz widzę, że ta druga strona bardzo mocno przeżywa pewne rzeczy. Lubię się z autorem spotkać, powiedzmy – po pierwszej redakcji, zanim dostanie ode mnie poprawki. Lubię wyjaśnić, dlaczego tak, dlaczego nie inaczej. Nawet jeśli na początku ustaliliśmy pewne rzeczy, to po to mamy drugie spotkanie, żeby nie było szoku, że ktoś dostaje tekst i ma same uwagi pod tytułem: coś jest do zmiany, coś na czerwono.
Zdarzyło mi się, że w trakcie tych konsultacji ktoś się popłakał. Wiesz, ktoś pracuje nad książką lata, poświęca wieczory, zarywa noce, podejmuje czasem trudne wybory życiowe, żeby ten tekst skończyć, rezygnuje z wielu rzeczy. I potem przychodzi redaktor i mówi: „No dobra, niby to jest w porządku, ale wiesz, ten twój bohater jest taki niewiarygodny”. To jest jak cios. Warto pamiętać, że to jest [żywa] osoba. Dlatego zwykle taką pogadankę lubię zacząć od plusów. Ale też podkreślam: „Nic nie jest przeciwko tobie. Pracujemy nad tym, żeby twój tekst był jak najlepszy. Lepiej, żebyś usłyszała to ode mnie niż potem od czytelników za dwa lata”. To jest takie manewrowanie, to jest gra – bardzo intymna praca. Czasem jak pracuję z kimś dłużej nad książką, to tworzy się między nami więź. Nie mówię, że się od razu zaprzyjaźniamy, bo to moim zdaniem jest nie do końca dobre, żeby się przyjaźnić z klientami – oni nie oczekują od nas, żebyśmy im płakali w rękaw i w drugą stronę. Ale czasem tworzy się więź i ktoś nas dopuszcza – szczególnie z powieściami czy z osobistymi tekstami – bardzo blisko siebie… To wszystko jest bardzo mocno do wyważenia, ale używajmy po prostu ludzkich argumentów. To ważne.
EP: Matko, jak ja się cieszę, że o tym mówisz, że wybrzmiało to, że po drugiej stronie naszej pracy nie jest tekst, nie jest program, Word, znaczniki – tylko człowiek ze swoim tekstem, nad którym czasem wiele lat pracuje. Pracuje tak, jak potrafi. I to naprawdę nie jest łatwe przyjąć poprawki do swojego tekstu. Jestem przekonana, że masz też za sobą doświadczenia korekty własnych tekstów. Ja mam. I to zawsze jest trudne, zawsze czuję się, jakby ktoś mnie uderzał w twarz i mówił: „Tu jest błąd!”. I jeszcze te czerwone znaczniki w Wordzie! Przecież to wygląda strasznie. Wielu autorów, jeśli ma doświadczenie z korektą po raz pierwszy, to ma poczucie, że tych poprawek jest tak dużo, że to już w ogóle nie jest ich tekst. A tak naprawdę może być zmienione kilka wyrazów, to tylko tak wygląda. Zmienisz formatowanie i już się kolejny znacznik pojawia na marginesie. To naprawdę jest trudne przeżycie – dostać swój tekst po poprawkach, kiedy wydaje ci się, że on jest już tak wycyzelowany, że tam już nic nie ma do zmiany.
Emocje towarzyszące korekcie
KR: Ja oddaję swoje teksty do korekty mojej asystentce i project managarce zarazem. Mówię: „Nie używaj trybu śledzenia zmian. Wolę nie widzieć, gdzie popełniam błędy”. Ufam jej na tyle, że mówię: „Odeślij mi gotową wersję, a ja to gdzieś wrzucę, użyję do jakiegoś wyzwania. Nie chcę wiedzieć”. Ale pamiętam ten stres, bo przeżywałam bardzo mocno etap recenzowania w trakcie studiów doktoranckich, czy to były artykuły naukowe, czy później – wiadomo – sam doktorat. Recenzje ostatecznie były dobre – dostałam wyróżnienie, więc myślę, że ten doktorat nie był zły. Ale jak czytałam recenzje od recenzentów, którzy naprawdę chcieli dobrze, ale jednak musieli też wskazać: „Kinga, nie jesteś królową polskiej nauki, tylko dopiero starasz się o tytuł doktora” – miałam wrażenie, jakby ktoś mnie bił po twarzy! Nawet jak mój promotor, który był szalenie cierpliwym człowiekiem wobec mnie, dawał mi uwagi, które ze mną omawiał. Od niego nauczyłam się tego systemu omawiania, bo to było dla mnie łatwiejsze niż dostawanie uwag na tekście. Na przykład powiedział, że powinnam coś rozwinąć. Ale ja byłam tak zaparta, że wstawiałam tę koncepcję, którą podrzucił, tylko w rozbudowanym przypisie. Teraz patrzę na ten doktorat po dwóch latach i mówię: „Kurczę, no faktycznie, miał rację!”. Jestem bardzo uparta i od razu się złoszczę, jak ktoś mi wytyka błędy.
EP: Taka reakcja obronna.
KR: Nawet płacę komuś za to, a jak ktoś do mnie wraca z informacją zwrotną, to ja się denerwuję. Więc tym bardziej potrafię sobie wyobrazić, co może czuć taki autor, który też nam płaci i wychodzi z sercem na dłoni, a my nagle mówimy: „Wszystko źle”. To jest naprawdę kwestia dobrania tonu, języka.
EP: Na studiach edytorskich powinny być zajęcia z psychologii, naprawdę!
KR: Powinny być. Ja się tego nauczyłam w praniu i trochę żałuję.
EP: Ty jeszcze masz empatię, to masz łatwiej.
KR: To wcale nie jest taki fajny talent. Ale bywa też, że ktoś się upiera i wyskakuje ze swoją złością. Mówi: „Ale przecież tu jest wszystko doskonale i ten bohater bez motywacji taki powinien być!”. Ty też przeżywasz te emocje i też musisz to wziąć na klatę, co wcale nie jest takie łatwe. Nie chodzi nawet o tego Worda. Word, owszem, to większość naszego dnia pracy, wiadomo. Siedzimy, klepiemy, poprawiamy, dajemy te komentarze i tak dalej. Ale potem spotykamy drugiego człowieka i to nie powinno w nas powodować stresu. A emocje są zawsze silne. Miałam przez te wszystkie lata może kilku takich autorów, którzy powiedzieli: „Dzięki za poprawki, zmieniłam wszystko”. Rzadko się tak zdarza. Zawsze dojdzie do jakiejś konfrontacji.
EP: I zawsze to jest kontakt z człowiekiem. Krąży bardzo krzywdzący mit dotyczący pracy korektora i redaktora – że to jest zawód dla introwertyków. Owszem, to jest zawód, który się wykonuje często w zaciszu swojego domu, fotela czy biurka. Ale to też zawód, który wymaga niesamowicie częstych kontaktów z drugim człowiekiem, z bardzo różnymi ludźmi. I to właśnie na takim subtelnym poziomie. Kiedy trzeba się wczuć dzięki tej empatii czy bliskości w to, jak autor może odebrać nasze słowa. A jest to trudne, bo często porozumiewamy się na piśmie.
Mówisz, że rozmawiasz z autorami, ale najczęściej jednak pozostajemy na poziomie maila i komentarzy. A wiemy przecież, po samej komunikacji internetowej, jak bardzo źle odczytany może być taki komentarz podany na piśmie. Nie widać drugiego człowieka, nie widać, czy on się przy tym uśmiecha, czy mrugnął okiem, czy cokolwiek innego zrobił. Dlatego ja na przykład często pozwalam sobie na wstawienie emotikonów w komentarzach – jakkolwiek nieprofesjonalnie by to wyglądało – bo wtedy mam nadzieję, że autor widzi, jak życzliwie podchodzę do jego tekstu.
Kursanci mojej Akademii korekty testu śmiali się, bo zawsze im powtarzałam, że trzeba podejść do tekstu z miłością – zrobiło się z tego słowo klucz. Ale tak jest! Trzeba podchodzić i do autora, i do tekstu z empatią albo z miłością, co tam kto ma. I nawet dodać raz na jakiś czas komentarz, który jest kompletnie niepotrzebny, ale w którym napiszemy: „O, to wyszło świetnie” albo „Super”, albo „O nie! Dlaczego oni zginęli?!”. I wtedy autor widzi, że my się też emocjonujemy jego tekstem. Czasem mam autorów, którzy w ogóle nie odpowiadają na komentarze, tylko piszą mi w mailu: „Okej, wszystko jest dobrze”, ale na te komentarze osobiste, ode mnie – zawsze odpiszą. Bo to jest dla nich pierwszy kontakt z czytelnikiem.
Więcej o rodzajach komentarzy w tekście – przeczytaj w poście na blogu!
KR: Mówię cały czas o komunikacji słownej, bo ja jestem w komentarzach okropna. Teraz otworzyłam sobie z ciekawości plik, nad którym dzisiaj pracowałam, i patrzę na swoje trzy ostatnie komentarze… I dlatego mówię, że muszę to autorom wytłumaczyć wcześniej. Bo mój pierwszy komentarz to: „Skąd to u niego? Na taką twarz czy coś?”, drugi: „Po co?”, trzeci: „Skoro była na zakupach, to czemu kupiła za duży sweter?”.
EP: O matko! Już bym pod kocem siedziała. Nie, to jest zło! [śmiech]
KR: [śmiech] „Dlaczego? Nie rozumiem, wyjaśnij” – tak wygląda większość moich komentarzy. Dlatego bardzo dużo mówię w trakcie spotkań, rekompensuję sobie to. Jak pracuję, to się mocno skupiam, włącza mi się strona logiczna.
EP: No tak, czasem nie ma czasu na ckliwe komentarze. Może dodawaj buźki uśmiechnięte na końcu, będzie inaczej [śmiech].
KR: Staram się. Ale jak czytasz tekst i myślisz: „Kurczę, serio? Była na zakupach, to czemu kupiła sweter za duży o pięć rozmiarów?”, to w komentarzu nie piszesz: „O, fajna scena, a ten sweter to jest za duży”. Wiesz, ile czasu byśmy spędziły na tych komentarzach? Wtedy serio lepiej się spotkać dwa razy.
EP: To prawda. Jak się znamy z redaktorem, to wiemy, z jaką intencją to było wypowiedziane i inaczej nam się odczytuje ten komentarz. Bo „widzimy”, jak ta osoba to powiedziała, jak to napisała. Ale trzeba ten kontakt i tę bliskość złapać.
Redakcja przedwydawnicza – za czy przeciw
EP: Mam do Ciebie pytanie, którym będziemy kończyć nasze spotkanie. Pytanie o rzecz dość kontrowersyjną w wielu kręgach, mianowicie o korektę przedwydawniczą. Szczerze mówiąc, z pewnym zdziwieniem dowiedziałam się o kontrowersji dotyczącej tej korekty. O co chodzi? Autorzy ostatnio coraz częściej wysyłają swoje teksty właśnie do redaktorów freelancerów po to, żeby oni zrobili pierwsze czytanie ich tekstu. Nie recenzję, tylko właśnie redakcję, a później ten tekst idzie do wydawnictwa. I teraz pytanie: czy to jest fair w stosunku do wydawnictwa, czy nie? Bo to przecież już nie jest tekst źródłowy, to nie jest to, co napisał autor, tylko jest to tekst już przefiltrowany przez empatię i wszystkie inne cechy danego redaktora. To tekst już po pewnych zmianach. Jeśli nawet wydawnictwo zdecyduje się wydać coś takiego, to nie ma pewności, że autor przy kontynuacji napisze identyczny tekst, bo musiałby znów przepuścić go na początek przez tego pierwszego redaktora. Jaki Ty masz stosunek do takich korekt przed wydawniczych?
KR: Ojej, to strasznie ciekawe, bo nie myślałam o tym problemie w ten sposób…
EP: No właśnie ja też nie i zdziwiło mnie ostatnio to podejście. Ale ma to sens.
KR: To jest ciekawe, ale popatrz na to z drugiej strony – przecież autor akceptuje te poprawki. Ja pracuję z debiutantami i zwykle po drugiej, trzeciej książce już ich puszczam w świat. Bo oni po tym czasie wiedzą, jakie błędy popełniają, jak mogą coś napisać inaczej. Część rzeczy oczywiście ode mnie przyjmują, część nie, ale dopracowują warsztat i idą dalej. Autor bardzo dużo się uczy przy pierwszej redakcji, nie jest więc skazany na tego samego redaktora, bo jest w tym procesie przecież cały czas aktywny. To jest jedna sprawa.
Druga sprawa – wydawnictwa wydają w takim wypadku mniej na redakcję. Bo jak tekst jest bardziej uporządkowany, to ostatecznie nie muszą przeznaczać dużego budżetu, więc im się to opłaca. Nie spotkałam się z opiniami redaktorów pracujących w wydawnictwach, którzy powiedzieliby: „O nie, najgorzej, że ten tekst był taki poprawny, bo teraz zaoszczędzimy trzy tysiące”. Cieszą się z tego.
Jest inny problem, na który mi ostatnio zwróciła uwagę jedna z autorek, z którą już długo współpracuję. Sama jest po kursach, recenzjach, warsztatach i tak dalej. Ona wydała książki w małym wydawnictwie, a teraz przenosi się do większego, chociażby z tego powodu, że musiała redagować książki samodzielnie, bo jej wydawca – może była to znowu kwestia budżetu – wychodził z założenia, że on robi tylko korektę, bo nie chce zmieniać stylu autora. A to była jej debiutancka saga, więc ona z każdą książką się uczyła, ale potrzebowała też kogoś, kto po prostu jej podpowie pewne rzeczy od strony językowej. Poprawi jedną książkę [dokładnie], a nie tylko zrobi typową korektę. I to się niestety zdarza coraz częściej.
Jak rozmawiam z moimi redaktorami – bo właściwie wszyscy pracują też z wydawnictwami jako redaktorzy czy recenzenci – to często mówią mi o skandalicznie niskich stawkach za redakcję w wydawnictwach. I podsumowują, że oni na przykład nie współpracują już z tym wydawcą, bo on bierze taką a taką stawkę. To jest hit, jeśli ktoś dostaje 100 złotych brutto za arkusz redakcji. Ta kwota została mi raz zaproponowana przez duże, uznane wydawnictwo i to wcale nie było pięć lat temu, tylko rok temu. W dodatku to polska książka. Jak bardzo się można do takiej redakcji przyłożyć? Jasne, wiadomo, że są osoby, które wykonują i tak tytaniczną pracę przy takiej kwocie. Ale jeśli ktoś podchodzi do redakcji jak do pracy, co jest zdrowym podejściem, no to się nie przyłoży. Gdyby wydawcy robili dobrze swoją robotę i nie wybierali tekstów wyłącznie na podstawie tego, czy są one w miarę poprawnie napisane (bo wtedy wydadzą mniej), to nie byłoby problemu [z korektą przedwydawniczą]. A tak jednak jest – przy dużej konkurencji, jeśli chodzi o debiuty.
EP: To prawda, instytucja korekty przedwydawniczej nie miałaby racji bytu, bo po prostu robiłoby się to w wydawnictwie. Jestem bardzo zadowolona, że ten wątek się na koniec ujawnił, bo przez cały czas zahaczaliśmy o temat uszanowania stylu autora, ale powiedziałaś też o czymś, co jest już pójściem o krok za daleko. To znaczy – zasłaniamy się uszanowaniem stylu autora dlatego, że nie chcemy robić redakcji z różnych powodów, czy to naszych umiejętności, czy finansowych i tak dalej. Nie można aż tak daleko się posunąć. Owszem, autor ma zawsze ostatnie zdanie, ale jednak uszanowanie stylu autora to nie znaczy: poprawiam tylko przecinki.
KR: Przytoczę historię dwóch dziewczyn, z którymi pracowałam nad propozycjami wydawniczymi w trakcie swoich kursów. Obydwie wydały książki [z wydawnictwami]. Nie chcę wymieniać nazw, bo nie chcę robić wydawcom pod górkę, poza tym cenię sobie, że autorzy dzielą się ze mną takimi informacjami. To zawsze odbywa się w ogromnym zaufaniu.
W każdym razie – wydały książki w małych wydawnictwach, ale z dobrą renomą. Rozmawiałyśmy chyba jakoś dwa lata temu i jedna z autorek mówi [o korekcie, którą otrzymała]: „Super, ten tekst tak dobrze wygląda, miałam tak mało poprawek”. Tylko właśnie w tych poprawkach zostały uwzględnione wyłącznie nasze przysłowiowe przecinki, a gdzie jeszcze błędy gramatyczne, może jakieś powtórzenia? Trochę byłam zdziwiona, bo wiedziałam, jak pisze, ale pomyślałam: „Nie wiem, tej drugiej książki nie czytałam, może jest genialna”. Potem szczęśliwa wysłała mi swoją książkę, ja ją czytam – to była wciąż fajna książka i cieszę się, że ją wydała, ale patrząc redaktorskim okiem, widzę: tu się powtarza jedna informacja, na przestrzeni trzech akapitów jest cały czas to samo, tu jest rozmowa, która nic nie wnosi do całości, a jest na trzy strony, po co ją w ogóle czytam? Nawet nie byłam zła, nie mówiłam: „O, dziewczyno, jak mogłaś napisać coś takiego?”, tylko raczej: „Rany boskie, dlaczego wydawnictwo ci to puściło?”. To jest strasznie słabe.
Ingerowałybyśmy w styl, gdybyśmy pracowały bez trybu śledzenia zmian albo gdybyśmy nie dawały autorom wyboru. A my tak naprawdę jesteśmy konsultantkami do spraw tekstu. Dajemy swoje propozycje zmian [na tekście], w komentarzach, w trakcie rozmowy i autor z tym robi, co chce. Ale jeśli nie zasygnalizujemy, że naszym zdaniem coś nie gra, to kto to powie autorowi? Niezależnie od tego, czy pracujemy w wydawnictwie, czy nie.
EP: Powiedzą mu to czytelnicy, ale już po wydaniu książki. To będzie smutne.
KR: Dokładnie tak. Tego właśnie trzeba unikać. Wydaje mi się, że czasem lepiej powiedzieć „za dużo”, oczywiście w miarę przyzwoicie i delikatnie. Zwrócić uwagę na rzeczy, które mogą nam się wydawać nawet nie aż tak istotne, jak ja to zrobiłam w tym komentarzu ze swetrem. Może ktoś powiedział: „Serio, Kinga?! Sweter? Odpuściłabyś…”. Ale wolę wypunktować nawet taką rzecz i mieć czyste sumienie. Autorka wcale nie musi zmienić tego swetra, ja nie będę umierała za ten rozmiar. Nie będę się z nią kłóciła godzinami. Ale lepiej niech to zauważy i pomyśli. Bo jeśli my tego nie powiemy, to nikt jej tego nie powie. Tylko później czytelnicy mogą w pewnym momencie zwrócić uwagę na nielogiczność.
EP: W takiej sytuacji może wyjść na jaw intencja autora. Może rzeczywiście – uczepmy się tego przykładu – ten sweter był istotny, ale z jakiegoś innego powodu, który nie został na tyle zwerbalizowany, żebyś jako czytelnik to wyczuła. I może dzięki temu komentarzowi autor będzie w stanie dopisać jedno, dwa zdania, a książka nabierze takiego kształtu, jaki miała mieć w zamierzeniu.
KR: Albo zostawi ten sweter, albo po prostu usunie „za wielki o kilka rozmiarów” i zostawi samo „w swetrze”. Ruch jest po stronie autora. My tylko w takich momentach wskazujemy kierunek.
EP: To prawda, zapominamy, mówiąc o tych wszystkich ingerencjach w styl, że my tak naprawdę wszystkie poprawki wprowadzamy w trybie śledzenia zmian i autor to wszystko widzi. Jeżeli tylko mu się chce, to może te wszystkie poprawki przejrzeć i się na nie zgodzić bądź się na nie zgodzić. To nie jest tak, że bierzemy siekierę i odcinamy kilka stron tekstu – i nie ma powrotu. Zawsze jest możliwość powrotu do wersji podstawowej. I to zawsze jest współpraca pomiędzy redaktorem a autorem.
KR: Ja czasem autorom, którzy bardzo żałują tych napisanych kilku stron tekstu – co też rozumiem, bo kiedyś musiałam wywalić dwadzieścia stron doktoratu i mało co mnie tak bolało – mówię: „A może to wykorzystasz gdzieś indziej? Może gdzieś ci się to przyda, może do jakiegoś tekstu promocyjnego, może do opowiadania, może do innej książki? Nie mam pojęcia, ale nie musisz [całkiem] usuwać tych stron. Nie jest tak, że kasujesz i jak gdyby nigdy ich nie było”. To często jest pocieszające. Jeśli ktoś jest bardzo przywiązany do jakiejś koncepcji, tylko widzi, że ona w tym akurat tekście nie działa albo trzeba ją przepracować, to zawsze może ją zapisać, wykorzystać, zrobić taki recycling. To jest okej – nastawienie, że redakcja nie jest ostateczna. Nasze poprawki i uwagi nie są ostateczne. Nie jesteśmy jakimiś wyroczniami. Tak samo usuwanie, zmienianie nie jest ostateczne. Może to dać ulgę zarówno redaktorowi, jak i autorowi.
EP: Kingo, mogłybyśmy tak jeszcze przez pół godziny rozmawiać, ale już teraz chciałabym Ci bardzo podziękować za to spotkanie. Nie wiem, czy praca z tekstem będzie teraz dla słuchaczy tego podcastu łatwiejsza…
KR: …chyba nie [śmiech].
EP: Ale mamy już pewną bazę do tego, w jaki sposób współpracować z autorami. Z kolei autorzy, mam nadzieję, z większym zaufaniem będą podchodzili do współpracy z redaktorami. Pozostaje teraz to wszystko przełożyć na praktykę. Bardzo Ci dziękuję za to spotkanie.
KR: Dzięki wielkie!
The post PDSK#010 Redaktor czy psycholog? Rozmowa z Kingą Rak (podcast) appeared first on Ewa Popielarz.

Dec 1, 2020 • 41min
PDSK#009 Co wolno korektorowi? Jak poprawiać tekst, by nie ingerować w styl autora? (podcast)
Co jest najtrudniejsze w pracy korektora? Interpunkcja? Owszem, nie jest to łatwe, ale zasad stawiania przecinków można się nauczyć. Wyłapywanie literówek? Do tego wystarczy uważność. Oczywiście nie jesteśmy maszynami, żeby dojść w tej kwestii do perfekcji, ale można się nauczyć, jak wypracować większą skuteczność. Jednak prawdziwa trudność leży w czym innym. Najtrudniejsze jest znalezienie odpowiedzi na pytanie: co wolno korektorowi?
Subskrybuj: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | Inne
Montaż: Kamil Dudziński
Transkrypcja: Kinga Dąbrowicz
Autor fragmentu powieści: Jacek Kujawa
Uwaga!Rozmowa z Jackiem Kujawą została opublikowana w odc. 12: Co na to autor?
Plan odcinka
Powieść Jacka Kujawy
Analiza tytułu
Przypisy w beletrystyce
Czy rozwijamy skrótowce?
Gdzie jest narrator, czyli jak zapisywać dialogi
A może by coś dodać?
Relacja syn–ojciec
Język dziecka
Co wolno korektorowi – trzy wnioski
Źródła przywołane w odcinku
Akademia korekty tekstu – kurs online przygotowujący do pracy korektora
NutkoSfera, W Układzie Słonecznym (oglądasz na własną odpowiedzialność), YouTube
Wielka księga placu budowy. Domy, mosty, tunele, wydawnictwo sam
Moje pierwsze podróże samolotem, wydawnictwo sam
Moje pierwsze podróże pociągiem, wydawnictwo sam
Transkrypcja podcastu #009 Co wolno korektorowi? Jak poprawiać tekst, by nie ingerować w styl autora?
W dzisiejszym podcaście zajmiemy się analizą fragmentu powieści. Zastanowimy się, na ile może sobie pozwolić korektor, a które zmiany byłyby już zbyt dużą ingerencją w styl autora. Przed nami dużo pracy, więc – zaczynamy!
Daj się zabrać za kulisy świata książek i tekstu. Zobacz, gdzie się kryją błędy, i przekonaj się, czy korekta to zawód dla Ciebie. Słuchasz podcastu Po drugiej stronie książki. Zapraszam – Ewa Popielarz.
Dzięki uprzejmości Jacka mogę Wam przeczytać prolog (wstęp, początkowy fragment) jego powieści. Na tym fragmencie będę bazować przy omawianiu tego, co wolno korektorowi. A w zasadzie będę wskazywać rzeczy, których nie wolno robić korektorowi, bo jak wiadomo, na negatywnych przykładach najłatwiej się uczyć. Ale na początek fragment powieści:
Powieść Jacka Kujawy
Jacek KujawaUp, up and away
Data 30 maja 2020 roku otworzyła nowy rozdział nie tylko w historii eksploracji wszechświata, ale też całej historii ludzkości. Tego dnia NASA, po niemal dziesięcioletniej przerwie, wznowiła załogowe loty w kosmos. Współpraca z prywatną firmą SpaceX Elona Muska przetarła szlak, którym ludzkość będzie podążać przez kolejne dziesięciolecia…
Pięcioletni Dawid siedzi na kolanach swojego ojca. Obaj wpatrują się w bezchmurne wieczorne niebo. Słońce chowa się za horyzontem, powoli odkrywając czerń kosmosu, owianą niezliczoną ilością jaśniejących punktów.
– Tato, skąd tyle światełek na niebie?– To gwiazdy, synu, gwiazdy podobne do naszego Słońca.– Są daleko od nas? Możemy tam polecieć?– Bardzo daleko, niektóre z nich mogły już zgasnąć, a inne dopiero się narodzą.
Chłopiec wpatruje się w nocne niebo zamyślony.
– A na które z tych słońc leciała dzisiejsza rakieta?– Na żadne. – Ojciec uśmiecha się i opiera brodę na głowie syna. – Dzisiejsza rakieta poleciała na Międzynarodową Stację Kosmiczną i tam zostanie przez jakiś czas.– Dlaczego nie na jedną z tych gwiazd?– Bo to bardzo daleko od nas.– Dalej niż do babci?– Ha, ha! Dużo dalej, synu.
Dawid podstawową wiedzę o Układzie Słonecznym czerpał z piosenki dla dzieci, w której planety śpiewają o swojej budowie i charakterystycznych cechach, jednak nie pojmował wymiarów kosmosu.
– A przy tych słońcach są planety, jak w naszym Układzie?– Niewykluczone – uśmiecha się tata.– Chcę polecieć do innej gwiazdy! – krzyczy chłopiec podekscytowany.– To zabierz mnie ze sobą, okej?– TAK! Polecimy razem!
Analiza tytułu
No dobrze. I co teraz? Na ile możemy sobie pozwolić? Dodam od razu, że ten fragment powieści jest już po pierwszej, wstępnej redakcji. Zmiany, na które się zdecydowałam, już zostały wprowadzone. Były one stosunkowo drobne, głównie stylistyczne. Nie mówię o zmianach interpunkcyjnych czy literówkach, bo to jest oczywiste. Nad takimi rzeczami się nigdy nie zastanawiamy. Ale co dalej? Co jeszcze do zmiany nasuwa się Wam przy czytaniu, a właściwie przy słuchaniu tej powieści?
Jak już wspomniałam, przykłady, które będę podawać, to przykłady negatywne. To znaczy przykłady tego, czego nie zmieniamy w takich sytuacjach. I siłą rzeczy dotyczą one tego jednego konkretnego tekstu, ale spróbujemy z każdego z tych przykładów wysnuć pewne uogólnienia. Zacznijmy od tytułu.
Jedna z propozycji mogłaby brzmieć – zmieńmy ten tytuł na polski. Przypominam, że tytuł brzmiał: „Up, up and away”. Może się nam kojarzyć z Supermanem, z jakimiś tekstami piosenek… Rzeczywiście wiele książek napisanych przez polskich autorów ma polskie tytuły, ale czy wszystkie? Niekoniecznie. Oczywiście moglibyśmy namawiać autora do zmiany tytułu na polski, ale miałoby to sens, jeżeli na przykład namówilibyśmy wcześniej Antoniego Liberę, żeby zmienił tytuł swojej Madame na Pani. Albo Mariusza Szczygła, żeby zastanowił się nad innym tytułem swojej książki Gottland. Jego książka Láska nebeská też nie brzmi zbyt polsko. Podobnie Festung Breslau z mojej ulubionej serii Marka Krajewskiego. To też nie jest polski tytuł.
Kiedy szukałam anglojęzycznych albo po prostu obcojęzycznych tytułów polskich autorów, zadałam takie pytanie w grupie kursantów Akademii korekty tekstu. No bo kogo miałabym zapytać? Moim ulubionym przykładem niepolskiego tytułu w całej tej licytacji, która się wtedy wytworzyła, była klasyka polskiej literatury, czyli książka Henryka Sienkiewicza pod tytułem Quo vadis. Gdyby trzymać się zasady „polska książka – polski tytuł”, to musielibyśmy namawiać Henryka Sienkiewicza, żeby zmienił tytuł Quo vadis na przykład na Stój, kto idzie albo ostatecznie Dokąd zmierzasz. Ale dobrze, żarty na bok. Teraz kilka faktów.
Tak naprawdę tytuł to ostatnia rzecz, na jaką powinien zwracać uwagę redaktor przy pierwszej lekturze tekstu. Często przy tej pierwszej lekturze tytułu jeszcze w ogóle nie ma. Często powstaje on na samym, samiusieńkim końcu. Nie traćmy na niego czasu, kiedy dopiero zaczynamy redagować książkę. Może po lekturze całego tekstu tytuł objawi się nam w zupełnie innym świetle. Nie mówiąc już o tym, że autor może w ostatniej chwili go zmienić, nazwać książkę w zupełnie inny sposób. Sugestie co do tego, czy zmienić tytuł na polski, czy nie, można sobie zostawić na dalszy etap prac, a teraz nie odrywać autora swoim komentarzem od tego, co jest najważniejsze, czyli od ustalenia ostatecznego kształtu tekstu głównego. Nie tytułu, ale tekstu głównego.
Przypisy w beletrystyce
Propozycja numer dwa: dodajmy przypis, w którym wyjaśnimy, o jaki lot załogowy chodzi. Przypomnę, że jest to odwołanie do pierwszego akapitu, gdzie jest napisane, że 30 maja 2020 roku NASA po niemal dziesięcioletniej przerwie wznowiła załogowe loty w kosmos. Czy rzeczywiście trzeba do tego fragmentu dodać przypis?
Gdyby to była publikacja naukowa, to tak, owszem, jak najbardziej. Takie fakty najczęściej popieramy źródłami. Gdyby to była pozycja popularnonaukowa – być może. Jeżeli chcielibyśmy zwrócić szczególną uwagę na ten element, owszem, można by było dodać przypis. Albo inaczej – jeżeli on nawet nie byłby bardzo istotny, ale chcielibyśmy taką wartość dodaną zaoferować czytelnikom, to można by rozwinąć co nieco o lotach załogowych w kosmos czy o tym konkretnym locie – w przypisie. Ale w powieści? Niekoniecznie.
Nie dodawałabym tej informacji, tym bardziej że – zauważcie – powieści dzisiaj żyją bardzo krótko. Rzadko już się zdarza, że czytamy książki wydane 10, 15 lat temu. Owszem, one są cały czas w obiegu, są w bibliotekach, ale często kiedy pierwszy nakład się wyczerpie, wydawnictwo już nie wznawia danego tytułu. Wydaje kolejne i kolejne, i kolejne. Jakie to ma konsekwencje? Powieści są bardzo aktualne, więc jeżeli w roku 2020 czy w 2021 wyszłaby powieść, w której autor odwoływałby się do 30 maja 2020 roku, to można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że czytelnicy będą wiedzieć, o jaki lot załogowy chodzi, bo było to duże wydarzenie nawet w skali Polski.
Oczywiście nie jest powiedziane, że w ogóle nie można dodać takiego przypisu w powieści. Dziś powieści są często hybrydami różnych gatunków. Pojawia się w nich poezja, nawet jeżeli są to po prostu teksty piosenek; pojawia się dramat, nawet jeżeli to są po prostu dialogi zapisane w formie SMS-ów; pojawiają się elementy języka użytkowego. Pojawiają się też przypisy. I to wcale nierzadko. Ale czy trzeba koniecznie dodawać przypis do każdej takiej informacji, która ma poparcie w świecie rzeczywistym? Zaryzykowałabym stwierdzenie, że nie.
Czy rozwijamy skrótowce?
Kolejna propozycja również zahacza o tematy naukowe albo popularnonaukowe. Pytanie brzmi: czy powinniśmy przy pierwszym przywołaniu rozwinąć skrótowiec NASA? Cały czas jesteśmy na tym samym zdaniu – o tym, że tego dnia NASA po dziesięcioletniej przerwie wznowiła loty załogowe w kosmos. Czy zaproponować autorowi rozwinięcie tego skrótowca? Moim zdaniem – absolutnie nie.
Po pierwsze jest to znany skrótowiec, tak samo znany jak USA, jak ZSRR albo – żeby odejść od nazw krajów – tak samo znany jak ZUS czy jak PZU. Chociaż akurat w przypadku ZUS-u rozwinięcie go daje pewien potencjał, powiedzmy, ironiczno-dramatyczny, ale może nie idźmy w tym kierunku. Na pewno wiecie, jak wiele rozwinięć tego skrótowca się przywołuje.
Wróćmy do skrótowca NASA – nie rozwijamy go. Nie rozwijamy go, bo wtedy nasza powieść zmieni się w jakiś dyskurs popularnonaukowy. Nie mieszajmy gatunków – aż tak. Oczywiście jeżeli autor sam rozwinąłby ten skrótowiec, to można by było rozważyć, czy go zostawić, chociaż warto w takiej sytuacji zapytać autora, jaki był cel zostawienia tej długiej nazwy i czy nie lepiej wykorzystać nazwę NASA, którą wszyscy znają, wszyscy kojarzą i która jest zdecydowanie jednoznaczna, a ma nieco lżejszą wymowę niż pełna nazwa tej instytucji.
Nie mieszajmy gatunków. Życie korektora wbrew pozorom nie jest takie łatwe. Nie wystarczy nauczyć się zasad poprawności językowej, poprawności edytorskiej, zasad składu… Korektor musi poznać specyfikę danego gatunku, a do tej specyfiki gatunku dodać styl autora. Bo czasem autorzy ślizgają się pomiędzy różnymi gatunkami albo specjalnie łamią pewne zasady i reguły. Mamy tutaj więc nieskończoną liczbę kombinacji i dzięki temu każda korekta jest inna. Każdy tekst, który czytamy, stawia przed nami nowe, kolejne wyzwania. Ale! Trzeba wyrobić w sobie pewne wyczucie, dzięki któremu poznamy, że w tej powieści, która zaraz po pierwszym akapicie przechodzi w dialog ojca z synem, rozwinięcie skrótu NASA naprawdę nie ma większego sensu. Może wręcz wprowadzić czytelnika w pewną konsternację, bo będzie się zastanawiał, w którym kierunku pójdzie ta opowieść. Będzie oczekiwał czegoś poważniejszego, czegoś na innym poziomie niż zwykła, codzienna, a właściwie conocna, cowieczorna rozmowa ojca z synem. Korektor, jako pierwszy uważny czytelnik, powinien na takie rzeczy zwracać uwagę. Oczywiście nie da się tutaj powiedzieć jednoznacznie: robimy tak albo robimy tak. Jest to pole do dyskusji z autorem, ale tak jak już wspomniałam, jeżeli autor sam użył skrótowca NASA, zostawiłabym go bez żadnych wątpliwości. Jeżeli użyłby sam pełnej nazwy, zaczęłabym rozmowę.
Gdzie jest narrator, czyli jak zapisywać dialogi
Być może zwróciliście uwagę na to, że dialog w tym naszym krótkim fragmencie powieści jest bardzo dynamiczny. Dlaczego? Wypowiedzi następują jedna po drugiej, szybko, jak naturalna rozmowa, naturalna wymiana zdań – bo nie wcinał się między nie narrator. I jest to bardzo ciekawy zabieg. Nie trzeba wszędzie dodawać wstawek odnarratorskich. Narrator sobie odpoczywa, przyjdzie w odpowiednim momencie, dopowie co nieco. Widzimy, że jest wszechwiedzący. Wie bardzo dużo o chłopcu, wie, jakie filmy na YouTubie ogląda, a właściwie to jakich piosenek na YouTubie słucha. Wszyscy znamy piosenkę Cezika o Układzie Słonecznym, a przynajmniej wszyscy, którzy mamy dziec. I często żałujemy, że tę piosenkę znamy, bo leci w kółko i się zapętla.
Autor zdecydowanie chciał nadać narratorowi wyższe kompetencje, jeśli chodzi o jego wiedzę, ale nie wprowadza go w rozmowę ojca z synem, a przynajmniej nie na każdym jej etapie, nie w każdym akapicie, nie po każdym zdaniu. I my, jako korektorzy, nie możemy tego uzupełniać.
Zwróćcie uwagę, że ten dialog składa się bardzo, bardzo krótkich zdań. Czegokolwiek byśmy tam od narratora nie dopowiedzieli, wypowiedzi odnarratorskie, te nasze didaskalia, zdominują całą tę rozmowę, bardzo ją osłabią, rozciągną, a ona jest krótka.
– Tato, skąd tyle świateł na niebie?– To gwiazdy, synu, gwiazdy podobne do Słońca.– Daleko są? – Bardzo daleko, synu.– Na które z tych słońc leciała rakieta?– Na żadne.– A dlaczego nie na jedną z tych gwiazd?– Bo są daleko.– Dalej niż do babci?– Ha, ha! Dużo dalej.
Jest to bardzo dynamiczny dialog. Wyobrażacie sobie, że tutaj za każdym razem dodajemy wstawkę od narratora?
– A na które z tych słońc leciała dzisiejsza rakieta? – zaciekawił się chłopiec.– Na żadne – uśmiechnął się ojciec. – Dlaczego nie na jedną z tych gwiazd? – kontynuował chłopiec.– Bo to bardzo daleko od nas – dopowiedział ojciec.– Dalej niż do babci? – Chłopiec nie dawał za wygraną. – Ha, ha! – zaśmiał się ojciec. – Dużo dalej, synu.
Przeczytałam to równie szybko, ale te zdania, które składają się na ten fragment dialogu, nagle stały się nużące. Po co co chwilę mówić, że to powiedział chłopiec, a to powiedział ojciec? Widzimy tę scenę przed oczami, widzimy, że siedzą tam razem, tylko we dwóch, więc jeżeli mówią jeden przez drugiego, no to wiadomo, kto wypowiedział którą kwestię. Poza tym słowa chłopca są słowami małego pięcioletniego dziecka i nawet jeżeli narrator w ogóle przez cały ten dialog by się nie odzywał, nie wprowadzał nam didaskaliów mówiących, kto którą frazę wypowiedział, to doskonale pojmiemy, kto pyta, a kto odpowiada, bo jest to relacja ojciec–syn.
A może by coś dodać?
Jeżeli już jesteśmy przy narratorze, zastanówmy się, czy możemy jako redaktorzy tej książki zasugerować autorowi, żeby pogłębił wymowę tego fragmentu. Żeby dodał więcej wstawek od narratora, żeby to nie było takie – no właśnie – jedni powiedzą dynamiczne, inni powiedzą – suche. Narrator wcina się na chwilę, mówiąc o Układzie Słonecznym, wprowadza element lekko zabawowy, przynajmniej dla tych zorientowanych w temacie. Wprowadził nas w tę sytuację, mówiąc, że jest wieczór, są gwiazdy, i potem w zasadzie się nie odzywa. A może dałoby się dopisać coś o uczuciach targających chłopcem? O tym, że wskazuje ręką na gwiazdy? Że pochylił się, że przytulił się do ojca, że było mu zimno. Może rozbudować rysunek tych postaci?
Okej, możemy to autorowi zasugerować, ale pamiętajmy, że to jest dopiero początek książki. Początek książki to jest coś, co ma wzbudzić zaciekawienie, a nie coś, co ma nam powiedzieć wszystko o bohaterach, postaciach, fabule i najlepiej jeszcze o tym, jak ta książka się zakończy. W wielu dobrych powieściach przez parę ładnych stron możemy nawet nie poznać imienia głównego bohatera. A i tak nie będziemy mogli się oderwać od lektury, bo będziemy chcieli wreszcie dowiedzieć się, o co chodzi, w czym rzecz, o kim my właściwie czytamy. Inne powieści zaczynają się od końca. Dowiadujemy się, że ktoś zginął albo jesteśmy wręcz świadkami sceny zabójstwa, a później przez całą książkę śledzimy losy bohaterów prowadzące nas do tego finału. I w pewnym momencie, na trzysetnej stronie dochodzimy do tej samej sceny, którą już przeczytaliśmy. Czy to zmniejsza przyjemność lektury – że przeczytaliśmy tę scenę na początku? Nie, wręcz przeciwnie! Ten początek nas zaintrygował. A powieść ma intrygować, ma wzbudzać emocje, ma rozruszać wyobraźnię, niekoniecznie podając nam wszystko na tacy.
Relacja syn–ojciec
Wróćmy jeszcze do ojca i syna. Zobaczmy, jak się do siebie zwracają. Chłopiec mówi: „Tato, skąd tyle światełek na niebie?”, a ojciec odpowiada: „To gwiazdy, synu”. Słyszycie tutaj Mufasę? Mnie tutaj trochę przebijają Mufasa i Simba, jak patrzą w gwiazdy. „To gwiazdy, synu”. Czy razi Was słowo – „synu”? Mało kto, wydawałoby się, zwraca się tak teraz do swoich dzieci. Wydawałoby się, że ten rzeczownik, wołacz: „synu” jest trochę oschły. Nie pasuje do obrazu ojca i dziecka, którzy siedzą sobie razem, przytuleni, patrzą w gwiazdy i rozmawiają na różne ciekawe tematy. Poza tym do pięciolatka zwracać się „synu”? Kto tak mówi? Jakiś ojciec gbur. Otóż nie.
Każdy z nas ma inne przyzwyczajenia. Każdy z nas ma własne preferencje językowe. Być może my nigdy nie słyszeliśmy od swojego taty, ojca zwrotu „synu” czy „córko”. Być może my nigdy nie nazwaliśmy swojego taty ojcem i w związku z tym wydaje się nam to bardzo oschłe, ale jestem w stanie sobie z ogromną łatwością wyobrazić rodziny, w których tata, tatuś, najlepszy tatuś na świecie mówi z wielką czułością do swojego dziecka: „synu”. Nie musi zdrabniać. Nie musi nazywać go synkiem, synalkiem, syneczkiem, może z wielką czułością powiedzieć do niego: „Synu, chodź, idziemy dzisiaj na rower. Zrobimy coś razem, tylko we dwóch. Chodź, synu, pakujemy się”. I to słowo „synu” wcale nie brzmi tutaj oschle.
Pamiętajmy, żeby nie przenosić własnych preferencji językowych na dzieło autora. Owszem, jesteśmy czytelnikami, jesteśmy odbiorcami. Autor, pisząc jakieś słowa, nigdy nie wie, jak one zostaną odczytane przez odbiorcę. Dlaczego? Dlatego że czytelnik, odbiorca filtruje te słowa przez swoje doświadczenia. I na tym polega magia książek. Każdy, kto czyta daną powieść, co innego z niej wyniesie, co innego z niej zapamięta, na inne rzeczy zwróci uwagę. Możemy zasugerować autorowi zmianę jakiegoś słowa, jeżeli wydaje nam się, że przez wielu czytelników zostanie odczytane w taki, a nie inny sposób, a wydźwięk tego fragmentu powinien być taki a taki. Na przykład słowo zostanie odczytane jako bardzo oschłe, a ten fragment powinien wzbudzać pozytywne odczucia. Coś takiego umieszczamy w komentarzu na marginesie. Jeżeli autor się z nami zgodzi, zmienimy dane słowo na inną propozycję. Tylko uwaga – podajmy zawsze jakieś propozycje w komentarzu. Może się zdarzyć, że autor nie wie, na co zmienić dany fragment, bo jest tak do niego przyzwyczajony. Jeżeli podamy mu jakąś inną propozycję, przeczyta sobie dany fragment z podstawionym innym słowem, zaproponowanym przez nas, i być może uzna: „Okej, to jest fajne rozwiązanie”, ale nigdy nie wprowadzajmy takich poprawek bezpośrednio do tekstu. „Takich”, czyli wynikających z naszych własnych preferencji językowych. Dlaczego? Bo to nie jest nasz tekst. To jest tekst autora. Jako czytelnicy, korektorzy, redaktorzy możemy zaproponować zmiany w takich sytuacjach, ale autor oczywiście nie musi się na nie zgodzić.
Język dziecka
Język, język, język… Język dziecka. Dialogi to jedna z trudniejszych rzeczy do napisania w książce. Jeden z trudniejszych fragmentów książki. Bardzo często się zdarza, że książka ma świetną fabułę, świetną intrygę, jest w niej przepięknie poprowadzona akcja, narrację też się bardzo dobrze czyta, a potem przychodzi dialog i wszystko się kończy. Jest klops, klapa, bo brzmi to strasznie sztucznie. To nie to łatwe – napisać dobry dialog. A jeżeli jeszcze uczestnikiem dialogu jest dziecko, szczególnie małe dziecko – a przypominam, że tutaj mamy do czynienia z pięcioletnim Dawidem – to zaczynają się schody. Bo pięcioletnie dziecko mówi zupełnie inaczej niż trzyletnie dziecko i zupełnie inaczej niż ośmiolatek.
Na czym polega rola redaktora? Przede wszystkim nie może zrobić z pięciolatka dorosłego. Nie może zmienić frazy wypowiedzianej przez pięciolatka na idealnie poprawne zdanie, które można by umieścić w podręczniku do języka polskiego. Nie ma co kryć, bez kontaktu z dziećmi po prostu nie będziemy wiedzieli, jak takie fragmenty zapisać. Co w takiej sytuacji robimy? Albo zdajemy się na autora, jeżeli wiemy, że sam ma dzieci albo ma kontakt z dziećmi i dobrze czuje ten język, albo rozsyłamy wici wśród znajomych rodziców. Ktoś na pewno nam pomoże i odczyta takie fragmenty, filtrując przez swoje doświadczenia i wydając opinię, czy rzeczywiście dziecko coś takiego mogłoby wypowiedzieć.
Druga strona medalu jest taka, że nie można przegiąć – no właśnie – w drugą stronę. Owszem, dzieci mówią niegramatycznie, dzieci mówią „Kali jeść, Kali pić”, zmieniają końcówki, zmieniają odmianę. Mój syn, kiedy żegna się ze swoim wujkiem, mówi: „Cześć, wujeku”, bo „e” ruchome jeszcze do jego języka nie dotarło, ale to nie znaczy, że aż tak pójdziemy z adaptacją języka do poziomu dziecka w powieści. To jednak jest książka. Troszkę trzeba to wygładzić – albo inaczej: znaleźć złoty środek.
Jakie fragmenty były trudne w tej powieści? Trudne było na przykład zdanie: „A na które z tych słońc leciała dzisiejsza rakieta?”. „Dzisiejsza rakieta”? Przecież poprawnie to zdanie brzmiałoby na przykład: „Na które z tych słońc leciała – albo wręcz poleciała – rakieta, która dziś opuściła Ziemię”. No nie, tak pięciolatek by tego nie powiedział. Pięciolatek faktycznie pewnie użyłby sformułowania „dzisiejsza rakieta”. Zwróćcie uwagę, że do tego sformułowania sprytnie nawiązuje ojciec w kolejnym zdaniu. Ojciec odpowiada, że na żadne, a potem dodaje: „Dzisiejsza rakieta poleciała na Międzynarodową Stację Kosmiczną”. I używa znów frazy „dzisiejsza rakieta”. Już to daje nam jasny sygnał, że autor nie użył tego sformułowania przez przypadek. To nie jest błąd. Albo inaczej – to oczywiście jest błąd, ale autor świadomie wprowadził go do dialogu. Świadomie wykorzystał taką cechę języka dziecka i powtórzył ją w wypowiedzi ojca. Czy możemy w związku z tym to usuwać? Możemy próbować, ale nie będzie to słuszne rozwiązanie. Jeżeli autor coś powtarza z pełną konsekwencją, to znaczy, że jest świadomy tego, co robi. Jest to jego świadomy zabieg. I nie ma nic złego w tym, że dziecko w powieści zada pytanie: „Na które z tych słońc leciała dzisiejsza rakieta?”. Wszyscy wiemy, o co chodzi. Powiedział to pięciolatek, zrozumieliśmy. Nie ruszamy.
Inny fragment. Chłopiec mówi: „Chcę polecieć do innej gwiazdy!”. Powiem szczerze, że z tym fragmentem miałam duży problem, bo bardzo mi zgrzytało to sformułowanie „do innej gwiazdy”. Oczywiście leci się na gwiazdę, w kierunku gwiazdy. Chociaż w zasadzie nie wiem, czy leci się na gwiazdę, ale w kierunku już prędzej… W każdym razie raczej nie „do”. Ale jak dziecko mówi, że jedzie do babci, jedzie do Krakowa, jedzie do sklepu, no to jak będzie chciało gdzieś polecieć, to poleci do gwiazdy, więc znów – lepiej zostawić.
Co wolno korektorowi – trzy wnioski
Nie przeanalizujemy krok po kroku wszystkich fragmentów tej powieści. Możecie samodzielnie przeanalizować sobie zdanie po zdaniu, a ja bardzo chętnie, z ogromną przyjemnością porozmawiam z Wami w komentarzach na temat innych fragmentów tego tekstu. Teraz będziemy powoli zmierzać ku końcowi.
Zanim zapowiem kolejny odcinek, który będzie uzupełnieniem tego – małe podsumowanie. Czego nas uczą te wszystkie przykłady? Powiedziałabym tak: po pierwsze czytać, czytać, czytać. Nie będziemy mieć wyczucia językowego (nie chodzi mi tutaj o wyczucie w stawianiu przecinków), gatunkowego, stylistycznego, jeżeli nie poznamy danego gatunku. Jeżeli nie przeczytamy setki powieści różnych autorów piszących w różnych stylach. Jeżeli nie przeczytamy setki newsletterów, gdy chcemy poprawiać newslettery. Jeżeli nie przeczytamy setki blogów, jeżeli chcemy poprawiać teksty blogowe. Jeżeli nie wysłuchamy i nie przeczytamy setki podcastów i ich transkrypcji, jeżeli chcemy się zająć jako korektorzy podcastami. Każdy z tych gatunków ma swoją specyfikę. Podobnie teksty medyczne, teksty kulinarne, teksty podróżnicze – one mają swoje specyficzne słownictwo. Nie będziemy wiedzieli, czy coś jest błędem, czy cechą charakterystyczną, jeżeli nie będziemy znali tego typu tekstów. Zanim zaczniemy coś redagować, poprawiać, najpierw musimy czytać, czytać i czytać. I oczywiście jak już zaczniemy redagować i poprawiać, to wciąż czytamy, czytamy, czytamy. To nigdy nie ustaje i to jest nauka.
Co jeszcze? Poprawiamy oczywiste błędy i z tego się nie usprawiedliwiamy. Jeżeli przecinek stoi nie w tym miejscu, co trzeba, nie musimy tłumaczyć autorowi, jaką regułę tutaj zastosowaliśmy. Jeżeli zdanie wypowiedziane przez narratora, który przez cały czas mówi poprawną polszczyzną, nagle jest niegramatyczne – poprawiamy. Pewnie po prostu coś autorowi w tym miejscu nie wyszło, będzie nam wdzięczny za to, że styl tego fragmentu troszkę podrasujemy. Staramy się nie używać słów, które nie leżą w obrębie języka autora. Staramy się nie wprowadzać słów, których autor w żadnym innym miejscu książki nie użył. Jeżeli więc chłopiec mówi w powieści, że rakieta leciała na któreś ze słońc, to nie zmienimy tego „leciała” na „udała się” czy „została wysłana”. „Została wysłana” już prędzej, choć na pewno nie w wypowiedzi pięcioletniego chłopca, ale zdecydowanie ona się tam nie udała – ona po prostu poleciała. „Udała się” będzie słowem z zupełnie innego worka z wyrazami języka polskiego.
Pamiętajcie, że nie ma czegoś takiego, jak jeden język polski. My, jako korektorzy, jako redaktorzy, jesteśmy poliglotami nawet w obrębie tego naszego ojczystego języka polskiego, bo każdy gatunek będzie miał inny zasób słów, inną stylistykę. Każdy autor będzie się posługiwał innymi słowami, innym stylem. My to wszystko powinniśmy może nie tyle znać, co wyczuwać. A kiedy będziemy to wyczuwać? Jeżeli będziemy czytać, czytać i czytać.
Trzeci i ostatni punkt tego mojego krótkiego podsumowania to rzecz, o której wspomniałam mimochodem, kiedy mówiłam o języku dziecka. Baza ekspertów. Brzmi dumnie, ale nie chodzi tylko o lekarzy, prawników czy filologów różnych języków. Otaczajcie się ekspertami z różnych dziedzin życia. Rodzicami, których będzie można zapytać o to, czy język dziecka albo reakcja dziecka w danej książce jest adekwatna do sytuacji. Otaczajcie się osobami, które uwielbiają gotować, żebyście mogli ich zapytać, czy dodanie jarmużu w takiej a takiej sytuacji do sałatki rzeczywiście ma sens albo czy zupę się blenduje, czy miksuje. Otaczajcie się specjalistami od muzyki, nawet muzyki rozrywkowej. Otaczajcie się ludźmi, którzy są zaznajomieni z mediami społecznościowymi, bo jeżeli przyjdzie Wam redagować e-book, newsletter, powieść, w której jest mowa o Instagramie, TikToku, Pintereście i tych wszystkich innych platformach, to od tych swoich ekspertów zbierzecie informacje na temat tego, czy w tekście wszystkie terminy są użyte w odpowiedni sposób. Oczywiście za takie merytoryczne elementy bierze odpowiedzialność autor, jeżeli mówimy na przykład o e-booku poradnikowym. Ale jeżeli my, jako redaktorzy, jesteśmy w stanie jakąś informację potwierdzić i od razu wiemy, do kogo zadzwonić, to plus dla nas.
Przykład z książki dla dzieci – całkiem niedawno redagowaliśmy w wydawnictwie sam kolejną z serii Wielkich ksiąg: Wielka księga placu budowy. Jeżeli kojarzycie te książki, to na pewno wiecie, że są one tworzone w duchu montessoriańskim, to znaczy nie robią z koparek małych ludzików, nie piszą zdrobnieniami, bohaterowie nie są dziećmi z kaskami, nie chodzą w ten sposób po budowach, tylko wszystko rozgrywa się tak, jak w rzeczywistym świecie. W związku z tym podpisywaliśmy pewne obrazki nazwami zawodów. Na jednym z obrazków pojawiła się pani, która układała płytki w łazience albo w jakimś innym pomieszczeniu. Trzeba było powiedzieć, co to za zawód. Oczywiście mieliśmy niemiecką wersję, bo to tłumaczenie z języka niemieckiego. Pomijam to, że trzeba było zmienić nazwę zawodu na formę żeńską, co nie zawsze jest takie proste w naszym języku. Jeszcze feminatywy nie są w nim tak rozpowszechnione. Ale jak nazywa się człowiek, który układa płytki? No i właśnie: czy to są płytki, czy to są kafelki, czy to jest glazura? Uwierzcie mi, że można spędzić długie godziny, wertując internet i szukając informacji na ten temat, bo na każdej stronie znajdziecie nieco inną podpowiedź. Rozstrzygaliśmy w końcu pomiędzy kafelkarzem, a właściwie kafelkarką, płytkarką a glazurniczką. I oczywiście – co zrobiliśmy? Zaprzęgliśmy do pomocy budowlańców, którzy przewertowali tę książkę wzdłuż i wszerz i orzekli, czy wszystkie sformułowania są takie, jakich rzeczywiście używa się w ich zawodzie.
Kiedy wcześniej do wydania miały iść książki o podróżach, między innymi o pociągach i samolotach, co zrobiliśmy? Szukaliśmy wśród znajomych pilotów, żeby pomogli nam określić, czy samolot, który został narysowany na danej grafice, nosi rzeczywiście taką a taką nazwę. Nie zawsze tłumaczenie da się wykonać jeden do jednego, czasem trzeba się powołać na specjalistów. I na szczęście mieliśmy wśród znajomych pilotów. Na nieszczęście było ich aż trzech i na jeszcze większe nieszczęście każdy miał inne zdanie na temat nazw tych samolotów, ale w końcu doszliśmy szczęśliwie do konsensusu i książka się ukazała z pięknym tłumaczeniem.
Linki do wszystkich książek, które teraz wymieniam jako przykłady, znajdują na górze tej strony. Być może zainspirują Was przy okazji kupowania prezentów świątecznych, jeżeli słuchacie tego podcastu w listopadzie. Chociaż nie, w listopadzie go nie wysłuchacie, bo on zostanie opublikowany 1 grudnia. Ale w związku z tym, że mamy taki grudniowy czas, być może zainspirują Was do prezentów świątecznych dla jakichś miłośników lotnictwa czy budowlanki.
Tą piękną dygresją odeszłam od głównego tematu, ale tym, co chciałam Wam przekazać, jest baza ekspertów. Otaczajcie się ludźmi, którzy mają różne zainteresowania i różne pasje. Albo inaczej: Wy już jesteście otoczeni tymi ludźmi. Rozmawiajcie z nimi i słuchajcie tego, co oni potrafią, co ich interesuje, co ich ciekawi, i notujcie sobie w pamięci, do kogo się zgłosić z takim a takim problemem, bo korektor to nie jest człowiek, który wie wszystko. To jest człowiek, który wie, gdzie sprawdzić, jeżeli ma problem.
A teraz zapowiedziana zapowiedź kolejnego odcinka. W 10 odcinku podcastu Po drugiej stronie książki spotkamy się na rozmowie z autorem tego fragmentu powieści. Z tymże autorem porozmawiam o wszystkich tych fragmentach, które omówiliśmy dziś. Zadam mu pytanie o to, w jaki sposób odnosi się do poprawek korektorskich, na jakie poprawki by się zgodził, a które są nieco za daleko idące, i poproszę go o rzucenie światła na tę redakcyjną sytuację od strony autora. Dowiemy się więc, co wolno korektorowi, ale zadamy to pytanie inaczej – na co autor pozwala korektorowi?
Uwaga!Rozmowa z Jackiem Kujawą została opublikowana w odc. 12: Co na to autor?
The post PDSK#009 Co wolno korektorowi? Jak poprawiać tekst, by nie ingerować w styl autora? (podcast) appeared first on Ewa Popielarz.

Sep 15, 2020 • 1h 24min
PDSK#008 Droga do zawodu korektora – wspomnienia kursantek I edycji Akademii korekty tekstu (podcast)
Dzisiejszy odcinek podcastu będzie wyjątkowy – z kilku powodów. Po pierwsze moim gościem jest nie jedna osoba, ale trzy! W marcu i kwietniu spotykałyśmy się tydzień w tydzień na żywo, żeby porozmawiać, tylko że wtedy mówiłam wyłącznie ja. I to jest drugi powód wyjątkowości tego odcinka: dzisiaj ja zamilknę, żeby oddać głos trzem kursantkom Akademii korekty tekstu: Magdzie Białek, Agacie Gibek i Kasi Bieńkowskiej.
Dziewczyny opowiedzą o swojej drodze do zawodu korektora, o tym, jak zorganizowały sobie naukę na kursie, co im się podobało, a czego zabrakło. Mam nadzieję, że w naszej rozmowie usłyszycie atmosferę, jaka panowała (i wciąż panuje) w grupie kursantów Akademii korekty tekstu. A jeśli chcecie jej doświadczyć – zapraszam Was na II edycję kursu. Jesienna Akademia korekty tekstu startuje już 1 października!
Subskrybuj: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | Inne
Montaż: Kamil Dudziński
Transkrypcja: Dorota Siwek
Goście odcinka
Magdalena Białek
kontakt@magdalenabialek.plhttps://magdalenabialek.plwww.facebook.com/MagdalenaBialek.fbhttps://www.instagram.com/bialek_magdalena
Agata Gibek
ag.gibek@gmail.comhttps://holistentka.plhttps://www.facebook.com/ag.gibekhttps://www.linkedin.com/in/agatagibek
Katarzyna Bieńkowska
poligondomowy@gmail.comhttps://www.poligondomowy.plwww.instagram.com/poligondomowypodcast Bez przerwy
Plan odcinka
Początki i doświadczenie – czy trzeba być po polonistyce, żeby zostać korektorem?Akademia korekty tekstu – dlaczego warto zdecydować się na udział w kursie?Pierwsze wrażeniaIle czasu trzeba poświęcić na naukę?Ulubiony element AkademiiCzego zabrakło na kursie?Życie po kursie i plany na przyszłość
Transkrypcja podcastu #008 Droga do zawodu korektora – wspomnienia kursantek I edycji Akademii korekty tekstu
Magda, Agata, Kasia – na razie to dla Was tylko trzy imiona, ale za chwilę przeistoczą się w trzy historie determinacji, pracowitości i zaufania. Determinacji w dążeniu do swoich życiowych celów i marzeń. Pracowitości w zapoznawaniu się z meandrami poprawności językowej i edytorskiej, które wcale nie są takie łatwe. I zaufania – do Akademii korekty tekstu.
O moim kursie online przygotowującym do zawodu korektora mówiłam już w odcinku 7 podcastu Po drugiej stronie książki i wtedy też pomagały mi w tym kursantki Akademii. Poprosiłam je o to, bo wierzę, że nie ma bardziej odpowiedniej osoby do opowiadania o szkoleniu niż ta, która przeżyła je na własnej skórze. W dzisiejszym odcinku wysłuchacie mojej rozmowy z trzema innymi kursantkami. Pogłębimy w niej niektóre tematy, dziewczyny opowiedzą o tym, co je doprowadziło do Akademii, jak potoczyło się ich życie zawodowe, co im się na kursie podobało, a co by zmieniły.
Mam nadzieję, że poczucie w naszej rozmowie atmosferę, jaka panowała i nadal panuje w grupie kursantów. Już w poprzednim odcinku to podkreślaliśmy i naprawdę, naprawdę (!) nie ma w tym krztyny przesady.
Mam zaszczyt przedstawić Wam trzy kursantki I edycji Akademii korekty tekstu:
Madzia Białek długo szukała zawodu, który sprawiłby jej prawdziwą satysfakcję. I znalazła go w pracy korektora. Teraz robi to, co lubi, a jednocześnie może się dostosować do rytmu swojego domu. Najchętniej poprawia teksty blogowe i beletrystykę. Jeszcze niedawno jej zawodowym marzeniem była praca na swoim. To już spełniła. Teraz marzy o wejściu do księgarni i zobaczeniu na półce książki, w której będzie stopka z jej nazwiskiem. Zdradzę Wam, że to marzenie spełni się już jesienią 2020 roku!
Magdę znajdziecie pod adresem www.magdalenabialek.pl.
Agata Gibek, czyli holistentka – pod taką nazwą szukajcie jej w sieci – zawodowo tworzy teksty i wspiera swoich klientów w działaniach administracyjnych i marketingowych, teraz także pod kątem redakcji i korekty. Prywatnie żyje pod hasłem „family and friends”, relaksuje się przy muzyce, lubi się zakopać w książkach i uwielbia poszerzać wiedzę i zdobywać nowe umiejętności. Dodam od siebie, że jest genialnym „usprawniaczem”. Jeśli chcecie dopracować swój kurs albo produkt – weźcie Agatę na pokład, od razu powie Wam, co gdzie poprawić, żeby było lepiej!
Kasia Bieńkowska mówi o sobie, że jest przede wszystkim mamą, ale posłuchajcie, ile rzeczy robi oprócz tego. Kasia od kilkunastu lat bloguje (pod adresem Poligon Domowy), recenzuje książki, przeprowadza wywiady m.in. autorami, nagrywa podcast Bez przerwy (chodzi o gadanie – gadanie bez przerwy; tu się rozumiemy), od 2017 roku organizuje spotkania autorskie w ramach Blog Book Meeting, a od dwóch lat współorganizuje akcję #CZYtoMAJ, w ramach której dzięki czytaniu książek i publikowaniu zdjęć w sieci tworzone są biblioteczki dla osób potrzebujących (w tym roku [2020] aż 100 książek trafiło do schroniska dla bezdomnych kobiet i kobiet z dziećmi). Jak widzicie, Kasia żyje otoczona z każdej strony książkami, więc nic dziwnego, że zdecydowała się na udział w Akademii korekty tekstu.
Zapraszam Was do wysłuchania króciutkiej, ciut ponad godzinnej rozmowy z Magdą, Agatą i Kasią!
Daj się zabrać za kulisy świata książek i tekstu. Zobacz, gdzie się kryją błędy, i przekonaj się, czy korekta to zawód dla Ciebie. Słuchasz podcastu Po drugiej stronie książki. Zapraszam – Ewa Popielarz.
Ewa Popielarz: Dzisiejszy odcinek podcastu będzie wyjątkowy i to z kilku powodów. Po pierwsze moim gościem nie jest dzisiaj jedna osoba, tylko aż trzy. W marcu i w kwietniu spotykałyśmy się tydzień w tydzień na żywo, żeby porozmawiać, tylko wtedy głównie ja mówiłam. I właśnie to jest drugi powód dzisiejszej wyjątkowości tego odcinka, bo dzisiaj to ja zamilknę, żeby oddać głos trzem kursantkom Akademii korekty tekstu, czyli Magdzie Białek… Cześć, Madziu!
Magda Białek: Cześć.
EP: …Agacie Gibek. Cześć, Agato.
Agata Gibek: Obecna!
EP: …Kasi Bieńkowskiej. Cześć, Kasiu.
Kasia Bieńkowska: Jestem!
EP: Część oficjalną mamy za sobą, a teraz mam dla Was przygotowany grad pytań. Przed chwilą mówiłyśmy o tym, że jesteśmy ciekawe, jak długi będzie dzisiejszy odcinek. Jesteśmy przygotowane na to, żeby go pociąć na dwa, bo nasze spotkania na żywo w Akademii zawsze zaczynały się tak, że ja mówiłam: „no dobrze, dzisiaj będzie krótko…” i po trzech godzinach rozłączałyśmy się i wracałyśmy do swoich zajęć. Wtedy wszystko spadało na mnie, że niby to ja tak dużo mówię. Zobaczymy, czy teraz nie wyjdzie na to, że dziewczyny gadają więcej niż ja.
Początki i doświadczenie – czy trzeba być po polonistyce, żeby zostać korektorem?
EP: Przechodzimy do rzeczy merytorycznych. Macie mówić szczerze, od serca bez lukrowania, tak jakby mnie tu w ogóle nie było. Ja tu jestem paskami w programie do nagrywania. Nie ma mnie. Pytanie numer jeden pada bardzo często od osób, które są zainteresowane pracą korektora, ale nie mają nic wspólnego z wykształceniem polonistycznym. Pytają, czy trzeba mieć wykształcenie edytorskie albo chociażby polonistyczne, żeby się korektą zajmować. Powiedzcie, jak to było z Wami. Czy jesteście po polonistyce, czy miałyście jakieś doświadczenie w korekcie, zanim zdecydowałyście się na udział w kursie?
AG: Ha! I jest cisza (śmiech). Tak myślałam, że przy pierwszym pytaniu będzie cisza, więc mogę ja odpowiedzieć. U mnie to jest dłuższa historia. Nawet mam zapisane w notatkach, że czasy szkolne to czasy podwójnej oceny, czyli jedynka za ortografię, piątka, szóstka za wypracowanie. Tak się zaczynają moje koleje losu związane w ogóle z językiem polskim i korektą, a jestem osobą, która była w liceum na biol-chemie. Kończyłam inżynierię biomedyczną w naszej pięknej Akademii Górniczo-Hutniczej i studiowałam zaawansowane materiały i nanotechnologię na Wydziale Fizyki na UJ, więc od polonistyki najdalej jak się tylko da. Natomiast tak mi się fajnie życie potoczyło, że bardzo szybko się dowiedziałam, że jednak praca administracyjno-szkoleniowa, pomieszana, to jest moja droga życiowa i faktycznie w zeszłym roku miałam jedną bardzo fajną klientkę, która zaczęła wydawać bardzo dużo poradników dla seniorów, no i ja jako jej asystentka i wsparcie czytałam te poradniki i mogłam robić taką miniredakcję – na tyle, na ile wtedy posiadam wiedzę. Półpauzy, myślniki… wszystko się zlewało, nie miałam pojęcia wtedy, że są jakieś różnice. To był jeden z powodów, żeby zainteresować się korektą, ale wtedy jeszcze nie występowałam jako korektor.
EP: Czyli praktyka Cię do tego doprowadziła…
AG: Bardziej to, że zawsze lubiłam język. Mam męża, który jest terrorystą językowym, więc zwraca uwagę na to, jak się mówi, jak się pisze. Ja też bardzo lubię zwracać uwagę na słowa. Przez to, że w szkole miałam problemy z ortografią, to moja ukochana siostra siedziała i robiła mi dyktanda i musiałam wkuwać ortografię na pamięć, żeby nie mieć z tym problemów. Przez to zaczęłam dużo czytać i język stał się dla mnie czymś interesującym.
EP: Zaciekawiło mnie to, bo zazwyczaj jeżeli ktoś kogoś „terroryzuje ortografią”, to znaczy każe się uczyć, uczyć, uczyć, to nie dochodzimy do wniosku, że to nagle jest ciekawe, tylko wręcz przeciwnie. Bardzo pokrętnie szła Twoja droga.
AG: Faktycznie, jak ktoś jest terrorystą i dręczy kogoś ortograficznie, to jest problem, natomiast ja mam to szczęście, że moja siostra od narodzin chyba miała wybitny talent pedagogiczny, więc ona do tego podchodziła tak: „Okej, to chodź, zrobimy dyktando. O, popatrz. Tutaj jest taka zasada…”. To była bardzo fajna nauka i tak samo mój mąż ma więcej „śmiechawki” z tego. To jest taki miły terroryzm.
EP: To wiele wyjaśnia. Czyli mamy pierwszą osobę, która nie miała nic wspólnego z korektą. Kto następny?
MB: A ja z kolei miałam, może nie tyle z korektą, co z polonistką, dlatego że dla mnie język polski to był zawsze ulubiony przedmiot, przy czym skłaniałam się raczej w stronę literatury niż zagadnień językowych. Polonistyka to był dla mnie naturalny wybór, zaraz po maturze; to jeszcze była stara matura, egzaminy na studia, te sprawy. Na polonistyce robiłam specjalizację literaturoznawczą. To były 5-letnie studia. Nie było jeszcze wtedy licencjatu. Żeby było zabawniej, to bardzo się dziwiłam osobom, które idą na specjalizację edytorsko-wydawniczą, że co oni potem będą robić! Przecież trzeba uczyć. Ja byłam na specjalizacji nauczycielskiej i ta edytorska wydawała mi się tak strasznie nudna… A dzisiaj wiele bym dała, żeby wrócić na te studia i jednak zmienić swoją specjalizację. Przy czym po studiach nie pracowałam w zawodzie nauczyciela i z polonistyką już nie miałam nic wspólnego, a potem kluczyłam po innych wydziałach. Ostatecznie skończyłam jako nauczyciel wychowania przedszkolnego, edukacji przedszkolnej i wczesnoszkolnej. W międzyczasie cały czas wykonywałam korekty, no bo „jesteś po polonistyce, to sprawdź mi pracę, zobacz, co ja tutaj napisałem, zredaguj mi pismo, sprawdź magisterkę”. Bardzo to lubiłam, ale cały czas korekta i w ogóle praca zdalna były daleko, daleko. Załapałam się do pracy w przedszkolu po studiach pedagogicznych i wszystko zmierzało w tym kierunku. Natomiast… zaszłam w trzecią ciążę i to wywróciło całe moje zawodowe życie do góry nogami, a ponieważ starsze dzieci był już na etapie rozpoczynania edukacji w szkole, gdy pojawiła się najmłodsza Majeczka, nie widziałam siebie na etacie już dłużej. Zaczęłam szukać możliwości pracy zdalnej. Cały czas gdzieś mi świtała ta polonistyka, bo jak jesteś po polonistyce, to umiesz pisać, więc poszłam w copywriting, ale nie czułam z tym takiego flow. Cały czas się tym zajmuję, ale nie daje mi to przyjemności typu: „ale fajnie, siądę sobie do pracy”. Zaświtała mi w głowie myśl o tym, że może jednak skoro czytam, skoro polonistyka, coś tam o języku wiem (na kursie okazało się, że bardzo niewiele), to poszukajmy czegoś innego, pójdźmy w tę korektę.
Tak się zaczęła moja przygoda z korektą, a wszystko to działo się rok temu. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że rok później będę miała własną działalność, będę zajmowała się korektą, będę się z tego utrzymywała, to bym nie uwierzyła. Wszystko się zadziało szybko i fantastycznie.
EP: No widzisz, goniło Cię to edytorstwo, goniło i Cię w końcu na szczęście dogoniło. Kto nam został? Kasia nam została.
KB: Ja też jestem po polonistyce, a wcześniej po klasie dziennikarskiej.
EP: Dwa do jednego.
KB: Poprawiałam magisterki, licencjaty, prace zaliczeniowe krewnym i znajomym królika, natomiast cały czas się bałam, że nie mam papieru. Ja też oczywiście specjalizacja nauczycielska, chciałam uczyć, no ale moje życie potoczyło się tak, a nie inaczej. Od wielu lat pracuję w domu, pisząc różne rzeczy, i chciałam czegoś jeszcze. Padło na transkrypcję i na korektę. Przez Klaudynę Maciąg trafiłam do Ciebie.
EP: Pozdrawiamy Klaudynę.
KB: Tak, jestem jej bardzo wdzięczna, bo to takie spełnienie marzeń. Pomimo tego, że nie mam jeszcze certyfikatu – przyznaję się bez bicia – natomiast samo to, że postawiłam na swoim, zaczęłam kurs, sprawiło, że bardzo dużo z niego wzięłam dla siebie. Potem rozwinęłam się w trochę innym kierunku, więc pewnie dopiero z jesienną grupą podejdę do egzaminu.
EP: Cały czas jesteś wśród słów i wśród języka. Kasia, powiedziałaś, że trafiłaś na Akademię przez Klaudynę, a Wy, dziewczyny – Agata, Magda – jak dowiedziałyście się o Akademii korekty tekstu? Co Was skłoniło do wzięcia udziału w kursie?
MB: Tak jak mówiłam, szukałam swojej ścieżki pracy zdalnej. Wiedziałam, że chcę być na swoim, chcę pracować zdalnie i niekoniecznie tylko zajmować się copywritingiem. Zaczęłam szperać po internecie, czytać różne blogi, wpisy o tym, jak w ogóle zostać korektorem, redaktorem, z czym to się je, jak wygląda ta praca od kuchni. Weszłam pewnego pięknego dnia na YouTube, który po wpisaniu hasła „korektor” wyrzucił mi całą masę poradników dotyczących makijażu (śmiech), natomiast udało mi się w tym wszystkim wyłowić wywiad Dominika Juszczyka z Tobą.
EP: Dominika też pozdrawiamy.
MB: Tak właśnie pierwszy raz spotkałam Ciebie i gdzieś tam zaskoczyło. Poczułam taką wirtualną chemię do Ewy, że kurcze, fajnie ta dziewczyna gada. Tak po ludzku, tak rozsądnie. Wskakujemy na Facebooka i szukamy. Znalazłam Ewę na Facebooku, trafiłam na grupę Po drugiej stronie książki i potem to się jakoś tak potoczyło… Ty wspominałaś na grupie o tym, że będzie kurs. Udało mi się dostać na praktyki do Ewy. Pracowałyśmy razem nad bajkami dla dzieci. Wtedy tak naprawdę pierwszy raz spotkałam się z prawdziwą korektą, gdzie trzeba było już współpracować i z autorami, i ze składaczką. Wszystko oczywiście pod okiem Ewy. Poczułam, że to jest to, co chcę robić. Pamiętam, że gdzieś tak już od listopada czy grudnia to Ewę ciągle cisnęłam, kiedy ten kurs będzie. Żeby miejsca dla mnie nie zabrakło! „Ale Ty pamiętaj o mnie, koniecznie! Kiedy? Luty, marzec? Ewa, zapisuj mnie!” Bardzo się nie mogłam tego kursu doczekać. Do Ewy trafiłam więc tak na okrągło, przez YouTube, a potem już na kurs. To była jedna z najlepszych zawodowych decyzji w moim życiu. Nie jedna z najlepszych – najlepsza!
EP: Bardzo mi miło. Rzeczywiście muszę dodać, że Madzia była, zdaje się, w drugiej edycji praktyk dla korektorów, jesiennej. Pracowałyśmy wtedy nad bajkami dla dzieci. To były trudne korekty. Jeżeli po tych korektach zostałaś, to znaczy, że naprawdę to polubiłaś.
Agato, czekamy na Twoje zwierzenia z początków.
AG: Moje zwierzenia są takie, że ja Cię po prostu jakoś z sieci kojarzę. Na pewno kojarzę taki moment, jak byłaś po ostatnim porodzie i robiłaś jakąś korektę na Instagramie, i pokazywałaś, że bujasz dziecko.
EP: Co Ty mówisz… Było coś takiego, faktycznie.
AG: Było coś takiego, ale ja potem przestałam Cię śledzić na Instagramie, bo stwierdziłam, że to nie dla mnie, ale gdzieś mi się ciągle pojawiałaś. Tu ktoś o Tobie powiedział, tam coś o Tobie powiedział. Miałam takie wyobrażenie, że Ewa to jest taka porządna firma. (śmiech)
Słyszałam o Tobie zawsze od ludzi, którzy bardzo zwracają uwagę na jakość. Dołączyłam do Twojej grupy Po drugiej stronie książki, a potem przyszedł nasz piękny rok obecny i miałam takie postanowienie na nowy rok, że co miesiąc skupiam się na jakimś jednym obszarze wiedzy do zdobycia. Akurat w lutym na samym początku pomyślałam sobie, że może w końcu Ewa ruszy z jakimiś kursem. Ja bym sobie chętnie ten język podszlifowała dla własnej przyjemności. Byłoby super. Ty zaczęłaś mówić o tym, że będzie kurs. Od razu do Ciebie napisałam: kiedy ten kurs? a ile kosztuje? ile czasu trzeba na to poświęcić? a jak potrzebuję to, to, to, to czy to będzie okej? Pamiętam, że maglowałam Cię i na mailu, i na Instagramie. Potem męczyłam wszystkich, rozmawiając ze wszystkimi przyjaciółmi, ze swoim mężem. Oczywiście ja zakładałam, że to będzie kurs językowy, bardziej ciekawostki, żeby lepiej się tym językiem posługiwać. Myślałam wtedy, że maks 500 zł, a tu przyszedł mail o tym, jaka będzie cena i jak to będzie wyglądać. Pomyślałam wtedy, że ja nie chcę zostać korektorem. Mnie chodzi o poprawność językową, bo jednak w swojej pracy dużo piszę…
EP: To nie, nie. Może jednak kupię słownik. (śmiech)
AG: Ty mi zaczęłaś odradzać, mówiąc, że to kurs dla kogoś, kto chce zostać korektorem, że jak od czasu do czasu będzie mi to potrzebne, to trochę nie bardzo. I to chyba zadziałało. Pomyślałam: ale jak to? Przecież ja mogę sobie brać zlecenia. Nie ma problemu, żebym pracowała tak, jak pracuję, i żebym w miesiącu brała sobie dwa, trzy zlecenia, żeby być w toku i korzystać z tego. Wymyślałam tyle argumentów, że to jest sensowne, przydatne, że jakbym kiedyś chciała pójść pracować w korporacji, to jak usłyszą, że jestem po korekcie, to nagle wszystkie teksty marketingowe zaczną do mnie spływać i oferty firm. To jest bardzo dobry zawód. U mnie to wyglądało tak. Mój mąż twierdził: możesz dla przyjemności zrobić sobie taki kurs. A ja mówiłam: ale wiesz, dwa miesiące życia trzeba sobie wyciąć, żeby się tego nauczyć. Potem trzeba praktyki i szukania zleceń. Było takie kombinowanie, jak wszystko pogodzić ze sobą. Najistotniejsze było to, że gdzieś cały czas była u mnie ciekawość językowa i przekonanie o tym, że jak Ty przygotowujesz materiały i coś robisz, to to jest na bardzo wysokim poziomie jakościowym. Przecież mogę sobie na to pozwolić, chociażby dla przyjemności.
EP: Bardzo się cieszę, że wspomniałaś o cenie kursu, bo o to zahaczało moje kolejne pytanie. Umówmy się – ten kurs nie jest tani. W drugiej edycji będzie kosztował około 2500 zł. W pierwszej było ciut taniej. Miałam taką romantyczną wizję w związku z tym, że ten kurs startował 14 lutego – żeby czternastki się w cenie pojawiły. I tak chyba rzeczywiście było, już nie pamiętam, bo to tak zamierzchłe czasy, że już to wymazałam z pamięci. Dwa i pół tysiąca to nie jest taka kwota, którą można sobie wyłożyć tak o, że „a może spróbuję”. Powiedzcie mi, czy w związku z tym miałyście jakieś obawy przed dołączeniem do kursu, przed wyłożeniem takiej kwoty na swoją edukację?
Cena kursu
KB: Ja nie miałam obaw, bo chciałam spełniać marzenia, ale kiedy Klaudyna o tym mówiła, to powiedziała: „A to chyba nie będzie aż tak drogo”. Ona podała taką kwotę, na którą mogłabym sobie pozwolić. Potem na szczęście wpadło mi solidne zlecenie. Ucieszyłam się, że mam, że zarobiłam na ten kurs, a potem się ze zlecenia wycofali. I tak zostałam. Okazało się, że kurs jest droższy, niż myślałam, że będzie. Pozostało mi się obejść smakiem, może kolejna edycja… Potem pojawiła się promocja. Szczerze powiem, że gdyby nie to, że załapałam się na promocyjną cenę, to pewnie nie mogłabym sobie na coś takiego pozwolić.
EP: Kurs zawsze pierwszego i drugiego dnia sprzedaży jest duuuużo, dużo tańszy. I to nawet, zdaje się, było zaskoczenie dla Was, bo miała być promocja 20%, a pierwszego dnia sprzedaży na webinarze była 30%. Przy tej kwocie to jest znacząca różnica.
AG: Zdążyłam sprawdzić przelew, jak Kasia mówiła: 1640 zł w dniu webinaru, ale to nadal jest spora kwota, jeżeli nie planuje się potem korzystać z danych umiejętności. W moim przypadku dwie rzeczy, które rozważałam, to – że to jest dużo pieniędzy. To jest ponad tysiąc nad limit zakładany przeze mnie. Myślałam, że do tych 500 zł to jest okej, natomiast potem zaczęłam myśleć, że to jest taka umiejętność, którą jeżeli będę chciała kiedyś wrócić na etat, spokojnie będę mogła wykorzystać. A póki będę z dzieckiem w domu, mogę brać mniejsze zlecenia, nie np. korekta książki, ale e-booków, które teraz bardzo często pojawiają się w internecie. Lubię e-booki związane z moim wykształceniem: zdrowie, medyczne, popularnonaukowe. Od razu mam dużą radość, jak coś takiego czytam. Jednak zwracałam uwagę na to, że to jest moja potrzeba, że ja chcę się rozwijać, nawet jeżeli to nie będzie główne źródło utrzymania, tylko to będzie coś dodatkowego. Drugim elementem był czas. Kiedy się uczyć i przygotowywać? Ile czasu to zajmie? Jak to pogodzić z tym, że mam swoich klientów, dziecko, rodzinę? Tu na pewno dojdzie sporo nauki i praktyki plus moje poczucie, że jak ukończę kurs, nawet jak będzie egzamin, to ja mam potrzebę, żeby jeszcze porobić sobie niezależnie praktyki u osób zewnętrznych. Ja sobie wtedy wymyśliłam, że odezwę się do osób, które obserwuję w sieci, i w ramach podziękowania za to, co oni robią i z czego ja korzystam, to będzie taka wymiana umiejętności – i dopiero potem zacznę brać zlecenia, jak przejdę ścieżkę, którą sobie wymyśliłam w tym wszystkim.
EP: Pięknie, Agato, wyprzedzasz moje kolejne pytania, między innymi mówiąc o czasie…
AG: Bo ja w połowie zapomniałam, jakie było pytanie. (śmiech)
MB: Ja się chciałam też odnieść do kwestii finansowych kursu. Faktycznie, kwota nie jest miała. Ja byłam tak zdeterminowana, że nawet jakby ona była trzy razy wyższa, to i tak bym wygrzebała z podziemi te pieniądze, natomiast bez wątpienia system ratalny dużo ułatwił, chociaż trochę nerwów z nim na początku było. Raty i promocja na webinarze były zdecydowanie miłym dodatkiem. Ja byłam na tyle zdeterminowana, że chcę pracować w tym zawodzie, że to jest to, co ja chcę robić, że grupa Po drugiej stronie książki to była jedyna grupa facebookowa, którą przeczytałam od samego początku – od pierwszego posta. Strasznie mnie to irytowało, bo było dużo scrollowania, ale przewinęłam ją do samego początku i czytałam, sprawdzałam. Obejrzałam wszystkie filmiki Ewy – wtedy jeszcze robiłaś korekty na żywo. Plus praktyki, które u Ciebie odbywałam – one dały mi obraz tego, jak Ewa przekazuje wiedzę, jak pracuje, jak prowadzi, pomaga, wyjaśnia kwestie sporne. Nie miałam wątpliwości co do tego, że ten kurs będzie rzetelnie i dobrze prowadzony. I taki był.
AG: Ja jeszcze jedno dodam, jeśli chodzi o cenę. Jak zobaczyłam pierwszy moduł, to miałam takie: wow! Naprawdę tyle rzeczy dajesz w takiej cenie? Spokojnie dwa razy więcej można byłoby wziąć za ten kurs!
EP: (śmiech)
AG: Jeszcze jak zaczęłaś poprawiać materiały, doszły webinary, pewnie będziemy jeszcze mówić o tym, co nam się najbardziej podobało w kursie i co w nim było, ale co się pojawiał kolejny moduł, to Ty wprowadzałaś jakieś działania i reagowałaś na to, co się dzieje w grupie. I ja ciągle miałam: Wow! Nie no, cena jest za niska. Trochę głupio, że ja tyle zapłaciłam za ten kurs.
MB: Ja też miałam takie przeświadczenie, że Ewie to powinnam dopłacić kilka razy za tę całą opiekę i prowadzenie nas. Mam też doświadczenie z innymi kursami internetowymi, nie tylko związanymi z korektą. Przekładając to, ile Ewa od siebie daje w tym kursie, na jego cenę, to naprawdę to nie jest drogi kurs. On jest wart tych pieniędzy.
AG: Jeszcze jak wiemy, że Ewa to usprawnia i dodaje wiele rzeczy…
MB: Tak! My to wiemy, będąc po kursie, a ktoś, kto się zastanawia nad kolejną edycją, jeszcze nie wie. My możemy tylko powiedzieć, że to trzeba przeżyć.
Pierwsze wrażenia
EP: Ja tu sobie siedzę, słucham tego, co mówicie, wyjątkowo milczę, ale jest mi ogromnie miło z powodu tego, co słyszę. Cofnijmy się do marca i do tego momentu, kiedy kurs się rozpoczął. Powiedzcie, jakie były Wasze pierwsze wrażenia. O tym Agata już trochę wspominała. Wchodzicie do panelu 1 marca, widzicie tam pierwsze moduły i co? Kasia.
KB: Jest takie – jak ja mało wiem. (śmiech) Po cholerę było mi 5 lat studiów, jak ja nic nie wiem?! Wszystko było przejrzyste, jasne, a oprócz tego, jak miałam wątpliwości i zapytałam Cię, dlaczego w pierwszym tekście coś jest tak, a nie inaczej, to wszystko wytłumaczyłaś.
EP: Pamiętam – gwiazdki. To było wprowadzenie.
KB: Ja miałam problem z tym, że morze było szaroniebieskie. Ja się całe życie ze wszystkimi kłóciłam, że ja mam rację, a się okazało, że nie mam.
EP: Aaa czyli kolory jednak. Zielononiebieskie.
KB: Na szczęście wszyscy wychodzili z założenia, że jak ja jestem po polonistyce, to ja na pewno wiem lepiej, i dawali mi spokój. Bez sensu się kłócić. To mi pokazało, jakie są braki w mojej wiedzy i że to był dobry krok, bo ja całe życie robiłam to wszystko intuicyjnie i chciałam sobie tę wiedzę uporządkować, żeby wiedzieć dlaczego tak, a nie inaczej. Okazało się, że dużo będę musiała się nauczyć. To było miłe zaskoczenie, że Ty jesteś, tłumaczysz, jesteś codziennie w grupie, jak się pojawia jakiś problem, to reagujesz, reagują inni. Właśnie – grupa na Facebooku i ta życzliwość innych osób. Ja podchodziłam do tego tak, że trochę sobie tworzysz konkurencję. Ten rynek nie jest ogromny i nie wiadomo ilu osób nie pochłonie. Tworzysz sobie konkurencję, w dodatku ta grupa liczyła 50, 60 osób?
EP: 80 osób.
KB: My dla siebie też jesteśmy jakąś konkurencją. A tu się okazało, że my wszyscy sobie pomagamy, każdy patrzy na problem trochę inaczej, więc są dyskusje, takie solidne, soczyste dyskusje. Właściwie wszyscy jesteśmy dla siebie wsparciem. To dla mnie jest ogromna wartość dodana, warta każdych pieniędzy.
EP: Muszę się teraz wtrącić, bo dla mnie to też było ogromne zaskoczenie. Ja kompletnie sobie nie wyobrażałam tego, jak ten kurs będzie wyglądał, jak już się zacznie. Wiedziałam, jak wyglądają materiały, bo je stworzyłam, ale kompletnie nie wiedziałam tego, jak będzie się nam pracowało, jacy ludzie się zbiorą. To było dla mnie tak ogromnie budujące – i do tej pory jest – że Wy się w zasadzie zaprzyjaźniliście ze sobą, grupa cały czas żyje, mimo że kurs się skończył w maju. Polecamy sobie nawzajem autorów, przekazujemy sobie nawzajem zlecenia i to jest dla mnie cały czas niesamowite.
MB: Jak wspomniałyście o grupie… Ja też nie czuję, że ten kurs się skończył. Do notatek wracam cały czas, na panel kursowy też od czasu do czasu zaglądam, a w grupie jestem w zasadzie codziennie, bo tam się cały czas pojawiają jakieś wątpliwości, zlecenia i to jest niesamowite, jakbyśmy spojrzały na naszą grupę… Nie wiem, Ewa, jak Ty to z boku widzisz, ale zobacz: na początku, jakie pytania Ci zadawaliśmy? „Ewa, powiedz, czy tu ma być ten przecinek?” Potem nieśmiało zaczęliśmy sobie sami na te pytania odpowiadać, zanim jeszcze Ty się odezwałaś: „Słuchajcie, to musi być tu, zgodnie z taką i taką regułą”. A teraz mam wrażenie, że poszliśmy jeszcze krok dalej, bo nie dość, że sami na te pytania odpowiadamy, to jeszcze śmiemy dyskutować z regułami – ostatnio to zauważyłam w jakiejś rozmowie, że no dobrze, reguła jest taka, ale przecież lepiej będzie tak, bo to będzie czytelniej, bo sensowniej. Dyskutujemy, argumentujemy, jesteśmy parę leveli dalej.
EP: Ja już się śmieję teraz, że tylko wchodzę, czytam pytania i podpisuję się pod odpowiedziami: „Tak, zgadzam się”. „Tak, zgadzam się”. „Tak, też bym tak zrobiła”. I tyle.
MB: To jest niesamowite, jak to ewoluowało i się zmieniło.
EP: A przecież minęło bardzo mało czasu od początku kursu.
KB: Muszę się jeszcze wtrącić, bo to też jest ważne. Nie pamiętam, czy to było, jeszcze zanim się ten kurs zaczął, po pierwszym naszym spotkaniu online, czy to był pierwszy dzień kursu? Na samym początku pojawiła się pierwsza oferta pracy. One się pojawiają regularnie. To nie jest tak, że my tam sobie tylko gadamy i wspieramy się, tylko tam rzeczywiście pojawiają się oferty pracy i my na nie zbiorowo odpowiadamy.
EP: A pamiętacie, jaka była odpowiedź na tę ofertę? Ja to nawet na Instagramie uwieczniłam, bo byłam w szoku. Czekałam piętnaście minut, dwadzieścia, pół godziny, godzinę, a tu nikt się nie zgłasza. Wszyscy byli tacy troszkę zestrachani, czy podjąć się tego zlecenia, czy się nie podejmować. Teraz już jest zupełnie inna sytuacja.
MB: A ja się zgłosiłam, ale chyba wystraszyłam panią, bo to była jakaś praca magisterska chyba czy coś takiego. Ja ją chyba ceną wystraszyłam.
EP: To jest też dobra nauka, bo bardzo często pojawiają się teraz zlecenia i ja przekierowuję Wam różne zlecenia i czasem piszecie do mnie, że ktoś tam się nie odezwał znowu. Tak to bywa. Ja też przygotowuję oferty i z tych ofert 90% osób już się drugi raz nie odzywa. Tak wygląda właśnie ten zawód. Wyceniamy, przygotowujemy, rozmawiamy, tłumaczymy, a jedna oferta na dziesięć wchodzi. To też jest dobra nauka.
MB: To już na to jestem na szczęście odporna.
Ile czasu trzeba poświęcić na naukę?
EP: Dobrze, wiemy już, jakie były Wasze pierwsze wrażenia. Powiedzcie mi teraz… Agata już też poruszyła ten temat. Agata wyprzedza wszystkie moje pytania. Czas. To też jest pytanie, które bardzo często pada. Ile czasu poświęcałyście na naukę? Czy udawało się Wam łączyć obecność w grupie, na spotkaniach na żywo, naukę, czytanie tych wszystkich materiałów z jakimiś innymi swoimi obowiązkami?
MB: Myślę, że trzeba byłoby to podzielić na kurs sprzed kwarantanny narodowej i po.
EP: Aaa no tak, to prawda. Namieszała nam ta kwarantanna.
MB: Chyba od dwóch tygodni trwał kurs, jak się zaczęło. U mnie było tak, że żarło, żarło i zdechło. Bardzo ładnie odstawiłam najstarsze dziecko do szkoły, średnie do przedszkola, najmłodsze szło na drzemkę i siadałam do nauki. Potem zamknięto mi szkołę, przedszkole i ta nauka to była gdzieś pomiędzy wszystkim innym. Brakowało mi momentu, żeby sobie usiąść i spokojnie, systematycznie zaglądać do tych treści.
Jakoś się udało to później pogodzić, ale nie umiem chyba wyciągnąć takiej średniej, ile czasu dziennie poświęcałam na naukę. Pierwszy raz to chyba przeczytałam wszystkie materiały od deski do deski z nastawieniem nie na zapamiętanie, ale na zrozumienie. Potem już sięgałam po konkretne rzeczy, które były mi w danym momencie potrzebne. Siedziałam na przykład w domu przy obiedzie i przypominałam sobie jakieś zdanie: kurcze, tu był przecinek? Nie było. Dobrze, otworzymy, strona siedemnasta. Zaraz sprawdzę. Już bardziej tak wybiórczo.
AG: Ja miałam tak, że u mnie kwarantanna pomogła.
MB: Szczęściara.
AG: Jestem, a właściwie byłam mamą na urlopie wychowawczym, więc byłam cały czas z dzieckiem w domu. Do tego jakieś swoje zajęcia popołudniowe, mąż zajęcia popołudniowe, dziecko zajęcia popołudniowe, jakieś spotkania towarzyskie. Miałam taki system pracy, że pracowałam podczas drzemki dziecka i potem jak mąż wracał z pracy, to znów godzinkę. I soboty były moje na pracę. Zakładałam, że jak codziennie sobie wykroję jedną godzinę na naukę i w sobotę dwie godziny – to spokojnie wystarczy. Potem przyszedł pierwszy moduł. Pojawiła się lekcja o przecinkach…(śmiech) Jak zaczniecie Akademię korekty tekstu, zobaczycie przecinki, to wszyscy będą wiedzieli, o co chodzi i dlaczego dziewczyny się śmieją.
MB: Ale później już jest z górki.
AG: Tak, później jest z górki. Ja sobie założyłam, że robię tak: robię powtórkę wcześniejszej lekcji, ćwiczenia do tej lekcji i dopiero na koniec patrzę na nowy materiał. Codziennie takie przeglądanie. No i w te pierwsze dni to siedziałam po bite trzy godziny, nim zrobiłam powtórkę, ćwiczenia, jakieś początki korekt z danego tygodnia. Byłam przerażona, że to tyle czasu mi zajmuje. Jak trzy godziny, skoro ja mam dwie dziennie! Jeszcze mam swoje zlecenia do zrobienia. Potem przyszła Ewa: „Hmm, chyba trzeba to troszkę w czasie rozciągnać”. To było takie: uff, super! Nagle z trzech godzin zrobiła się godzina, półtorej dziennie.
EP: Ja się tutaj muszę wtrącić, żeby kulisy pokazać. Rzeczywiście na początku założyłam, że na pierwszy moduł językowy, czyli chyba 10 lekcji, będzie dwa tygodnie. Pewnie gdyby nie te wszystkie nasze pandemie i inne kwarantanny, zostalibyśmy przy tych dwóch tygodniach i przerobilibyśmy ten kurs w dość szybkim tempie, ale bardzo szybko się zgodziliśmy w grupie, że w tych warunkach to będzie za mało. I tak zostanie już do przyszłej edycji, że pierwszy moduł, ten najważniejszy – językowy, i drugi, równie ważny, ale już troszkę bardziej przyjazny – edytorski, trwają po trzy tygodnie. To jest wtedy już bardzo dużo – 3 tygodnie na 10 lekcji.
AG: Wtedy w tych trzech tygodniach można liczyć sobie taką godzinę dziennie już spokojnie z powtórką i przerobieniem tego materiału, przynajmniej dla mnie, biorąc pod uwagę, że nie mam wykształcenia i czasami jednak potrzebowałam, żeby sobie zobaczyć, o czym Ewa pisze. Chociaż Ty, Ewo, bardzo się starałaś nie używać słownictwa specjalistycznego. Ja miałam cały czas takie poczucie, że jednak jak przerabiałam np. zdania złożone ostatni raz w podstawówce, to trochę było dawno i chyba potrzebuję sobie zerknąć, o co w tym wszystkim chodziło. Koronawirus mi pomógł dlatego, że jak się pojawił, to całe życie towarzyskie u nas w domu zamarło, wszystkie zajęcia towarzyskie u nas w domu zamarły.
EP: I zaczęłaś się uczyć.
AG: Tak, na spokojnie. Mąż wracał z pracy do zabawy z młodą. Ja mogłam spokojnie się pouczyć. Dla mnie to było bardzo, dobre wydarzenie.
EP: Kasiu, a Ty ile czasu poświęcałaś?
KB: U mnie to jest tak, że koronawirus akurat wymusił na mnie więcej pracy zawodowej, w związku z tym ten czas, który sobie zaplanowałam, bardzo się kurczył. Z dwójką dzieci utknęłam w domu i było ciężko. Przyznam szczerze, że ja dosyć szybko odpuściłam Wasze tempo. To znaczy pracowałam w swoim tempie, bo kiedy zasiadam do nauki, było późno i miałam takie poczucie, że przyswajam wiedzę o wiele wolniej, że będę musiała do tego wrócić – i trochę się poddałam. Byłam na wszystkich spotkaniach online, bo one były dla mnie ogromną dawką wiedzy, energii i motywacji, więc trudno jest mi ocenić konkretnie czas, bo ja na przykład w weekendy, kiedy mąż był w domu i zajmował się dziećmi, potrafiłam temu poświęcić kilka godzin, a tak to około godziny. Trzeba przyznać, że spotkania online potrafiły trwać i trwać, i trwać, i trwać…
EP: No bez przesady. Aż tak źle nie było! (śmiech)
AG: To trzeba przyznać – dodatkowy czas trzeba liczyć na spotkania online i tego czasu nie wliczamy w naukę kursu.
EP: Te spotkania są też zapisywane, więc – uspokajam przyszłych kursantów – można sobie do nich wrócić w dowolnym momencie.
KB: Do wiedzy można usiąść w każdej chwili i to możemy robić sami, bo każdy to robił we własnym tempie, a spotkania online, kiedy jest się na żywo i można zadać pytanie, to jest wartość, której nie da się odzyskać, oglądając nagranie.
AG: Ja bym jeszcze dodała do tego, co mówi Kasia, że do każdego modułu, do każdej lekcji zawsze pojawiają się w grupie jakieś pytania. I nie miało znaczenia, czy pojawiły się tego dnia, kiedy ta lekcja była przerabiana, czy pojawiły się za dwa tygodnie. Faktycznie mieliśmy i mamy dalej taką zgraną i pomocną grupę, że bez względu na to, kiedy kto przerabia kurs, po prostu zawsze jest ktoś, kto na to pytanie odpowie – i to też ułatwia przesuwanie sobie w czasie tej nauki. I to, że Ty jesteś, Ewo, cały czas.
EP: Tak, to jest też moje założenie: mamy trzy tygodnie na jeden moduł, ale to znaczy tylko tyle, że za trzy tygodnie pojawi się drugi. To wcale nie znaczy, że w poniedziałek koncentrujemy się na przecinku i w poniedziałek można pytać o przecinek, a we wtorek już nie. Nie, absolutnie. Widziałam w grupie, że o ile na początku wszyscy starali się rzeczywiście iść równym tempem, czytać codziennie jedną lekcję i być mniej więcej na tym samym etapie, to później nasze drogi bardzo szybko się rozchodziły albo czytaliście lekcje w różnej kolejności. To też nie jest tak, że lekcje językowe są wszystkie równie wymagające, bo do przecinka można by wracać przez cały tydzień, ale lekcje na przykład o leksyce, czyli o jakiś ciekawostkach językowych można sobie przeczytać do poduszki i zapamiętać, wracać do nich kiedyś tam, jak się taki przypadek w książce czy w tekście pojawi. One nie są równie absorbujące i to jest – mam wrażenie – istotne w tym kursie: żeby nie myśleć, że idziemy jak w szkole, czyli pierwszego dnia przerabiamy jedną lekcję, drugiego dnia drugą. Nie. Nawet po dwóch miesiącach można wrócić do lekcji z modułu pierwszego i jeszcze coś tam wyjaśnić i jeszcze coś dopowiedzieć, i jeszcze podać kolejny przykład. To nie jest kurs, który jest od-do, tylko to jest kurs, który daje wiedzę, materiały, daje możliwości do nauki, która trwa długo.
AG: Dla mnie było istotne też wydzielenie sobie czasu pracy na powtórkę. Szybko się okazało, że powtarzanie tylko poprzedniej lekcji w ogóle się nie zgrywa. Zobaczyć na jedną, dwie strony z każdej lekcji – to jest istotne, bo to nie jest wiedza do wykucia, tylko do praktykowania. Pojawia się nagle jakieś zdanie i analizujesz, co powinno się z nim dziać. Przynajmniej ja tak to odbieram. Są moduły o tym, co można robić w Wordzie, co można robić w PDF-ach. Są takie ćwiczenia – powiedziałam – troszkę szkolne, ale układające wiedzę. I pytania do nich też się pojawiały, chociaż mieliśmy gotowe odpowiedzi.
Dla mnie ważny był też czas spędzony w grupie. Będę to często powtarzać: grupa dla mnie była wielką wartością i tak długo, jak mogłam, byłam w niej bardzo aktywna, bo przez rozmowy z ludźmi bardzo dużo się uczyłam. Te twoje cudowne newslettery! Boże, jak ja uwielbiam ten newsletter, jak raz w tygodniu przychodziło podsumowanie z grupy. Ja czytałam na bieżąco grupę i newsletter to tylko było takie: okej, to teraz dobra herbatka i dla mnie chwila przyjemności – co zapamiętałam z tego, co w tym tygodniu wydarzyło się w grupie. (śmiech) No i webinary. Warto być na żywo.
Ulubiony element Akademii
EP: Chciałam Was teraz zapytać o ulubiony element Akademii, ale one się przewijały już przez Wasze poprzednie odpowiedzi. Ale gdybyście miały wymienić jedną rzecz, taką najfajniejszą w kursie… Zaraz przyjdziemy do tych mniej fajnych, ale zacznijmy, żeby było weselej, od fajnych.
KB: Spotkania online. Nie tylko z Tobą, ale też z osobami, które zapraszałaś…
EP: Z ekspertami.
KB: …żeby nie było, że tylko Ty jesteś taka genialna. (śmiech)
EP: Dziękuję bardzo. (śmiech)
AG: Ja mam dwie rzeczy. Oczywiście całość była super.
EP: Jedna miała być! (śmiech)
AG: Główną rzeczą dla mnie były te webinary, na których robiłaś korektę na żywo, dlatego że – przynajmniej dla mnie – to było takie zobaczenie: okej, to można robić na wiele różnych sposobów! Nie ma jednej poprawnej odpowiedzi. I to, jak kontaktować się potem z autorem, na co zwracać uwagę, pracując z czyimś tekstem. Trzeba zobaczyć, że tam jest autor, on za tym stoi i można go pytać o pewne rzeczy. To mi się bardzo podobało.
A to, że Ty byłaś autorem kursu, to jest druga rzecz. Można Ci było powiedzieć: słuchaj, Ewa, a na tej i na tej stronie to przypadkiem w kursie nie ma błędu? A Ty odpowiadałaś: okej, faktycznie, zobaczę. Można było się Ciebie dopytać o wszystko. Dla mnie to było wartością kursu, bo przez to zobaczyłam, że korektor i praca korektora to nie jest czyszczenie do zera. Że nawet jeżeli korektor coś pisze, potem odda to jednej osobie do korekty, drugiej osobie do korekty, jeszcze ktoś to składa i tak dalej, to błędy są i to jest normalne, naturalne. To też się pojawia w Twoich rozmowach o błędach wydawniczych albo o wydawnictwach. Dla mnie to było ważne, że jak ja będę pracować, to mogę popełnić błąd. Będę robić wszystko, żeby tekst był poprawny, jak najprzyjemniejszy dla odbiorcy, ale jeżeli tam nie będzie przecinka albo jednak się pojawi jakaś „wdowa”, to to jest normalne w tym zawodzie.
EP: Madziu, zaraz Ci oddam głos. Muszę się wtrącić, bo to był dla mnie najbardziej stresujący aspekt całego kursu. Trzeba powiedzieć, że to jest prawie 1000 stron w PDF-ie. Ja to czytałam 500 razy i miałam już serdecznie dosyć tego tekstu. Oczywiście tekst też był w zewnętrznej korekcie, bo nie śmiałabym pokazać tego nikomu, gdyby zewnętrzny korektor – korektorka w tym wypadku tego nie sprawdziła. Naprawdę przemaglowałam ten tekst wiele razy, ale i tak wiedziałam, że tam się znajdą: a to jakaś literówka, a to jakieś niedociągnięcia, bo po prostu nie ma na to siły. Ja Wam powtarzałam na spotkaniach, że na to nie ma siły, że jeżeli myślicie o tym, żeby być perfekcyjni w tym zawodzie, to trzeba jak najszybciej się tego myślenia wyzbyć. A równocześnie sama się niesamowicie stresowałam tym, jak przez Was te błędy będą odbierane. Na szczęście nie były to jakieś bardzo rażące błędy, no ale coś tam do korekty jeszcze było. Jestem Wam bardzo wdzięczna za wypunktowanie ich. Ja teraz czytam to wszystko jeszcze raz od deski do deski. Jeszcze raz robię korektę. Jeszcze raz poprawiam, ale muszę przyznać, że to był dla mnie bardzo stresujący moment.
Teraz już, Madzia, oddaję Ci głos. Powiedz o Twoim ulubionym elemencie Akademii.
MB: Niezależnie od tego, jak najlepszego kursu byśmy nie wybrali, na jakie studia byśmy nie poszli, to cały wysiłek nauki jest zawsze po naszej stronie. Nigdy nie możemy powiedzieć, że: nic się nie nauczyłem, bo prowadzący to coś tam. Zawsze się można czegoś nauczyć, no ale właśnie – tu jest takie wielkie „ale”… Pytasz o ulubiony element, więc bardzo Cię przepraszam, Ewo, ale muszę Cię uprzedmiotowić, bo moim ulubionym elementem kursu jesteś Ty. (śmiech) Nie sztuką jest dać komuś zbiór reguł dotyczących na przykład edycji tekstów czy zagadnień językowych i powiedzieć: nauczycie się tego. Trzeba umieć to przekazać, przedstawić w zrozumiały, prosty, jasny sposób. To nie są takie regułki, które trzeba kuć dniami i nocami. Ale jeżeli już miałby to być jakiś taki przedmiot, element nieożywiony z naszego kursu, byłyby to PDF-y. One są tak przystępne, przyjemne dla oka, zarówno gdy przegląda się je w wersji elektronicznej, jak i po wydrukowaniu. Są przejrzyste, a przykłady, które podajesz, są takie życiowe, nie słownikowe.
EP: Z Seksmisji na przykład.
MB: Albo Podsiadło: „Nie ma fal” mi się zakodowało w głowie.
EP: „Nie ma fal” jako przykład cytatu blokowego.
MB: To jest największa wartość tego kursu. Sposób przekazywania wiedzy.
EP: Bardzo mi miło i po tej laurce poproszę Was o wskazanie czegoś, czego brakowało Wam w Akademii. Czego zabrakło?
Czego zabrakło na kursie?
AG: Pakietu VIP.
MB: A co byś chciała w tym pakiecie VIP?
AG: Pewność, że wszystkie teksty, których korektę robię, są sprawdzone przez Ewę i omawiane ze mną. Najchętniej: dostaję plik po korekcie Ewy z naniesionymi uwagami do mojej korekty, a potem jeszcze się zdzwaniamy na 10 minut i to omawiamy.
EP: Świetny pomysł. Tak wygląda (bez tego telefonu) test końcowy. Sprawdzam bardzo dokładnie, literka po literce dwie Wasze korekty i przekazuję feedback w pliku zewnętrznym, w którym opisuję, co było super, a gdzie jeszcze warto coś dopracować. W komentarzach na PDF-ie i w Wordzie dodaję uwagi dotyczące konkretnych zagadnień.
Rzeczywiście nie byłam w stanie sprawdzać tydzień w tydzień wszystkich Waszych korekt. Przyznam się Wam szczerze, że kiedy zaczynaliśmy ten kurs, nie planowałam ćwiczeń cotygodniowych na dłuższych tekstach. [Więcej o strukturze kursu i dodatkowych ćwiczeniach przeczytasz i usłyszysz w odc. 7 podcastu]. Na to wpadłam pierwszego czy drugiego dnia. Jak tę wiedzę przenieść na praktykę? Wpadłam na to, że będę tydzień w tydzień podawać Wam dwa autentyczne teksty. Tutaj wielki ukłon w stronę autorów, z którymi współpracuję, bo godzili na to, żebym wykorzystywała teksty, które od nich dostawałam. Przekazywałam Wam te teksty w wersji surowej i w wersji po mojej korekcie, więc można było sobie też samodzielnie je porównać. I wtedy wymyśliłam, że trzy, cztery tygodniowo będę w stanie przyjąć, żeby dać Wam taki indywidualny feedback. Nie wiem, czy przez to, że powiedziałam, że tylko trzy, ale nigdy nie spłynęło ich więcej. Jest to bardzo dobry pomysł, żeby przygotować taki rozszerzony pakiet z indywidualnymi konsultacjami. Przemyślę to. Może nie w jesiennej edycji, ale może w przyszłym roku to się zmieni.
MB: Mnie się jeszcze przypomniało, że zdecydowanie bardzo mocnym elementem kursu jest feedback. To nie jest takie głaskanie po głowie, bo często się tak dzieje, że zapłaciłeś, jesteś moim klientem, to Cię ugłaszczę, ucukierkuję. Nie. To jest bardzo rzetelny, merytoryczny feedback. Nie wiem, czy, dziewczyny, już jesteście po, czy jeszcze nie, natomiast faktycznie tam Ewa zwraca uwagę naprawdę na takie rzeczy, że wow! Podkreśla i to, co się robi dobrze, i to, gdzie jeszcze są braki. Dla mnie to jest bardzo ważne, bo ja lubię wiedzieć, czego jeszcze nie wiem, do czego powinnam się mocniej przyłożyć. Także ten feedback to jest rzeczywiście mocny element kursu.
EP: Madzia – miałaś mówić o brakach. (śmiech)
MB: Już przechodzę, już przechodzę!
AG: Jakbym mogła się wtrącić, żeby domknąć wątek. Ważne jest to, że Ty, jak dawałaś te długie teksty do korekty, to dawałaś nam też tekst po swojej korekcie – i mieliśmy możliwość porównania. Nie zostaliśmy sami z sobą i good bye. Mogliśmy to porównać. Oczywiście znów mogliśmy poruszyć to w grupie, gdzie Ty się odzywałaś. To taka informacja dla osoby, która zastanawia się nad wzięciem udziału w kolejnej edycji Akademii – cały czas Ty jako pomoc, wsparcie jesteś. Tyle chciałam powiedzieć, żeby było jasne i żeby wybrzmiało.
MB: To ja dobrnę wreszcie do brzegu – do tego, czego mi zabrakło. Długo się nad tym zastanawiałam. To, o czym chcę powiedzieć, pewnie się przewija w kursie, a u mnie działa mechanizm wyparcia, bo ja nie lubię tekstów medycznych i prawniczych. Boję się ich i chyba ich nigdy tykać nie będę.
AG: Medyczne dajcie mnie!
MB: Mam poczucie, że nad korektą tekstów prawniczych ciąży odpowiedzialność, bo wstawię przecinek nie tam, gdzie trzeba, i ktoś nie dostanie odszkodowania albo przegra jakąś tam sprawę w sądzie. Gdzieś ta wiedza na temat korekty tekstów prawniczych też się przewijała, ale tak jak mówię, możliwe, że po prostu kompletnie ją zepchnęłam, bo tego się boję. Ale tekstów specjalistycznych mi zabrakło – żebyś rzuciła do tych korekt, o których mówi Agata. Było dużo beletrystyki, tekstów użytkowych, a może warto spróbować czegoś takiego, o czym mniej mówiliśmy na kursie, bo ja w ogóle nie tykam takich zleceń.
EP: Z tym jest trochę problem, bo ciężko jest uzyskać zgodę na udostępnienie takiego tekstu. Już w ogóle nie mówię o umowach, bo to absolutnie nie wchodzi w grę, ale nawet przy tekstach prawniczych ciężko jest dogadać się z autorem, żeby zgodził się na udostępnienie takiego tekstu. Ale odnotuję to i zrobię, co w mojej mocy. Będą teksty prawnicze i medyczne – mam nadzieję – w drugiej edycji w korektach cotygodniowych.
AG: Mnie chodzi po głowie w związku z tekstami specjalistycznymi nawet taki rozdział: jak je ugryźć? Dostaję do korekty pracę dyplomową o spawalnictwie i teraz, na ile ja w tym mogę się poruszać? Na ile pewne rzeczy powinnam przeanalizować, sprawdzić? Mówiliśmy o tym, jaka jest różnica między korektorem, redaktorem i tak dalej, ale wydaje mi się, że inaczej jednak troszkę się na to patrzy w przypadku książki dla dzieci czy beletrystyki, a inaczej jak to jest taki mocno specjalistyczny, naukowy język.
MB: Ostatnio robiłam taką korektę. Trafił do mnie doktorat z biochemii na temat… Ja nawet nie umiem tego powtórzyć. Chodziło o adaptację ziemniaka do suszy. W dużym skrócie tyle zrozumiałam. (śmiech) Klient był na tyle wyrozumiały, że… ja bym ze słownika przez rok nie wyszła, gdybym miała to merytorycznie sprawdzać. Ale on zaznaczył, że chodzi o przygotowanie tekstu do druku z Worda i o poprawę językową typu przecinki, natomiast merytorycznie mam się tym w ogóle nie przejmować, bo chyba też bym nigdy się za to nie chwyciła. Przyznaję, że chyba pierwszy raz w swoim życiu przeczytałam 300 stron tekstu i nie potrafię powiedzieć, o czym on był.
EP: Tak najczęściej bywa. Jeżeli mamy do korekty teksty naukowe, to nikt od nas nie wymaga sprawdzenia ich pod kątem merytorycznym. Ewentualnie wyłapania jakichś nieścisłości w terminach, jeżeli pojawiają się dwa różniące się jedną literką – to wtedy zaznaczamy. Ale i tak autor decyduje o tym, co zostaje, bo czym my możemy się podpierać – Wikipedią? To nie jest wiarygodne źródło, więc tutaj odwołujemy się do autora. Mam wrażenie, że co nieco o tekstach naukowych było pod koniec drugiego modułu. Tam jest taki bonus: „Korekta korekcie nierówna”. W punktach wymieniam w nim, na co zwrócić uwagę przy tekstach różnego typu, ale rozwinę te naukowe, bo widzę, że jest zapotrzebowanie, tym bardziej że rzeczywiście coś w tym jest, że to są często pierwsze teksty, które korektorzy dostają pod swoje skrzydła: prace dyplomowe, magisterskie czy nawet doktoraty. Może warto się nad tym szerzej pochylić.
Kto nam jeszcze tutaj nie mówił, czego brakowało? Kasia!
KB: Bo mnie chyba niczego nie brakowało.
EP: Nie uznajemy takiej odpowiedzi. Musisz coś wymyślić.
KB: Ale chodzi o to, że tak jak powiedziałaś: zabrakło tekstów i Ty natychmiast te teksty wprowadziłaś. Nawet jeżeli czegoś w kursie brakowało i pojawił się pomysł, że to by jeszcze mogło być, bo by nam pomogło, to Ty natychmiast uzupełniałaś kurs o to, czego my potrzebowaliśmy!
EP: Bardzo się cieszę, że o tym mówisz, bo to było moje założenie, że ten kurs nie ma być sztywny i stały – taki, że daję Wam 1 marca materiały, dziękuję, widzimy się za dwa miesiące przy rozdawaniu certyfikatów. Cały czas powtarzam – i takie było moje założenie – że każda edycja będzie inna. To znaczy nie mówię, z kim kursanci drugiej edycji się spotkają na spotkaniach na żywo, bo ja nie wiem, z kim się spotkają! Bo zapytam ich o to, z kim chcieliby się spotkać, i to nie na początku, tylko po miesiącu, kiedy już wdrożą się trochę w tę korektę. Wtedy ustalimy, jakie zagadnienia chcą rozwinąć z ekspertami na spotkaniach na żywo. Mam już przygotowane jakieś teksty do korekty dłuższej, cotygodniowej, ale jeżeli będzie zapotrzebowanie na inne, to zdobędę inne. Bardzo mi zależy na tym, żeby ten kurs dostosowywał się do tego, jakie osoby biorą w nim aktualnie udział.
Życie po kursie i plany na przyszłość
EP: Tyle, jeżeli chodzi o materiały. Teraz chciałabym, żebyśmy przeszły do tematu, którego też się bałam – życie po kursie. To była jedna z moich większych obaw, kiedy ruszyłam z kursem, bo śledziłam opinie kursantów różnych innych kursów i bardzo często pojawiało się coś takiego: na kursie jest fajnie, śmiesznie, uczymy się i jest okej, ale później przychodzi zderzenie z rzeczywistością. Tak to sformułowanie „zderzenie z rzeczywistością” mi utkwiło w pamięci, że bardzo się bałam, żeby ktoś nie powiedział tak po skończeniu mojego kursu. Zastanawiałam się, co mogę z tym zrobić. Jak mogę pomóc w przejściu od teorii do praktyki? Wtedy przyszedł pomysł zorganizowania praktyk u blogerów i na 80 osób, które brały udział w pierwszej edycji, 60 zdecydowało się na wzięcie udziału w praktykach u blogerów. Wśród tych 20 były osoby, które po prostu już pracowały jako korektorzy. Nie potrzebowały takich dodatkowych praktyk. Ten moment przejścia jest newralgiczny.
Powiedzcie, jak to było u Was. Czy pracujecie teraz z tekstami, jakie macie plany na przyszłość? Już to się trochę przewiało, ale wyjdźmy troszkę dalej w przyszłość. Jakie są Wasze plany?
MB: Ja pracuję cały czas z tekstami. Jeszcze na początku, jak ruszała Akademia, jakieś tam doświadczenie korektorskie i copywriterskie zdobyłam. W marcu nie przeczuwałam tej nieszczęsnej epidemii i tak mi się bardzo podobała data 03.03.2020, że otworzyłam własną działalność gospodarczą. Tydzień później nastąpiło, co nastąpiło. Mimo dosyć trudnych sytuacji, od marca utrzymuję się tylko z korekty. To znaczy utrzymujemy się z pensji męża, ale co miesiąc mam z korekty jakieś wpływy, całkiem sensowne. Czujemy to w domowym budżecie – że jest fajniej i przyjemniej. Pracuję w tej chwili z tekstami, już nic więcej nie robię.
Wiecie co? To nie jest tak, że skończymy kurs, siądziemy, no i teraz – zlecenia, płyńcie do mnie. Trzeba ten wysiłek podjąć, ale warto. Ewa wielokrotnie powtarzała, że korektor to jest zawód, który stoi poleceniami – i tak jest. Ja bardzo rzadko szukam zleceń, rzadko wychodzę z inicjatywą, zgłaszam się do rekrutacji, bo cały czas ktoś się do mnie zgłasza z polecenia. Robiłam korektę przedwydawniczą książki koleżanki, to może tutaj też bym zrobiła? Komuś poprawiałam doktorat, to może tutaj? Trzeba powiedzieć, że Ewa dużo pomaga. Wrzucasz na grupę dużo ogłoszeń. Często przysyłasz do nas klientów i zlecenia. I tak – jestem przeszczęśliwa. Robię to, co chciałam robić. Pracuje mi się bardzo fajnie i zlecenia są. Raz więcej, raz mniej, ale praca jest cały czas.
EP: To jest kula śniegowa. Im więcej robisz, tym więcej robisz, bo potem następne osoby Cię polecają.
MB: Tak. Teraz szewc bez butów chodzi, bo nie mam czasu zrobić własnej strony internetowej. Ona już niby jest i teksty są, ale nie mam czasu ich sprawdzić.
EP: Ktoś z kursu Ci poprawi.
MB: Właśnie taki mam plan – ostatecznie, zanim kliknę „opublikuj”, żeby ktoś jeszcze to przeczytał.
EP: Masz 79 korektorów pod ręką.
MB: Zatoczę koło od momentu, kiedy sama szukam pierwszych zleceń. Teraz ja będę zleceniodawcą. Jakieś trzy tygodnie temu, przed urlopem, pierwszy raz z mężem się śmiałam, mówiąc: słuchaj, jak to się szybko potoczyło, jak się dzieje. W grupie umieściłam ogłoszenie, że potrzebuję przekazać komuś zlecenie, bo nie byłam w stanie go wcisnąć! I to było dla mnie takie wow! Kiedy taki moment nastał? Teraz mam znowu trochę luźniej, bo to taka sinusoida, przynajmniej u mnie: że jak jest praca, to jest jej bardzo dużo, a potem znowu jest luźniej i zaczynam się denerwować, ale prędzej czy później coś tam znowu się nakręci i znowu lecimy do przodu.
KB: Ja chciałam powiedzieć, że w międzyczasie miałam okazję skorzystać z usług kursantki Ewy, która poprawiała mój tekst, i znaleźć się po drugiej stronie i dostać taki „poszatkowany” tekst… (śmiech) Ale wiecie? Poprawiać czyjś tekst to jest zupełnie co innego niż siedzieć nad własnym. Jak ja dostałam te wszystkie uwagi, komentarze – to jeszcze było w trakcie trwania kursu, więc to były trochę nieśmiałe: „ja bym to zrobiła tak, nie jestem pewna”. To mi dało tak dużo! To było niesamowite, dałam ogłoszenie i tyle osób się zgłosiło. To było piękne.
Odpowiadając na pytanie Ewy, skoro mam głos: ja w tej chwili nie korzystam z wiedzy z kursu, ale tylko dlatego, że jak się otwiera okno, żeby mieć takie dodatkowe zaczepienie, możliwości zawodowe, to jest taki efekt: kiedy wzięłam udział w kursie, to natychmiast zaczęły się sypać zlecenia z tego, czym zajmowałam się wcześniej.!U mnie jest teraz tego tak dużo, że na korektę nie miałabym czasu, więc jestem szczęśliwa, bo sobie pozwoliłam na coś dodatkowego, a rozwinęło się coś, od czego chciałam odejść. Zanim przystąpiłam do kursu, miał okazję robić korektę przedwydawniczą książki Justyny Chrobak. Kończyłam ją na porodówce, bo byłam zaaferowana tym, że mam książkę. Ale wiem, jak dużo popełniłam błędów. Nie wiedziałam, jak się do tego technicznie zabrać. Jak to zrobić, żeby było dobrze. Justynę znam od wielu lat i ona wiedziała, że jestem już na wylocie i zaraz dziecko się pojawi, i że ja w szpitalu nad tym tekstem siedziałam. Ona mi po czasie powiedziała: „Wiesz, miałam takie poczucie, że końcówka, te ostatnie 40 stron, to było potraktowane po macoszemu”. Miałam takie poczucie: ile razy mogę to samo jej pisać? A to tak trzeba. Dopiero w momencie, kiedy na kursie dostaje się teksty i widzi się, jak Ewa to robi, jak pracują nad tym inni, to ma się świadomość tego, jak to wszystko wygląda i jak powinno wyglądać.
EP: A powiedz, czy w pracy copywritera pomagają Ci te wiadomości, które zdobyłaś na kursie – językowe powiedzmy.
KB: Zakładając, że mam zleceń coraz więcej, to chyba tak. Na pewno to mi pomaga bardziej niż same studia polonistyczne, bo to była taka bardzo uporządkowana wiedza. To jest materiał, który gromadzi wszystko. Każdy element tej wiedzy, którą powinnam mieć, w jednym miejscu. Nawet jeżeli mam jakieś wątpliwości, czegoś nie wiem, to wiem, gdzie tego szukać. Nie muszę mieć całej biblioteczki książek i szukać, przeszukiwać albo przekopywać internet, bo tam też można czasami trafić na różne dziwne rzeczy, tylko wiem, gdzie to jest. W razie czego wiem, że mogę Ciebie zapytać i że nikogo nie odeślesz z kwitkiem.
EP: Tylko wystarcza Ci 1000 stron PDF-ów plus grupa na Facebooku.
KB: CRTL+F i dajemy radę.
EP: Agata, Twoje plany?
AG: U mnie to wszystko jest na razie w sferze planów, bo trochę mi się sytuacja życiowa zmieniła. Zgłosiłam się do praktyk, natomiast nim je zaczęliśmy, to wiedziałam, że nie będę mogła w nich wziąć udziału. Na spokojnie pojawiło się zastępstwo w grupie. Ci szaleni ludzie, którzy brali po dwie, trzy osoby do praktyk! (śmiech)
EP: Tak, byli tacy.
AG: Tacy istnieją, więc cieszę się, że te osoby zostały przekazane w dobre ręce. Ja faktycznie jestem trochę w zawieszeniu i czekam, aż będę mogła zgłosić się do tych osób, które obserwuję w sieci i powiedzieć: słuchaj, robisz takie fajne rzeczy, czy ja mogę Ci zrobić korektę w ramach praktyk? Z jedną osobą jestem już umówiona, a co do reszty stwierdziłam, że czekam aż mi się możliwości otworzą. To jest temat, o którym rozmawiamy w mniejszych grupach, które się urodziły z naszej głównej grupy na Facebooku. Dużo osób pozyskuje zlecenia z poleceń. Ktoś porozmawia z żoną, mężem, szwagrem i się okazuje, że ktoś pracuje w bibliotece, gdzie jest potrzebne pilne sprawdzenie regulaminu, a potem idzie do urzędu miasta informacja, że tutaj jest jakiś korektor. To płynie. Jedna osoba mówiła, że sama wysyła zlecenia po lokalnych firmach, instytucjach i szuka osób, które składają teksty. Do drukarni też można wysyłać oferty. Jak jest się na takim poziomie, gdzie ma się dużo osób, które mogą Cię polecać, bo już doświadczyły Twojej pracy, to zawsze jest łatwiej. Dla mnie wielkim bólem w sercu jest to, że akurat nadszedł taki moment, gdzie dużo osób, które obserwuję na Instagramie, tworzy swoje e-booki. Zawsze z czystej ciekawości piszę: „Cześć, czy masz może korektora? Czy nie chciałbyś zobaczyć oferty?”. I ludzie na to miło reagują. Obserwując to, co się dzieje w sieci, tworzę sobie też swoje pomysły na to, gdzie potem szukać zleceniodawców.
EP: To jest niesamowite, bo kiedy szukałam dla Was blogerów do praktyk – ja to już gdzieś kiedyś mówiłam – w ciągu dwóch dni, dosłownie dwóch dni (!) znalazłam 100 osób. Stu blogerów, którzy chcieli powierzyć swoje teksty korektorom i to z wielką radością. I wielu z nich mówiło: „O, super, ja już od dawna nosiłem/nosiłam się z zamiarem, żeby zatrudnić korektora, ale nie wiedziałam, gdzie szukać, jak to zrobić, jak te osoby sprawdzać. Teraz, jak Ty przychodzisz do mnie z takim pytaniem, to ja bardzo chętnie swoje teksty powierzę. Jak będzie dobrze, jak wszystko wyjdzie fajnie, to mam jeszcze taki e-book w planie i taki e-book w planie i będziemy kontynuować tę współpracę, tylko bardziej komercyjnie, a nie na zasadzie praktyki”. To wcale nie wydarzyło się dlatego, że ogłosiłam się w jakiejś grupie, gdzie mnie wszyscy znali i nagle się wszyscy zgłosili. Nie. Podejrzewam, że 99% z tych blogerów, którzy się zgłosili, nie miało zielonego pojęcia w ogóle, kim ja jestem, co to za Akademia i co to za praktyki, tylko chcieli po prostu powierzyć swoje teksty korektorom. To naprawdę, naprawdę tak działa, że trzeba wyjść, powiedzieć: „Hej, cześć, jestem korektorem. Macie jakiś tekst do korekty?”. Zawsze się ktoś znajdzie, a potem kolejna, kolejna i kolejna osoba.
MB: Mnie się przypomniała tak anegdotka z poszukiwań blogerów. Ewo, nie wiem, czy pamiętasz. To jest wszystko jeszcze kwestia umiejętności. No właśnie – ja takiego daru nie mam samą swoją obecnością. Pamiętam, że wrzuciłam ofertę o tym, że szukasz blogerów do praktyk, na jedną z grup facebookowych i otrzymałam odpowiedź, że oni się boją, że nie chcą, że temu to sprawdza teksty żona, a tutaj to ktoś nie chce, żeby ktoś mu błędy wytykał. Po czym wkracza Ewa, mijają dwie godziny i tam jest cała lista chętnych.
EP: (śmiech) Pamiętam tę sytuację i grupę. Mnie to zaskoczyło, bo nie wiedziałam, że jest taki wizerunek korektora w sieci – że to jest człowiek, który wytyka błędy. W gruncie rzeczy nie dziwię się, że blogerzy mają takie poczucie, bo to jest zawód, powiedzmy, który polega na tworzeniu treści, a w internecie niestety są osoby, które lubią wytykać innym błędy. Jeżeli bloger ma jakieś błędy, literówki czy inne niedociągnięcia w tekście, to wyobrażam sobie, że mogą się pojawić pod jego postem komentarze: „To trzeba poprawić, piszesz o tym, ale najpierw naucz się pisać” albo coś takiego. No i ma się złe skojarzenia z poprawianiem tekstów, ale trzeba powiedzieć, że korekta to nie jest wytykanie błędów. Wielka misja przed nami, żeby uświadamiać światu, że korektor to nie jest człowiek, który wytyka błędy. To jest człowiek, który pomaga autorowi, sam pozostając w cieniu. Pomaga autorowi sprawić, żeby jego tekst był po prostu lepszy.
MB: Tak, to jest misja. Ocieplijmy wizerunek korektorów!
Najważniejsza lekcja wyniesiona z Akademii
EP: Pytanie na zakończenie. Jedna lekcja. Znów proszę o jedną. Agato – jedną.
AG: Oj, nie ograniczaj mnie. (śmiech)
EP: Jedna lekcja wyniesiona z Akademii. Taka, która zostanie z Wami na dłużej. To nie muszą być przecinki, nie musi to być nic językowego. Co zapamiętacie po Akademii?
KB: To ja jako pierwsza, bo nie potrafię wskazać jednej takiej rzeczy, więc mogę tę swoją jedną oddać Agacie. Ona będzie miała dwie. Uważam, że to była – tak jak już któraś z Was powiedziała – najlepsza decyzja w moim życiu. Ja się bardzo cieszę. To jest spełnienie moich marzeń. I jeszcze dobiję, zobaczysz. Jeszcze jesienią zdam ten egzamin!
AG: Kasia, to się widzimy jesienią – razem!
KB: Świetnie. Potem podbijemy ten rynek!
EP: Tak jest. Podbijecie świat.
MB: Ja mogę wskazać taką swoją naukę wyniesioną z kursu, związaną z pracą korektora. To są dwie rzeczy spinające się w jedno. Trzeba z jednej strony być wyrozumiałym dla siebie, bo tak jak Agata mówiła wcześniej, nie ma tekstów idealnych i trzeba umieć przeboleć własne porażki. To jest dosyć trudne. Po drugie nie trzeba wiedzieć wszystkiego, ale trzeba wiedzieć, że się czegoś nie wie i że gdzieś może być błąd – i na to się wyczulić. Nie ufać sobie. Ja ostatnio taki błąd przepuściłam. Pomyliły mi się słowa: chełpić i hołubić. Autor pisał, że „chełpi zasadzie”. Czytałam to kilkanaście razy. W pierwszym momencie gdzieś mi zgrzytnęło, ale potem pomyślałam: nie no, okej, przecież tak się mówi. Dobrze, że nade mną przy niektórych tekstach czuwa pani Sylwia Chojecka, którą serdecznie pozdrawiam, bo to do mnie wróciło. Faktycznie to przepuściłam i byłam zdziwiona: ale jak to?! Jak ja mogłam to przepuścić? Trzeba nauczyć się dystansu do samego siebie, do pracy nad sobą, pokory i braku zaufania, ale i odpuszczania sobie. Ale chyba nie da się w ogóle nigdy tego do serca nie brać. Ewa, pracujesz tyle lat w zawodzie i też często opowiadasz, że coś Cię „gniecie”, bo poszło. Jest wydrukowane. Nie cofniemy. To jest taki największy gniotek, ale i nauka względem samej siebie. Zasady, edytorstwo, zasady językowe – tak, trzeba wiedzieć, że istnieją, ale nie trzeba znać ich na pamięć. Pamiętać o tym, że coś w tekście powinno mnie uwierać i wtedy – sprawdzać, sprawdzać, sprawdzać. Nie ufać sobie.
EP: Wątpię, więc jestem korektorem.
MB: Chyba taką koszulkę sobie zamówię.
EP: Kolejny napis po ostatnim webinarze. Po CRTL+F i „edytorstwo nie znosi samotności”.
Agato, Twoja jedna lekcja i jedna lekcja, którą Ci Kasia oddała. Możesz podać dwie.
AG: Najcudowniejsze jest to, że Magdalena załatwiła trzecią.
EP: (śmiech) To nie będziemy na Ciebie bardzo krzyczeć.
AG: Dajcie mi dziesięć minut jeszcze, żeby doszło do odpowiedniej godziny…
EP: Aaa, Wy chcecie dobić do półtorej godziny? No dobrze…
MB: Uczyłyśmy się od Ciebie, Ewa.
AG: Drugą rzeczą, jaką mam zapisaną, jest to, że często to, jaka zmiana pojawi się w tekście, to jest sprawa uznaniowa. To wyszło w momencie, kiedy były prowadzone Twoje korekty tekstów na żywo oraz kiedy w grupie były omawiane pojedyncze zdania – ktoś napisałby inaczej, ktoś inaczej przełożyłby akcent i to jest normalne. W różny sposób czytamy tekst i różne sposoby mogą być dobre. To jest dla mnie jedna nauka. Właściwie to już druga z tym, co Magda dodała. Trzecia jest taka, żeby zwracać uwagę na styl autora, na cały tekst jak jedną publikację. Czasami nie musimy się wcale sztywno trzymać zasad. Są różni autorzy, którzy mają swój styl, który dla nich jest ważny, i czasami nie trzeba być takim: nie, nie, nie, wszystko ścinamy, wszystko zmieniamy, tylko można autorowi zostawić przyjemność ze stworzonego przez niego dzieła.
EP: Zdecydowanie! Nie ma czegoś takiego jak jeden język polski. Języków polskich jest bardzo, bardzo dużo. Trzeba wyczuć tę różnicę, granicę pomiędzy poprawnością językową a indywidualnym rysem autora.
AG: Pięknie to ujęłaś. O to mi chodziło. Dajcie mi jeszcze siedem minut. (śmiech)
EP: Pozwólcie, że ja będę już zagospodarowywać ostatnie minuty. I tak Kamil, który montuje podcasty – Kamilu, chciałam powiedzieć, że już drugi raz w podcaście na antenie o Tobie wspominam – Kamil nam to trochę wytnie. Myślę, że odcinek nie będzie trwał półtorej godziny, bo nie wiem, kto by tyle wytrzymał.
Bardzo, bardzo Wam dziękuję za te prawie półtorej godziny, które tutaj razem spędziłyśmy. Za to, że poświęciłyście swój czas, żeby być może przyszłym kursantom Akademii przybliżyć kulisy naszego kursu. Mówię „naszego”, bo właśnie tak to odbieram – że to nie jest mój kurs. To jest nasz kurs. Bardzo rzadko mówię o Akademii „moja Akademia”, „mój kurs”, bo w ogóle nie czuję, żeby ona była moja. Ona jest zdecydowanie Wasza, a Wy jesteście jej częścią – ta grupa, która się stworzyła.
Chciałabym zakończyć życzeniami pod Waszym adresem. Madziu, zacznę od Ciebie, bo my się chyba tutaj najdłużej znamy. Byłyśmy razem na praktykach jesiennych, a potem w kursie. Wiem, że marzy Ci się praca z książkami dla dzieci, bo że z książkami pracujesz, to już wiemy. Bardzo, bardzo trzymam kciuki, żeby Twoje marzenia się ziściły, a znając Twoją pracowitość i determinację, zapał i wiedzę, jestem pewna, że tak się stanie.
MB: No i się wzruszyłam. Dziękuję.
EP: Agata, z kolei Ty masz sto tysięcy pomysłów na minutę. Byłaś inicjatorką wielu różnych akcji w grupie i tych podgrup, które się utworzyły i którymi ja jestem zachwycona. Jestem pewna, że jak tylko życiowe sprawy Ci się odblokują, to zaraz pierwszego dnia wystrzelisz z ogromną prędkością. Będę bardzo, bardzo uważnie śledzić to, co się dzieje u Ciebie i w korekcie, i w ogóle w pracy zawodowej, bo jestem bardzo ciekawa, w jakim kierunku to pójdzie.
AG: Ja sama nie wiem, w jakim kierunku to pójdzie, ale w blokach startowych już stoję.
EP: Tak, ja to czuję. Ja to widzę i czekam na sygnał startu. Kasiu, a Ty z kolei na tylu frontach już działasz, że ja dla Ciebie mam tylko jedno życzenie: żebyś cierpiała na klęskę urodzaju. Żebyś cały czas nie wiedziała, za co się złapać: czy za copywriting, czy za recenzję, czy za korekty. Żebyś mogła w nich przebierać i wybierać te, które będą dla Ciebie najciekawsze.
KB: Bardzo dziękuję.
EP: Bardzo Wam jeszcze raz dziękuję za rozmowę. To była dla mnie ogromna przyjemność móc Was gościć przez te prawie półtorej godziny. Nie dobijemy do półtorej godziny chyba jednak, dziewczyny…
MB: Dla nas to była większa przyjemność. Dziękujemy.
AG: No i niech wszyscy kupują kurs!
MB: Tak, to się nie ma co zastanawiać. Jeśli ktoś ma ciągoty… Dobijemy do półtorej godziny!
EP: To ja Was teraz zostawiam. (śmiech)
KB: Trzeba to powiedzieć głośno i wyraźnie: ten kurs, tak grupa, która się utworzy, jest warta każdej tej złotówki!
Oszczędzę Wam tego, co się działo po napisach końcowych. Powiem tylko, że dobiłyśmy do półtorej godziny, a nawet grubo ten czas przekroczyłyśmy. I nie, nie znamy się od lat, nigdy nie widziałyśmy się na żywo, połączyła nas Akademia korekty tekstu i atmosfera, jaka panuje w grupie kursantów I edycji. Panuje, bo ta grupa cały czas żyje.
Jeśli macie ochotę dołączyć do II edycji kursu, wejdźcie na stronę ewapopielarz.pl – znajdziecie tam linki do zapisów na listę oczekujących i dodatkowe informacje o Akademii. Mam nadzieję, że zobaczymy się 1 października i wspólnie stworzymy kolejną genialną grupę kursantów Akademii korekty tekstu. Bo pamiętajcie, że to Wy ją tworzycie, to Wasz kurs!
The post PDSK#008 Droga do zawodu korektora – wspomnienia kursantek I edycji Akademii korekty tekstu (podcast) appeared first on Ewa Popielarz.

Sep 1, 2020 • 1h 1min
PDSK#007 Akademia korekty tekstu – poznaj kurs online, na którym nauczysz się, jak zostać korektorem (podcast)
Od dekady lata parzyste są dla mnie wyjątkowo łaskawe. W roku 2010 urodził się mój pierwszy syn, w 2012 – córka, w 2014 – kolejny syn. W roku 2016 założyłam firmę, a w 2018 przyszedł na świat Jaś – czwarty. Możecie sobie więc wyobrazić, że z drżeniem oczekiwałam na to, co przyniesie rok 2020. I rzeczywiście, znów doczekałam się kolejnych narodzin, ale tym razem światło dzienne ujrzał mój pierwszy kurs internetowy pod nazwą Akademia korekty tekstu. Wiosną 2020 roku odbyła się pierwsza edycja kursu, w ramach której zawodu korektora uczyło się aż 80 osób. Wielkimi krokami zbliża się edycja druga, jesienna. Już 1 października kolejna grupa kursantów zacznie poznawać tajniki świata korekty i edycji tekstu, dlatego tegoroczny wrzesień minie nam również w tym podcaście pod znakiem Akademii i tego, jak zostać korektorem.
W tym odcinku opowiem Wam o kursie, o tym, jak jest zbudowany i co możecie dzięki niemu zyskać, a pomogą mi w tym kursantki Akademii – Agata Borowska, Dominika Surma, Renata Kotas, Ania Szczęch i Monika Zaborska zgodziły się nagrać dla Was krótkie wspomnienia z czasu nauki na kursie. Zobaczycie, jak to wszystko wyglądało ich oczami, a o tym, co będzie się działo w kolejnym odcinku, opowiem Wam na zakończenie.
Zapraszam Was do świata Akademii korekty tekstu!
Subskrybuj: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | Inne
Montaż: Kamil Dudziński
Transkrypcja: Dorota Siwek
Goście odcinka
Agata Borowska
kontakt@agataborowska.plhttps://www.linkedin.com/in/agataborowska/https://agataborowska.pl/https://www.instagram.com/agataboro/https://www.facebook.com/agataborowskapl/https://www.spreaker.com/show/podkastynacja
Dominika Surma
k.surma.dominika@gmail.comhttps://www.instagram.com/pani.redaktorka/https://www.linkedin.com/in/dominika-surma/
Renata Kotas
renatakotas@poczta.onet.plhttps://www.facebook.com/renata.kotas/
Anna Szczęch
ankaa.szczech@gmail.comhttps://kreatywnakorektorka.plhttps://www.instagram.com/kreatywnakorektorka/https://www.facebook.com/kreatywnakorektorka
Monika Zaborska
mzaborska26@gmail.comhttps://monikazaborska.plhttps://www.instagram.com/moniazaborska/
Plan odcinka
Cztery filary Akademii korekty tekstuCo jeszcze otrzymasz na kursie?Praktyki dla korektorówLudzki wymiar korekty, czyli atmosfera w grupieIle trwa nauka na kursie korekty?Pogotowie językoweTest końcowy i certyfikat ukończenia Akademii korekty tekstuCzy korektor musi być po polonistyce?Nowy zawód w dwa miesiące
Transkrypcja podcastu #007 Akademia korekty tekstu – poznaj kurs on-line, na którym nauczysz się, jak zostać korektorem
Ewa Popielarz: Snucie wspomnień zacznie Agata.
Agata Borowska: Dzień dobry wszystkim, którzy zastanawiają się nad tym, czy warto dołączyć do drugiej edycji Akademii korekty tekstu. Od razu mówię, że warto. Nazywam się Agata Borowska, jestem copywriterką, transkrybentką, ale chciałam poszerzyć swoje usługi również o korektę i redakcję tekstu. Zawsze interesowałam się pracą z tekstem, więc dla mnie to była naturalna decyzja, żeby w końcu poznać te wszystkie zasady, które niby znałam, ale nie było to w ogóle usystematyzowane. Kiedy zaczęłam krążyć po Internecie, żeby spróbować jakkolwiek tę wiedzę usystematyzować, okazało się, że darmowej wiedzy jest mnóstwo na blogach, na YouTubie, ale żeby zebrać to w jedną sensowną całość, śmiało musiałabym poświęcić na to kilka tygodni. To jest właśnie olbrzymi plus Akademii korekty tekstu – twórczyni, czyli Ewa Popielarz, wykonała za mnie tę pracę, czyli zrobiła selekcję tego materiału, który faktycznie przydaje się w pracy korektora, z zaznaczeniem, które rzeczy będą się pojawiać bardzo często, a które rzadziej. Wiadomo, że praca korektora polega na tym, by samemu szukać informacji, bo ciągle pojawiają się nowe smaczki w tekstach do ulepszania, więc i tak samodzielna praca leży po naszej stronie. Niemniej zaoszczędziłam mnóstwo czasu na szukaniu. Zapłaciłam za konkretne usystematyzowanie wiedzy w Akademii.
EP: Teraz już wiecie, dlaczego wspomnienia Agaty wybrałam na początek. Wybrałam je dlatego, że Agata zaczyna od rzeczy podstawowej, to znaczy od materiałów, które dostaniecie w Akademii korekty tekstu. Tych materiałów jest całkiem sporo i postaram się je teraz szybko wypunktować.
Cztery filary Akademii korekty tekstu
Przede wszystkim to są PDF-y. To jest nasza baza wiedzy. Jest to prawie 1000 stron informacji na temat korekty i edycji tekstu, na temat programów do korekty i na temat organizacji pracy korektora, bo tak właśnie jest podzielony kurs. Kurs jest podzielony na cztery moduły.
Moduł 1. Kurs korekty językowej
Pierwszy moduł to tzw. kurs korekty językowej. Uczymy się na nim zasad poprawności językowej, rozpoczynając od przecinka, poprzez pisownię łączoną/rozłączoną, pisownię małymi/dużymi literami, aż po zasady składni i inne reguły, które są niezbędne dla korektora. To jest nasza podstawa. Na wiosnę, kiedy opowiadałam o tym kursie, porównałam go do tortu. Ta podstawa była naszym biszkoptem. Bez tego dalej nie pójdziemy. Nie możemy zaczynać nauki tworzenia dekoracji, kiedy nie wychodzi nam pieczenie podstawy do naszego ciasta. Tym właśnie jest moduł pierwszy.
Moduł 2. Kurs edycji tekstu
Koncentrujemy się na nim przez całe trzy tygodnie, a później na scenę wkracza moduł drugi, czyli kurs edycji tekstu. Tutaj już przechodzimy na nieco wyższy poziom, to znaczy do zasad edytorskich, czyli tego, jak tekst powinien wyglądać. Jeżeli w lekcji o liczebnikach w module pierwszym uczyliśmy się tego, jak należy odmieniać liczebniki, jaka jest składnia liczebników, jak je tworzyć, to w lekcji o liczebnikach w module drugim – bo też taka się tam znajduje – będziemy się uczyć tego, jak zapisywać liczebniki w tekstach różnego typu, tzn. czy zapisywać je słownie, czy cyframi, w jaki sposób to dzielić i jak się to ma do faktu, z jakim tekstem mamy do czynienia. Bo zupełnie inaczej będzie w beletrystyce, zupełnie inaczej w tekstach naukowych, a jeszcze inaczej na stronach internetowych czy w czasopismach. Tego wszystkiego uczymy się w drugim module. Są tam też zasady dotyczące zapisu dialogów, są zasady tworzenia przypisów i bibliografii. Jest ostatnia lekcja, jedna z moich ulubionych, którą nazwałam „Korekta korekcie nierówna”. To są wytyczne zebrane w punktach dotyczące korekty tekstów różnego typu: bajek, beletrystyki, tekstów naukowych, tekstów, które mają być czytane, transkrypcji czy innych tekstów, z którymi przyjdzie Wam się spotykać w pracy korektora. To jest moduł drugi, równie ogromny jak moduł pierwszy i razem z modułem pierwszym tworzą naszą bazę – bazę naszego ciasta. Jeżeli moduł pierwszy był biszkoptem, to moduł drugi możemy nazwać kremem do ciasta.
Moduł 3. Programy do korekty tekstu
Później przechodzimy do modułu trzeciego, który obejmuje informacje na temat narzędzi do korekty tekstu. Zaczynamy od znaków korektorskich. Wiem, że teraz mało kto ich używa, ale zobaczycie, że ich znajomość przydaje się nawet, jeżeli stosujecie do korekty programy. Można sobie bardzo ułatwić pracę, gdy zastosuje się pewne znaki korektorskie, nawet w programach do korekty/edycji tekstu. Później przechodzimy płynnie do Worda. Zatrzymujemy się na nim dłuższą chwilę. Następnie przechodzimy do programów do edycji PDF-ów, a właściwie do nanoszenia poprawek na PDF-y, bo my jako korektorzy w PDF-y bezpośrednio nie ingerujemy, a potem mówimy o korekcie tekstów publikowanych online. Uczymy się obsługiwać Dokumenty Google i teksty, które są publikowane na stronach internetowych, a w drugiej edycji dojdzie tu korekta tekstów, które są zamieszczone w Canvie, bo coraz więcej autorów prosi korektora bądź redaktora, żeby spojrzał na ich tekst bezpośrednio w Canvie, gdzie ten tekst jest przez autora składany. To był moduł trzeci.
Moduł 4. Organizacja pracy korektora
Na koniec zostaje jeszcze moduł czwarty, który jest nazwany przeze mnie modułem organizacyjnym – tam uczymy się tego, jak wygląda proces wydawniczy, czym się różni redakcja od korekty, w jaki sposób wyceniać swoją pracę, jak szacować czas potrzebny na pracę, gdzie szukać zleceń, jak się reklamować, jak się reklamować za darmo w Internecie. Tego wszystkiego uczymy się w module czwartym.
O ile moduł pierwszy i drugi są wyłącznie na PDF-ach, bo ciężko byłoby mówić na wideo o zasadach stawiania przecinka w zdaniach, to moduł trzeci, czyli techniczny, jest i na PDF-ach, i w formie nagrań wideo podzielonych na krótkie lekcje. One mają po kilka, kilkanaście minut. Można sobie dawkować te informacje. Moduł czwarty jest na PDF-ie i dodatkowo w drugiej edycji będzie też przygotowany w wersji audio, bo to jest taki zakres materiału, który spokojnie można sobie wysłuchać bez patrzenia na przykłady na tekście czy na to, w jaki sposób poruszać się w programach, więc nagranie wideo też nie jest do tego potrzebne. Będziecie mogli spokojnie, jadąc rowerem na zakupy czy samochodem na niedzielną wycieczkę, czy sprzątając dom, wysłuchać sobie ze słuchawkami na uszach lekcje z modułu czwartego.
Tak jak już powiedziałam na moduł pierwszy mamy trzy tygodnie, ale to znaczy tylko tyle, że po tych trzech tygodniach pojawia się w panelu moduł drugi, na który też mamy trzy tygodnie. Podzieliłam to w ten sposób, żeby nie przytłoczyć Was na raz ogromną dawką informacji, żeby nie kusiło Was przeskakiwanie między tymi modułami. Naprawdę warto na początku opanować przynajmniej w podstawach moduł językowy, żeby przejść na kolejny poziom – moduł edytorski. W pierwszej edycji moduły trzeci i czwarty też pojawiały się sukcesywnie w kolejnych tygodniach, ale tym razem to zmienimy. Moduł trzeci i czwarty będą dostępne od samego początku, dlatego że nagrania wideo i audio będziecie mogli sobie oglądać i słuchać w międzyczasie, a informacje zawarte w tych modułach przydadzą się Wam już od samego początku.
Agata wspomniała o tym, że materiałów jest dużo, ale że w PDF-ach są wypunktowane najważniejsze informacje. I rzeczywiście, w tych materiałach znajdziecie niemal wszystkie informacje – wszystko, co musicie wiedzieć o korekcie i edycji tekstu, ale nie każda z tych informacji jest równie istotna i nie każdą będziecie równie często wykorzystywać. Dlatego stworzyłam system znaczników, dzięki którym będziecie mogli szybciej poruszać się po PDF-ach i znajdować informacje, które naprawdę są istotne. Są to znaczniki typu: „Uwaga!”. Jeżeli zobaczycie wykrzyknik na marginesie, to znaczy, że ten fragment trzeba przeczytać ze szczególną uwagą. On często będzie sprawiał Wam problemy w czasie korekty tekstów różnego typu. Są znaczniki, które odwołują Was do zewnętrznych stron internetowych; są znaczniki, które odwołują Was do innych miejsc i lekcji Akademii korekty tekstu. Wierzę, że dzięki nim będzie Wam dużo łatwiej zgłębiać wiedzę i zapamiętywać informacje.
Te materiały to jeszcze nie wszystko, co otrzymujecie dołączając do Akademii korekty tekstu. Oddaję głos Agacie.
Co jeszcze otrzymasz na kursie?
AB: W Akademii korekty tekstu dostaje się takie know-how, którego tak po prostu się w Internecie nie znajdzie. Ewa przekazała swoje całe doświadczenie i nie tylko swoje, bo Akademia korekty tekstu to spotkania, live’y, grupa na Facebooku. Mam wrażenie, że Ewa była dla nas dostępna cały czas, a przy tym jeszcze ma czwórkę dzieci! Dla mnie to jest full rocket sience, jak ona to robiła! Możecie liczyć na stałe zaangażowanie Ewy.
Praktyka też ma duże znaczenie i tutaj było super, bo nie dość, że mogliśmy w czasie Akademii korekty tekstu wysłać jeden, dwa teksty, żeby Ewa na nie spojrzała, to poza tym wyszła inicjatywa, żebyśmy mogli jako kursanci poprawiać teksty blogerom, którzy chętnie się zgłosili do takich praktyk. Moja współpraca – sama zaproponowałam, żeby przedłużyła się z trzech miesięcy na kolejne. I tak do końca roku będę „moim” blogerkom te teksty ulepszać. Skończy się to tak, że będę miała od nich płatne zlecenia, co jest dla mnie ważne; nie tyle chodzi o finanse, co o portfolio i doświadczenie, które dzięki temu zdobywam.
EP: Agata wysnuła już tutaj piękną wizję praktyk po Akademii korekty tekstu i zarabiania po praktykach, ale cofnijmy się jeszcze do czasów nauki na kursie. Agata wspominała o tym, co otrzymujecie oprócz materiałów, o których już mówiliśmy. Wypunktuję to raz jeszcze.
Jako kursanci Akademii korekty tekstu macie dostęp do zamkniętej grupy wyłącznie dla kursantów. Jest to grupa, która działa na Facebooku. Jeżeli nie macie konta na Facebooku, to bardzo Was zachęcam do założenia go, bo w tej grupie dużo się dzieje, ona jest bardzo aktywna. Każda edycja kursu będzie miała swoją osobną grupę – z rozmysłem wybrałam takie rozwiązanie, bo wierzę, że jeżeli grupa będzie mniej liczna, to będzie nam się łatwiej w jej ramach zintegrować. Rzeczywiście tak się stało w pierwszej edycji Akademii korekty tekstu. Kurs już się zakończył, natomiast grupa cały czas istnieje, żyje. Kursanci sobie nawzajem pomagają, zadają pytania, udzielają odpowiedzi, udzielają wsparcia nie tylko merytorycznego, ale też mentalnego, wymieniają się zleceniami. Jeżeli jeden z kursantów dostanie zlecenie na redakcję jakiejś książki, to wśród swoich kolegów z kursu szuka osoby, która po nim zrobi korektę tej publikacji. Jest to naprawdę bardzo cenne doświadczenie. Takie zdobycie kontaktów w świecie korekty. To jest pierwsza rzecz – grupa na Facebooku.
Druga rzecz – w tej grupie bardzo dużo się dzieje. W czasie trwania kursu codziennie są tam publikowane posty i trudno jest za tym wszystkim nadążyć. Zdaję sobie z tego sprawę, dlatego ja to wszystko czytam, zbieram najważniejsze informacje – przede wszystkim merytoryczne pytania; pytania, w których doprecyzowywaliśmy informacje zawarte w poszczególnych lekcjach i PDF-ach. Raz w tygodniu, przez cały czas trwania kursu, czyli przez dwa miesiące wysyłam do Was newsletter, w którym podsumowuję to wszystko, co się działo w grupie. Kursanci bardzo sobie ten newsletter cenili, bo to była dla nich powtórka informacji, dzięki której mogli sprawdzić, czy zapamiętali wszystko, o czym była mowa w kolejnych lekcjach. Ale był to też zbiór dodatkowych przykładów, dzięki którym łatwiej było zrozumieć pewne zagadnienia.
Powiedziałam już o grupie i newsletterze. Kolejna rzecz to spotkania na żywo. Raz w tygodniu przez dwa miesiące, przez cały czas trwania Akademii spotykamy się na żywo. W pierwszej edycji były to poniedziałki godzina 20:30, ale nie jest powiedziane, że w drugiej edycji będzie ta sama pora, bo to kursanci, czyli Wy, zadecydujecie o tym, kiedy będziemy się spotykać. Spotkania są nagrywane, więc można do nich wrócić, jeśli nie macie możliwości być na żywo w danym dniu. Co się dzieje na tych spotkaniach? To też zależy od Was. Możemy robić korektę na żywo, możemy omawiać zagadnienia z kursu, możemy dodawać przykłady do tego, co było już powiedziane, możemy zajmować się sprawami organizacyjnymi, mogę Wam pokazać, jak wygląda moja organizacja pracy, czasu, jak to wygląda u innych osób. Wszystko zależy od Was. Ja oczywiście mam ramowy plan zagadnień, które mogą być poruszone na tych spotkaniach, ale w grupie na Facebooku będziemy rozmawiać o tym, co Was najbardziej interesuje i co jest dla Was najpotrzebniejsze w danym momencie – i te tematy będziemy poruszać na spotkaniach na żywo.
W drugim miesiącu trwania kursu organizuję też spotkania z ekspertami. W pierwszej edycji było tych spotkań sześć. Spotykaliśmy się z wydawcami, ze składaczem, z prawniczką, ze specjalistką od strony internetowej… Wszystkie te spotkania z pierwszej edycji będziecie mieli dostępne jako kursanci edycji drugiej, ale oprócz tego spotkamy się z ekspertami, którzy najbardziej Was będą interesować. Wybierzemy tematy, które Was interesują, a ja postaram się zapukać do odpowiednich drzwi i dobrać osoby, które przekażą Wam rzetelną wiedzę na ten temat.
Praktyki dla korektorów
Jeszcze jedna rzecz, czyli praktyki. Agata wspomniała o tym, że miała praktyki u blogerów. Rzeczywiście Akademii korekty tekstu kończy się praktykami u blogerów. W pierwszej edycji na 80 osób 60 kursantów zdecydowało się wziąć udział w tych praktykach – bo one nie są obowiązkowe. Są kursanci, którzy już pracowali jako korektorzy i nie potrzebowali takich praktyk. Te praktyki są darmowe, ale jest to świetne przejście od teorii do działania dla osób, które biorą udział w kursie. Tak jak wspominała Agata, w bardzo wielu przypadkach praktyki darmowe kończyły się otrzymaniem płatnego zlecenia albo u tego samego blogera, albo u kogoś innego poznanego za pośrednictwem swojego blogera.
Słowo „praktyka” ma też drugi wymiar, jeśli chodzi o Akademię korekty tekstu. Są to ćwiczenia. Oczywiście do modułu pierwszego i drugiego, czyli do modułu korektorskiego i do modułu dotyczącego edycji tekstu, do każdej lekcji macie ćwiczenia. To są ćwiczenia izolowane, czyli jeżeli mówimy o przecinku, to są to ćwiczenia o przecinku; jeżeli mówimy o małych i dużych literach, to ćwiczenia dotyczą tylko małych i dużych liter. Pomagają Wam usystematyzować sobie wiedzę i sprawdzić, co z lekcji zostało zapamiętane. Oczywiście są to ćwiczenia wyjęte z kontekstu. Zależało mi jednak na tym, żebyście mieli kontakt w czasie trwania kursu z żywymi tekstami, bo na tym polega praca korektora. Nikt nie będzie Wam dawał do korekty tekstów, w których macie poprawić tylko przecinki. Musicie w każdym tekście zwracać uwagę na wszystko, dlatego co tydzień w panelu kursowym pojawiają się dwa teksty do korekty. Wrzucam je surowe i po mojej korekcie. Możecie porównać sobie oba teksty: to, co zrobiłam ja, i tekst po Waszej korekcie, i zobaczyć, gdzie nasze zmiany się zgodziły, a gdzie są rozbieżności. Jeżeli będziecie mieć wątpliwości co do jakichś fragmentów, to zawsze możecie zadać pytanie w grupie albo na spotkaniu na żywo i będziemy te fragmenty szczegółowo analizować.
Te dłuższe teksty do korekty stwarzają jeszcze jedną możliwość – co tydzień kilka z nich jestem w stanie przeczytać i dać Wam osobisty feedback na temat korekty zrobionej przez Was. Zobaczymy, ilu kursantów będzie liczyła druga edycja, ale zrobię wszystko, żeby tekst każdego z kursantów w czasie trwania kursu przeczytać i wystawić mu taką „opinię” na temat jego korekty. Oczywiście dla chętnych, bo w pierwszej edycji nie wszyscy chcieli się w ten sposób skonfrontować i przesłać swój tekst. Bardzo Was do tego zachęcam, bo ja dzięki temu widzę, jak pracujecie, a kiedy widzę, jak pracujecie, widzę, że to jest bardzo dobrze wykonana praca, to mogę taką osobę polecać dalej autorom czy osobom, które zwracają się do mnie z prośbą o korektę, a których ja pod swoje skrzydła nie jestem w stanie z różnych względów przyjąć.
Każdy z kursantów dostanie taki feedback przynajmniej raz na zakończenie Akademii korekty tekstu, bo na tym polega test końcowy, o którym za chwilę opowiem.
AB: Można mieć wątpliwości, czy nowego zawodu (bo zyskujecie nowy zawód) da się nauczyć online, ale ten kurs jest najlepszym dowodem na to, że można. W ogóle nie miałam wrażenia, że coś tracę, że te spotkania nie są na żywo. Wtedy wybuchła pandemia, więc tak czy siak kurs byłby online. Spotkania w sieci nie zmieniły niczego, jeśli chodzi o merytorykę i atmosferę. Najważniejsze, te „bebechy”, konkrety pozostały.
Jeszcze jedna ważna sprawa – i powiem to od strony osoby piszącej – to, jak ja piszę teksty, również uległo zmianie. Zawsze miałam polot i powiem nieskromnie, że moje pióro do ciężkich nie należy, bo uwielbiam pisać i umiem to zrobić lekko, ale po tym, jak dużo takich smaczków językowych, ciekawostek wyszło, zostały rozwiane wątpliwości co do niektórych rzeczy, co do których ja nigdy nie mogłam stwierdzić, jak powinny być pisane, to moje pisanie nabrało nowej jakości.
Rozumiem, że kwestia ceny może być dla kogoś kłopotliwa. Jednak można rozłożyć kurs na raty. Z tego, co zauważyłam, to wielu kursantów w trakcie trwania kursu łapało płatne zlecenia. Ewa podsuwała nam propozycje, gdzie można się zgłosić. Myślę, że jeżeli będzie pełne zaangażowanie, będzie chęć, będzie praktyka, to cena, którą zapłacisz za kurs, bardzo szybko się zwróci.
Myślę, że ładną laurkę wystawiłam, co? (śmiech) Jestem o tym święcie przekonana i na potwierdzenie powiem, że tekst w podobnym tonie znajdzie się na moim blogu, bo jestem naprawdę zachwycona tą inwestycją, którą zrobiłam.
EP: Piękna laurka! Bardzo Ci, Agato, dziękuję. Czekam na tekst na Twoim blogu – z niecierpliwością. Agata wspomniała o możliwości rozłożenia kursu na raty. Rzeczywiście jest taka możliwość. Są to raty 0%. Można rozłożyć kurs na dziesięć równych rat, a szczegóły dotyczące tych formalności i płatności znajdziecie na stronie informującej o kursie.
Rozgadałyśmy się z Agatą dość mocno. Zobaczcie teraz, jak Dominika to wszystko streściła i pięknie podsumowała w jakieś dwie minuty.
Dominika Surma: Hej, z tej strony Dominika Surma, jedna z uczestniczek najlepszego kursu na świecie, czyli Akademii korekty tekstu. Jeśli zastanawiasz się nad tym, czy warto dołączyć do Akademii, czy dostępna w niej wiedza do czegoś Ci się przyda, czy da się czegoś nauczyć na kursie internetowym, to odpowiedź na to pytanie jest tylko jedna: tak.
Akademia korekty tekstu to cudo! Ewa stworzyła kurs idealny, dzięki któremu nauczyłam się wielu rzeczy na temat języka polskiego i jego interpunkcji. Poznałam wiele ciekawostek językowych, dowiedziałam się, jak robić redakcję i korektę tekstów oraz poznałam przydatne strony i programy, dzięki którym praca jest łatwiejsza i przyjemniejsza. Akademia korekty tekstu to testy, nagrania wideo, spotkania online, masa wiedzy zebranej w jednym miejscu, cudowni ludzie, wsparcie, pomoc, dodający skrzydeł feedback, a nawet rozmowy z gośćmi z dziedzin takich jak prawo czy księgowość.
To wszystko stworzyła Ewa – człowiek cierpliwość, człowiek wsparcie, człowiek wiedza. Uczy, bawi, mobilizuje, doradza, pomaga, pilnuje porządku na grupie, organizuje praktyki, zawsze odpisuje na wszystkie wiadomości i tylko nie chce zdradzić sekretu, jak to robi, że jej doba trwa co najmniej 36 godzin. To Ewa i jej Akademia dały mi kopa do zmiany zawodu i wiedzę, która stale poszerzam. Dzięki Ewie i jej Akademii pracuję jako redaktorka i korektorka tekstów internetowych. Mam odwagę realizować swoje plany zawodowe. W sieci właśnie tworzę swoje miejsca pod nazwą: Pani Redaktorka. Już wkrótce ruszam z Instagramem i stroną internetową, a to wszystko dzięki Ewie i Akademii. Dzięki wsparciu i motywacji. Teraz wiem, że można kochać swoją pracę i że nawet przecinki można polubić.
EP: Z tymi przecinkami to jednak trochę chyba Dominika przesadziła, a ja się z kolei uśmiechnęłam na słowa „człowiek cierpliwość”. Nie wiem, czy moje dzieci zgodziłyby się z opinią Dominiki na ten temat. Idąc za jej przykładem, nie rozgaduję się, tylko od razu oddaję głos kolejnej kursantce, a jest nią Renata.
Ludzki wymiar korekty, czyli atmosfera w grupie
Renata Kotas: Dzień dobry, nazywam się Renata Kotas. Miałam przyjemność uczyć się w Akademii korekty tekstu prowadzonej przez Ewę Popielarz. Chciałam podzielić się moim spostrzeżeniami na temat tego kursu. Cały kurs oceniam na najwyższą ocenę, jaka może być. Pojawił się w moim życiu dokładnie w momencie, w którym go potrzebowałam. W ostatnim czasie dużo czytałam na temat poprawności językowej. Próbowałam swoich sił jako korektor w jednym z portali internetowych. Wiedziałam jednak, że nadal brakuje mi pewnej wiedzy. Konkretnych studiów podyplomowych na ten temat nie znalazłam, a oferty pojedynczych kursów, jakie udało mi się znaleźć, też nie do końca do mnie przemawiały. To, co szczególnie chcę podkreślić, to cudowna atmosfera. Ewo! Naprawdę jesteś wspaniałą osobą i stworzyłaś na naszej grupie niesamowity klimat.
EP: Atmosfera w grupie to jest coś, co mnie samą zaskoczyło w czasie trwania Akademii korekty tekstu. Osiemdziesiąt osób potrafiło się tak świetnie zintegrować, tak wspaniale sobie nawzajem pomagać, wspierać we wszystkim. Nie ma co kryć – część z nas miała podczas trwania kursu różne kryzysy, część chciała rzucić to wszystko, kiedy kolejne informacje zdawały się zbyt przytłaczające. Do tego jeszcze był to kurs pod znakiem pandemii, zamknięcia nas w domach, uczenia dzieci zdalnie i wszystkiego, o czym wiemy, a co działo się w roku 2020. Mimo to udało nam się wszystkim dotrwać w jednym kawałku szczęśliwie do końca. Śmiem twierdzić, że wytworzyły się między nami naprawdę silne, przyjacielskie więzi – na tyle, na ile to jest możliwe do zawiązania online.
RK: Ewo, znakomicie przekazujesz wiedzę. Brałam udział prawie we wszystkich spotkaniach na żywo. Nawet jeśli trwały ponad dwie godziny, to ani przez chwilę nie czułam się znudzona. Cały kurs to mnóstwo praktycznej wiedzy. Trzeba było poświęcić naprawdę sporo czasu, żeby dokładnie przejrzeć wszystkie materiały, zrobić ćwiczenia, uczestniczyć w spotkaniach na żywo, śledzić wpisy na grupie. Mówię o tym jako o ogromnej zalecie tego kursu.
Ile trwa nauka na kursie korekty?
EP: Bardzo się cieszę, że Renata wspomniała o wymiarze czasowym. Na stronie informującej o kursie wstawiłam nagranie na temat tego, ile mniej więcej czasu zajmuje nauka w Akademii korekty tekstu, pomijając to, że całość trwa dwa miesiące. Ile czasu mniej więcej trzeba dziennie poświęcić na naukę? Jest to oczywiście sprawa indywidualna. Jednemu wystarczy godzina dziennie, innemu wystarczy sobota i niedziela. Wszystko zależy od tego, jaką macie sytuację zawodową, życiową i ile jesteście w stanie siedzieć nad PDF-ami, filmami, nagraniami audio. Ale wszystko, co robię, wszystkie zmiany, które poczyniłam przed drugą edycją Akademii korekty tekstu, są po to, żeby ułatwić Wam przyswojenie tej wiedzy.
Jedynym stałym punktem, który zabiera czas, są nasze spotkania na żywo. One rzeczywiście trwały długo, ale to nie jest tak, że z mojej winy. (śmiech) To nie jest tak, że ja tyle gadam, tylko tyle było pytań, na które trzeba było udzielić odpowiedzi, a ja i tak nie na wszystkie te pytania odpowiadałam na żywo, tylko uzupełniałam je w newsletterze albo w rozmowach w grupie, bo gdybyśmy siedzieli do północy, byłaby to lekka przesada. Pamiętajcie też, że do wszystkich materiałów w kursie, łącznie z nagraniami na żywo i z nagraniami ze spotkań z ekspertami, macie nielimitowany czasowo dostęp. To nie jest tak, że one znikają po dwóch miesiącach albo zamykana jest grupa czy panel kursowy i nie możecie do tego wrócić. Moją myślą przewodnią, kiedy tworzyłam ten kurs, było to, żeby dać Wam materiały, które będą z Wami przez całe Wasze życie zawodowe. Ja sama do tych PDF-ów wracam, bo człowiek nie jest w stanie spamiętać wszystkich tych zasad. Jeżeli tylko potrzebuję konkretnej odpowiedzi na konkretne zagadnienie, to otwieram sobie PDF, wyszukuję przez CTRL+F słowa kluczowe i już mam czarno na białym odpowiedź. Po to jest ten kurs: żeby dać Wam materiały do pracy przez całe Wasze zawodowe życie, a nie tylko przez dwa miesiące.
Pogotowie językowe
RK: W naszej grupie działało pogotowie językowe. Rewelacja! Ewo, naprawdę nie wiem, jak Ty to robisz, że tak szybko odpowiadasz na te nasze pytania. Oczywiście aktywni byli też uczestnicy kursu i od nich również można było się sporo nauczyć.
Mam taką propozycję, aby z treści, które znalazły się w pogotowiu językowym, stworzyć książkę. Tam są pytania z „górnej półki”. Tam już nikt nie pytał, czy mówimy włączać, czy włanczać [!]. Tam pojawiały się naprawdę skomplikowane kwestie. Najczęściej członkowie naszej grupy zadawali tam pytania, jeśli sami nie umieli znaleźć na nie odpowiedzi w innych źródłach, a skoro w innych źródłach jest aż tyle braków, taka książka znakomicie wypełniłaby tę lukę.
EP: Na książkę to się chyba jednak nie porwę, ale rzeczywiście w naszej grupie działało pogotowie językowe. Możecie kojarzyć ten twór, jeżeli należycie na Facebooku do grupy Po drugiej stronie książki, która jest otwarta dla wszystkich i bardzo Was do niej zapraszam. Tam też działa pogotowie językowe. Jest tam już półtora tysiąca komentarzy, bo można pod tym postem zadawać krótkie pytania językowe, które w danym momencie są dla Was ważne i na które chcecie otrzymać szybką odpowiedź. Dokładnie ten sam pomysł przenieśliśmy do naszej grupy dla kursantów pierwszej edycji Akademii korekty tekstu i w drugiej edycji Akademii korekty tekstu też taki post z pogotowiem się pojawi, bo jest bardzo praktyczny.
RK: Mieliśmy też ćwiczenia praktyczne. Praca z blogerami i ich tekstami była bardzo cennym doświadczeniem. Nie dość, że dzięki temu sporo się nauczyłam, to jeszcze poznałam bardzo interesujące osoby, z którymi rozmawiałam potem nie tylko na tematy związane z korektą.
Jeśli chodzi o cenę kursu, na początku trochę się obawiałam, że może będzie to za duży wydatek. Cena kursu bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Dziś wiem, że była to znakomicie zainwestowana kwota.
Do listy zalet tego kursu dopiszę też, o dziwo, trudny test końcowy. Jak zobaczyłam teksty, które dostaliśmy do korekty, to wiedziałam, że łatwe to nie będzie. Jednak na tym to powinno polegać – trzeba mierzyć się z dużymi wyzwaniami. Dodam jeszcze, że czas nauki w Akademii korekty tekstu przypadł na czas epidemii koronawirusa, więc wypełnił mi te trudne chwile, kiedy ograniczone były spotkania z bliskimi i wiele innych aktywności, które wcześniej podejmowałam.
Polecam Akademię nie tylko tym osobom, które chciałby się zajmować korektą tekstów, ale każdemu, kto chciałby doskonalić umiejętność poprawnej pisowni, czy też dowiedzieć się więcej na temat redagowania różnego rodzaju tekstów – albo chciałby online spędzić czas w miłym i mądrym towarzystwie.
Test końcowy i certyfikat ukończenia Akademii korekty tekstu
EP: Renata wspomniała o trudnym teście końcowym, a ja zapowiedziałam jakiś czas temu, że opowiem Wam o certyfikacie, który można otrzymać po zakończeniu Akademii korekty tekstu, a te dwie rzeczy nierozerwalnie się ze sobą wiążą. Na czym polega test końcowy? Test jest wyłącznie praktyczny. Nie mam zamiaru sprawdzać, ile rzeczy zapamiętaliście z każdego PDF-a i czy wiecie, co znajduje się na stronie 152 w lekcji tej i tej, w module tym i tym. Absolutnie nie! W ramach testu końcowego wybieracie sobie z puli tekstów przygotowanych przeze mnie dwa. Jeden w Wordzie i jeden w PDF-ie. W pierwszej edycji było do wyboru sześć tekstów: trzy w Wordzie i trzy w PDF-ie. Wybieracie jeden z każdego z tych programów i robicie jego korektę, czyli robicie to, co będziecie robić przez całe dalsze zawodowe życie po zakończeniu kursu korekty tekstu.
Testu końcowego nie da się nie zdać. Ja czytam Waszą korektę – i tę w Wordzie, i w PDF-ie. Czytam je bardzo dokładnie, nanoszę swoje komentarze, odpowiadam na komentarze i zmiany wprowadzone przez Was, punktuję rzeczy, które wyszły Wam świetnie, wskazuję elementy, na które jeszcze warto zwrócić uwagę, a oprócz tego przygotowuję krótki feedback dotyczący każdego z tych tekstów, który – jak wierzę – pozwoli Wam zwrócić uwagę na to, które elementy jeszcze należy powtórzyć, a które wychodzą już Wam naprawdę świetnie. Razem z takim feedbackiem plus tekstami z moją dodatkową korektą i komentarzami przychodzi do Was mailem certyfikat ukończenia Akademii korekty tekstu. Na certyfikacie są wymienione wszystkie zagadnienia, wszystkie lekcje, które na kursie przerabialiśmy, bo samo imię, nazwisko, nazwa kursu wiele nie powiedzą Waszym potencjalnym przyszłym zleceniodawcom. Jeżeli będą oni widzieć, czego na tym kursie się uczyliście, to jestem przekonana, że taki certyfikat będzie w tym przypadku o wiele bardziej wartościowy.
Myślę, że mogę już powiedzieć, że staram się, aby przed jesienną edycją moja firma została dopisana do Rejestru Instytucji Szkoleniowych. Dzięki temu certyfikat, który otrzymacie po ukończeniu AKT, będzie miał ciut większą wagę, choć pamiętajcie, że nie papier się liczy, ale wiedza i praktyka, i kontakty, jakie zdobędziecie w czasie trwania tego kursu. Wiem, że dzięki takiemu wpisowi do RIS-u będziecie mogli zdobyć też inne źródła dofinansowania na taki kurs. Nagrywam ten podcast 24 sierpnia i dziś jeszcze nie jestem w stanie Was zapewnić, że przed 1 października ten wpis zostanie dokonany. Niestety kontakt z urzędami jest z wiadomych względów utrudniony, ale zrobię wszystko, żeby tak się stało i być może 1 września, kiedy odcinek będzie już wyemitowany online, będę miała taką informację. Oczywiście dopiszę to na stronie pod odcinkiem z tym podcastem. Szukajcie tam tej informacji, a jeżeli jeszcze jej tam nie będzie, to śledźcie moje kanały w mediach społecznościowych. Na pewno będę głośno o tym mówić, jak już to się uda. Zapewniam, że zrobię wszystko, żeby przed jesienną edycją w RIS-ie się znaleźć.
[Wpisu jeszcze nie ma, ale pani w urzędzie zapewniła mnie 31 sierpnia, że to kwestia dwóch, trzech dni. Więc czekamy!]
Czy korektor musi być po polonistyce?
Bardzo często w odniesieniu do Akademii korekty tekstu czy w ogóle do kursów przygotowujących do zawodu korektora pada pytanie o to, czy trzeba być po polonistyce, żeby być korektorem. Posłuchajcie, co mówi Ania, kolejna z kursantek. Myślę, że to będzie idealna odpowiedź na to pytanie.
Ania Szczęch: Cześć, z tej strony Ania, na Instagramie Kreatywna Korektorka. Przyszłam powiedzieć tutaj trochę o moich wrażeniach z pierwszej edycji Akademii korekty tekstu. Brałam w niej udział. Było to dla mnie ryzyko, bo nie miałam pojęcia o korekcie. Wiedziałam, że chcę to robić, bo podobało mi się poprawianie tekstów. Nie miałam pojęcia, na co się porywam, ale miałam wybór pomiędzy dwoma kursami. Wybrałam Ewę i nie żałuję, bo to był strzał w dziesiątkę! Byłam w trudnej sytuacji, ponieważ rzuciłam dotychczasową pracę, później nastała sytuacja z koronawirusem, no i wszystko poszło… Kurs był na ten czas idealny, bo siedziałam w domu i go przerabiałam, nie myśląc o tym wszystkim.
Materiały są piękne graficznie, dopracowane. Z Ewą macie stały kontakt. Na grupie kursowej panuje tak wspaniała atmosfera, że nie ma strachu o to, by się o coś zapytać.
Akademia uporządkowała moją wiedzę. Nauczyłam się tam dużo rzeczy, które teoretycznie powinnam znać ze szkoły, a dodajmy, że nie jestem po polonistyce. Nie mam z tym w ogóle nic wspólnego. Zawsze język polski był dla mnie łatwiejszy i lubiłam go. Akademia uporządkowuje wiedzę w tym zakresie. Ewa podaje dużo literatury, z której warto się uczyć. Sama podaje wiele ciekawych przykładów. Kurs czyta się jak fajną książkę! To nie jest nudne (no dobra, może poza rozdziałem z przecinkami). Każda z nas o tym wiedziała, bo jest to najdłuższy i najcięższy rozdział – dla mnie osobiście.
EP: I wyszła na jaw prawda o przecinku. Rzeczywiście przecinek ma swoją osobną lekcję i powiem Wam szczerze, że na początku tego nie planowałam. Myślałam, że pierwszą lekcją w pierwszym module kursu będzie lekcja o interpunkcji, ale tak się niefortunnie złożyło, że zaczęłam od pisania o przecinku i kiedy przekroczyłam kolejną stronę, kiedy było ich już kilkanaście, kilkadziesiąt i jeszcze więcej, kolejne przykłady się pojawiały i trzeba było je opisać, bo to były zagadnienia, które naprawdę często się pojawiają – to uznałam, że przecinek dostanie swoją osobną lekcję. I w ten oto sposób Akademia rozpoczyna się lekcją o przecinku, które dla wielu osób jest przytłaczająca, więc już teraz daję Wam radę: jeśli nie chcecie się zniechęcić na samym początku, to zacznijcie sobie czytać od lekcji drugiej, a później wróćcie do przecinka. Zapewniam, że starałam się oswoić przecinek, dawać przykłady z różnych tekstów kultury, takie, które zapadną Wam w pamięć i pozwolą zilustrować te wszystkie niezbyt łatwe zasady.
Dodatkowo kursanci pierwszej edycji zmobilizowali mnie do stworzenia tzw. hierarchii przecinka – w pierwszej edycji pojawiła się jako dodatek, a w drugiej edycji pojawi się jako regularny element pierwszej lekcji. Są w niej zebrane wszystkie zagadnienia dotyczące przecinka, ale w kolejności, w jakiej najczęściej pojawiają się w tekstach, bo nie wszystkie te zasady są równie istotne i nie ze wszystkimi będziecie się równie często spotykać. Jeżeli będą Wam sprawiały trudność, to ta hierarchia pozwoli Wam usystematyzować sobie to wszystko i uporządkować od najważniejszych reguł.
Wróćmy do nagrania Ani.
AS: Wiecie, co jest jeszcze fajne? Za kurs można płacić w ratach! To jest super, bo ja kurs skończyłam jakiś czas temu, dalej za niego płacę, ale cała cena zwróciła mi się w zasadzie po kilku miesiącach. Mam ciągle megadużo pomysłów po kursie. To był dla mnie kopniak, bo byłam w okresie stagnacji i bardzo mi to pomogło.
Ewy nie musicie się w ogóle bać. To jest najlepsza nauczycielka na świecie. Bardzo Wam polecam Akademię. Może to być Wasza nowa droga, nowy sposób na życie. Ja zaczynałam Akademią Ewy, a przez te kilka miesięcy zebrałam już swoją społeczność, idzie mi bardzo dobrze. Z miesiąca na miesiąc zarobki są coraz większe i zaczynam teraz z nowymi dziedzinami do korekty. Nie wiem, gdzie bym była, gdybym nie poszła na kurs Ewy. Prawdopodobnie siedziałabym w swojej poprzedniej pracy i dalej zastanawiała się nad życiem, dojeżdżając codziennie rano do pracy, a teraz mogę sobie żyć tak jak ja chcę i pracować na moich zasadach, chociaż oczywiście nie ukrywajmy, że freelancing ma też wady. Ale to nie jest temat na ten czas…
Jeszcze raz bardzo Wam polecam Akademię! Poczytajcie sobie opinie innych dziewczyn albo jeżeli się wahacie – napiszcie do mnie. Ja Wam udowodnię, że naprawdę warto brać udział w Akademii. Cześć!
EP: Piszcie do Ani. Anię znajdziecie na Instagramie na profilu Kreatywna Korektorka. Będzie to uczta dla Waszego ducha, umysłu i oka. Zobaczcie sobie profil Ani. Naprawdę genialnie tam działa. Możecie też oczywiście napisać do mnie na adres: kontakt@ewapopielarz.pl albo podcast@ewapopielarz.pl, jeżeli macie jakiekolwiek pytania dotyczące Akademii korekty tekstu. Jak już Ania mówiła, nie trzeba się mnie bać. (śmiech)
Nowy zawód w dwa miesiące
A teraz zapraszam Was do wysłuchania wspomnień o kursie, które przesłała Monika.
Monika Zaborska: Nazywam się Monika Zaborska i jestem absolwentką pierwszej edycji Akademii korekty tekstu. Kiedy Ewa poprosiła nas o nagranie czegoś na temat Akademii, pomyślałam sobie: aaa… pięć minut – będzie nagrane. Bardzo się myliłam! Liczba kwestii, które należałoby poruszyć, żeby niczego nie pominąć, nie spłaszczyć, wszystko odpowiednio wyrazić, zaczęła się dla mnie wydawać przytłaczająca. Do tego stopnia, że nagrywam to w ostatnim możliwym dniu, nie mając pewności, że Ewa to jeszcze gdzieś zmontuje. Najwyżej moje słowa zostaną jej na pamiątkę.
Kiedy dołączyłam do Akademii korekty tekstu i dlaczego to zrobiłam? Cel miałam prosty, prozaiczny – zdobycie nowego zawodu. Byłam bardzo zmęczona moim wyuczonym zawodem. Jestem nauczycielką języka polskiego. Nie samym nauczaniem byłam zmęczona, bo to kocham, uwielbiam, ale szkołą jako instytucją. Chciałam mieć wybór, chciałam zbudować taką ścieżkę, którą w razie czego mogłabym podążyć. Wiedziałam, że mam jakieś predyspozycje, bo jestem po polonistyce. Skończyłam nawet oprócz specjalizacji nauczycielskiej specjalizację redaktorską. W momencie, kiedy Ewa reklamowała swój kurs, byłam w trakcie kursu na copywritera. Podobało mi się, ale jakoś podświadomie czułam, że to jeszcze nie to. To „to” czekało na mnie tuż za rogiem. Pojawiło się w momencie, kiedy o Akademii pierwszy raz wspomniała Kreatywa – Klaudyna Maciąg na swoim InstaStories. Ponieważ Klaudynie ufam i w ciemno korzystam ze wszystkich jej poleceń, to zarejestrowałam się na pierwszy, przedsprzedażowy webinar Ewy. Bardzo się do niego nie przyłożyłam, puściłam sobie go w tle, kiedy zmywałam naczynia, sprzątałam. Ewa mówi, mówi, ja słucham i… nie dokończyłam tego sprzątania. Usiadłam, otworzyłam buzię i przepadłam – kupiła mnie całkowicie. Dlaczego? To już trzeba samemu sprawdzić i Ewy posłuchać. Ja jestem w stanie kupić od niej wszystko! W tamtym momencie wzbudziła we mnie takie zaufanie, że ja już wiedziałam, że na pewno będę kursantką Akademii korekty tekstu.
EP: Zapamiętam tę deklarację Moniki, jak będę się pozbywać jakiegoś narożnika albo starego odkurzacza czy miksera. Wtedy do Moniki się odezwę, skoro jestem w stanie sprzedać jej wszystko. Bardzo dziękuję, Moniko! Rozwiązałaś wiele moich życiowych problemów tą deklaracją!
Skoro już zahaczyliśmy o temat sprzedaży, to powiem Wam jeszcze, kiedy rusza sprzedaż drugiej edycji Akademii korekty tekstu, bo to jest wąskie okienko sprzedażowe. Trwa tylko tydzień, a właściwie w drugiej edycji będzie to nie cały tydzień.
W czwartek 24 września o godz. 20:30 wieczorem spotykamy się na webinarze. W trakcie tego webinaru będzie pierwsza możliwość dołączenia do Akademii korekty tekstu. Zawsze w trakcie pierwszego webinaru przed otworzeniem dostępu do kolejnej edycji cena kursu jest najniższa. Jest śmiesznie niska. Zapraszam Was do zarejestrowania się na ten webinar.
Jeszcze kolejnego dnia, tzn. w piątek, będzie obowiązywała promocyjna cena. Już nieco mniej promocyjna niż na webinarze, ale wszyscy, którzy zapiszą się na listę oczekujących na kurs, w ramach podziękowania za to cierpliwe oczekiwanie i w ramach podziękowania za zaufanie będą mogli po cenie piątkowej dołączyć do kursu przez cały czas trwania sprzedaży.
Sprzedaż będzie trwała do końca września, bo 1 października ruszamy z kursem. To okienko sprzedażowe jest niewielkie. Zapamiętajcie sobie datę 24 września, wtedy spotykamy się na webinarze o godzinie 20:30. Już teraz zarejestrujcie się na ten webinar, żeby go nie przegapić.
MZ: Pierwsza magia zaczęła się dziać w grupie. Każdy z nas należy/należał do jakiejś grupy na Facebooku i wie, że aktywność na takich grupach ma to do siebie, że na początku jest bardzo duża, a potem maleje. To, co działo się i dzieje do tej pory w naszej akademiowej grupie, to jest coś niesamowitego! Liczba postów, oferowanie sobie wzajemnej pomocy, rozmowy nie tylko na tematy związane z korektą. To, że Ewa odpisywała i mimo że Akademia się już dawno skończyła, nadal odpisuje na wszystkie pytania. To było niesamowite!
Sam kurs to jest kompendium. Ewa w „premodule” pokazuje nam książki, z których warto w zawodzie korektora korzystać, które warto mieć na swojej półce. Szczerze mówiąc, odkąd się zajmuję korektą, nigdy nie poczułam takiej potrzeby, tzn. wszystkie wątpliwości jestem w stanie rozwiać dzięki materiałom przygotowanym przez Ewę. Kiedy zajmuję się korektą/redakcją, mam pootwierane kilka zakładek i szukam. Zawsze znajduję. Niczego więcej nie potrzeba.
Wszystko doskonale ułożone, zaplanowane. Cotygodniowe webinary, z których chyba nauczyłam się najwięcej. Najmocniej wspominam webinar, w którym Ewa przeprowadzała korektę na żywo. Prowadziła nas jak dzieci krok po kroku przez wszystkie etapy od momentu otrzymania pliku od autora do momentu odesłania gotowego pliku autorowi. Bardzo pouczające spotkanie.
Sam kurs nie zajmował mi tak wiele czasu, przynajmniej na początku. Byłam z nim w miarę na bieżąco przy pierwszym module, językowym. Może było mi łatwiej z racji tego, że mam wykształcenie polonistyczne. Za to w drugim module, dotyczącym edycji, tutaj musiałam się wiele nauczyć. Zresztą uczę się cały czas i do tego wracam. W trzecim pojawiły się programy – rozpracowane wszystko na filmikach, krok po kroku. Nie ma takiej szansy, żeby ktoś tego nie zrozumiał. Właśnie przed chwilą odsłuchiwałam jeszcze raz nagrania o konfigurowaniu programu do nanoszenia korekty po składzie, do pracy na PDF-ach. Kupiłam nowy komputer i chcę go przygotować do pracy pod ten program. Cały czas do tego wracam, korzystam.
Sama nie wierzę w to, co mówię, ale dzięki Ewie i Akademii korekty tekstu zdobyłam nowy zawód. Chciałam tego, taki był mój cel – zresztą powiedziałam to na początku – ale nie sądziłam, że to jest możliwe w tak krótkim czasie. Koszt kursu zwrócił mi się jeszcze przed jego ukończeniem. Jak to się stało? A no tak, że wysłałam Ewie jeden tekst po mojej korekcie – tak, żeby zerknęła, powiedziała, co dobrze, co źle. Dostałam taki feedback, że naprawdę w siebie uwierzyłam. To był moment przełomowy. W zasadzie teraz nie ma dnia, żebym nie robiła jakiejś korekty. Tak to poszło.
Działanie w social mediach, reklamowanie swojego biznesu, aspekty prawne, wycenianie swojej pracy – tego wszystkiego dowiedziałam się od Ewy. Nigdy w życiu nie spotkałam się z taką otwartością w mówieniu o finansach. Nie ma lukrowania, owijania w bawełnę. Z tą kobietą się naprawdę nie błądzi po omacku. Ona nie zostawia kursantów samych sobie.
Moją piętą achillesową jest promowanie własnych działań w sieci. Wiem, że to jest niezbędne dzisiaj, ale raz, że mam przed tym jakiś opór, który cały czas próbuję zwalczać – chociaż dawno stworzyłam swoją stronę internetową, ale nie pokazałam jej nawet moim wspaniałym koleżankom i kolegom z Akademii korekty tekstu. Dwa, że nowi klienci nie są mi teraz niezbędni. To, że zdobyłam ten zawód, dało mi przede wszystkim wolność. Nie myślę już o szkole, czyli moim miejscu pracy, jak o konieczności. Przypomniałam sobie, jak uwielbiam być belfrem, i od września, czyli już za tydzień [podcast był nagrywany końcem sierpnia – przyp. E.P.], wracam (albo i nie wracam, biorąc pod uwagę sytuację z pandemią) nieść kaganek oświaty. Z korekty na pewno nie zrezygnuję, bo to moja nowa, wielka miłość, na którą znalazłam sobie przestrzeń – i na pewno przy tym zostanę. Będę to dalej rozwijała, tylko małymi krokami. Prowadzę działalność nierejestrowaną, o której dowiedziałam się w trakcie Akademii, bo Ewa nam zapewniła spotkanie z prawniczką. To mi na razie wystarcza.
Wartością dodaną do Akademii korekty tekstu jest sama Ewa. To, że ma ogromną wiedzę i doświadczenie, jest jasne. Poza tym to niezwykły człowiek. Do cna inspirujący. Otwarta, przesympatyczna, ciepła i ma moje poczucie humoru. Czytam książki, które poleca. Dzięki niej, choć wcale do tego nie namawiała, zrobiłam test talentów Gallupa, który mi wiele o mnie powiedział. Przykłady małych wpływów Ewy na mnie mogłabym mnożyć. Nigdy nie znałam tak charyzmatycznego człowieka, do którego ludzie po prostu lgną. Mówię, że znam Ewę, bo choć poruszamy się w świecie online, tak właśnie czuję.
Na koniec jeszcze słowo o tym, w co długo nie potrafiłam uwierzyć: dzielenie się ofertami pracy, podsyłanie swoich klientów, promowanie innych biznesów, reklamowanie czyichś usług. Ewa naprawdę pokazuje, że wzajemne wspieranie się w tym biznesie jest możliwe. Jest bardzo ważne i jest opłacalne. Tekstów do korekty, redakcji wystarczy dla każdego. Gdy czytam, że mój kolega, koleżanka z Akademii korekty tekstu mają świetne zlecenia, pracują, są aktywni, prężnie prowadzą swoje media społecznościowe – tutaj zwłaszcza Ania, czyli Kreatywna Korektorka, lub Sandra, prowadząca profil Sprawa dla Korektora (na Instagramie można znaleźć dziewczyny) – rozwijają się, to czuję ogromną wdzięczność, że byłam/jestem częścią tego projektu.
Wiem, że trochę mi ta końcówka wyszła patetycznie. Nic na to nie poradzę. Akademia korekty tekstu Ewy Popielarz to dla mnie najlepiej wydane pieniądze w tym roku – i pewnie nie tylko.
EP: Ja sobie idę teraz pochlipać w chusteczkę, bo naprawdę wzruszyłam się słowami Moniki i dziewczyn, które opowiadały wcześniej o Akademii korekty tekstu, a Was zostawiam z tym, co dziewczyny powiedziały. Rozważcie, czy Akademii korekty tekstu to jest to, czego potrzebujecie teraz na swojej zawodowej drodze.
Zapraszam Was na 15 września, kiedy ukaże się odcinek 8 podcastu Po drugiej stronie książki. To odcinek, który będzie dotyczył Akademii korekty tekstu, ale tym razem będzie to moja rozmowa z trzema innymi kursantkami. Kursantów pierwszej edycji było 80, więc pole do popisu, jeśli chodzi o wybór rozmówców, było duże. (śmiech) Spotkałam się z trzema kursantkami prawie na żywo, bo pośredniczyły między nami tylko telefony, ale pierwszy raz słyszałyśmy się w czasie rzeczywistym. W odcinku, który zostanie wyemitowany 15 września, będziecie mogli choć w małej części poczuć, jaka atmosfera panowała przez cały czas trwania kursu w naszej kursowej grupie i jaka (jestem o tym przekonana) będzie panowała także w grupie jesiennej. W czasie tej rozmowy pogłębimy tematy, które w tym odcinku podcastu zostały zarysowane, więc jeśli będziecie mieć jeszcze jakieś wątpliwości, to myślę, że kolejny odcinek je rozwieje, a jeśli nie, to możecie do mnie napisać. Jak powiedziała Ania: nie ma się czego bać. Pamiętajcie o adresach mailowych: kontakt@ewapopielarz.pl albo podcast@ewapopielarz.pl. Jestem do Waszej dyspozycji o każdej porze dnia i prawie o każdej porze nocy. Mam nadzieję, że zobaczymy się już jesienią w czasie drugiej edycji Akademii korekty tekstu.
The post PDSK#007 Akademia korekty tekstu – poznaj kurs online, na którym nauczysz się, jak zostać korektorem (podcast) appeared first on Ewa Popielarz.

Aug 15, 2020 • 54min
PDSK#006 Jak wygląda praca w małym wydawnictwie? (podcast)
A wydawcy siedzą i zawijają książki w tekturki… Czy tak wygląda praca w małym wydawnictwie? Na początku pewnie tak, ale nie jest to pełny obraz sytuacji. O trzymaniu książek w garażu, o tworzeniu dla dzieci, o pozyskiwaniu tytułów polskich i zagranicznych, o tym, jak małe wydawnictwa radzą sobie w czasie pandemii – w podcaście Po drugiej stronie książki opowiada Agnieszka Starok, założycielka i autorka wydawnictwa Tekturka.
Subskrybuj: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | Inne
Gość: Agnieszka Starok
Montaż: Kamil Dudziński
Transkrypcja: Dorota Siwek
Plan odcinka:
Pomysł na wydawnictwo – dlaczego Tekturka?Największe wyzwanie wydawcyDlaczego łatwiej się wydaje książki zagraniczneJak zdobyć licencję na książkę zagranicznąKonkurencja na rynku wydawniczymKorektor w wydawnictwie dziecięcymKorekta książek dla dzieci – wyzwaniaDlaczego książki w wydawnictwie są droższe niż w księgarniJak pandemia wpłynęła na pracę małych wydawnictwPlany wydawnicze TekturkiPolecane…
Źródła przywoływane w odcinku:
Julia Donaldson, Gruffalo, tłum. Michał Rusinek, wyd. TekturkaOlga Ślepowrońska, Klimatyczni, wyd. TekturkaAgnieszka Starok, seria „Gabryś…”, wyd. TekturkaAgnieszka Starok, seria „Dobra książeczka”, wyd. TekturkaAgnieszka Starok, seria „Malarze dzieciom”, wyd. Tekturkapolecany serial: Dom z papieru, twórca Álex Pinapolecane książki: Jürgen Thorwald, Stulecie chirurgów, tłum. Karol Bunsch, Znak
Transkrypcja podcastu #006 Jak wygląda praca w małym wydawnictwie?
Czy Wasze dzieci lubią historię o Gruffalo? Czytaliście książkę Paula McCartneya Hej, Przedziadku!, a może znacie serię „Malarze Dzieciom”, ilustrowaną obrazami Van Gogha, Edgara Degas albo Moneta? Wszystkie te książki ukazały się nakładem wydawnictwa Tekturka. Posłuchajcie historii kobiety, która zaczynała od pisania książek dla własnych synów, a dziś jest właścicielką jednego z bardziej cenionych wydawnictw dziecięcych w Polsce. Zapraszam na rozmowę z Agnieszką Starok.
Ewa Popielarz: Cześć, Agnieszko!
Agnieszka Starok: Cześć.
EP: Bardzo się cieszę, że przyjęłaś zaproszenie do tego odcinka podcastu Po drugiej stronie książki – do odcinka, który będzie poświęcony małym wydawnictwom. Chciałabym żebyśmy porozmawiały dzisiaj na kilka tematów. Podzieliłam je na trzy części: kulisy pracy w wydawnictwie, wydawnictwo a korekta, wydawnictwo a czytelnicy. Tak je roboczo nazwałam. Mam nadzieję, że uda nam się utrzymać ten schemat, ale jakbyśmy uderzyły w jakiejś dygresję, to pozwolimy tej rozmowie się rozwijać w takim kierunku, w jakim będzie chciała iść.
AS: Jasne.
Pomysł na wydawnictwo – dlaczego Tekturka?
EP: Pytania, które będę Ci zadawać, zbierałam w grupie na Facebooku Po drugiej stronie książki, na Instagramie, w newsletterze, są to zagadnienia, które w kontekście małego wydawnictwa bardzo wiele osób podawało i zadawało. Będziemy próbowały je rozwijać w czasie tej rozmowy, ale zanim przejdziemy do merytorycznych konkretów, powiedz mi: dlaczego „Tekturka”?
AS: Dlaczego nazwa Tekturka, tak? Jak już wiedzieliśmy z mężem, że chcemy założyć wydawnictwo, to oczywiście pojawił się temat, który musiał się pojawić, czyli: jak będziemy się nazywać. Teraz mi się chce z tego mocno śmiać, bo powiem Ci, że już prawie się nazwaliśmy Motyla Noga. Cieszę się, że tak się nie stało. Taki był na początku pomysł, ale nie byłam do niego przekonana. Coś mi nie grało do końca. Chodziłam, myślałam, a ja tak mam, że jak jest coś, co trzeba wymyślić, to ja nie mogę się od tego uwolnić – myślę o tym wszędzie! Pod prysznicem, w czasie jedzenia. I w końcu przyszła mi ta Tekturka do głowy, dlatego że na początku robiliśmy książki tekturkowe, twarde. Wpadła mi ta myśl i byłam pewna, że to będzie to.
EP: To tak jest, że jak pomysł jest niepewny, to gdzieś jeszcze myśli krążą, a jak już wpadnie to, co ma być, to już człowiek wie, że to jest to.
AS: Właśnie. Wtedy powiedziałam, że to jest koniec i to już na pewno jest to.
EP: Chociaż Motyla Noga – mam wrażenie – korespondowałaby z wydawnictwem Krótkie Gatki. Podobny klimat. (śmiech) Ale Tekturka to piękna nazwa. Bardzo dobrze się kojarzy. Powiedz w takim razie, jakie były początki. Nazwa nazwą, no ale skoro ją wymyśliliście, to już wiedzieliście, że chcecie założyć wydawnictwo. Wasza historia była… no właśnie – nie wiem, czy mówić „Wasza” czy „Twoja” historia. Jak odbierasz to wydawnictwo? Jest Twoje czy jest Wasze?
AS: Nieeee… jest nasze, czyli moje i mojego męża oczywiście. Bez niego i bez jego wsparcia tak naprawdę by nie istniało. Poza tym jakoś naturalnie podzieliliśmy sobie role w wydawnictwie, czyli to, co robimy. Wyszło to naturalnie w ciągu tych kilku lat, od kiedy jesteśmy na rynku. Bardzo mocno weszliśmy w swoje role i każdy wie, co ma robić. Nawet nie ustalaliśmy tego do końca. Jakoś tak wszystko się potoczyło naturalnie. Także jak najbardziej „nasze”. Chociaż wszystko się zaczęło oczywiście od tego, od czego zazwyczaj się zaczynają takie pomysły „okołorodzicielskie”, czyli po prostu od tego, że urodziłam syna – pierwszego, później drugiego. Gdy czytałam mu książeczki dla dzieci, to myślałam o tym, jakich książeczek mi brakuje na rynku, co ja bym przekazała w książkach dla dzieci. Tak zaczęła pomału kiełkować myśl, chociaż na początku nie myśl o wydawnictwie, tylko myśl o książeczkach.
EP: I zaczęłaś pisać, tak?
AS: Tak, zaczęłam pisać i od tego się zaczęło. Nie wiedziałam, czy będę próbowała wydać te książki w jakimś wydawnictwie, czy będę zakładać swoje. Tak naprawdę to jest dosyć nietypowa sytuacja, bo my nigdy nie pracowaliśmy w wydawnictwie. I teraz, jak patrzę na to z perspektywy czasu, widzę, że to było całkowite szaleństwo, że założyliśmy wydawnictwo. Nie mieliśmy wcześniej doświadczenia. Obydwoje jesteśmy humanistami. Ja jestem po studiach na filologii polskiej, więc nie jest tak, że książki są mi obce i przez przypadek się pojawiły, ale na początku swojej drogi zawodowej pracowałam jako dziennikarka przez parę lat. To była zupełnie inna branża. I nagle pojawiły się książki dla dzieci. Książki, czyli powrót do czegoś, co mnie zawsze fascynowało. Dlatego wybrałam filologię polską – bo zawsze uwielbiam czytać i uwielbiałam książki. Tak naturalnie się stało. A ponieważ jestem dosyć szaloną osobą, to oczywiście rzuciłam się na to z myślą: właściwie dlaczego by tego nie zrobić samemu.
EP: Czyli: nie idziemy do wydawnictwa, tylko od razu zakładamy swoje.
AS: Nie, nie idziemy. Pewnie! Zakładamy swoje! Z perspektywy czasu patrzę i myślę, że to było szalone. Dopiero teraz widzę, jak wielu rzeczy nie wiedziałam na temat tego rynku i tej branży. Uczmy się cały czas, jak to funkcjonuje. Świat się zmienia dookoła nas, rynek się zmienia, więc nie można powiedzieć, że po tych paru latach wszystko wiemy i umiemy, bo to by było absolutnie kłamstwo. Na pewno ta wiedza jest inna i gdybym dzisiaj otwierała wydawnictwo, wiele rzeczy zrobiłabym inaczej. Pewne błędy były nieuniknione w takiej sytuacji, ale generalnie i tak jestem zadowolona i dumna z tego, jak to wyszło. To było istne szaleństwo, żeby się na to rzucić, nie wiedząc, jak to funkcjonuje tak naprawdę, bo muszę powiedzieć, że rynek wydawniczy jest bardzo trudny. Dopóki się w niego nie wejdzie od wewnątrz, to wszystko się wydaje bardzo proste, a to jest naprawdę wyjątkowo skomplikowane rynek. (śmiech)
Największe wyzwanie wydawcy
EP: O rynku wydawniczym będę chciała za chwilę z Tobą porozmawiać. Dostałam takie pytanie od członków grupy Po drugiej stronie książki: jak wygląda proces zakładania wydawnictwa od pomysłu do realizacji? Nie zadam Ci tego pytania, bo podejrzewam, że rozmawiałybyśmy przez dwie godziny tylko na ten temat, a mam jeszcze kilka innych przygotowanych. Powiedz tylko, jaka była największa, jedna trudność w tym całym procesie. Co było najtrudniejsze?
AS: Najtrudniejsze bez żadnych wątpliwości jest sprzedać książkę, którą się wyprodukowało.
EP: Czyli nie proces wydawniczy, tylko sfera marketingowa.
AS: Oczywiście. Zresztą tak się mówi w ogóle o współczesnym świecie, że dzisiaj mamy wszystkiego dużo. Jest dużo wydawnictw, książek. To jest bardzo ciekawe moim zdaniem – zobacz, w dzisiejszych czasach nakłady książek to są 3 tysiące, a 10 tysięcy egzemplarzy to jest już książka, która się bardzo dobrze sprzedaje; 20 tysięcy to już w ogóle nie mówię! W czasach PRL-u na przykład pierwsze nakłady to było 300–400 tysięcy.
EP: Zaskakujące jest to, że książki mają teraz krótki żywot. Mam w domu takie książki młodzieżowe, które są z nami od 10 lat. Mój najstarszy syn dopiero teraz do nich dorasta. Mam jeden tom z trzech i chciałabym dokupić dwa pozostałe, bo on się wkręcił w tę serię. Nie ma możliwości, żeby je kupić po 10 latach!
AS: Nie ma.
EP: Książka nie istnieje.
AS: Tak, ale też dlatego, że po pierwsze zazwyczaj licencje na książkę są pięcioletnie. To jest tak, że my kupujemy jakąś licencję, ona jest aktualna przez pięć lat, a później wygasa. Możemy ją dokupić znowu, tylko że wracamy do tego, o czym powiedziałaś wcześniej, że książka ma w dzisiejszych czasach bardzo krótki żywot. A dlaczego? Dlatego że jest ich bardzo dużo. Zobacz, ile na rynku w tym momencie jest książek. Ile się co miesiąc wydaje książek dla dzieci. Kiedyś było kilka tytułów. W tym momencie, jak sobie wyciągniemy książkę z naszego dzieciństwa, to się okazuje, że nasza koleżanka i sąsiad ją mieli i w ogóle wszyscy naokoło ją mieli, bo tych tytułów było 10 na krzyż i dlatego te nakłady były takie duże. Teraz jest tak, że co miesiąc wychodzi książek dla dzieci tyle, że nam, wydawcom, jest bardzo ciężko się wyróżnić i przebić z tytułem. Pokazać, że to jest wartościowy tytuł. Ludzi tworzących jest mnóstwo. I tu pojawia się kolejny temat – my jako wydawnictwo dostajemy masę propozycji wydawniczych codziennie. Bardzo nad tym ubolewam. Jeżeli słyszy mnie ktokolwiek, kto wysyłał do nas propozycję wydawniczą i my na nią nie odpowiedzieliśmy… Chociaż bardzo się staram, żeby przynajmniej napisać maila, że niestety nie przyjmujemy takich propozycji na chwilę obecną. Ludzi tworzących jest mnóstwo, a my nie mamy czasu tego obejrzeć, bo musielibyśmy się zajmować tylko tym. Żeby chcieć przeanalizować wszystkie propozycje wydawnicze, które do mnie przychodzą, musiałabym zatrudnić człowieka tylko od tego albo sama tylko tym się zajmować.
Dlaczego łatwiej się wydaje książki zagraniczne
EP: Dochodzimy do ciekawego tematu. Wśród pytań, które zbierałam przed tym odcinkiem, bardzo często padały też takie: dlaczego wydawnictwa dziecięce wydają teraz głównie książki zagraniczne? Jest takie poczucie… Zresztą to bardzo dziwne, bo w stosunku do Waszego wydawnictwa też padło takie sformułowanie, że większość Waszych pozycji to są książki zagranicznych autorów. Tymczasem wystarczy wejść na Waszą stronę, żeby zobaczyć, że faktycznie te ostatnio wydawane to były głównie książki zagraniczne, te najbardziej znane to są książki zagraniczne, typu Gruffalo. Może stąd takie przekonanie. Ale przecież Wy zaczynaliście od książek naszych, rodzimych, Twoich wręcz.
AS: Tak, to prawda, ale muszę powiedzieć szczerze, że po prostu dla wydawcy łatwiej jest wydać książkę zagraniczną niż książkę polską – mówię szczerze.
EP: Mimo tego, że masz dodatkową pracę, bo trzeba ją przetłumaczyć i trzeba ją dostosować do polskich realiów?
AS: To nie jest z jednej strony dodatkowa praca. Dodatkowa praca to jest stworzyć książkę od podstaw. My na przykład tworzymy teraz książkę Klimatyczni Olgi Ślepowrońskiej i Weroniki Żurowskiej. Premierę mamy zaplanowaną na wrzesień. My nad tą książką pracujemy już od paru miesięcy! To jest książka, która ma 144 strony. Jest książką faktograficzną, więc proszę sobie wyobrazić, że my musimy nad tym wszystkim zapanować osobiście. To nie jest tak, że ja kupuję licencję od wydawnictwa zagranicznego, gdzie ktoś to kiedyś zredagował, sprawdził wszystkie fakty, dopasował ilustracje. Mam polski tekst i trzeba do niego dorobić ilustracje. W momencie, kiedy to jest polska książka i tworzy się ją od podstaw, to trzeba sprawdzić każdą ilustrację. A często w ilustracjach pojawiają się błędy! Jest napisane na przykład, że jedzie kowboj w czarnym kapeluszu, a na ilustracji jest ten kapelusz brązowy i nikt tego nie wyłapał.
EP: A dziecko wyłapuje od razu.
AS: Wyłapuje. Zdarzają się takie rzeczy i to jest trudne. My odpowiadamy za tę książkę od początku do końca. Za każdy jej najmniejszy błąd. O tyle jest łatwiej z książką na licencji, że po pierwsze wiemy, że się sprawdziła, że podobała się czytelnikom. Jest już sprawdzona. Są sprawdzone ilustracje, jest zredagowana. My oczywiście będziemy też to robić, jak będziemy ją tłumaczyć, ale na pewno nie na taką skalę. Żeby robić książki polskie, trzeba mieć więcej ludzi, a ja tych ludzi nie mam. Nie mam zasobów, żeby poświęcać na to tyle czasu, chociaż z ideologicznego punktu widzenia staram się, żeby zawsze taka polska książka – przynajmniej jedna, dwie w roku były. Świadomie sobie nakładam więcej pracy i dużo więcej kosztów. Zrobić polską książkę jest dużo drożej, niż zrobić książkę zagraniczną. Dużo drożej mimo tłumaczenia, które jest niby też kosztem. Mimo tego wszystkiego chcę to robić i chciałabym, żeby przynajmniej jedna, dwie książki polskich autorów u nas się pojawiały. Takie mamy plany. Może z czasem będzie więcej, ale na pewno potrzebni są do tego ludzie, no i dużo więcej pracy.
EP: Doszłyśmy naturalnie do pierwszej różnicy pomiędzy małym a dużym wydawnictwem. W dużym wydawnictwie są ludzie do tego, żeby po pierwsze propozycje spływająca od polskich autorów filtrować. Można sobie pozwolić na taką osobę, która tylko tym się zajmuje. Po drugie mogą zajmować się całym procesem wydawniczym polskich książek. Może dlatego w dużych wydawnictwach więcej wydaje się polskich autorów.
AS: Dokładnie o to chodzi. Po pierwsze, tak jak wcześniej mówiłam, musiałabym ja czy ktoś inny analizować i wyłapać taką perełkę, co jest bardzo trudne, a po drugie to jest dużo więcej pracy. Do tego są potrzebne zasoby ludzkie, których my nie mamy, bo jesteśmy małym wydawnictwem. Robimy to pomału. Nam zrobienie takiej jednej książki, czyli książki polskiej, zajmuje bardzo dużo czasu. Mogę z ręką na sercu powiedzieć, że przez tyle pracy, ile włożyłam osobiście w książkę Klimatyczni, mogłabym w tym czasie przygotować kilkadziesiąt krótkich książek zagranicznych. Kilkadziesiąt – i nie przesadzam.
EP: Jest to ogromna przebitka.
AS: Tak. To jest ogromna różnica.
Jak zdobyć licencję na książkę zagraniczną
EP: Zostańmy w takim razie przez chwilę przy książkach zagranicznych, bo to jest ciekawy temat. Mało kto zna kulisy zdobywania zagranicznych tytułów. Jak to się odbywa? Czy są jakieś strony, gdzie się je kupuje – nie wiem – Allegro wydawnicze, na którym kupujesz licencję na książkę zagraniczną? Czy są kolejki, czy są licytacje, jak to działa? Tak z grubsza, bo podejrzewam, że są różne sposoby.
AS: To jest trudny temat, dlatego że są bardzo różne sposoby. Są agencje literackie w Polsce. Jest kilka takich największych agencji literackich, które się zajmują właśnie sprzedażą praw z zagranicy. One mają podpisane umowy na przykład z wydawnictwami zagranicznymi i jeżeli nas interesuje jakiś tytuł, bo czasami się tak zdarza, że wiemy z jakichś źródeł, że warto dany tytuł kupić, to powinniśmy się teoretycznie zgłosić do wydawnictwa, które to wydało za granicą. Czasami jest tak, że mimo tego, że właścicielem praw jest wydawnictwo zagraniczne, to ten cały proces przebiega za pośrednictwem agencji literackiej, która jest w Polsce. Czasami to w ten sposób wygląda.
Jeżeli chodzi o samo wyszukiwanie takich tytułów, to są targi zagraniczne w Bolonii, we Frankfurcie, które też taką bazą i wspaniałym miejscem – ucztą dla oka i dla duszy wydawcy, który może tam przez kilka dni wyłapać prawdziwe perełki. Dostajemy codziennie – oprócz propozycji wydawniczych polskich – newslettery z agencji literackich, które mówią nam, jakie są wolne prawa, i zachęcają do zakupu praw książek z całego świata. Tak naprawdę tymi propozycjami różnego rodzaju jesteśmy zasypywani wręcz – i polskimi, i zagranicznymi, ale muszę powiedzieć taką ciekawostkę… Nie chcę zdradzać tytułu, ale od kilku lat interesuje nas bardzo książka, która jest książką naszego dzieciństwa – mojego i mojego męża. Chcieliśmy tę książkę przywrócić na rynek polski, bo jest już dawno niedostępna. Można powiedzieć, że staramy się o nią od kilku lat i wiem, że starało się o nią też inne polskie wydawnictwo. I nie jesteśmy w stanie pozyskać tej licencji.
EP: To książka zagraniczna, bo mówisz o licencji…
AS: Tak, zagraniczna. Czasami odbiorcy, czytelnikowi wydaje się, że to jest takie proste: my byśmy chcieli taką książkę i proszę to wydać. My też byśmy chcieli, ale pojawiają się różnego rodzaju przeszkody. Mimo tego, że już funkcjonujemy parę lat, to czasami przeszkody w wydaniu jakiejś książki są dla mnie dziwne i niezrozumiałe…
EP: A możesz zdradzić chociaż jeden powód? Dlaczego nie da się przywrócić tej książki?
AS: Teraz właśnie staraliśmy się bardzo długo o jedną książkę, ale wychodzi na to, że już została bariera przełamana i jednak ją wydamy. W przypadku tej książki były akurat olbrzymie problemy z plikami. Mimo tego, że książka funkcjonowała i na rynku zagranicznym, i kiedyś na rynku polskim, okazało się, że nagle nie ma plików do niej. Nikt nie wie, gdzie one są!
EP: Aha, czyli takie czysto techniczne problemy.
AS: Tak. Albo że one nie działają po latach, albo tak na dobrą sprawę nikt nie jest w stanie udzielić nam dokładnie informacji, co z tymi plikami jest nie tak. Niby się wydawało, że taka prosta sprawa, a było sporo nerwów. Po roku już w końcu można odetchnąć z ulgą. Nie będę mówić, jaki to tytuł. Wiem, że dużo czytelników czeka na ten tytuł, i bardzo się cieszę, że w końcu się udało. To była droga przez mękę…
Konkurencja na rynku wydawniczym
EP: Wiemy już, że świat wydawniczy łatwy nie jest. Zdobywanie książek, mimo że jest ich w bród, łatwe nie jest. Mówiłaś o tym, że w świecie wydawniczym panuje dość duża konkurencja i właśnie o to chciałbym Cię zapytać. Jak wy, jako małe wydawnictwo, czujecie się w tym wielkim wydawniczym świecie, w którym jest też ogrom małych wydawnictw dziecięcych – jest ich coraz więcej, ale powstają też wydawnictwa dziecięce jako filie dużych graczy, nie mówiąc już o wydawnictwach dziecięcych, które od wielu, wielu lat jako giganci na tym rynku funkcjonują. Czy czujecie, że to jest konkurencyjne środowisko, czy raczej przyjazne, wspierające się? Jeśli nie możesz odpowiedzieć z jakiegoś powodu, to kiwnij głową.
AS: (śmiech) Nie, spokojnie. Nie czuję czegoś takiego, że to są moi konkurenci czy – nie daj Boże – wrogowie. My się bardzo lubimy, spotykamy się na targach. Mogę oczywiście odpowiadać tylko ze swojej perspektywy. Ja robię swoje i nie patrzę na konkurencję. Często kibicuję innym wydawnictwem, bo po prostu po ludzku u jednych bardziej podoba mi się na przykład sposób działania czy książki, które wydają. U innych mniej. To jest normalne, że komuś kibicuję bardziej. Nie patrzę w ten sposób, że muszę z nimi konkurować, tylko staram się robić swoje i mimo tego dotrzeć do czytelnika, do odbiorcy. Nie jest to proste, dlatego że jesteśmy zalewani ogromem informacji, ogromem produktów każdego rodzaju, nie tylko książek. Jest ciężko, bo czytelnik ma tak duży wybór, ale tak jak mówię – nie odczuwam tego w ten sposób, że muszę z kimś rywalizować na zasadzie jakiś negatywnych emocji. Absolutnie nie.
EP: To dobrze. Czuję ulgę po tej odpowiedzi, bo też siedzę w tym środowisku wydawniczym, po drugiej stronie co prawda, ale bardzo chciałam usłyszeć właśnie taką odpowiedź – że nie jest źle.
Korektor w wydawnictwie dziecięcym
EP: Przejdźmy w takim razie do sprawy, która korektorów słuchających tego podcastu będzie pewnie interesowała, to znaczy: wydawnictwo a korekta. Bardzo wielu kolektorów marzy wręcz o współpracy z wydawnictwami dziecięcymi, ale funkcjonuje przekonanie, że trudno się do wydawnictw dziecięcych dostać, bo bardzo rzadko zatrudniają osoby z zewnątrz. Radzą sobie własnym sumptem, tworząc, przygotowując redakcję i korektę książek. Jak to jest albo było u Was? Czy sami zajmujecie się redakcją, korektą? Czy ją zlecacie, czy zawsze zlecaliście? Jak to wygląda w Waszym wydawnictwie?
AS: Muszę powiedzieć, że mam szczęście do ludzi, z którymi współpracuję, więc siłą rzeczy u mnie ta ekipa się nie zmienia od lat. Pojawiłaś się Ty, Ewa, jako nasza korektorka jakiś czas temu. To była jedyna osoba, która dołączyła do naszego grona.
EP: Ojej, teraz jest mi bardzo miło. Wcześniej też było, ale teraz tym bardziej. (śmiech)
AS: Akurat zdarzyło się tak (myślę, że miałam bardzo duże szczęście), że na początku swojej drogi bardzo szybko trafiłam na odpowiednie osoby. Ponieważ jesteśmy mali cały czas, to nie potrzebujemy więcej redaktorów, korektorów. Moglibyśmy stawiać na ilość, ale nie do końca o to nam chodzi. Nie czuję takiej potrzeby, nie mam takich ambicji, żeby się zostać gigantem, korporacją i tak dalej. Widzę, co się dzieje w dużych wydawnictwach, w wydawnictwach zagranicznych, gdzie na pewnym etapie jest tak, że do końca nie kontroluje się pewnych rzeczy i one zaczynają żyć własnym życiem. Nie wiem, czy ja bym tak chciała w tym momencie. Czy jestem na to gotowa. Tutaj wszystko od początku do końca jest nasze. Nasze decyzje – to my za nie odpowiadamy, czy to są lepsze, czy to są gorsze decyzje. Nam to na chwilę obecną wystarcza. Książek mamy niewiele, ale w każdą wkładamy olbrzymie serce i pracę. Nie zależy mi na tym, żeby to działać na zasadzie „więcej i szybciej” – jeszcze zatrudnimy trzy osoby i posadzimy je w kącie, i będziemy wydawać hurtem, i już każdy przestanie pamiętać, co robił dwa miesiące temu. Muszę Ci opowiedzieć anegdotkę, jaką kiedyś słyszałam w branży. Niektóre duże wydawnictwa nie pamiętają, jakie książki wydały parę lat temu, i zwracają się do bazy ISBN z zapytaniami, czy one to wydały. (śmiech) Trochę nie o to mi chodzi na chwilę obecną.
EP: Myślę, że w tej anegdocie jest duże ziarno prawdy. Mogę coś o tym powiedzieć z punktu widzenia korektora. Jako korektor, redaktor uwielbiam współpracować z małymi wydawnictwami, bo mam poczucie, że ogarniam całość. Jest mi też dużo łatwiej redagować taką książkę, bo mam kontakt z tłumaczem czy z autorem. Jeżeli współpracuję z dużym wydawnictwem, to jest często jak w korporacji. Moje zadanie jest „od do” i tyle. I koniec. Choćbym chciała coś sprawdzić i zweryfikować PDF, to nie mogę. Nie, bo to już robi ktoś inny. „Dziękuję, pani rola się skończyła, bardzo dziękujemy”. Jest to odrobinę mniej satysfakcjonujące niż współpraca z małym wydawnictwem, bo do książki się przywiązujemy – na każdym etapie pracy.
AS: No właśnie. Ja się też przywiązuję i dlatego byłoby mi ciężko, nie chciałabym przerzucać się na taki tryb pracy, że robimy szybko, żeby było więcej tytułów. Nie, to nie o to chodzi. Dlatego siłą rzeczy nie zatrudniamy nikogo, bo idziemy swoim trybem.
Korekta książek dla dzieci – wyzwania
EP: Ile u Was trwa tak pi razy oko proces wydawniczy – powiedzmy – książki zagranicznej? Wiemy już, że przy polskich może się przedłużyć.
AS: To zależy, jaka to książka. Mówiłam o wielu miesiącach pracy, ale to książka Klimatyczni, nad którą teraz pracujemy – w tym tygodniu oddajemy ją do druku [czyli w ostatnim tygodniu lipca 2020 – przyp. E.P.] – to jest książka, która wymagała wyjątkowo dużo pracy. To zależy, czy książka jest krótka, czy jest długa, czy to jest fikcja itp. Ta pozycja jest długa. To książka faktograficzna. Tam trzeba wszystko sprawdzić. Mogę opowiedzieć taki smaczek, że w pewnym momencie w książce jako bohater pojawia się Henryk Jordan i czasy, w których on żył. W pewnym momencie zorientowaliśmy się, że na ilustracjach są stroje nie z tej epoki. Mimo tego, że to jest przecież stosunkowo niedawny czas – XIX wiek. Jednak te dzieciaki, które tam były, powinny wyglądać inaczej. Powinny mieć nie współczesne stroje do gimnastyki, takie, w jakich sobie wyobrażamy dzisiejsze dzieciaki. Ciężko jest stworzyć taką książkę i narysować taką książkę. Te dzieci już były narysowane, jak gdzieś w ogrodzie Jordana ćwiczą, i nagle pojawiła się taka myśl: ale przecież oni tak nie wyglądali w tych czasach! Trzeba było wszystko przerysowywać.
EP: Trzeba im zmienić ubrania… A gdyby to była książka zagraniczna, to ilustracje by już były.
AS: No właśnie o to chodzi. Już by to było na tym etapie przygotowane. Czasami takie rzeczy po prostu się zdarzają i obyśmy zawsze wszystko wyłapali, chociaż wiadomo, że czasami się tak zdarza, że mimo tego, że patrzy kilka osób, to jednak błędy się zdarzają, nawet najlepszym.
EP: To prawda. Ja zawsze powtarzam, że to jest bardzo ludzki aspekt pracy nad książkami. Mimo że wiele osób wytyka błędy w książkach i myśli: jak, jakim cudem? Książka dla dzieci… tak mało stron…
AS: (śmiech) Jak oni mogli to zrobić?!
EP: Nigdy te błędy nie są przepuszczane specjalnie. Naprawdę – nigdy.
Rozmawiałam dwa odcinki temu z korektorką, która współpracowała jakiś czas z krakowskim wydawnictwem dziecięcym, i doszłyśmy wspólnie do wniosku, że korekta książek dla dzieci może się wydawać bardzo łatwą pracą, bo nie ma przepisów, nie ma bibliografii, nie ma wielokrotnie złożonych zdań, ale tak naprawdę jest to jedna z trudniejszych korekt. Jedne z trudniejszych książek do przygotowania. Powiedz, czy też to tak odbierasz, czy wręcz przeciwnie?
AS: Ja w ogóle uważam, że książki dla dzieci i przygotowanie książek dla dzieci jest bardzo trudne, dlatego że dzieci są bardzo wymagającym odbiorcą. My jako wydawnictwo Tekturka bardzo szanujemy dzieci jako odbiorcę, więc wszystko musi się zgadzać. Tak jak mówiłaś wcześniej – dziecko bardzo szybko wyłapuje pewne błędy. Może nie błędy językowe, ale na przykład już błędy w ilustracjach jak najbardziej tak, a takie też się przecież zdarzają. Nam jako wydawcom bardzo zależy na tym, żeby książka dla dzieci, książka, która kształtuje dziecko, była idealna. Dorosły może spojrzeć na książkę krytycznym okiem, bo ma już jakieś wyrobione zdanie, a dziecko pewne kwestie może z tej książki wychwycić – takie, które nie do końca byśmy chcieli mu przekazywać jako rodzice. Dlatego ta książka musi być idealnie przygotowana. Tak mi się przynajmniej wydaje. Musi być po prostu wzorem.
EP: Ja bym powiedziała, że dorośli czytelnicy książek dla dzieci też są wymagającym odbiorcą, bo oni te książki czytają po kilkadziesiąt, jak nie więcej, razy w życiu. To nie jest tak, jak z książką dla dorosłych. Większość z nas przeczyta ją raz, odłoży na półkę, odda do biblioteki, przekaże komuś innemu i koniec. A książki dla dzieci są wałkowane. Dlatego tak łatwo czytelnikom wyłapać nieścisłości w książkach dla dzieci, bo jak się coś czyta po raz pięćsetny w ciągu tygodnia, no to wtedy wszystko wychodzi.
AS: To prawda. Zresztą zauważ, że często jest tak, że dzieci lubią wracać do pewnych książek i czasami nawet nie wiemy dlaczego. Czasami jest tak, że rodzicom książka się nie podoba.
EP: Wzdycham teraz. (śmiech)
AS: Albo im się wydaje, że ta książka jest bardzo zwykła, a dziecko uwielbia do niej wracać. No więc co robimy? Zagryzamy zęby czasami i wracamy po raz pięćdziesiąty.
EP: Ja chowałam. Przyznam się, że jak już miałam dość, to chowałam niestety.
AS: My staramy się robić takie książki, których i rodzice nie będą mieli dość, ale wiadomo – jak się już czyta coś po raz pięćdziesiąty czy setny, to każdy ma dosyć. Każdy oprócz dzieci.
EP: (śmiech) Na szczęście dzieci też kiedyś wyrastają z tych tytułów. Szczęście – nie szczęście, potem przychodzą kolejne.
Powiedziałaś, że nie zatrudniacie wiele osób, co jest zrozumiałe, biorąc pod uwagę Wasz tryb wydawniczy, ale mam pytanie, który bardzo chcę Ci zadać mimo wszystko, bo bardzo jestem ciekawa Twojej odpowiedzi na nie. Pytanie brzmi tak: jakiego typu argument może sprawić, że mimo wszystko zastanowicie się nad współpracą z korektorem/copywriterem czy z recenzentem?
AS: Trudne pytanie.
EP: Wiedziałam, że będzie trudne dlatego je chciałam zadać. (śmiech)
AS: Nie wiem, co mam odpowiedzieć, bo nie miałam jeszcze takiej sytuacji.
EP: Nie zdarzył się taki mail, który by Cię rzucił na kolana.
AS: Nie zdarzył się. Może sobie zapisałam jakąś wiadomość gdzieś tam w pamięci czy w mailu, ale to raczej na zasadzie: gdyby się coś – nie daj Boże – stało, że na przykład ktoś, kto z nami pracuje do tej pory, nie będzie z nami pracował, to tak na wszelki wypadek… Jak jesteśmy zadowoleni z naszych współpracowników, to nie myślimy o tym, żeby ich wymieniać.
EP: Czyli jest cały czas pole do popisu dla korektorów – co do kreatywności w wysyłaniu wiadomości mailowych.
Dlaczego książki w wydawnictwie są droższe niż w księgarni
EP: Dochodzimy do tematu, który zawsze pojawia się w rozmowach okołowydawniczych, to znaczy do tematu finansowego, ale tym razem niezwiązanego z kosztami wydawania książek czy z pensją korektorów. Pytanie, które bardzo często pada od czytelników, brzmi tak: dlaczego książki w wydawnictwach są droższe niż w księgarniach? A my namawiamy do kupowania książek w wydawnictwach, bezpośrednio u wydawcy. Szczególnie w ostatnim czasie, w czasie pandemii, było to bardzo mocno nagłaśniane – żeby wspierać małe wydawnictwa i kupować bezpośrednio u nich. Czytelnicy mówią: no okej, ale ja sobie pójdę do księgarni i mam taniej. I co im odpowiadać?
AS: To też jest trudne pytanie. W czasie pandemii trochę się zmieniła sytuacja, bo generalnie odpowiedź jest taka sama, jak odpowiedź na pytanie o to, czym się różni sprzedaż detaliczna od sprzedaży hurtowej. Wiadomo, że my książki, które później się pojawiają w księgarni, sprzedajemy w sprzedaży hurtowej. Często właśnie za pośrednictwem hurtowni. One najpierw idą do hurtowni, a później do księgarni. Jeżeli to są duże księgarnie, to zdarza się, że współpracujemy z nimi bezpośrednio. Wiadomo, że sprzedaż hurtowa – tak jak zawsze na całym świecie w przypadku każdego produktu (książka też jest w tym przypadku produktem) – zawsze odbywa się na innych warunkach. Inne koszty ponosi się w momencie, kiedy sprzedaje się coś hurtowo jednemu odbiorcy, a inaczej jest to w przypadku własnego magazynowania i sprzedaży detalicznej.
To jest jedna kwestia, a druga kwestia jest taka, że wydawnictwa nie do końca się tym zajmują. My zajmujemy się przede wszystkim tworzeniem książki. Nie chcę, żeby to głupio zabrzmiało, ale gdybyśmy sprzedawali taniej niż w księgarniach, to musielibyśmy się tylko tym zajmować. Trochę tak jest. Naszą główną działalnością jest zrobienie książki. Sprzedaż bezpośrednia jest dodatkiem, na który nie możemy poświęcić 100% naszego czasu.
Niestety w czasie pandemii pojawiła się inna kwestia… Wtedy zauważyłam też taką tendencję w wydawnictwach – i my też to zrobiliśmy – że obniżały mocno ceny na stronie wydawnictwa, bo po prostu zaczęły się problem z pośrednikami, czyli na przykład z hurtowniami, które przestały płacić. W tym momencie my sobie zdaliśmy sprawę, że jest problem, bo za książki, które hurtownie już sprzedały, nie dostaliśmy pieniędzy. I myślimy sobie: co teraz będzie i z czego my zapłacimy nasze zobowiązania, czyli do drukarni, do autorów i tak dalej, kiedy nie otrzymaliśmy pieniędzy.
Jest jeszcze jedna kwestia, z której sobie przeciętny odbiorca, czytelnik, nie zdaje sprawy. Niestety rynek wydawniczy wygląda w ten sposób, że my, wydawnictwa, szczególnie małe wydawnictwa, oddajemy książki w komis. Oddajemy nasze książki hurtowniom i otrzymujemy za nie wynagrodzenie dopiero, jak te książki zostaną sprzedane. Często po trzech, czterech miesiącach od sprzedania książki.
EP: Nie bezpośrednio po sprzedaży czy w trybie miesięcznym, tylko w dużo dłuższych okresach.
AS: Tak. Nie dość, że najpierw wysyłamy te książki po prostu na ładne oczy, to na dodatek czekamy najpierw, aż się sprzedadzą, a potem jeszcze długie trzy, cztery miesiące na to, aż otrzymamy za nie pieniądze. To jest nie do pomyślenia. W każdej innej dziedzinie handlu taki rodzaj umów jest nie do pomyślenia, a one jednak tak są skonstruowane i taki jest rynek wydawniczy. Wrócę do tego, że pytałaś się na początku, co było najtrudniejsze. Dla mnie, jako dla osoby, której się wydawało, że po prostu założę wydawnictwo i będę je prowadzić, to właśnie było najtrudniejsze: jak moja książka ma trafić do księgarni? Okazało się, że ona musi trafić do księgarni za pośrednictwem hurtowni, które niekoniecznie mają interes w tym, żeby wziąć ode mnie te książki, bo ja mam ich mało, a oni mogą sobie dyktować warunki takie, jakie chcą…
EP: No właśnie, znów dochodzimy do tego, że jest tych książek multum i akurat nie muszą brać Twoich, bo mają tysiąc innych.
Jak pandemia wpłynęła na pracę małych wydawnictw
AS: W czasie pandemii to się zmieniło. Zaczęliśmy apelować: kupujcie książki u nas, jesteśmy w stanie dać lepszą cenę i zrobić większe promocje, bo okazało się, że my za książki, które już sprzedaliśmy – pracowaliśmy nad nimi, musimy się rozliczyć z autorami, musimy zapłacić koszty licencji, koszty druku – nie dostaliśmy pieniędzy.
EP: Nie mówiąc już o tym, że nie możecie pracować nad kolejnymi.
AS: Właśnie, a co z kolejnymi planami? Czasów pandemii i sprzed pandemii nie można porównywać. Zobaczyłam, że w pewnym momencie wszyscy wydawcy zaczęli robić taki sam ruch, czyli: kupujcie u nas, damy lepsze ceny i będziemy przynajmniej bezpośrednio dostawać pieniądze za to, na co pracowaliśmy tak ciężko.
EP: Pojawiły się sklepy internetowe na stronach niektórych wydawców, którzy do tej pory w ogóle ich nie mieli, bo do tej pory byli zdani wyłącznie na sprzedaż przez zewnętrznych dystrybutorów. Tak czy inaczej – apelujemy: pandemia, nie pandemia, zawsze warto kupić książkę bezpośrednio od wydawnictwa, bo wtedy, mówiąc wprost, wynagrodzenie, pieniądze za tę książkę szybciej trafią do wydawnictwa.
AS: To prawda. Chociaż, tak jak mówię, my mamy dużo kosztów związanych z tym, że książki są kupowane bezpośrednio u nas. Jak zaczynaliśmy naszą przygodę z wydawnictwem, to wynajęliśmy sobie garaż i stwierdziliśmy, że my w tym garażu będziemy składować nasze książki. Potem wynajęliśmy drugi garaż obok. Potem wynajęliśmy trzeci garaż, a potem stwierdziliśmy: o choroba, to już jest ten czas, kiedy nie damy rady na te garaże wyrobić. To jest głupie i bez sensu. To był moment naszego rozwoju, kiedy musieliśmy nasze książki przekazać w ręce zewnętrznego magazynu. Teraz jest tak, że nasze książki są magazynowane, pakowane, wysyłane w zewnętrznym magazynie.
EP: Już nie siedzicie i nie zawijacie ich w tekturki.
AS: Nie zawijamy. W końcu przyszedł moment takiego rozwoju, że trzeba było podjąć tę decyzję – że to już jest za dużo dla nas.
EP: To miły moment, bo świadczy o tym, że książki są kupowane.
AS: Tak, oczywiście. I tytułów zaczęło nam się robić coraz więcej. Wiadomo, że na początku byliśmy w stanie to zmieścić w tym jednym garażu, dwóch, trzech, ale później okazało się, że jednak tytułów przybywa i fajnie to wszystko się układa. Lubimy to, co robimy, chcemy to robić dalej, więc właściwie musiał przyjść ten moment.
Plany wydawnicze Tekturki
EP: Tytuły, tytuły, tytuły. Powiedziałaś już o Klimatycznych, którzy są planowani na wrzesień. Czy jesteś w stanie zdradzić dalsze plany wydawnicze? Było pytanie o serię o Gabrysiu – czy będzie coś więcej?
AS: Szczerze mówiąc, nie planowaliśmy Gabrysia. Myślę, że Gabryś też już trochę podrósł… Muszę powiedzieć, bo nie wszyscy na pewno wiedzą, że były to książki mojego autorstwa. Tak to sobie wymyśliłam, że będą do nich realistyczne zdjęcia, które będą przedstawiały przygody małego chłopca, czyli powstanie książka, która będzie idealna dla roczniaków, dwulatków. I rzeczywiście to się bardzo często sprawdza. Na tych zdjęciach był Gabryś, którego ja osobiście nie znam, ale podejrzewam, że trochę urósł od tamtego czasu. (śmiech)
EP: Zawsze można zrobić casting na siostrę Gabrysia.
AS: Musiałaby być teraz na przykład jakaś Gabrysia. Na razie o tym nie myśleliśmy. Na początku faktycznie pomysły na różne książki pojawiały się w mojej głowie, było ich bardzo dużo i po prostu je realizowałam. Później zaczęłam się zajmować książkami innych autorów. Dopiero teraz wracam do czegoś swojego. Planujemy jeszcze w tym roku drugą część mojej serii „Dobra książeczka”, od której zaczynaliśmy i która została bardzo fajnie przyjęta.
EP: To będzie ten sam zakres wiekowy?
AS: Tak, dokładnie ten sam zakres wiekowy, ale napisałam inny tekst i będą też inne ilustracje – zdradzę, że pani Agnieszki Filipowskiej – przepiękne, ciepłe, fajne. Ilustracje są już gotowe, tekst też, ale książki czekają w kolejce. Jeszcze przed nimi mamy parę rzeczy do zrobienia, ale mam nadzieję, że uda się je wydać jeszcze w tym roku. Jak nie, to na początku przyszłego.
EP: Ja bym apelowała o kontynuację „Malarzy dzieciom”, bo to jest ulubiona seria moich dzieci. Baletnice na przykład.
AS: (śmiech) No tak…
EP: Słyszałam tu wielokropek, nie kropkę, więc pozostaję z nadzieją.
AS: Chciałabym, chciała. Mnie po prostu na wszystko brakuje doby. Muszę to powiedzieć w ten sposób. Brakuje mi czasu na wszystko.
EP: Bo – małe wydawnictwo. Zamknęliśmy temat przepiękną klamrą.
AS: Teraz szykuję e-book z serii „Malarze dzieciom” i on wyjdzie chyba tylko w formie e-booka, dlatego że dostałam dofinansowanie od Ministra Kultury w ramach programu „Kultura w sieci” właśnie na napisanie tego e-booka. Wymyśliłam, że tym razem wykorzystam obrazy jakiegoś polskiego malarza i, szczerze mówiąc, zaczęłam już pisać, ale nie powiem jeszcze na razie, na jakiego malarza się zdecydowałam, bo nie wiem, czy tego nie zmienię, jak mi coś nie będzie grało. (śmiech)
EP: Ale popatrz, jak Cię wyczułam podskórnie! Czyli jednak coś tam się dzieje w tych „Malarzach”.
AS: Teraz się dzieje. Pierwszy raz to powiedziałam publicznie przed chwilą. Wyciągnęłaś to ode mnie, ale tak – będzie.
EP: Dobrze, bardzo się cieszymy. Czekamy na „Malarzy”. Czekamy na kolejne książki. Mimo że małe wydawnictwo, to książki duże, nie tylko gabarytowo, ale też swoim znaczeniem dla dzieci i dla rodziców. Muszę Ci powiedzieć, że jak tylko powie się gdzieś o wydawnictwie Tekturka, to są bardzo, bardzo pozytywne opinie i pozytywny odbiór Waszego wydawnictwa wśród czytelników.
AS: Bardzo się cieszę, bardzo mi miło to słyszeć. Staramy się z całej mocy.
Polecane…
EP: A teraz na zakończenie polecane przez Ciebie… no właśnie: wszystko polecane! Powiem Ci, że kiedy zastanawiałam się nad zakończeniem podcastów, to nie mogłam się zdecydować na to, czy polecana ma być książka, czy nie książka. Bez książki tak głupio, w końcu to podcast książkowy, więc stwierdziłam, że będziemy polecać wszystko. (śmiech) Mam nadzieję, że po jednym tytule sobie przygotowałaś.
AS: Nic nie przygotowałam.
EP: No to ładnie. Będziemy szyć na miejscu. To zrobimy inaczej. Kategorie, które zawsze mam wypisane, to: film/serial, książka i podcast, więc wybierz sobie coś z tego i podaj tytuł, który chciałabyś polecić słuchaczom podcastu, plus jedno zdanie uzasadnienia. Taka krótka piłka.
AS: Dobra. Serial: Dom z papieru.
EP: Ach! Oglądam teraz. Jestem przed ostatnim odcinkiem. Bardzo polecam. Piękny oddech po amerykańskich serialach.
AS: Naprawdę bardzo lubię. Bardzo mi się podoba. Jeżeli chodzi o książkę, to czytam w tym momencie Stulecie chirurgów. Bardzo polecam. O początkach chirurgii i narkozy.
EP: Cała seria bardzo dobra.
AS: Bardzo mi się podoba.
EP: Słuchasz podcastów?
AS: Nie.
EP: Nie słuchasz podcastów?! Czas to zmienić!
AS: To straszne – co ja tu powiedziałam publicznie! (śmiech)
EP: Do tego się dochodzi. Ja też cały czas mówiłam, że jestem wzrokowcem i nie będę nic słuchać, bo nie jestem w stanie przyswoić nic przez słuch, ale okazuje się, że nie jest tak źle.
AS: Ja właśnie mam ten problem. Tak jak mówiłam, nie mam na nic czasu, więc bardzo często, jeżeli już słucham czegokolwiek, to audiobooków, bo mogę je słuchać, gdy coś robię, np. sprzątam. Wtedy wykorzystuję ten czas na słuchanie książek.
EP: Widzisz, każdy ma inaczej. Ja z kolei audiobooków nie przyswajam, bo się wyłączam. Nie jestem w stanie się skoncentrować na historii, którą ktoś mi odpowiada, a jak mam podcast, to jest tak trochę jak audycja radiowa. Mam wrażenie, że ktoś mówi do mnie, i wtedy z szacunku go słucham. (śmiech)
AS: A ja właśnie audiobooki lubię bardzo. Zawsze się skupiam i czasami na przykład, jak jestem wieczorem już zmęczona i wiem, że nie wytrzymam z książką, bo będzie za ciężko już i oczy mi zaczną lecieć, to wtedy sobie zamykam oczy i słucham audiobooka. I nawet z nim zasypiam bardzo często. Potem muszę szukać, gdzie byłam i na którym wątku usnęłam. To mnie denerwuje, bo powinien być automatyczny wykrywacz, kiedy czytelnik zasnął. To by się przydało bardzo. Jak ktoś to wymyśli, to kupuję od razu. Dlatego może te podcasty jakoś nie. Zacznę od naszego, przesłucham i pójdzie już.
EP: To będzie pierwszy odcinek podcastu w Twoim życiu! Dobrze, Ty polecasz Dom z papieru i Stulecie chirurgów. My polecamy słuchanie podcastów. Bardzo Ci dziękuję za rozmowę. Mam wrażenie, że wyszedł nam kawał informacji na temat rzeczywistości w małych wydawnictwach. Bardzo to optymistyczna rozmowa zresztą.
AS: Pewnie tak, ale ile ja bym jeszcze mogła gadać…
EP: No tak, ale potem wiesz, przy montażu dostaję po głowie, że znowu 90 minut… Bardzo pozdrawiamy Kamila, który montuje te podcasty.
AS: No pewnie. Kto to będzie tego słuchał…
EP: Słuchają, słuchają… Bardzo Ci dziękuję za tę rozmowę.
AS: Dziękuję bardzo.
The post PDSK#006 Jak wygląda praca w małym wydawnictwie? (podcast) appeared first on Ewa Popielarz.

Aug 1, 2020 • 23min
PDSK#005 5 błędów w języku mówionym (podcast)
Skoro odcinek piąty, to pięć błędów. Zastanawiałam się długo, jak opowiedzieć o błędach językowych bez pokazywania ich. Jestem wzrokowcem i wydawało mi się to niemożliwe do zrealizowania. Ale potem mnie olśniło – przecież błędy robimy, nie tylko pisząc, ale też mówiąc. Ten odcinek podcastu będzie więc dotyczył błędów w języku mówionym – wypowiadanych, a nie wypisywanych.
Przy okazji – to pierwszy krótki odcinek w historii podcastu Po drugiej stronie książki. Wszystkie poprzednie były co najmniej 45-minutowe. Podpytałam Was jednak o to, kiedy słuchacie podcastów, i wśród odpowiedzi znalazły się nie tylko godzinne wycieczki rowerowe, ale też np. wyciąganie naczyń ze zmywarki, spacer do przedszkola albo krótka przerwa na kawę w pracy. A te czynności zwykle nie trwają dłużej niż 15 minut. W przypadku zmywarki – na szczęście.
Co jakiś czas usłyszycie więc Po drugiej stronie książki w wersji mini. Dajcie znać, czy taka forma przypadła Wam do gustu. Możecie do mnie napisać na: podcast@ewapopielarz.pl albo dodać komentarz pod postem.
Subskrybuj: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | Inne
Montaż: Kamil Dudziński
Plan odcinka:
Wymowa „ę” w wygłosieWymowa „ą” i „om” w wygłosieWymowa słowa „onLINE”Akcent na trzeciej sylabie od końca„Tobie” zamiast „ci”
Źródła przywoływane w odcinku:
Adam Mickiewicz, Pan Tadeusz, księga VIIIdr Katarzyna Kłosińska o słowie „online” w Poradni PWN
Transkrypcja podcastu #005 5 błędów w języku mówionym
Błąd 1. Wymowa „ę” w wygłosie
Nie będę się czepiać zamiany „tę” na „tą”, co rzeczywiście często się zdarza. Prawda jest taka, że mówić możemy sobie, jak chcemy. Oczywiście w języku starannym należałoby się pilnować i nie mówić, że się przeczytało „tą książkę”, tylko „tę książkę”, ale ten błąd już tak bardzo wszedł do mowy potocznej, do naszego codziennego języka, że naprawdę ciężko byłoby znaleźć osobę, która nigdy w ten sposób nie mówi. I rzeczywiście możemy tak na co dzień mówić. Przesłuchajcie sobie poprzednie odcinki mojego podcastu – tam ten błąd też wysłyszycie. Zresztą bardzo łatwo dojść do tego, skąd ten błąd się wziął, ale nie o nim chciałabym dzisiaj mówić. Zostawimy to sobie na inny odcinek podcastu. A dziś – tak jak wspomniałam w „nagłówku” – chciałabym zająć się głoską „ę” w trochę szerszym kontekście.
Ale zanim przejdę do omawiania tego błędu, to muszę dodać małe wprowadzenie. Kiedy wymawiamy jakiś wyraz, to nie mówimy go ot tak sobie, tylko wymawiamy go jako złożony z trzech części. Każde słowo składa się z nagłosu (czyli początku wyrazu), śródgłosu (czyli – jak sama nazwa wskazuje – środka wyrazu) i wygłosu (czyli zakończenia wyrazu). I ten wygłos będzie nas teraz interesował.
A konkretnie będzie nas interesował wygłos, w którym znajduje się „ę”.
Otóż „ę” w wygłosie całkowicie traci swoją nosowość. To znaczy, że odcinamy mu ogonek i wymawiamy je jako [e]. Czyste [e].
Ewentuaaalnie można lekko tę nosowość zaznaczyć, ale z akcentem na „lekko”. Taka wymowa jest uważana za sceniczną, aktorską. Choć dzisiaj już nawet wśród aktorów mało osób tak mówi i nawet wśród aktorów panuje przekonanie, że tę delikatną nosowość [ę] w wygłosie możemy zaznaczać, ale raczej w tekstach klasycznych, ewentualnie w sytuacji, gdy brak zaznaczenia nosowości w wygłosie zmieniłby sens wypowiedzi. Bo nie wiedzielibyśmy, czy mówimy w pierwszej osobie, czy w trzeciej osobie.
Zaraz usłyszycie, o co mi chodzi, bo podam przykład. Trudno byłoby podać przykład z życia, bo w życiu codziennym tak się nie mówi. Zazwyczaj cała wypowiedź sugeruje, czy czasownik jest w pierwszej osobie (czy to ja „piszę”), czy w trzeciej osobie (on „pisze”). Powiedziałam to dokładnie tak samo: [pisze], [pisze], ale jeżeli wypowiedziałabym to w zdaniu, to zorientowalibyście się, o którą osobę mi chodzi. Ale znalazłam dobry przykład z VIII księgi Pana Tadeusza. Możecie sobie więc przypomnieć szkolne czasy i wysłuchać tego przykładu. To będzie pięć wersów. Zwróćcie uwagę na czasownik „ukarać”. Uwaga, czytam:
Hrabia, prawda, fanfaron, lecz mu nie brak męstwa,Na miejsce naznaczone zapewne się stawi,Rozprawim się; a jeśli Bóg pobłogosławi,Ukarzę go, a potem za Łososny brzegiPrzepłynę, gdzie mnie bratnie czekają szeregi.
Powiedziałam [ukarzę], ale potem powiedziałam [przepłyne] (oczywiście nie zapisuję tych słów w nawiasie idealnie fonetycznie, chodzi mi głównie o zaznaczenie wymowy wygłosu). Z kontekstu wynikało, że „przepłynę” to pierwsza osoba liczby pojedynczej. Natomiast jeżeli przeczytałabym [ukarze], to nie byłoby wiadomo, czy to ukarze Tadeusz, czy ukarze Bóg. Można by było sobie pomyśleć, że to Bóg ukarze hrabiego, a w tekście jest „ę”. Tutaj ta delikatna nosowość pozbawia ten fragment w wymowie dwuznaczności.
Ale to są przykłady literackie, rzadkie. Na co dzień „ę” w wygłosie wymawiamy jako czyste [e]. Wymawianie nosówki w wygłosie to hiperpoprawność, a hiperpoprawność to błąd. Powiemy: [ciesze sie, że cie widze], a nie [cieszę się, że cię widzę].
Co innego, jeśli w wygłosie mamy inną nosówkę, czyli: ą. Ale o tym w kolejnym punkcie.
Błąd 2. Wymowa „ą” i „om” w wygłosie
Wiemy już, co to jest wygłos, więc od razu mogę przejść do sedna.
Kiedy na końcu wyrazu wymawiamy [ą], a kiedy wymawiamy [om]? Zapamiętajcie sobie to dobrze, bo o ile błąd z „ę” raczej na ortografię nie wpływa, to ten z „ą”/„om” niestety przechodzi do języka pisanego. A sprawa jest banalnie prosta. Uwaga:
Końcówka -ą przynależy narzędnikowi liczby pojedynczej rzeczowników rodzaju żeńskiego, np. Idę (z kim? z czym?) z mamą.Końcówka -om przynależy celownikowi liczby mnogiej rzeczowników wszystkich rodzajów, np. Dałem obiad (komu? czemu?) dzieciom.
Wiem, że miało być prosto i oczywiście specjalnie to tak szybko przeczytałam, bo wcale nie musicie tego zapamiętywać! Najważniejsze jest to, czy mamy do czynienia z liczbą pojedynczą, czy z liczbą mnogą. I tyle trzeba zapamiętać.
Końcówkę -ą piszemy i wymawiamy w liczbie pojedynczej.Końcówkę -om – w liczbie mnogiej.
Dziękuję, to wszystko.
Czyli: dajemy rabaty naszym klientkom. Ale umawiamy się na spotkanie z jedną klientką.
W przeciwieństwie do „ę” nosowe „ą” w wygłosie wymawiamy.
Wiem, że końcówka -om brzmi trochę pospolicie, a -ą jest takie ą-ę wyrafinowane. Ale zrobienie błędu ortograficznego czy błędu w wymowie już wyrafinowane nie jest. Dajcie szansę końcówce -om. Jeżeli macie do czynienia z liczbą mnogą, to nic nie „unasawiajcie”, tylko wymawiajcie piękne, głośne -om.
Błąd 3. Wymowa słowa „onLINE”
No i już zdradziłam poprawną wymowę: onLINE. Ale jednak rozwinę temat, żeby wyjaśnić, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi. Słuchajcie, „online” to jest słowo obce, nie polskie. Jeżeli chcecie, to możecie je nawet zapisywać z dywizem: „on-line”. Dywiz, czyli krótka kreska, bez żadnych spacji naokoło. Ale można też zapisywać łącznie: „online”. W każdym razie nikt jeszcze nie pozwolił – i mam nadzieję, że nie pozwoli, bo wygląda to jednak lekko koszmarnie – zapisywać tego słowa po polsku, przez „j”: „onlajn”.
Gdyby taka pisownia została dopuszczona, to pewnie dlatego, że wyraz byłby już całkiem zasymilowany, wszedłby do naszego języka na prawach niemalże takich samych jak inne polskie słowa. Więc pewnie zaczęlibyśmy ten „onlajn” przez „j” po pierwsze odmieniać. Teraz słowo „online” jest nieodmienne. Mówilibyśmy na przykład: „pracuję w onlajnie” albo „spotykam się dziś w onlajnie”, albo „mam webinar w onlajnie” itd. No i pewnie po drugie zmieniłby się akcent tego słowa – na polski. A jak wiadomo, polski podstawowy akcent pada na drugą sylabę od końca. I pewnie wtedy rzeczywiście akcentowalibyśmy ONlajn.
Ale na razie zapisujemy to słowo po angielsku, nie odmieniamy go w ogóle i akcentujemy obco, czyli na pierwszą sylabę od końca: „onLINE”.
I mimo że wiele osób łamie tę zasadę i akcentuje po polsku, to na razie formalnie nic się w tej materii nie zmieniło. Ostatnia wzmianka na ten temat w internetowej Poradni PWN jest z maja 2020 roku, więc świeżutka. Doktor Katarzyna Kłosińska potwierdza tam, że cały czas obowiązuje wymowa obca, z akcentem na ostatnią sylabę. Więc jeżeli robicie kursy internetowe, to to są cały czas kursy onLINE, a nie kursy ONlajn, uczestniczycie w webinarach onLINE, a nie ONlajn, prowadzicie biznesy onLINE, a nie biznesy ONlajn.
Przynajmniej na razie.
Skala błędu, jeśli chodzi o wymowę tego słowa, jest już tak duża, że pewnie w końcu ono wejdzie do słownika i być może nawet będzie zapisywane przez „j”, jak „lajk” czy „hejt” i pewnie będzie odmieniane, i pewnie zostanie usankcjonowane też akcentowanie na drugą sylabę od końca. Pożyjemy, zobaczymy. Na razie żyjemy w świecie onLINE.
Błąd 4. Akcent na trzeciej sylabie od końca
Wykorzystajmy to, że już jesteśmy przy akcencie i pociągnijmy dalej ten temat. Jestem absolutnie przekonana, że mówili Wam o tym w szkole – o tym akcentowaniu. I to pewnie nawet w podstawówce. I to nawet po wszystkich reformach. Na 100% na którejś lekcji polskiego temat akcentów wyrazowych w języku został poruszony.
Więc przypomnę: podstawowy akcent wyrazowy w języku polskim pada na drugą sylabę od końca, czyli mówimy koREKta, reDAKcja, przeCInek. Słyszycie ten akcent? Za każdym razem mocniej wymawiałam drugą sylabę od końca, bo sylaby – przypominam z podstawówki – liczymy od ostatniej.
Ale akcent może paść też na pierwszą sylabę od końca, a może paść na trzecią od końca, a może i na czwartą! Oczywiście nie będę omawiać wszystkich przypadków, ale chciałabym się skupić na trzeciej sylabie od końca.
Kiedy tak akcentujemy wyrazy? Znów jest tutaj kilka przypadków, ale ja podam dwa:
na trzeciej sylabie od końca akcentujemy czasowniki w 1. i 2. osobie liczby mnogiej (czyli my, wy) w czasie przeszłym – czyli te wszystkie czasowniki zakończone na -yśmy, -iśmy, -yście, -iście (BYliśmy, luBIłyśmy, wiDZIEliście, zrozuMIAłyśmy, a nie byLIŚcie, zrozumiaŁYŚmy);drugi przypadek: na trzeciej sylabie od końca akcentujemy rzeczowniki zakończone na -ika, -yka, zapożyczone z łaciny lub utworzone na ich wzór (graMAtyka, mateMAtyka, FIzyka, kosmoNAUtyka – ten ostatni nie jest z łaciny, ale to jest ten sam schemat tworzenia słowa).
I teraz tak: mateMAtykę czy matemaTYkę możemy sobie akcentować potocznie jak chcemy: na trzecią sylabę albo na drugą sylabę od końca, nie ma problemu. Z tym że akcent na drugą sylabę to bardziej potoczna wymowa. Jeżeli chcemy mówić starannie, mówimy mateMAtyka, ale jeżeli chcemy mówić w „normalnym’, codziennym języku możemy mówić spokojnie: matemaTYka, fiZYka. Nie jest to wielki błąd, ale jest tu rzeczywiście rozróżnienie na język potoczny i język oficjalny, staranny.
Ale! ZrobiŁYŚmy, rekrutowaŁYŚmy, przyjęŁYŚmy do naszego zespołu – to jest błąd. To nie jest język potoczny, to jest język błędny. To jest akcentowanie błędne. Tak nie wolno. Nawet na co dzień, w „życiu potocznym”. Nie bez powodu używam tutaj żeńskich form, bo teraz bardzo dużo powstaje biznesów onLINE, prowadzonych przez kobiety i skierowanych do kobiet, więc te formy bardzo często się pojawiają i przewijają. WIęc proszę, nawołuję, apeluję (nie: [proszę, nawołuję, apeluję], tylko [prosze, nawołuje, apeluje]) – trzecia sylaba od końca. Nie druga. I wszystkim nam się będzie lepiej słuchało. Naprawdę.
Błąd 5. Tobie zamiast Ci
Kiedy mówimy „tobie”, wyrażamy szacunek wobec odbiorcy. Kiedy mówimy „ci”, mówimy w sposób pospolity, potoczny, tak możemy się zwracać do kolegi. Prawda to? Nieprawda. W żadnym wypadku.
Jedyna różnica pomiędzy „tobie” a „ci” to akcent. Zaimek „tobie” jest akcentowany w zdaniu, to znaczy wypowiadamy go mocniej w zdaniu, a „ci” nie ma swojego akcentu i podpina się pod akcent słowa, które stoi przed nim. I bardzo dobrze, że się podpina, bo wtedy mamy mniej akcentów w zdaniu, możemy płynniej je wypowiadać, brzmi to wszystko bardziej naturalnie.
Tyle teorii, teraz pokażę Wam, jak to brzmi, na przykładach:
„POwiem ci, jak sprzedawać przez newsletter”.
Akcent postawiłam na „po”: POwiem ci. „Ci” nie zostało zaakcentowane, podpięło się pod akcent słowa „powiem”.
Nie mówimy: „POwiem TObie, jak sprzedawać przez newsletter”.
Nawet wypowiedziałam to mimowolnie w trochę pretensjonalny sposób.
Kolejny przykład:
„DAM Ci wskazówkę” – akcent jest na „dam”.
A nie: „DAM TObie wskazówkę” – tu mam dwa akcenty obok siebie: „dam”, a potem muszę dorzucić akcent na „to”. Nie, dużo naturalniej brzmi: „DAM ci wskazówkę”.
„ZRObię ci śniadanie”, a nie „ZRObię TObie śniadanie”.
Kiedy w takim razie możemy mówić „tobie”? Są dwa takie przypadki.
Po pierwsze kiedy stoi na początku zdania. Pamiętacie, jak mówiłam? „Ci” podpina się pod akcent wyrazu, który stoi PRZED nim. Jeżeli mamy początek zdania, to nic przed tym „ci” nie stoi, nie ma się pod co podpiąć. Więc jest oczywiste, że nie możemy go tam zapisać, tam stoi „tobie”. To znaczy, że mówimy: „TObie to dobrze”, a nie: „CI to dobrze”. Mówimy: „Nikt do mnie dzisiaj nie napisał. TObie coś przyszło na skrzynkę?”, a nie: „CI coś przyszło na skrzynkę?”. „Ci” nie akcentujemy, nigdy nie stoi na początku wyrazu. Zresztą podobnie jak „mi”. Nie mówimy: „MI się coś podoba”, tylko „MNIE się coś podoba”, bo „mi” też nie ma swojego akcentu.
A teraz drugi przypadek. Kiedy możemy mówić i pisać „tobie”?
Wtedy, kiedy ten zaimek rzeczywiście w zdaniu ma być zaakcentowany. I tak dzieje się głównie wtedy, kiedy chcemy podkreślić jakiś kontrast, np. „Tę tajemnicę przekażę TOBIE – i tylko tobie; TOBIE – nikomu innemu; TOBIE – a nie Krzyśkowi”. Bez tego podkreślenia kontrastu powiemy po prostu: „PrzeKAżę ci tę tajemnicę”, nie: „PrzeKAżę TObie tę tajemnicę”.
Zwracając się do swoich czytelników, słuchaczy, klientów, jeżeli chcemy być mili, chcemy podkreślić, że ich cenimy, że nam na nich zależy, to naprawdę możemy to zrobić na tysiąc różnych sposobów: stylem wypowiedzi, doborem słów, tonem głosu (jeżeli to jest nagranie audio czy wideo). Nie musimy wszędzie wciskać zaimka „tobie”, bo on nie wszędzie może być wykorzystany i wcale nie świadczy o większym szacunku do czytelników.
To było pięć błędów w języku mówionym. Bardzo jestem ciekawa, czy się zmieściłam w 15 minutach zapowiadanych na wstępie. To były błędy, które bardzo często słyszymy w radiu, telewizji, online, ale też w takich codziennych, życiowych sytuacjach, na ulicach czy w domach. Nie opowiadam o nich po to, żebyście teraz wszystkich poprawiali. Nie chciałabym, żeby Wasi bliscy, znajomi przestali Was teraz lubić. Pamiętajcie, że w mowie potocznej wolno więcej. Możecie powiedzieć, że wypożyczyliście „tą książkę” z biblioteki zamiast „tę książkę”, ale właśnie – nie możecie powiedzieć [tę książkę], tylko [te książke], jeżeli już. Nie wszystko jest traktowane jako błąd, ale przy takich słowach jak: [się], „tobie”, „klientkom” zamiast „klientką”, „rekrutowaŁYŚmy”, „ONlajn” – tutaj warto się pilnować.
Zwykle kończę odcinek, mówiąc: „Do zobaczenia gdzieś w Internecie”, ale dzisiaj zdecydowanie wypada powiedzieć: „Do zobaczenia bądź usłyszenia online!”.
The post PDSK#005 5 błędów w języku mówionym (podcast) appeared first on Ewa Popielarz.


