

Po drugiej stronie książki
Ewa Popielarz
Podcast o pracy korektora. Zabiorę Cię za kulisy świata książek i tekstu. Zobaczysz, gdzie się kryją błędy, i przekonasz się, czy korekta to zawód dla Ciebie. Zapraszam – Ewa Popielarz.
Episodes
Mentioned books

Jul 17, 2020 • 1h 26min
PDSK#004 Freelance czy etat? Gdzie jest praca dla korektora? (podcast)
Jak wyobrażasz sobie pracę korektora? Kiedy rozpoczynałam studia na kierunku edytorstwo i komunikacja medialna, freelance to była dla mnie czarna magia, miałam więc przed oczami tylko jedną drogę: do wydawnictwa. Szybko się okazało, że zdobycie etatu w wydawnictwie wcale nie jest takie proste dla osób, które chcą się parać zawodem korektora. Nawet w tak pełnym literatury mieście jak Kraków.
A jednak są osoby, którym się to udało. O wrażenia z pracy na etacie i na tak zwanym freelansie zapytałam Sylwię Chojecką, redaktorkę i korektorkę, która od dziesięciu lat pracuje ze słowami. Wspólnie z mężem Tomkiem prowadzi firmę wydawniczą Od słowa do słowa, choć zaczynała od pracy na etacie w jednym z krakowskich wydawnictw. Jak sama mówi, uwielbia proces wydawniczy i wszystko, co się z nim wiąże. Dlaczego porzuciła etat dla – wydawałoby się – mniej przewidywalnej pracy na swoim? I czy miało to jakikolwiek związek z jej wspaniałą trójcą: Marcelem, Kornelem i Polą? Posłuchajcie, jak Sylwia opowiada o swojej największej pasji, jaką jest opiekowanie się tekstami.
Subskrybuj: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | Inne
Gość: Sylwia Chojecka
Montaż: Kamil Dudziński
Transkrypcja: Dorota Siwek
Plan odcinka:
Jak dostać pracę w wydawnictwie?Czy korektor musi mieć studia edytorskie?Korekta książek dla dzieciSpecjalizacja w zawodzie korektoraEtat czy freelance?Praca zawodowa a bycie mamąPraca na etacie i na swoim – podobieństwa i różniceJak szukać zleceń?Korektor w mediach społecznościowychIle zarabia korektor?Polecane: serial, książka, podcast
Źródła przywoływane w odcinku:
Od słowa do słowa – firma korektorska Sylwii ChojeckiejFacebook Od słowa do słowaInstagram Od słowa do słowaPrzyTulanki. Opowiadania i wiersze dla dzieci (książka charytatywna) – o książce; do kupienia tutajpodcast PSC od kuchni, odc. 13: Zarabianie i wycenianie w biznesie onlinepolecany serial: Wataha, reż. Michał Gazda, Kasia Adamik, Jan P. Matuszyńskipolecane książki: Łukasz Mackiewicz, 497 błędów; Wojciech Kuczok, Czarna, wyd. Od Deski do Deski; Łukasz Orbitowski, Inna dusza, wyd. Od Deski do Deskipolecane podcasty: Z pasją o mocnych stronach (podcast Dominika Juszczyka); Zacznij od dzisiaj! (podcast Eweliny Mierzwińskiej)
Transkrypcja podcastu #004 Freelance czy etat? Gdzie jest praca dla korektora?
Ewa Popielarz: Cześć, Sylwio.
Sylwia Chojecka: Cześć, Ewo.
EP: Powiedz: lubisz, jak się do Ciebie zwraca w wołaczu?
SCH: Dobre pytanie. Pewnie powinnam odpowiedzieć, że tak.
EP: Z racji zawodu…
SCH: Dokładnie. Szczerze mówiąc, nie lubię. Wydaje mi się to zawsze takie oficjalne i za poważne. Jeśli można, to proszę normalnie.
EP: Cześć, Sylwia. Próbuję tak zaczynać wszystkie odcinki z gośćmi i na razie jeszcze mi się nie udało zacząć od wołacza, tak żeby gość go zaakceptował, więc musimy zaczynać jeszcze raz od mianownika. Może kiedyś się znajdzie ktoś, kto lubi wołacze. Musiałabym zrobić chyba wywiad z moim mężem, bo on jest jedyną osobą, która lubi wołacze, spośród mi znanych.
Jak dostać pracę w wydawnictwie?
Przechodzimy do części merytorycznej. Zaprosiłam Cię, bo chciałabym z Tobą porozmawiać o pracy korektora w dwóch wymiarach: na etacie i na tak zwanym freelansie, czyli na swoim, w ramach własnej działalności, bo ty oba te sposoby pracy masz za sobą, a nawet w trakcie. Zacznijmy od samego początku, to znaczy od czasu studiów. Ciekawostka – studia zaczęłyśmy i skończyliśmy w tym samym momencie i to nawet na tym samym piętrze, bo studiowałyśmy razem na tej samej krakowskiej uczelni. To były pięcioletnie studia na kierunku edytorstwo i komunikacja medialna. Skończyłaś je, miałaś w kieszeni potwierdzenie tego, że jesteś korektorem, no i co? I co dalej?
SCH: I uciekłam pracować do banku.
EP: Do banku… Jak większość osób z naszego rocznika. Może nie do banku, ale niekoniecznie do korekty i redakcji. Dużo w tym banku spędziłaś czasu?
SCH: Niecały rok z tego, co pamiętam, ale to była moja próba oszukania przeznaczenia. Już druga zresztą w życiu, bo pierwszy raz mi się to zdarzyło w momencie, w którym wybierałam liceum. Byłam zawsze bardzo „polonistyczna”, ale nigdy nie myślałam, żeby z tego zrobić sposób na życie. Język polski przychodził mi bardzo łatwo. Nie traktowałam go poważnie. A jeszcze muszę powiedzieć, że pochodzę z rodziny z tradycjami nauczycielskim i miałam w głowie, że nie chcę być nauczycielem. Język polski kojarzył mi się tylko z byciem nauczycielem, więc robiłam wszystko, żeby nie wylądować na polonistyce, naprawdę. W liceum poszłam na profil biologiczno-chemiczny (to też ciekawe). Przez całe trzy lata liceum planowałam zdawać na medycynę. Przed samą maturą się rozmyśliłam i nawet nie spróbowałam, chociaż maturę zdawałam z przedmiotów wybranych, bo my byliśmy pierwszym rocznikiem…
EP: Prawda, pierwszym rocznikiem [po reformie]. Ja z kolei jestem po mat-fizie. Takie z nas korektorki. (śmiech)
SCH: No właśnie! Ja pozdawałam co prawda te wszystkie biologie, chemie i fizyki. Nie wiem, czy powinnam się przyznawać, ale do polskiego niewiele się przygotowywałam i zdałam go super, bo mi to przychodziło łatwo. I gdzieś właśnie w momencie matur stwierdziłam, że to nie jest dobry pomysł – nie będę studiować medycyny. I postanowiłam zdawać na polonistykę.
EP: I znalazłaś nie nauczycielstwo, tylko edytorstwo.
SCH: Tak. Uznałam, że to jest fajne rozwiązanie, bo nie będę nauczycielką. Myślę sobie: edytorstwo, książki? Może to jest jakaś droga, jakiś pomysł. Udało mi się dostać na uczelnię krakowską. Pięć lat sobie przestudiowałam. Spotykałyśmy się na korytarzu i chyba nawet w jednej grupie czasami, bo pamiętam, że miałam jakieś zajęcia z Wami.
EP: Tak. Niektóre były łączone. Miałyśmy dwie grupy. U Was chyba był jakiś chłopak przez chwilę, u nas nie było ani jednego.
SCH: Tak, to się pamięta. (śmiech) Jak już powiedziałaś, pięć lat szybko minęło. Po magisterce stwierdziłam, że no nie wiem… Panowało przekonanie, że będzie trudno znaleźć pracę w tym zawodzie. Pomyślałam sobie wtedy, że okej, spróbujmy inaczej. To jest ten moment, kiedy jeszcze nie mam zobowiązań, nie związałam się z żadnym miejscem na stałe, no to spróbujemy znaleźć pracę gdzie indziej. Właśnie wtedy był ten bank. Potrwało to rok i nie była to praca dla mnie. System korporacyjny to nie była dobra droga dla osoby z moim charakterem. No w ogóle dziedzina – ja byłam humanistką. Dodatkowo duża odpowiedzialność w banku – to też mnie przerażało mocno. Wtedy właśnie zadzwonił telefon z wydawnictwa, w którym miałam praktyki w czasie studiów.
EP: U nas na studiach nie było obowiązkowych praktyk, czyli sama sobie to zorganizowałaś?
SCH: Coś trzeba było chyba na piątym roku zaliczyć, z tego, co sobie przypominam. Jakieś dwa tygodnie.
EP: Na edytorstwie chyba nie, ale może ja już mam luki w pamięci.
SCH: W każdym razie dobrze się złożyło, że na tych praktykach się znalazłam. Spędziłam dwa tygodnie w tym wydawnictwie.
EP: Zaczekaj, bo to jest ciekawa historia. Byłaś tam dwa tygodnie na praktykach, a oni po roku do Ciebie zadzwonili z pytaniem, czy chciałabyś z nimi pracować?
SCH: Tak. Miałam fart, to prawda, ale też chyba musiałam się dać poznać od dobrej strony, tak myślę.
EP: Musiałaś być po prostu bardzo dobra!
SCH: Ja mam problem z mówieniem o sobie…
EP: To ja będę mówić 🙂 Byłaś bardzo dobra i zadzwonili do Ciebie po roku i zaproponowali Ci etat, tak?
SCH: Zaczęło się od umowy na próbę, chyba na trzy miesiące, a później już był normalny etat. Pamiętam, że mówiłam do mojego wtedy jeszcze nie męża, jak wracałam z praktyk, że ja nie wiem, ale oni mnie chyba wyrzucą stamtąd, bo robiłam takie rewolucyjne rzeczy. Jeszcze wtedy nie miałem warsztatu edytorskiego, ale miałam zawsze coś takiego… to się chyba nazywa intuicja językowa. Uznałam, że na tym będę bazować. Na naturalnych zdolnościach. Pamiętam, że dostałam jakieś teksty, chyba już po redakcji, do korekty. One nie były za dobrze zrobione i prostu zaczęłam je zmieniać tak, że to się w ogóle nie nadawało na ten etap – w sensie: po składzie ja po prostu wykreślam całe zdania i pisałam je na nowo. Pomyślałam sobie, że ktoś się może na mnie mocno zezłościć za takie zmiany na tym etapie, ale to chyba właśnie spowodowało, że oni uznali, że jestem na tyle zdecydowana, że zadzwonią. No i zadzwonili. Tak się jakoś poskładało, że praca w banku się kończyła, no i z wielką radością wróciłam do zawodu.
EP: To jest rzeczywiście bardzo niespotykana sytuacja, bo zwykle jest tak, że początkujący korektorzy boją się wprowadzać poprawki, bo uczy się nas, żeby nie zmieniać dobrego na lepsze, a już szczególnie jeżeli mamy książkę po składzie w PDF-ie – mamy zakodowane w głowie, żeby poprawić kilka literówek i przecinki, a jak zdanie jest w miarę dobre, to go nie ruszamy. Może rzeczywiście to zaważyło na tym, że stwierdzili, że taka osoba jest im potrzebna.
Czy korektor musi mieć studia edytorskie?
EP: Powiedz, jak byś to oceniła – nie wiem, czy dostałaś taką informację zwrotną z wydawnictwa, czy możesz to jakoś ocenić samodzielnie – jakie znaczenie miał dyplom z edytorstwa w całym tym procesie rekrutacji?
SCH: Wtedy wydaje mi się, że miał. Z tego względu, że gdyby nie edytorstwo, to ja bym się tam w ogóle nie znalazła.
EP: No tak, bo praktyki.
SCH: Tak. Akurat ten wydawca zwracał na to uwagę i zwykle praktykanci, którzy przychodzili, byli właśnie z edytorstwa. Później też, po latach, jeżeli kogoś szukał do redakcji, to zawsze miało znaczenie. Wiem, że nie wszędzie dyplom ma znaczenie. Akurat w moim przypadku miał. Uprzedzając fakty, bo być może będziesz też o to pytać – teraz już, jak pracuję sama dla siebie, zdarzyło mi się, że byłam pytana o to, czy skończyłam polonistykę lub edytorstwo. Zdarzyły mi się takie pytania.
EP: Ja już, powiem szczerze, nie przypominam sobie, kiedy byłam ostatnio o to pytana. Bardziej jestem pytana o to, czy znam tematykę tekstu, który będę poprawiać, na przykład kulinaria – czy się znam na kulinariach. Bardziej w tym kierunku to idzie. Myślę, że to też wynika z tego, że czasy się zmieniły. Rzeczywiście jak myśmy kończyły studia – żeby nie wypominać wieku, to było już parę lat temu – to nie było jeszcze tak rozwiniętych mediów społecznościowych. Nie wydawało się e-booków. Blogi aż tak nie funkcjonowały. To były takie pamiętniki internetowe, a nie blogi profesjonalne. Korektorzy, jak mieli dostać pracę, to była to praca w wydawnictwie, a wydawnictwa były profesjonalne i podchodziły do sprawy profesjonalnie, więc brały wykształconych edytorów do pracy.
Korekta książek dla dzieci
EP: Powiedz, jakie były Twoje obowiązki na etacie w wydawnictwie? Pracowałaś na jakich stanowiskach? Redaktor prowadząca, redaktor naczelna? Możesz powiedzieć, czym to się różni? Czy rzeczywiście poprawiłaś teksty? Bo wiem, że czasem redaktor prowadzący w wydawnictwie w ogóle nie ma kontaktu z żywym tekstem, z poprawianiem tekstu. Jak to było u Ciebie?
SCH: Nie wiem, czy powiedziałyśmy, że akurat ja pracowałam w wydawnictwie dziecięcym, które wydawało książki dla dzieci. To są takie książki, które mają z reguły dość krótkie teksty. Akurat tam, gdzie pracowałam, redaktor prowadzący zawsze wykonywał redakcję swojego tekstu, którym się opiekował, więc ja cały czas z redakcją miałam do czynienia. Jeśli chodzi o korekty, to pracowaliśmy w takim systemie, że się wymienialiśmy, czyli na przykład ja prowadziłam jakiś projekt, robiłam redakcję, ale na przykład wykonywałam korektę projektu innej koleżanki redaktorki. I w ten sposób to funkcjonowało. Nie wiem, jak jest teraz, ale wydawnictwa dziecięce raczej niewiele tekstów zlecają na zewnątrz, z tego względu, że są to po prostu krótkie tekściki i więcej jest zachodu z całą logistyką; szybciej można to poprawić na miejscu.
My tam pracowaliśmy na tekstach, a redaktor prowadzący miał jeszcze takie zadania do wykonania, jak poprowadzenie całego procesu wydawniczego, czyli dobranie ilustratora, a jeszcze wcześniej w ogóle często bywało tak, że trzeba było przedstawić swój pomysł na dany tekst. Mieliśmy propozycję wydawniczą i siadaliśmy, rozmawialiśmy, jak można to wydać, dla kogo to będzie książka, w dzieci jakim wieku, jaki ilustrator byłby dobry. Jak już ktoś ten projekt dostał, to go prowadził dalej, czyli wykonywał redakcję, współpracował z grafikiem, koordynował proces projektowania okładki, współpracował z działem marketingu, bo trzeba było wymyślić sposób promocji danej książki. Później, jak już wspomniałam, wymienialiśmy się, jeśli chodzi o korekty, bo raczej staraliśmy się tak robić, żeby zawsze kilka osób spojrzało na tekst, a nie tylko jedna. Mnie to zostało do dzisiaj i bardzo lubię pracować z kimś – w sensie: wymieniać się.
EP: Taka weryfikacja przez drugą osobę.
SCH: Tak. Lubię to. Uważam, że jeśli się da, to tak powinno być. Nie wiem, czy się ze mną zgodzisz, ale sądzę, że to jest dobre dla książki, jeśli dwie osoby niezależnie spojrzą na tekst.
EP: Ja zawsze też miałam takie zdanie, nawet nie zastanawiając się nad tym. Uznałam, że tak powinno być i tak jest dobrze, ale ostatnio widzę plusy i minusy obu rozwiązań. To znaczy tego, że dwie osoby pracują nad tekstem, i tego, że jedna osoba nad nim pracuje. Jeżeli pracuje nad tekstem jedna osoba, to odpada całe tłumaczenie (szczególnie jeżeli tekst wymaga różnych ustaleń, ujednoliceń, jakichś specyficznych rozwiązań). Nie trzeba tego tłumaczyć i nie ma dwa razy pytania o to samo. Redaktor może sprawdzić siebie samego, a jeżeli jest dużo poprawek w pierwszej części, no to redaktor czyta zupełnie nowy tekst za drugim razem. I tutaj bym się skłaniała do tego, że wtedy współpraca z drugą osobą może wydłużyć ten proces i powielić te same problemy, które już zostały omówione w redakcji. To też oczywiście da się obejść, bo można zrobić wytyczne dla korektora i też bez problemu coś takiego jest do przeprowadzenia. Ale rzeczywiście spojrzenie drugiej osoby zawsze jest cenne, bo po pierwsze przywiązujemy się do jakichś fraz, a po drugie każdy zna język w innym stopniu i może się okazać, że błąd, którego ja nie jestem świadoma, wyłapie korektor, który akurat z tą frazą już się spotkał i wie, że tak mówić czy pisać się nie powinno – albo po prostu inaczej czuje tekst i zmieni go na lepsze.
Książki dla dzieci to jest w ogóle ciekawy temat do korekty i do redakcji, bo wielu osobom się wydaje, że to bardzo prosta praca. Tam przecież nie ma zdań wielokrotnie złożonych, tam nie ma przypisów, nie trzeba się bawić w jakieś bibliografie; to łatwy tekst, bo zazwyczaj te książki są napisane prostym językiem dla dzieci. Powiedz mi, jak Ty to widzisz. Czy rzeczywiście potwierdziłabyś, że redakcja, korekta książek dla dzieci to jest łatwa praca? Ja od razu, uprzedzając fakty, powiedziałabym, że wręcz przeciwnie.
SCH: (śmiech) No i kolejny raz się chyba zgodzimy. Ja jestem zdania, że teksty dla dzieci to są jedne z najtrudniejszych tekstów do redagowania – właśnie dlatego, że są albo powinny być tak proste. Pierwsza sprawa to jest dostosowanie języka do wieku dziecka. Zawsze to było ważne w tych projektach, które miałam okazję realizować. Czasami autorzy używali na przykład skomplikowanego słownictwa, które było niezrozumiałe dla dziecka w tym wieku, dla którego była przeznaczona książka. Być może autor tego sam nie widział, ale tutaj właśnie rolą redaktora było mu te miejsca wskazać. Może wyjaśnimy to w inny sposób. Nie mówię tutaj o książkach, które miały na celu wyjaśnianie trudnych słów, bo są też takie, ale chodzi o to, żeby dostosować całą książkę do wieku dziecka (objętość, ilość tekstu na stronie, długość akapitów). To są bardzo istotne rzeczy.
Muszę powiedzieć, że ja trochę inaczej do tego podchodziłam, zanim zostałam mamą. Kiedy już sama miałam dziecko, zaczęłam sobie wyobrażać, jak pracowałam z tekstami, jakby to było, gdybym zaczęła to czytać synowi. Czy on by to zrozumiał? Mój syn miał kilka lat, więc byłam na czasie. Miałam łatwość takiego myślenia, czytaliśmy różne rzeczy i wiedziałam na przykład, pracując nad tekstem, który był przeznaczony dla czterolatków, że nie ma szans, żeby dziecko zrozumiało tak rozwlekły akapit albo jakieś skomplikowane sformułowania. Tu było mi łatwiej. Nie twierdzę, że trzeba być rodzicem, żeby redagować książki dla dzieci. Ale mnie to pomagało.
EP: To jest dość kontrowersyjny temat i brzmi dyskryminująco, ale prawda jest taka, że jeżeli jest nam łatwiej w tej pracy, jeśli spędzamy czas z dziećmi. Nie musimy być rodzicem: możemy pracować z dziećmi w przedszkolu, możemy być ciociami, wujkami i dużo czasu spędzać z dziećmi. Jeżeli widzimy, jak dziecko odbiera tekst, to po prostu jest nam łatwiej, bo my czytaliśmy zupełnie inne książki jako dzieci. W naszym dzieciństwie nie było takich książek, jakie się teraz wydaje, więc ciężko nam sobie wyobrazić, co dziecko jest w stanie przyswoić, a co będzie już dla niego za trudne. Rzeczywiście kontakt z dzieckiem bardzo pomaga w tym obszarze zawodu korektora.
SCH: To jest jedna sprawa. Inna rzecz jest taka, że trzeba ostrożnie proponować poprawki. Dla mnie dużym wyzwaniem zawsze w tekstach dla dzieci było radzenie sobie z powtórzeniami. Było kilka zdań, w których powtarzało się: było, było, było. Albo „mama”, „mama powiedziała”. Rozumiesz, o co mi chodzi? Nie za dobrze jest, kiedy powtarzają się te same słowa.
EP: W książce dla dorosłych bezwzględnie to zmienimy, przeredagujemy.
SCH: Tak. Dążymy do tego, żeby tekst dla dzieci był równie bogaty, ale też nie możemy sobie pozwolić na nie wiadomo jakie modyfikacje, prawda? Dla mnie to było wyzwanie.
Specjalizacja w zawodzie korektora
EP: Jednym słowem korekta książek dla dzieci to wcale nie jest tak prosta sprawa. Zaraz wrócimy do tematu „etat i praca na własny rachunek”, bo powoli będziemy przechodzić do Twojej rezygnacji z etatu, ale jak jesteśmy przy różnych tematach książek „korektorowanych” i redagowanych (że tak użyję słowa, które nie istnieje), to pociągniemy go dalej. Chodzi mi o jedną konkretną rzecz. Wielu korektorów mówi, że lubi się wyspecjalizować w danej dziedzinie i tej dziedziny się trzyma. Ty byłaś przez chwilę specjalistką od książek dla dzieci, ale teraz, już na swoim, redagujesz wiele różnych nie tylko książek, ale też e-booków i innych tekstów z różnych dziedzin. Czy to jest Twoje świadome działanie? Czy lubisz robić teksty różnego typu? Czy jednak wolałabyś i będziesz szła w kierunku specjalizacji w jakiejś dziedzinie?
SCH: Powiem tak: ta różnorodność jest kontrolowana przeze mnie. Są teksty, których na pewno nigdy nie podjęłabym się poprawiać.
EP: A zdradzisz jakie?
SCH: Teksty medyczne. Być może gdybym opanowała jakoś te wszystkie wytyczne, to być się podjęła, ale nawet nie chcę próbować, bo uważam, że są specjaliści, którzy sobie z tym radzą. Podobnie jest z tekstami prawniczymi. Tutaj mówię o stricte prawniczych rzeczach, jak umowy.
EP: Czyli nie artykuły pisane przez prawników na jakiś temat, tylko typowe dokumenty, umowy.
SCH: Tak. Myślę o takich rzeczach. Zdarza mi się redagować e-booki napisane przez prawników, ale te e-booki są pisane dla…
EP: Normalnych ludzi.
SCH: Właśnie 🙂 Autorom zależy na tym, żeby to było napisane przystępnym językiem. Żeby zrozumiał to przeciętny „Kowalski”. Mimo iż to są treści prawnicze czy z innej specjalistycznej dziedziny, to moją rolą jest, żeby ten język specjalistyczny nie odstraszał.
EP: Wtedy nieznajomość prawa jest wręcz plusem, bo jeżeli czegoś nie rozumiesz, to znaczy, że trzeba to napisać prościej.
SCH: Tak, i często pytam w komentarzu: „Czy dobrze rozumiem, że coś tam?”. Tu wychodzą różne fajne rzeczy przy okazji. Natomiast co do różnorodności tekstów to fakt, że ja mam w portfolio różne rzeczy, jest wynikiem drogi, którą przeszłam. Teksty dziecięce to był czas wydawnictwa. Ja się od tego absolutnie teraz nie odżegnuję i chętnie poprawiam, jeśli mam okazję. Nie wiem czemu się nie wyspecjalizowałam w tym. Może nie byłam gotowa na to, bo też nisza jest trochę ryzykiem. Idziemy w jedną dziedzinę. Albo się uda, albo niekoniecznie.
Muszę tutaj zrobić dygresję i wrócić do wyzwań związanych z tekstami dla dzieci. Już nie pracując w wydawnictwie, realizowałam projekt charytatywny. Może o nim słyszałaś?
EP: Tak. Mam tę książkę. Wiem, o którą Ci chodzi.
SCH: Chciałam powiedzieć o PrzyTulankach, bo to jest książka, która zajmuje bardzo ważne miejsce w moim sercu. Ma duże znaczenie z wielu powodów. Raz, że to jest książka, która została wydana dla dziewczynki chorej na padaczkę lekooporną. To zbiór bajek, wierszy napisanych przez różnych znanych autorów i zilustrowany przez ilustratorów.
EP: Ona jest jeszcze do kupienia, tak? Wszystko podlinkujemy.
SCH: Można ją dostać i ona wciąż zasila konto Antosi, dla której została stworzona. Dla mnie to było takie pierwsze bardzo duże wyzwanie z tego względu, że ja byłam wtedy jeszcze na macierzyńskim i musiałam skoordynować spory projekt z maluchem na pokładzie. To mi też wtedy dało takiego „kopa” i pozwoliło uwierzyć w to, że po pierwsze praca z małym dzieckiem jest możliwa. Robienie jakichś swoich projektów poza wydawnictwem jest możliwe.
EP: Daje satysfakcję.
SCH: Ogromną! Zwłaszcza że myśmy dzięki tej książce zebrali naprawdę sporo pieniędzy. No, tęskniłam za tym. Za organizowaniem procesu wydawniczego. Proces wydawniczy to jest rzecz, którą uwielbiam. Nie czuję się tylko korektorem czy redaktorem, brakuje mi tego kontaktu z ludźmi, tego prowadzenia projektów, organizowania, dopinania szczegółów, pracy z grafikiem, ze składaczem, wymyślania koncepcji na książkę. Tutaj te wszystkie etapy się połączyły i to wszystko ze sobą zagrało. Książka wyszła – uważam – pięknie. Bardzo wiele osób się w to zaangażowało. Chciałabym to mocno podkreślić, że to był projekt wielu osób. I to się tak wtedy zaczęło.
EP: Wtedy jeszcze pracowałaś na etacie czy to już był macierzyński?
SCH: To był macierzyński. To był pomysł na to, żeby się rozwijać. Wiele mam chyba tak ma, że zaczyna myśleć wtedy o swojej działalności.
EP: Jest to jakiś kluczowy moment, wyjątkowy – to prawda. Jak byłaś etacie, nie brałaś dodatkowych zleceń? Etat zajmował Ci osiem godzin dziennie i potem już nie było dodatkowych zleceń redakcyjnych?
SCH: Nie, zupełnie nie. Ja się wtedy koncentrowałam tylko na pracy w wydawnictwie. W ogóle bardzo dużo się wtedy uczyłam zawodu. Nie przyszło mi do głowy, żeby szukać dodatkowych zleceń, bo gdzieś tam cały czas mimo studiów edytorskich, które miałam skończone, absolutnie nie czułam się wyspecjalizowana.
EP: Nie chcemy mówić źle o naszej uczelni, ale wszystkiego uczymy się w praktyce, po szkole. (śmiech)
SCH: Tak. Jak chyba w większości zawodów.
EP: Chociaż teraz rozmawiam z osobami, które są na studiach edytorskich w innych częściach kraju, bo coraz więcej tych studiów się pojawia, i jest coraz więcej pozytywnych głosów i opinii na ich temat. Może coś się zmienia i zaczyna się pracować na nowszych podręcznikach niż na przykład z lat 70. ubiegłego wieku. Jak my pracowałyśmy.
SCH: Chyba nawet wiem, o które Ci chodzi. (śmiech)
EP: Wszystko idzie ku dobremu. Mam jeszcze te podręczniki u mnie na półce i czasem sięgam z sentymentem i sprawdzam, ile się zmieniło przez te pół wieku.
Etat czy freelance?
EP: No i właśnie – byłaś na macierzyńskim i wtedy zapadła decyzja o tym, że da się robić swoje projekty, że daje to dużą satysfakcję, i pomału, pomału świtała myśl o przechodzeniu na swoje, tak?
SCH: Tak, ale to był bardzo powolny proces. Ja jestem dosyć rozważną osobą, zwłaszcza jeśli chodzi o takie decyzje jak praca i inne życiowe rzeczy. Muszę wszystko przemyśleć milion razy i tutaj też działałam bardzo ostrożnie, z obawą, czy to jest w ogóle możliwe. Czułam, że muszę się jeszcze więcej dowiedzieć, jeszcze więcej się nauczyć, jeszcze bardziej się sprawdzić. To mi towarzyszy do dzisiaj. Nie wiem, co Ty na ten temat sądzisz, ale często słyszę takie głosy od redaktorów, że każdy ma świadomość tego, że to jest taki zawód, w którym nigdy nie da się powiedzieć, że wiesz coś w 100%.
EP: Zdecydowanie. Ja mówię, że to jest nauka na całe życie. Za każdym razem, przy każdej książce, tekście dowiaduję się czegoś, o czym nie miałam zielonego pojęcia. I zastanawiam się, jak to się stało, że ja tyle lat już pracuję i o tym nie wiedziałam, ale niestety tak jest. Stety-niestety. Ja bym powiedziała, że to plus tego zawodu. Nie ma siły, żeby to się znudziło kiedykolwiek w życiu, bo nigdy się tego nie nauczymy w 100%.
SCH: Tak, to prawda.
EP: Miałam taki moment w życiu – to było na studiach – mój obecny mąż studiował kierunki techniczne i on miał tak, że musiał się nauczyć odtąd dotąd i to znaczyło, że umie wszystko. Idzie na egzamin i jest pewny tego, że go zda. A u nas na studiach humanistycznych nie było takiej możliwości, żeby się nauczyć wszystkiego. Tak jest cały czas – także z pracą korektora.
Czy był taki moment, że ciągnęłaś te dwie drogi, szłaś nimi równolegle, czy ucięłaś etat i zaczęłaś pracę na swój rachunek? I drugie pytanie, związane z obawami i rozważnością: kiedy nastąpił moment, że wiedziałaś, że to już? Że wiedziałaś, że się uda?
SCH: To jest dobre pytanie, bo ono mi towarzyszy często. To nie jest tak, że ja dzisiaj jestem przekonana, że wow, jest super – chociaż jest dobrze. Uważam, że to się udało i że można już powiedzieć, że ta firma faktycznie działa.
EP: Bo teraz działasz jako firma pod nazwą…
SCH: Od słowa do słowa. Świadomie tutaj akcentuję nazwę firmy, dlatego że docelowo to nie jest tylko firma zajmująca się redakcją i korektą, bo tak jak Ci wcześniej wspomniałam, we mnie ten proces wydawniczy cały czas siedzi i już wiele projektów zrealizowałam szerszych niż tylko redakcyjne. Robimy też w firmie skład książek, zdarza się, że robimy w ogóle całe książki, razem z projektem okładek. Współpracujemy z grafikami. To jest coś, co ja bardzo lubię, i chciałabym, żeby Od słowa do słowa była taką firmą, która będzie robić książki – po prostu.
EP: Nie jako wydawnictwo, ale jako podmiot, który organizuje proces wydawniczy. To jest bardzo ciekawa odnoga zawodu korektora, redaktora. Mam wrażenie, że nie było i nie ma wiele takich firm na rynku. Dopiero zaczynają powstawać. Myślę, że wynika to też z tego, że wiele osób wydaje książki, e-booki samodzielnie i potrzebują kogoś takiego. Nie wydawnictwa, tylko firmy, która zajmie się wydaniem kompleksowo, od początku do końca.
SCH: Właśnie o tym chciałam powiedzieć. Moja działalność to jest odpowiedź na oczekiwania klientów, bo ja naprawdę mam mnóstwo pytań codziennie w mailach o takie wsparcie. Jeżeli ktoś się decyduje wydać e-book, to często nie bardzo wie, jak to wygląda, jak to przebiega. Co to jest redakcja? A co korekta? Co pierwsze, co drugie i czy w ogóle potrzebne to komu? Kto będzie składał? Jak to złożyć? Jakie poprawki? Kto się wymienia z kim mailami? To jest naprawdę skomplikowane dla kogoś, kto wcześniej się tym nie zajmował. Jak odpisałam na pierwszy, dziesiąty i dwudziesty mail, to sobie uświadomiłam, że faktycznie potrzeba takiego informowania ludzi o tym, czym jest proces wydawniczy, i o tym, że są firmy, które mogą pomóc w przeprowadzeniu takiego procesu wydawniczego. I tak to się jakoś zaczęło kręcić. Zaangażowałam mojego męża…
EP: Właśnie! Miałam o tym wspominać. Ty go przeszkoliłaś, czy sam sobie wymyślił, że będzie składał tekst? Miał jakiś kontakt z tym wcześniej?
SCH: Jego zawsze ciągnęło w kierunku komputerowych prac, natomiast na pewno było nam łatwiej z tego względu, że on nie musiał się sam mierzyć z tymi wszystkimi zasadami edytorskimi, bo ja mu wszystko starałam się wytłumaczyć. Ale absolutnie nie nauczyłam go InDesigna, bo to jest niemożliwe. Na razie to wygląda w ten sposób, że na przykład współpracujemy z wydawnictwami beletrystycznymi i składamy książki beletrystyczne. To jest bardzo fajne z tego względu, że cała ta komunikacja jest prostsza. Nie ma wymiany maili między redaktorem a składaczem. Nie ma jakichś nieporozumień. Ja robię korektę książki, on ją wprowadza, a jak ma jakieś pytania, to mi je po prostu zadaje i nie musimy się wymieniać mailami.
EP: Między pokojami, a nie pomiędzy miastami.
SCH: To jest to. Lubimy tę pracę. On też ją bardzo lubi. Tak to się u nas teraz kręci.
EP: Przez to, co teraz mówimy, nie wiem w którą stronę iść z naszą rozmową. Klarują mi się dwa tematy. Mówisz, że zaczynałaś na macierzyńskim, więc z małym dzieckiem u boku, czyli pierwszy temat naturalnie brzmiałby: jak to się robi, żeby pracować z małymi dziećmi w domu? A drugi temat: czym się różni praca w wydawnictwie, na etacie od pracy na freelansie? Bo wygląda mi na to, że na razie jedyne, czego nie robisz, to marketing. Powiedz mi, który z tych wątków chcesz teraz pociągnąć, bo ja nie jestem w stanie się zdecydować.
SCH: Możemy zacząć od pracy na macierzyńskim, w kontekście bycia mamą i posiadania dzieci.
Praca zawodowa a bycie mamą
EP: Zawsze boję się takich pytań, bo nie wiem, co powiedzieć. Zawsze mówię: no, po prostu tak jest.
SCH: To się jakoś dzieje.
EP: I to jest dobra odpowiedź.
SCH: To też oczywiście ma mnóstwo plusów i mnóstwo minusów.
EP: Masz trójkę dzieci.
SCH: Tak. Mam trójkę dzieci.
EP: To już nie przelewki.
SCH: No nie. (śmiech) Jak miałam dwójkę, to wszyscy mówili, że nie będzie różnicy, jak będziemy mieć trzecie. Uważam, że jest duża. Zwłaszcza że między moim drugim a trzecim dzieckiem jest dwa lata różnicy. To jest trudna różnica. Rozmawiamy w specyficznych czasach, kiedy jest pandemia. Wielu z nas – bez znaczenia, czy dzieci chodziły do żłobka, czy do przedszkola – zostało z nimi w domach. Próbuję sobie przypomnieć, jak to było, zanim wybuchła pandemia.
EP: Ta praca zdalna, z domu, którą mamy teraz, to jest zupełnie co innego niż praca zdalna, która była pół roku temu. Nawet jeżeli mamy małe dziecko, które jest w domu, bo jeszcze nie jest w żłobku, to było w domu jedno, a nie wszystkie przez cały dzień.
SCH: Tak. To jest naprawdę trudne. Opowiem może o przeciętnym dniu, jak to wygląda u nas.
EP: Jak to sobie organizujecie?
SCH: Nie ma się co czarować, że pracuje się dwie godziny w ciągu dnia, ma się wolne weekendy, wieczory i jest wspaniale. To jest nieprawda. Decydując się na pracę z dziećmi, trzeba sobie jasno powiedzieć, że ten czas, który mielibyśmy wolny, na swój relaks, często się poświęca na pracę, jeśli się o tej pracy poważnie myśli. Nie chcę też, żeby to zabrzmiało jakoś negatywnie, ale wiedziałam, na co się decyduję. Mam za sobą pracę w wydawnictwie, kiedy miałam już dziecko, i pamiętam, że mnie strasznie stresowały takie sytuacje, bo mój najstarszy syn dużo chorował. Wiadomo, nie jest dobrze, kiedy musisz pójść na opiekę i zajmować się chorym dzieckiem, bo to jest jednak etat. Nie jest dobrze, kiedy takie sytuacje się powtarzają. To sobie bardzo cenię – że mogę teraz pracować w godzinach dla mnie odpowiednich. Jeśli się coś dzieje, dzieci są chore, nie mogą pójść do przedszkola, to zostają w domu, a ja sobie pracę przerzucam na inny czas. Wiąże się to z tym, że pracuję wieczorami albo wczesnym rankiem, w weekendy. Traktuję pracę bardzo poważnie i wiem, że taki stan nie będzie trwał zawsze. Kiedyś dzieci będą samodzielne. Wymieniamy się obowiązkami z mężem. Na co dzień nie korzystamy raczej z pomocy rodziny czy niani. Jakoś to funkcjonuje. Dajemy sobie radę w tym systemie. Ja sobie nie wyobrażam powrotu na etat, mając trójkę dzieci, bo nie wiem, jak miałabym to zorganizować. Jest dobrze tak, jak jest. Z tymi wszystkimi wyzwaniami dnia codziennego.
EP: Myślę, że kluczowe w tym wszystkim jest to, żeby chcieć pracować. Jeżeli nie ma się takiej wewnętrznej świadomości, że ja chcę, ja to lubię – wtedy jest trudniej. Mogę siedzieć w nocy, oczywiście mnie to męczy, ale i tak dużo łatwiej jest to sobie wszystko poukładać. Wtedy te zarwane weekendy i noce aż tak nie bolą. Trzeba chcieć. To musi być świadomy wybór.
SCH: Tak, bo jeśli to będzie dla ciebie coś trudnego, będziesz się męczyć, nie widzieć w tym celu, to to nie wypali. Wiadomo, bywają różne momenty, zwłaszcza kiedy coś się poprzesuwa. Ja sobie próbuję planować jakieś bufory czasowe, bo pytałaś o metody. Na pewno rozbijanie projektów na małe zadania. Staram się wykonać jak najwięcej drobnych rzeczy w ciągu dnia. Nie mogę sobie pozwolić na to, że mam do redakcji dużą powieść i sobie nie rozplanuję tej pracy na konkretne dni. Inaczej to nie działa. Wystarczy jeden dzień z niespodzianką typu chore dziecko i zaczyna się kumulacja pracy. Nieraz jest tak, że trzeba przysiąść, ale staram się organizować zapasy czasu, żeby mieć ewentualnie dzień, dwa na nieprzewidziane sytuacje. Oczywiście znam te wszystkie techniki zarządzania czasem, wiesz, Pomodoro i takie tam różne. (śmiech) Naturalne Pomodoro to jest moje najmłodsze dziecko, bo chce jeść. Pomodoro działa wspaniale.
EP: I nie ma siły – dźwięk jest coraz głośniejszy, przypominający.
SCH: Czasem sobie myślę o takim idealnym dniu, gdy miałabym sobie zaplanować pracę w blokach czasowych. To jest teraz takie popularne i wiem, że działa, bo można sobie szybciej zrobić różne rzeczy. Gdybym nie miała tego kontekstu, to podejrzewam, że wreszcie miałabym czas, żeby zrobić te wszystkie rzeczy, które mam w głowie, bo naprawdę mam mnóstwo pomysłów, ale brakuje mi czasu. Nie mogę robić tak, że zajmę się tylko pracą, a życie się będzie toczyć obok. Tak nie można. Jestem odpowiedzialną mamą. Staram się wykonywać rzeczy, które są niezbędne, a że tych zleceń jest sporo, to zajmują mi większość mojego czasu przeznaczonego na pracę. Dlatego ja nie mam czasu na przykład postawić swojego bloga, chociaż mam milion pomysłów i napisane artykuły. Kiedy mam wybrać, czy zrobię zlecenie dla klienta, czy swoje projekty, to wygrywają sprawy klienta.
EP: Napisać tekst to jest najprostsza sprawa, ale zanim on zostanie opublikowany na blogu, to… Kiedyś to policzyłam i wyszło mi, że cztery do pięciu godzin trzeba, żeby tekst został opublikowany na blogu. Przecież to jest prawie cały dzień pracy. A jeszcze wszyscy mówią, że wypadałoby publikować dwa teksty w tygodniu, żeby blog jakoś funkcjonował. W pewnym momencie zaczyna nam brakować doby.
Miałam Cię zapytać, jak wyznaczasz sobie koniec dnia pracy, ale nie zadam tego pytania…
SCH: Dziękuję. (śmiech)
Praca na etacie i na swoim – podobieństwa i różnice
EP: Przejdziemy teraz do porównania tych dwóch obszarów, tzn. praca na etacie i praca na własny rachunek, bo tak jak już wspomniałam, wydaje mi się, że przez to, jak rozwinęłaś swoją firmę, i przez to, co mówisz – że lubisz zarządzać całym procesem wydawniczym – to w zasadzie jedyną rzeczą, której tutaj brakuje w porównaniu do wydawnictwa, jest kontakt z marketingiem. Wy nie zajmujecie się dalej promocją książki, tak? Oddajecie ją do druku, publikacji w formie e-booka i na tym się Wasza rola kończy. Ewentualnie jakieś wzmianki w mediach społecznościowych, ale bardziej związane pewnie z Twoją pracą korektora-redaktora. Jak byś porównała te dwa etapy swojej pracy, tzn. etat i freelance?
SCH: Na każdym etapie mojego życia dana forma była dobra. Etat to było w tamtych czasach coś, o czym każdy marzył. Etat w wydawnictwie. Nie było to wcale proste: dostać w wydawnictwie umowę o pracę. Dzisiaj chyba też nie jest.
EP: Myślę, że do tej pory tak jest, że jak ktoś myśli o pracy korektora, to myśli o pracy nad książkami.
SCH: Dla mnie wtedy to było spełnienie marzeń – ta praca. Chciałam wtedy w jakiś sposób się ustabilizować. Jeszcze wtedy nie miałam rodziny. Różne decyzje przede mną stały. Praca w zawodzie, na etacie, w wydawnictwie, które wydaje świetne książki – książki dla dzieci. Akurat mój wydawca miał też swoją linię książek dla dorosłych, trochę mniej popularną, ale miałam okazję wiele się nauczyć. To było super. Ja w ogóle nie myślałam wtedy o własnej działalności. Wszystko zależy od kontekstu. Kontekst się zmienił. Pojawiła się rodzina, dzieciaki i dojrzałam do tego, że możemy spróbować inaczej. Dzisiaj dla mnie to jest najwygodniejsza forma pracy, czyli ten freelance, o którym mówisz, bo pozwala mi łączyć rolę mamy z pracą skuteczniej, niż gdybym pracowała na etacie. Może to się kiedyś zmieni. Nie mówię nie. To nie jest tak, że ja się zamknęłam na jedno.
EP: Czyli nie wykluczasz powrotu na etat?
SCH: Nigdy niczego nie wykluczam. Już mnie życie nauczyło, żeby nie zamykać się na żadne rozwiązania. To, co różni te dwie formy pracy, to na pewno fakt, że pracując na swoim, jeśli się nie jest wyspecjalizowanym w danej dziedzinie, to ma się do czynienia z różnymi tekstami. Jest większa różnorodność. To może być plus i minus. Ja to akurat lubię, aczkolwiek – tak jak powiedziałam – w tym kręgu, który sobie wyznaczyłam.
EP: Pamiętamy. Żadnej medycyny i prawa.
SCH: Żadnej medycyny, na którą kiedyś miałam pójść.
EP: No właśnie! Patrz, jak Ci ta biologia usiadła.
SCH: Pozdrawiam moją mamę, jeśli tego będzie słuchać, bo ona zawsze chciała, żebym skończyła medycynę.
EP: Może jeszcze kiedyś wrócisz do tych książek. Będzie to taka namiastka. Wyspecjalizujesz się w książkach medycznych.
SCH: To może będzie jakiś kompromis. W każdym razie, jeśli miałabym powiedzieć, czym się dla mnie różnią te dwie formy, to chyba taką swobodą mimo wszystko.
EP: Po stronie freelance’u?
SCH: Tak. Pracując w wydawnictwie, na etacie, musisz się poruszać w jakichś ramach. Jesteś po prostu częścią czyjejś firmy. Bez znaczenia jest to, jakie tam pełnisz role. Ja akurat, kiedy miałam jeszcze etap bycia redaktorem naczelnym, bo to też chwilę trwało, to robiłam więcej rzeczy: koordynowałam pracę zespołu, więc tutaj miałam okazję się rozwinąć w menedżerskich obszarach. To też udaje mi się chyba przenosić teraz do swojej firmy. No i mam większą moc decyzyjną mimo wszystko. I to jest ryzyko, ale z drugiej strony adrenalina. Kreujesz coś swojego, robisz to na własnych zasadach. Lubię o tym mówić. Widzę, że to mi sprawia dużą radość. Póki tak jest, to myślę, że jestem na dobrej drodze.
EP: Z mojej strony to też był świadomy wybór, bo ja tuż po studiach zaczęłam powiększać rodzinę i miałam te same argumenty, które Ty teraz podajesz – jak będę musiała prosić kilka razy w miesiącu o urlop zdrowotny na dzieci, to w pewnym momencie to będzie kłopotliwe i dla pracodawcy, i dla mnie, więc tego nie chcę. Wolę zostać w domu i nawet kosztem pracy po nocach być z dziećmi, ale ciekawa jestem, czy potwierdzisz taką moją intuicję. Wydaje mi się, że przy pracy na etacie mamy poczucie, że wszystko, co robimy, robimy dla kogoś. Teraz nawet jeżeli robimy książki – nawet nie swoje, bo to są książki wydawane przez albo wydawnictwa, albo self-publisherów, autorów indywidualnych, więc przecież nie nasze – ma się takie poczucie, że one są trochę takie „moje”. Ja zawsze mówię, że tutaj jest półka z „moimi” książkami, a tutaj jest półka z tak zwanym świeckimi, czyli niezwiązanymi z moją pracą. Ma się takie poczucie, że nie oddaje się tej całej otoczki, tej całej swojej pracy żadnej firmie, tylko zostaje to z nami. I może to sprawia większą satysfakcję.
SCH: Tak, to na pewno. Trzeba uczciwie powiedzieć, że etat jest bezpiecznym rozwiązaniem. Nie musisz się martwić o to, ile zarobisz, czy Cię będzie stać na ZUS i na różne inne opłaty. Jak kogoś bardzo męczy taki strach o każdy kolejny miesiąc, to może nie być rozwiązanie dla niego.
EP: Trzeba powiedzieć o urlopach, o świętach. Wspominałaś, że pracujesz w weekendy. Urlop na własnej działalności… nie ma czegoś takiego jak płatny urlop na freelansie.
SCH: Nie ma i trzeba sobie to bardzo mocno poukładać, żeby wygospodarować na przykład tydzień czy dwa. Ja się tego ciągle uczę. Muszę przyznać szczerze, że jestem teraz w takiej sytuacji rodzinnej, że wiadomo, dzieciaki są małe i praca wygląda, jak wygląda. Docelowo nie chciałabym, żeby tak było zawsze. Chciałabym sobie umieć ten czas wolny wygospodarować. Gdyby ktoś mi kazał policzyć, ile spędzam czasu sama na pracy teraz, a ile to było na etacie, to myślę, że ja teraz poświęcam więcej czasu na pracę mimo wszystko – dlatego że dochodzi dodatkowo mnóstwo rzeczy, o które na etacie troszczyć się nie trzeba. Załóżmy: ostatni dzień miesiąca – wystawianie faktur, podliczanie zleceń. Bardzo dużo czasu mi to zajmuje. Do tego zdobywanie zleceń.
EP: Otóż to! Dobrze, że o tym mówisz. Przejdźmy do kolejnego tematu: reklama.
Jak szukać zleceń?
EP: Praca na etacie, tak jak mówiłaś, daje komfort stałej wypłaty, ale żeby na freelansie mieć zabezpieczenie comiesięczne, trzeba skądś te zlecenia brać. Powiedz, ile mniej więcej czasu dziennie czy tygodniowo, czy miesięcznie zajmuje Ci szukanie, zdobywanie zleceń i w jaki sposób to robisz.
SCH: Przyznam Ci szczerze, że tego nie liczyłam, ale to się odbywa falami. Zresztą prawda jest taka, że teraz, na tym etapie, na jakim jestem, mam bardzo dużo zleceń z poleceń. To też efekt tego, że już ileś czasu pracuję i klienci po prostu mnie polecają. To jest taki fajny moment.
EP: To jest bardzo duży plus w pracy korektora – taki efekt kuli śniegowej. Jak już jedna osoba będzie zadowolona, to ona pewnie ma jakichś znajomych, którzy też piszą, powiedzą dalej, dalej, dalej – i jakoś potem leci.
SCH: Tak, to prawda. Głównym źródłem szukania zleceń są grupy na Facebooku. Wiele rzeczy tam można znaleźć. Często tam się ogłaszają osoby szukające redaktorów. Mnie się udało kilka fajnych długich współprac znaleźć w ten sposób, ale też niektóre współprace zorganizowałam sobie tak, że sama wyszłam z propozycją. Przygotowałam ofertę, znalazłam wydawnictwo, napisałam sama. To zajmuje czas, bo musisz pokazać swoje portfolio, napisać maila w taki sposób, żeby ktoś nie miał wątpliwości, czym się zajmujesz, co potrafisz, co już zrobiłaś. Jeżeli robię takie oferty, to dokładam wszelkich starań, żeby one były naprawdę skrojone na miarę danego wydawcy. Udało mi się to. To są takie współprace, z których jestem bardzo dumna, bardzo je lubię.
EP: Takie maile wysyłasz do głównie do wydawnictw? Czy może do większych firm, czy też do blogerów, czasopism, portali?
SCH: To zależy, bo niektórzy blogerzy są wydawcami, ale mnie też zależy na współpracy po pierwsze długofalowej, a po drugie zakładającej nie tylko wykonywanie redakcji i korekt, ale też chciałabym robić całe książki. Nie każdy potrzebuje osoby, która robi całe książki. Może potrzebować tylko korektora, który będzie mu sprawdzał wpisy blogowe. Takie współprace też mam, co prawda rzadziej się one zdarzają, ale też się zdarzają.
Korektor w mediach społecznościowych
EP: Chciałabym zapytać o media społecznościowe. Mówisz, że zdobywasz zlecenia przez wysłanie maili – to jest jeden nurt. Drugi to śledzenie grup na Facebooku. Cały czas nie musisz mieć żadnych swoich kanałów w związku z tymi dwoma sposobami. Ale masz konto na Facebooku i masz konto na Instagramie. Czy jesteś w stanie ocenić, ile osób przychodzi do Ciebie za pośrednictwem tych kanałów? Czy one tam po prostu są, żeby móc Cię oznaczyć, żeby móc kogoś odesłać do Twojej strony internetowej czy do konta na Facebooku albo na Instagramie? Czy one pracują na Ciebie i na Twoje zlecenia?
SCH: Powiem Ci, że media społecznościowe mnie miło rozczarowały. Założyłam te konta, bo wydawało mi się nieprofesjonalne nie być nigdzie. Nie miałam na początku żadnej strategii prowadzenia tych kont. Szczerze mówiąc, konto na Instagramie założyłam po to, żeby mieć gdzie pokazać portfolio, bo akurat relacje wyróżnione mi się fajnie sprawdziły w tym przypadku i jako że ja nie umiałam do końca sama obsługiwać na aż tak zaawansowanym poziomie swojej strony internetowej, którą też założyłam rok temu, to po prostu założyłam sobie Instagram i staram się na bieżąco uzupełniać portfolio. To taką miało funkcję na początku. Zupełnie nie miałam świadomości, jak olbrzymia siła tkwi i w jednym, i drugim kanale. Mam naprawdę multum pomysłów na to, jak je poprowadzić, ale oczywiście nie mam na to czasu.
EP: Ale powiedz: czy już teraz widzisz, że ludzie się zgłaszają do Ciebie, bo mówią, że na przykład znaleźli Cię na Facebooku czy zobaczyli Cię na Instagramie?
SCH: Tak. Bardzo dużo miałam zleceń szczególnie z Instagrama. Na Facebooku też się zdarza, bo z kolei Facebook to są grupy i tam ktoś czasem cię poleci. Albo na przykład w grupach jest taka możliwość, że można się czasami pokazać i zaproponować swoją ofertę – Facebook jest idealny do tego. Instagram jest dobrym narzędziem do budowania relacji. Lubię obserwować e-booki, które robię. Jak one powstają, jak autorzy je promują, jak je poprawiają, jak je piszą, jak sprzedają. Te więzi zostają na dłużej. Patrzę na to, co się dalej dzieje z tymi rzeczami. Często jest tak, że te osoby do mnie wracają. Instagram ma łatwość oznaczania. W ten sposób też sporo klientów się do mnie odezwało, a ja się tego zupełnie nie spodziewałam. Nie miałam takiej świadomości. Dopiero niedawno zaczęłam bardziej strategicznie podchodzić do tego kanału i widzę jego potencjał coraz bardziej. Bardzo lubię to medium.
EP: Muszę Ci przerwać i podać liczby, bo to, co mówisz, brzmi bajkowo wręcz. Jesteś sobie na Instagramie, jesteś na Facebooku, ktoś tam Cię oznaczy, inni się do Ciebie zgłaszają. Mogłoby się wydawać, że masz bardzo duże zasięgi na Facebooku, a na Instagramie mnóstwo osób Cię obserwuje. I zobacz, to jest cała magia mediów społecznościowych. Czasem wystarczy po prostu na nich być i robić dobrze swoją robotę. Na swój własny użytek zawodowy można wtedy spokojnie zdobyć jakieś zlecenia. Podam teraz przybliżone liczby. Na Facebooku masz aktualnie niecałe 170 polubień, na Instagramie ponad 400. To oczywiście rośnie, bo jak tydzień temu sprawdzałam te liczby, to były mniejsze i musiałam sobie dane uaktualnić, ale powiedzmy sobie szczerze – to nie są zasięgi na dziesiątki tysięcy, tylko kilkaset osób. Ale już to wystarcza.
SCH: Tak, to wystarcza. Dla mnie to jest jakiś ułamek promocji, bo na czym innym zbudowałam swoją firmę. Konto na Instagramie mam chyba od jesieni dopiero. Może to się wydawać długo, jeśli chodzi o rozbudowanie konta. Może tam powinnam mieć więcej polubień, ale mnie też nie zależy na tym, żeby tych polubień było nie wiadomo jak dużo, bo ja bym chciała docierać do ludzi, których faktycznie interesuje to, co robię. Żeby te liczby przełożyły się po prostu na faktycznie zainteresowanych odbiorców. Staram się być aktywna, ale to jeszcze nie jest to, co bym chciała osiągnąć…
EP: Czekamy na otwarcie przedszkoli.
SCH: Dokładnie. Tak jak mówię, miło mnie zaskoczyły te kanały. Poznałam tylu superludzi na Instagramie przez to, że się tam odsłoniłam – bo przez jakiś czas występowałam tam trochę anonimowo.
EP: Łatwo Ci to przyszło? Wiele osób mówi: nie, gdzie tam ja będę się nagrywać. Jak to zrobiłaś, że wzięłaś telefon i zaczęłaś mówić do telefonu? Powiedzmy sobie szczerze, jest to dość dziwne doświadczenie.
SCH: Wciąż mi to sprawia trudność, ale staram się nie podchodzić do tego w ten sposób. Czasami sobie myślę, że jak mam coś napisać, a mogę to powiedzieć, to to powiem i będzie szybciej. Lubię oglądać takie relacje, gdzie ktoś po prostu mówi, wyjaśnia, opowiada, widzę jego twarz.
EP: Gdzie widać człowieka.
SCH: Wyszłam z tego założenia, że jeżeli ktoś ma się czegoś dowiedzieć ode mnie, no to byłoby fajnie, gdyby wiedział, jak wyglądam, jak mówię, co mam do przekazania. Tak powolutku, powolutku się oswajam z Instagramem i z relacjami – InstaStories. Sprawia mi to przyjemność, bo ludzie się odzywają, piszą. Mnie to bardzo zaskakuje. Na przykład nagrałam kiedyś takie stories o procesie wydawniczym i ktoś się odezwał i powiedział, że to jest szalenie ciekawe, dużo się dowiedział, że teraz będzie wiedział, co jest po czym. Mnie to sprawia przyjemność, że po pierwsze ktoś tego posłuchał i do czegoś mu się to mogło przydać. Faktycznie te relacje się budują, bo ja tam poznałam dużo ludzi nawet spoza świata branżowego. Wiele osób, które się zajmują psychologią. Temat talentów Gallupa jest tam szeroko omawiany. Można spotkać ludzi, którzy na przykład mają podobne talenty do twoich. Mnie to strasznie fascynuje. Uwielbiam to. Ale Instagram jest też złodziejem czasu, więc…
EP: To prawda. Ale jak masz małe dzieci, które trzeba usypiać w ciągu dnia, to wtedy jest chwila czasu, żeby sobie wziąć telefon. Potwierdzam, też bardzo lubię Instagram, Facebooka mniej, nie licząc grup facebookowych. Porzuciłam go trochę na rzecz Instagrama, co też pewnie wynika z moich talentów Gallupa, bo ja na pierwszym miejscu mam Dyscyplinę, ale na drugim miejscu mam Bliskość. Instagram bardzo przemawia do tej mojej Bliskości. Ja się też bardzo cieszę, że ona jest na drugim miejscu, bo ona bardzo łagodzi moją Dyscyplinę. (śmiech)
Ile zarabia korektor?
EP: Jeden temat nam został. Temat i kontrowersyjny, i niekontrowersyjny. Ja go nie uważam za jakieś wielkie tabu, ale zobaczymy, od jakiej strony uda się nam go ugryźć – to znaczy zarobki. Czy jesteś w stanie już teraz, po dłuższym czasie doświadczeń w pracy na swoim, powiedzieć, która z tych prac bardziej Ci się opłacała? Czy na etacie, czy teraz, na freelansie?
SCH: To jest pytanie trudne, ale nie dlatego, że mam jakieś opory w mówieniu o pieniądzach. Nie możemy porównywać tych dwóch kontekstów z tego względu, że minęło trochę czasu i zmieniły się realia w Polsce, podniosła się pensja minimalna od tego czasu. Ja też poświęcam inną ilość czasu na pracę. Nie umiem porównać tak jeden do jednego. Na pewno na początku, jak zaczynałam, to absolutnie nie sięgałam do tych stawek, które miałam na etacie, to się z czasem rozkręcało. Na pewno możliwości jest więcej na swoim. Jeżeli idziesz jakąś ścieżkę zawodową na etacie, no to wiesz, że możesz liczyć na awans taki lub taki i to się wiąże z podwyżką wynagrodzenia czy premią. Nie są to jakieś duże skoki. Natomiast jeżeli chodzi o własną firmę – podejrzewam, że Ty tutaj więcej mogłabyś powiedzieć, bo chyba masz mocno zdywersyfikowane przychody, prawda? Poszłaś też w biznes online…
EP: Zaczynam mieć, Akademia korekty tekstu to jest mój pierwszy taki projekt poza redakcją i korektą. Ale pomijając Akademię, do tej pory głównym, a wręcz jedynym źródłem mojego zarobku są redakcje i korekty.
Tutaj pojawia się kolejne pytanie: czy to nie jest trochę tak, że owszem, na freelansie można zarabiać coraz więcej i coraz więcej, ale w pewnym momencie dochodzi się do takiego sufitu, kiedy ciężko jest zwiększyć stawki, a nie da się już wziąć kolejnego zlecenia, bo po prostu brakuje czasu. Co wtedy?
SCH: Wtedy trzeba mieć plan B, czyli przemyśleć, co się robi dalej. Ja w sumie jestem trochę na tym etapie, bo trzeba tak to mieć poprowadzone, żeby móc na przykład pracować z kimś więcej. A żeby z kimś pracować, to stawki muszą być atrakcyjne i dla tej osoby, i dla Ciebie, i dla klienta. To nie jest łatwa sprawa. Nie będę tutaj umiała jakichś porad wystosować, dlatego że sama się z tym mierzę. Ta ściana, o której mówisz, jest już blisko u mnie. Też się zastanawiam, co z tym robić dalej.
EP: Zostaje też rozwiązanie takie: dojść do pewnego pułapu zarobków i na nim zostać.
To też w pewnym momencie się zmieni, bo tak jak mówisz, zmienia się rzeczywistość, zmieniają się stawki, zmieniają się pensje wszystkich – również autorów, którzy „wynajmują” korektorów. Dobrą wiadomością jest to, że stawki korektorów jednak rosną, nie jakoś zastraszająco szybko, ale jednak nie zaczyna się już z takiego pułapu, z jakiego zaczynało się kilkanaście lat temu.
Chciałbym poznać Twoje zdanie na temat tych początków. Wiele osób mówi o psuciu rynku, o zaniżaniu stawek. Ja jestem zwykle daleka od wydawania takich osądów, że praca nawet za darmo czy za niskie stawki na samym początku to jest psucie rynku. Wydaje mi się, że nie. Chciałabym poznać Twoje zdanie na ten temat.
SCH: Powiem tak: często wydaje mi się, że takie zaniżanie stawek wynika po prostu z niewiedzy. Nie wiem czemu stawki są trochę tematem tabu. Nie wiem, czy też odnosisz takie wrażenie. A może do tej pory były. Skąd taki młody korektor ma wiedzieć, jak dopiero wchodzi na rynek, która stawka jest okej, a która jest zaporowa dla kogoś, komu ma ją zaproponować? Każdemu zależy na tym, żeby zlecenia zdobywać, więc proponuje po prostu stawkę taką, jaką sobie ustali na podstawie różnych okoliczności. Ja zaczynałam od niskich stawek. Na potrzeby naszej rozmowy przejrzałam swoje arkusze Excela, bo wszystko staram się zapisywać przez te lata prowadzenia swojej firmy. Lubię porównywać te wyniki i wiedzieć, co się dzieje. Teraz żebym Ci nie skłamała – to była złotówka za 1000 znaków.
EP: Okej. Pozostawię to bez komentarza.
SCH: I ja naprawdę nie miałam świadomości, że to jest mało. Przyszłam ze świata etatowego.
EP: Stałej pensji. A w ogóle w świecie książek dla dzieci rzadziej przelicza się znaki na kwoty, bo tak jak mówiłyśmy – mało jest tam znaków, a pracy dużo.
SCH: Zaczynałam od pracy na tekstach naukowych. One chyba mają niższe stawki, tak mi się wydaje, niż beletrystyka czy specjalistyczne teksty.
EP: Teraz to też się na szczęście zmienia, ale ja też tak zaczynałam (nie wiem, co mają w sobie wydawnictwa naukowe). Zawsze mówię, że to jest takie bezpieczne miejsce dla korektora, bo to są w większości książki, które są czytane przez trzy osoby, tzn. przez autora, redaktora i mamę autora. Ryzyko zawodowe jest niewielkie. Ja też zaczynałam w wydawnictwie naukowym i o ile dobrze pamiętam, to stawka za korektę arkusza wydawniczego (arkusz wydawniczy to 40 000 znaków ze spacjami) to było wtedy chyba 35 zł czy 30 zł. Nigdy nie udało mi się zejść poniżej tej kwoty na szczęście, ale to nie były jakieś szałowe stawki, jeszcze biorąc pod uwagę, że ja byłam na początku, sprawdzałam każde słowo – naprawdę długo robiłam te książki. Po dwa, trzy tygodnie jedną. Zarobki były niezbyt wysokie, ale dużo się nauczyłam i nawiązałam dużo kontaktów. Dlatego wydaje mi się, że nie ma czegoś takiego jak za niska stawka na samym, samym początku, bo trzeba powiedzieć, że korektor uczy się w praktyce, więc te pierwsze zlecenia to będzie w zasadzie przedłużenie nauki.
SCH: Właśnie to chciałam powiedzieć. Nabierasz z każdym kolejnym tekstem pewności. Proponowałabym, żeby każdy, kto wchodzi na rynek i zaczyna zdobywać zlecenia, uczciwie sobie odpowiedział, na ile faktycznie to jego doświadczenie czy kompetencje pozwalają mu stawkę podać taką, jaką by chciał otrzymać. Często jest tak, że jak by to powiedzieć… Nie chciałbym, żeby to zabrzmiało źle, bo jestem osobą, która – jak słyszałaś – wyszła od naprawdę niskich stawek. Pracuję w zawodzie już 10 lat i wciąż jeszcze te stawki, które mam, są zróżnicowane. To nie jest tak, że jest jedna stawka, za którą pracuję, i niżej nie zejdę, absolutnie. Są takie wydawnictwa czy firmy, z którymi pracuję już długo i cenię sobie te współprace. One są długoterminowe, zapewniają mi stałe zlecenia. Nie chcę z nich rezygnować, choć chciałabym, żeby te stawki były wyższe. Próbuję sobie radzić w inny sposób. Na innych projektach na przykład trochę te stawki podnosić, ale też nie są one nie wiadomo jak wysokie. Do tego się dochodzi z czasem.
EP: To, co mówisz, to jest też ten problem, o którym wspomniałaś. Młodym korektorom – czyli rozpoczynającym pracę, nie patrzymy w metryki – ciężko jest zdecydować, jaką wybrać stawkę do zaproponowania, bo one rzeczywiście nie są upubliczniane. Ale to też wynika z tego, że stawki są różne dla różnych zleceniodawców, dla różnych projektów. Ja też przy zmianie strony internetowej zrezygnowałam z podawania cennika na stronie, bo on był w pewnym sensie myjący. Jeżeli książka wymagała dużo więcej pracy, to wtedy proponowałem wyższą stawkę i spotykałam się z pytaniami: dlaczego? Przecież na stronie jest napisane to i to. W tym momencie przekonywanie, argumentowanie wymagało dużo więcej zachodu. To oczywiście była ta sama stawka, którą podaję teraz, bez cennika, ale punkt wyjścia jest inny. Pewnie dlatego też korektorom jest ciężko poznać te bazowe stawki.
SCH: To też jest ciekawy temat: czy w ogóle mieć cennik na stronie? Zauważyłam, że i tak większość osób pyta o wycenę. Self-publisher, autor e-booka, ktoś, kto potrzebuje korekty, tekstu, czasami nie ma czasu albo ochoty wgłębiać się w to, co to jest strona znormalizowana, co to jest arkusz wydawniczy.
EP: Gdzie to sprawdzać.
SCH: Tak. Pisze maila, pyta. Wtedy sprawa jest jasna i faktycznie trzeba zobaczyć tekst, zanim się zaczyna na nim pracować, bo można się rozczarować. Słuchałam Twojego ostatniego podcastu o błędach. Śmiałam się, że faktycznie mnie się też to zdarzyło wielokrotnie i potem sobie plułam w brodę, że wzięłam pracę, którą oszacowałam na trzy dni, a zajęła mi dwa tygodnie. Tak bywa. Do wszystkiego dochodzi się z czasem. Nic tutaj odkrywczego nie powiem.
EP: Myślę, że to może być dobra puenta. Jak nauczyć się wyceniać? Zaproponować jakąś kwotę. Zrobić redakcję, korektę, potem otrzymać pieniądze na konto i wtedy sobie zadać pytanie: czy to mnie satysfakcjonuje? Czy ta kwota jest adekwatna do tego, co rzeczywiście zostało zrobione, biorąc pod uwagę to, ile potrafię i z czego wynikały jakieś tam dłużyzny? Jeżeli to jest moim zdaniem za mało, proponuję następnym razem więcej. Jeżeli to mi na razie odpowiada, to zostaję przy tej kwocie.
SCH: Chyba Ola Budzyńska kiedyś powiedziała coś takiego, że stawka, którą proponujesz, to musi być taka stawka, z którą ty jesteś okej.
EP: Słuchałam tego nagrania. Bardzo mi to zapadło w pamięć. To jest taka kwota, którą da się sprzedać. Mogę zaproponować kwotę z kosmosu, ale jeżeli ja już w drugim zdaniu zacznę przepraszać, że jest tak duża, no to coś jest z tą kwotą nie tak. Z drugiej strony, jeżeli nie będzie mi się chciało usiąść do pracy, bo będę uważać, że pracuję za marne grosze, no to znów z tą kwotą jest coś nie tak. To jest taki fajny filtr, przez który można sobie te swoje stawki filtrować. Wyszłyśmy od książek dla dzieci możemy zakończyć na powtórzeniu. (śmiech)
SCH: Ja bym jeszcze dodała, że tutaj bardzo ważna jest komunikacja. Ja na to bardzo mocno stawiam, jeżeli chodzi o sposób prowadzenia firmy, wyceniania, rozmowy z klientami. Zauważyłam, że nie chodzi o to, żeby się tłumaczyć, dlaczego zaproponowałam taką cenę, tylko żeby temu komuś dokładnie wyjaśnić, co on za tę cenę dostanie. Często robię w ten sposób, że na przykład przeglądam tekst i mówię: poprawki wymagają sprawdzenia tego tu i tu. Pojawiają się nazwiska obcojęzyczne, które trzeba umieć odmienić i sprawdzić w jakichś miejscach, albo nazwy geograficzne. Ostatnio miałam taką sytuację, gdzie klient zadał mi pytanie: „Okej, korekta – to wiemy, że potrzebujemy, ale proszę nam wytłumaczyć, co redakcja zmieni w naszym tekście. Co ona wniesie do naszego tekstu? Proszę powiedzieć”. Ja też nie zakładam, że ta redakcja jest konieczna zawsze, bo też się zdarzyło, że dostałam tekst tak fajnie napisany, że wystarczyła jedna korekta, poprawienie interpunkcji. To się też zdarza, aczkolwiek rzadko. Jeżeli umiesz umotywować swoją pracę, uzasadnić ją, pokazać, na czym będzie polegać, to powiem Ci, że nie zdarzyło mi się chyba jeszcze, żeby ktoś to zakwestionował. Jeżeli widzi dokładnie, jak będzie przebiegać praca. Ja mnóstwo czasu na to poświęcam. Na takie rozmowy z klientami. Chciałabym, żeby oni wiedzieli, jak to będzie wyglądać, żeby nie byli niczym zaskoczeni z mojej strony. Jak sobie wyjaśnimy na wstępie wszystko, to później naprawdę współpraca przebiega wspaniale.
EP: Nie ma niespodzianek. Ja tutaj zawsze podkreślam wagę próbki, bo trudno jest wytłumaczyć, jak tekst się zmieni, a gdy już zleceniodawca, autor dostanie jedną stronę poprawioną, to widzi: „Aha, to tak będzie się ten tekst czytało, na coś takiego się zgadzam”. Nie ma się co dziwić. Wiele osób uważa, że korekta to jest poprawienie literówek i interpunkcji, bo tak się to odbiera. Stąd popularność programów, które rzeczywiście podkreślają, sprawdzają interpunkcję czy nawet są w stanie jakieś rusycyzmy wyłapać. To wyłapią, no ale jednak nie zastąpią żywego korektora. Korektor robi dużo, dużo więcej i ciężko jest czasem to wytłumaczyć, a warto to pokazać.
Jednym słowem, na zakończenie możemy chyba obalić mit, że korekta to jest praca, w której zarabia się tylko na waciki, prawda?
SCH: Myślę, że tak. Gdyby tak nie było, to pewnie byśmy dzisiaj nie rozmawiały.
EP: Pewnie byśmy nie rozmawiały. (śmiech)
Polecane: serial, książka, podcast
Małymi kroczkami, powoli wchodzę do świata podcastów, ale podoba mi się tradycja kończenia rozmów z gośćmi jakimiś poleceniami. Nie mogłam się zdecydować na polecenia jednej kategorii. Książki wydawały mi się zbyt oczywiste. Pominięcie książek też wydawało mi się niezbyt adekwatne. W końcu podcast nazywa się: Po drugiej stronie książki. Uznałam więc, że spróbujemy polecić wszystko. (śmiech)
Zróbmy teraz tak: ja podam kategorię, Ty podasz polecany tytuł i jedno zdanie uzasadnienia. Taka krótka piłka.
SCH: Postaram się.
EP: No dobra, to zaczynamy. Zaczniemy nie od książek, tylko: serial albo film.
SCH: Mało oglądam, muszę przyznać, ale bardzo polecam Watahę. Nie wiem, czy oglądałaś; jeśli nie, to bardzo polecam Tobie i wszystkim, którzy tego słuchają. Oglądałam go, jak zaczęła się pandemia, i totalnie mnie wciągnęło. Udawało się zapomnieć o tym, co się dzieje za oknem. Niesamowita fabuła. Trzy sezony.
EP: Watahy nie oglądałam, więc przesuwam ją sobie na liście kilka punktów wyżej. Książka?
SCH: A czy mogę podać dwie kategorie? Chciałabym bardzo powiedzieć o książce branżowej. Tutaj pewnie nie będziesz zaskoczona. Bardzo polecam wszystkim 497 błędów Łukasza Mackiewicza. Uwielbiam tę książkę i Łukasza jako osobę, redaktora. Jeśli mogę trochę zdradzić, to jak już mój blog powstanie, to ukaże się na nim wywiad z Łukaszem, który niedawno zrobiłam. Właśnie dotyczący tej książki i trochę też pracy korektora. Jak już będzie, to serdecznie wszystkich zaproszę, bo myślę, że osoba Łukasza jest bardzo interesująca. Warto go poznać z innej strony.
EP: Książka jest genialna! Książka o języku, którą można czytać wieczorem do poduszki. Trudno było coś takiego wymyślić, a Łukasz to jeszcze napisał.
SCH: Tak. Świetna jest. Polecam nie tylko korektorom, ale osobom, które lubią o języku czytać. Na pewno się przyda. Jeśli chodzi o książki spoza naszego świata branżowego, bardzo lubię serię wydawnictwa Od Deski do Deski. To jest wydawnictwo Tomasza Sekielskiego. Seria „Na Faktach”. Tam jest kilka książek, są po prostu rewelacyjne. Szczególnie mi się podobała książka Wojciecha Kuczoka Czarna i Inna dusza Orbitowskiego. To są dwie książki, które pochłonęłam i które ogromne wrażenie na mnie wywarły. To takie fabularyzowane historie, ale oparte na historiach kryminalnych, które się wydarzyły w Polsce.
EP: Brzmi zachęcająco.
SCH: Świetnie napisane, bardzo polecam wszystkie tytuły z tej serii, ale chyba szczególnie te dwie, o których teraz powiedziałam.
EP: Powiedz, czy jesteś w stanie zapełnić ostatnią kategorię, bo jest nią podcast. Wiem, że nie wszyscy słuchają podcastów.
SCH: A ja podcasty uwielbiam, one zmieniły moje życie. Jak się pewnie domyślasz, bardzo się to przydaje w takim codziennym życiu człowieka, który na przykład idzie na spacer z dzieckiem albo ma coś do zrobienia w domu.
EP: Przyjemniej się wyciąga zmywarkę, jak się czegoś słucha.
SCH: Trudno jest mi wymienić jeden, bo podcasty dotyczą różnych dziedzin. Na pewno podcast Dominika Juszczyka – skoro rozmawiałyśmy o talentach. To jest źródło głębokiej wiedzy dla mnie. Na razie stamtąd ją czerpię. Bardzo lubię Ewelinę Mierzwińską. Ewelina opowiada o biznesowych rzeczach i o łączeniu macierzyństwa z biznesem. Blisko mi jest do niej i sposobu, w jaki przekazuje wiedzę. Nie będę wymieniać tych wszystkich sztandarowych, które wszyscy znają typu: Mała Wielka Firma, podcast Oli Budzyńskiej. O tych dwóch tylko wspomnę. I oczywiście polecam Twój podcast, Ewo.
EP: Dziękuję. Szczególnie odcinek czwarty. (śmiech)
SCH: Odcinek czwarty – nie wiem, czy będę w stanie go wysłuchać.
EP: Wysłuchasz. Ja Cię do tego przymuszę. Będziesz musiała wysłuchać. jeszcze zanim wszyscy go wysłuchają. (śmiech) To będzie bardzo interesujący odcinek. Nie wiem, czy udało nam się odpowiedzieć na pytanie, co jest lepsze: freelance czy etat? Ale też nie wiem, czy taka była nasza intencja. Wydaje mi się, że udało się pokazanie tych dwóch światów, które się w pewnym sensie zazębiają, bo w zasadzie praca redaktora i korektora wyglądają bardzo podobnie, tylko cała otoczka jest inna. Etat, tak jak wspomniałaś, to więcej takiego bezpieczeństwa związanego ze stałą wypłatą, ale z drugiej strony – w zależności od tego, jaką się ma sytuację rodzinną – etat może tutaj trochę bruździć. Natomiast na freelansie jest więcej obowiązków oprócz zwyczajnej pracy korektora, ale może też być większa satysfakcja z tego, co się robi.
Bardzo się cieszę, że zgodziłaś się przyjść (wirtualnie) do tego podcastu, bo oczywiście nie siedzimy na jednej kanapie, a szkoda.
SCH: Choć niedaleko mamy do siebie.
EP: To prawda. Kiedyś jeden korytarz, a teraz kilka kilometrów.
SCH: Mam nadzieję, że osoby słuchające coś dla siebie z tego wyciągną. Jeśli nie dało się tego usłyszeć w tej rozmowie, to ja bym chciała powiedzieć, że uwielbiam swoją pracę. To jest moja duża pasja, choć czasem może być gorzko.
EP: Właściwy człowiek na właściwym miejscu. Bardzo Ci dziękuję za rozmowę.
SCH: Dziękuję również.
The post PDSK#004 Freelance czy etat? Gdzie jest praca dla korektora? (podcast) appeared first on Ewa Popielarz.

Jul 1, 2020 • 1h
PDSK#003 10 błędów korektorów (podcast)
Jak wiadomo, człowiek uczy się na błędach. Ale najlepiej, jeśli są to cudze błędy. Po latach zbierania doświadczeń w pracy korektora stworzyłam dekalog błędów, których należy się wystrzegać w tym zawodzie. Sama popełniłam dziewięć z nich – niektóre jednorazowo, w przypadku innych zdarzały mi się recydywy. Skorzystajcie z mojego doświadczenia i sprawdźcie, jakich 10 błędów korektorów trzeba unikać.
Obiecuję, że nie będzie nic o przecinkach. No, prawie nic.
A jeśli macie ochotę pobawić się w detektywów – napiszcie, którego błędu Waszym zdaniem nigdy nie popełniłam. I oczywiście dajcie znać, które z nich sami macie na koncie.
Subskrybuj: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | Inne
Montaż: Kamil Dudziński
Plan odcinka:
Zaproszenie do Akademii korekty tekstuWycena pracy bez zobaczenia próbkiZa mało informacji na starcieKrytykowanie autoraZmienianie tekstów na jedną modłęZa mało poprawekTłumaczenie się z wszystkiegoKoncentrowanie się na jednym błędzie, a pomijanie innychWprowadzanie błędów do tekstuNiezadawanie pytańBrak śledzenia zmian
Źródła przywoływane w odcinku:
Akademia korekty tekstu – kurs online przygotowujący do zawodu korektoraAnna Taraska, Kropka z Błędem, wyd. Dwie SiostryW głębi lasu, miniserial, reż. Leszek Dawid, Bartosz Konopka
Transkrypcja podcastu #003 10 błędów korektorów
Umówmy się tak: przedstawię Wam teraz 10 błędów, jakie popełniają korektorzy, Wy uważnie tego wysłuchacie i potem będziecie się ich już zawsze wystrzegać. Ja niestety – tak jak wspomniałam we wstępie – prawie wszystkie te błędy popełniałam na różnych etapach swojej pracy zawodowej jako korektor i redaktor tekstów. Przez kilkanaście lat metodą prób i – nomen omen – błędów uczyłam się, czego nie należy w tym zawodzie robić, i lista, którą Wam teraz przedstawię, bynajmniej nie jest zamknięta. Myślę, że ten odcinek będzie miał swoją kontynuację w przyszłości, ale na dobry początek przedstawię 10 błędów popełnianych przez korektorów.
Uwaga! To nie będą błędy ani językowe, ani edytorskie. Obiecywałam, że nie będziemy mówić o przecinkach, i postaram się słowa dotrzymać. Nie będzie żadnych zasad językowych, nie obawiajcie się. Jeżeli chcecie poznać zasady poprawności językowej i zasady edycji tekstu, zapraszam Was do dołączenia do mojej Akademii korekty tekstu, czyli kursu online przygotowującego do zawodu korektora. Tam dowiecie się, jak stawiać przecinki, czym się różni dywiz od półpauzy, jak zapisywać dialogi, co to jest pagina. Nauczycie się obsługi programów do korekty i redakcji tekstu, nauczycie się organizacji i wyceny swojej pracy i wszystkiego, co jest potrzebne, żeby pracować jako korektor. Na mojej stronie ewapopielarz.pl w zakładce Kurs korekty tekstu znajdziecie link do zapisów na listę oczekujących, bo II edycja Akademii korekty tekstu startuje już jesienią. Ten kurs odbywa się tylko dwa razy w roku, a jesienią 2020 roku będzie drugi „nabór” chętnych do rozpoczęcia swojej przygody w zawodzie korektora.
*
A tymczasem zajmiemy się błędami popełnianymi przez korektorów już pracujących w zawodzie, ale będą to błędy w nieco bardziej ogólnym wymiarze. Tych, które Wam przedstawię, jest 10 i jeżeli teraz macie skojarzenie z dekalogiem, to jest ono bardzo zasadne. Pociągniemy je nawet trochę dalej, bo podzieliłam błędy na dwie grupy. Jak być może wiecie, pierwsze trzy przykazania dekalogu odnoszą się do Boga, kolejne siedem – do ludzi. Tak też podzieliłam błędy, o których będę teraz mówić, to znaczy: pierwsze trzy będą się odnosiły do organizacji pracy korektora, natomiast pozostałe siedem do pracy z tekstem.
Chyba już powiedziałam wszystko, co należało zaznaczyć na wstępie, a teraz przejdźmy już do konkretów.
Błąd 1. Wycena pracy bez zobaczenia próbki
Oczywiście można podać autorowi już na wstępie jakieś widełki, jeżeli chodzi o cenę, albo uśrednioną bazową stawkę za znormalizowaną stronę czy za arkuszy wydawniczy. Przypominam, że znormalizowana strona w świecie korektorów to 1800 znaków ze spacjami – to podstawowa jednostka w pracy korektora. Z kolei 1 arkusz wydawniczy to w korekcie 40 tys. zzs.
I oczywiście można autorowi swoje średnie stawki za stronę czy za arkusz podać, chociaż szczerze mówiąc, i tego staram się unikać, dopóki nie zobaczę tekstu, z którym przyjdzie mi pracować. Z prostego powodu – autor przywiązuje się do ceny, którą mu podamy, a jeżeli później się okaże, że tekst będzie wymagał więcej pracy, to jest oczywiste, że autorowi będzie trudniej zaakceptować wyższą wycenę. Trzeba będzie dobrze to podniesienie stawki uargumentować. Z tego też powodu przy zmianie strony internetowej zrezygnowałam z podawania cennika na stronie. Nie mówię, że to jest złe i że nie należy go publikować, ale kwoty, które były podane na mojej poprzedniej stronie internetowej, często wprowadzały zamieszanie przy rozmowie z autorem. Bo to były właśnie kwoty bazowe. Jeżeli tekst wymagał więcej pracy i wyceniałam go nieco drożej, to pojawiały się pewne zgrzyty, które są zupełnie niepotrzebne na początku współpracy.
Powiedzmy sobie więc, co wpływa na wycenę pracy korektora. Nie tylko długość tekstu decyduje o tym, jaką stawkę podamy. A niestety według długości tekstu podaje się stawki w tych ogólnych cennikach, które są publikowane np. na stronach internetowych. Co jest oczywiście zrozumiałe, bo ciężko tam uwzględnić więcej czynników. Ale zobaczcie, jakie inne elementy korektor powinien wziąć pod uwagę, kiedy wycenia swoją pracę.
Powinien wziąć pod uwagę rodzaj tekstu, oczywiście jego jakość – to, czy tekst jest dobrze napisany, czy może ma bardzo dużo błędów (różnego typu). Powinien wziąć pod uwagę czas, jaki jest mu dany na wykonanie tego zlecenia. I tryb pracy – to, czy będzie tylko zajmował się tekstem, czy będzie też w pewnym sensie koordynował całym procesem wydawniczym, np. kontaktował się z tłumaczem albo ze składaczem, z grafikiem czy kimkolwiek innym, kto bierze udział w procesie wydawniczym.
Nie będę bardzo szeroko rozwijać tego tematu, to jest materiał na cały osobny odcinek, ale pamiętajcie, że trzeba te wszystkie czynniki uwzględnić przy wycenie, bo każdy z nich może – mówiąc wprost – wydłużyć naszą pracę. Jeżeli praca zajmie nam nie jeden dzień, tak jak moglibyśmy szacować po samej długości tekstu, tylko tydzień, to różnica w wycenie powinna być znaczna. Nie wystarczy nawet podanie samej tematyki, bo wcale nie jest powiedziane, że tekst naukowy będzie bardziej wymagający np. od tekstu powieści. Wszystko zależy od tego, jak one są napisane, a nawet od tego, ile elementów, które znajdą się w tym tekście, trzeba będzie zweryfikować – czy będą tam 4 przypisy, czy będzie ich 1000, czy będą poprawnie zapisane, ujednolicone, czy każdy trzeba będzie wklepać w katalogi, sprawdzić i zmienić. Ten 1000 to wcale nie jest nieuzasadniona liczba, bo takie publikacje bardzo często się zdarzają. Z kolei w powieściach może być np. dużo odwołań kulturowych czy historycznych, dużo nazw własnych, które trzeba będzie zweryfikować – i to też wydłuży czas pracy nad tekstem.
Kolejna istotna rzecz to odpowiedź na pytanie o to, kto będzie składał ten tekst. Jeżeli składacz jest osobą doświadczoną, to pewnie korekta po składzie pójdzie gładko, nie będzie wiele błędów składu. Ale jeżeli jest to osoba bez większej wprawy, to po pierwsze błędów składu może być dużo i w korekcie oprócz błędów językowych będziemy musieli zaznaczyć jeszcze te wszystkie szewce, bękarty, złe dzielenie akapitów, może jakieś różnice w odległościach, odstępach pomiędzy znakami – zaburzające odbiór tekstu. I wiele innych czynników. A poza tym jeżeli składacz jest osobą niedoświadczoną, to pewnie popełni błędy przy nanoszeniu korekty na tekst. Trzeba będzie organizować drugą serię poprawek i trzecią, być może czwartą i kolejne. To też wydłuży czas pracy i zwiększy liczbę naszych obowiązków.
Jednym słowem – musicie dobrze poznać tekst i okoliczności towarzyszące pracy nad nim, zanim podacie stawkę za korektę. Żeby potem sobie nie pluć w brodę, że pracy jest dwa razy więcej, niż zakładaliście.
Błąd 2. Za mało informacji na starcie
Musimy rozróżnić dwa przypadki – pierwszy to współpraca z wydawnictwami albo z firmami, które od dawna zatrudniają korektorów, jak np. agencje marketingowe, i które mają ustalone zasady współpracy z korektorem. Drugi przypadek to osoby prywatne, np. self-publisherzy. Jednym słowem – ci, którzy o procesie wydawniczym wiedzą niewiele albo nic. W obu tych przypadkach przed rozpoczęciem korekty czy redakcji trzeba dokładnie omówić nasze obowiązki. To, czego będą od nas wymagać zleceniodawcy.
Wydawca pewnie przedstawi nam swoje metody postępowania – to, w jakim trybie przygotowuje się u nich redakcje, korekty (czy przed składem, czy po składzie), jakie są dodatkowe obowiązki korektora, czy w ogóle są jakieś. Wystarczy się do nich dostosować. A jeżeli coś jest niejasne, to od razu doprecyzować i dopytać. Zapytajcie np. wydawcę, czy jako korektor macie kontaktować się bezpośrednio z autorem, czy macie np. zweryfikować naniesienie korekty na tekst, czy to już może zrobi osoba z wydawnictwa. Możecie poprosić o przekazanie Wam normy wydawniczej. Wiele wydawnictw taką normę posiada, szczególnie wydawnictwa naukowe. W takiej normie jest określony np. sposób zapisu bibliografii, przypisów, stosowanie skrótów, formatowanie tekstu – wszystkie zasady, które są zazwyczaj stosowane w danym wydawnictwie. To bardzo ułatwia pracę korektora, bo nie musi się on zastanawiać, jak co formatować, jak zmieniać, jak ujednolicać – ma wszystko podane czarno na białym i tylko musi się do tego dostosować. Ale trzeba to ustalić na wstępie, żeby potem nie było niespodzianek i żeby nie trzeba było robić pracy po raz drugi.
Nieco trudniejsza jest sprawa z innymi zleceniodawcami. Trudniejsza o tyle, że to Wy stajecie się wtedy ekspertami, to Wy macie doświadczenie w korekcie i musicie poprowadzić autora przez cały proces wydawniczy. Dobrze by było, żebyście to zrobili – Wasza wartość jako korektora bądź redaktora wtedy znacznie wzrasta. Dokładnie, krok po kroku, wszystko wyjaśnijcie, zanim zdecydujecie się na współpracę. Pamiętajcie, że tutaj nie ma informacji oczywistych, nie dajcie się złapać w sidła klątwy wiedzy – to, co Wam się wydaje oczywiste, wcale nie musi być oczywiste dla człowieka, który np. po raz pierwszy wydaje e-book. Autor może np. nie mieć świadomości, że dłuższy tekst warto przeczytać zawsze minimum dwa razy, bo nigdy przy pierwszym czytaniu nie wyłapiemy wszystkich błędów. Szczególnie jeżeli poprawek przy pierwszym czytaniu zwanym redakcją jest sporo. Zwykle zostają jakieś literówki, powtórzenia – i to jest zupełnie normalne, ale autor nie musi o tym wiedzieć i jeżeli mu tego nie wyjaśnicie na wstępie, to uzna, że nierzetelnie wykonaliście swoją pracę, bo on jeszcze jakieś niedociągnięcia po Was znalazł.
Odsyłam Was do pierwszego odcinka mojego podcastu Po drugiej stronie książki – tam tłumaczyłam, czym się rożni redakcja od korekty i jak wygląda proces wydawniczy krok po kroku. W pierwszym odcinku podcastu porównałam proces wydawniczy do wypieku chleba, ale jeżeli ta metafora do Was nie przemawia albo do autora nie przemówi, to możecie użyć innej. Możecie porównać proces wydawniczy czy sam fakt redagowania tekstu do malowania ścian. Po nałożeniu pierwszej warstwy farby na ścianę poprzedni kolor wciąż prześwituje spod spodu, trzeba nałożyć drugą (przeczytać tekst drugi raz), a czasem nawet trzecią, żeby efekt był taki, jakiego oczekiwaliśmy. Musicie to autorowi jasno powiedzieć, bo on może myśleć, że jedno czytanie wystarczy. I jest to zupełnie zrozumiałe – wydaje mu się, że redakcja to taka kompleksowa usługa: redaktor siądzie do tekstu, wyczyści go od razu ze wszystkich błędów i tekst będzie gotowy do publikacji, do wydruku itp. W przypadku krótkich tekstów, np. artykułów blogowych czy jakichś ulotek, rzeczywiście tak pewnie będzie, ale nie dlatego, że redaktor czy korektor przy pierwszym czytaniu wyłapie dokładnie wszystko, tylko jeżeli tekst jest krotki, to najprawdopodobniej korektor po prostu przeczyta go dwa razy, bo będzie miał na to czas, a wtedy zyska pewność, że rzeczywiście większość błędów – albo nawet wszystkie – wyłapał. W przypadku książki czy e-booka nie ma szans – nie ma szans! – żeby po jednym czytaniu wyłapać wszystkie błędy. Autor może oczywiście tego nie wiedzieć, a naszym zadaniem jest dokładnie mu to wszystko wyjaśnić, żeby uniknąć nieporozumień.
Błąd 3. Krytykowanie autora
Umówmy się: nie każdy jest Olgą Tokarczuk, nie każdy jest nawet Remigiuszem Mrozem; do korektorów trafiają naprawdę bardzo różne teksty na bardzo różnym poziomie. Mówi się co prawda, że to jest taki fajny zawód, bo korektor sobie siedzi i czyta książki. I oczywiście jest w tym ziarno prawdy, ale książki są różne – teksty, które trafiają do korektorów są różne. Często trafiają do nich takie, po które korektor sam z własnej woli by nigdy nie sięgnął, a stety-niestety w pracy poprawiać je musi. Różnie może być – może to być nietrafiona tematyka, może to być styl zupełnie nie nasz, może być w tekście bardzo dużo błędów. To oczywiście utrudnia odbiór tekstu. Nie zawsze to jest taka sielankowa praca.
Oczywiście jeżeli kompletnie nie czujemy się na siłach, żeby poprawiać dany tekst, to możemy go porostu nie przyjąć. Wtedy grzecznie, kulturalnie odpowiadamy autorowi, że nie podejmiemy się danego zlecenia i możemy polecić mu innych specjalistów, ale nigdy, przenigdy nikt i nic nie daje nam przyzwolenia na krytykowanie autora i jego tekstu. Szczególnie jeżeli miałaby to być krytyka wypowiedziana w sposób – mówiąc delikatnie – niezbyt grzeczny. I taka, za którą nie idzie żadna konstruktywna rada. To po prostu nie ma sensu i jest niekulturalne. Jeżeli już podejmujemy się pracy z tekstem, to my też bierzemy za ten tekst odpowiedzialność, tzn. w porozumieniu z autorem, we współpracy z nim dążymy do tego, żeby tekst był jak najlepszy. I wtedy komentarze na marginesie, typu „to jest bez sensu” czy inne niewybredne, okraszone serią wykrzykników czy dużych liter – w niczym nie pomagają.
Oczywiście to nie jest tak, że przechodzimy obojętnie obok błędów czy obok słabo poprowadzonych wątków. Błędy językowe poprawimy i nie ma problemu, ale jeżeli widzimy, że coś się – mówiąc wprost – kupy nie trzyma w książce, jeżeli logiczne następstwo wydarzeń czy faktów, argumentacji nie ma sensu, nie ma żadnej logiki w tym wszystkim, to trzeba coś takiego autorowi zaznaczyć. To też nasza rola. Ale nie zaznaczamy tego, mówiąc, że coś jest bez sensu albo coś się panu/pani pomyliło, tylko grzecznie, kulturalnie dodajemy komentarz na marginesie i zawsze staramy się albo pytaniami naprowadzić autora na to, co jest nie tak, co nam jako czytelnikom nie pasuje, albo zaproponować jakieś rozwiązanie. Może się zdarzyć tak, że autor po prostu nie wie, jak dany fragment napisać. Może nie ma pomysłu, jak rozwinąć dany wątek. Albo może w ogóle nie czuje, że coś w tym miejscu jest nie tak. Autor jest jakby w środku, wewnątrz swojego tekstu, my jesteśmy pierwszym czytelnikiem, który stoi na zewnątrz, i nasze propozycje mogą go naprowadzić na właściwą ścieżkę. A jeżeli po prostu powiemy: „To jest głupie”, „To jest bez sensu” i jeszcze damy trzy wykrzykniki, to co to wzniesie dla dobra tekstu? Nic. Jeżeli już wskazujemy jakieś nieścisłości, niedociągnięcia w tekście autora – zawsze warto dodać komentarz z propozycją zmiany.
W zasadzie jedynym przypadkiem, kiedy bez mrugnięcia okiem należy odmówić współpracy autorowi, jest plagiat. Tylko tutaj też uwaga – trzeba mieć dowód na to, że to jest plagiat. Spotkałam się z sytuacją, kiedy autor dostał od korektora odpowiedź, że ten nie będzie pracował nad jego tekstem, bo tekst jest plagiatem. Autor się zaklinał, że jest to oryginał i jest to praca napisana przez niego. Na jakiej podstawie korektor wysnuł swoje wnioski? Korektor wydał taki osąd na podstawie formatowania. W tekście było dużo tzw. łączników opcjonalnych. To kreski, które się pojawiają tylko przy włączeniu białych znaków. Kiedy wyłączymy białe znaki w Wordzie, to kreski po prostu znikną. Ale jeżeli wyraz, w którym jest taka kreska, znajdzie się na granicy wersów, to zostanie podzielony. To takie jakby wymuszenie dzielenia wyrazów. Jeżeli ten wyraz będzie w środku wersu, to nic nie będzie widać, ale jeżeli znajdzie się na granicy wersów – zostanie podzielony. I rzeczywiście bardzo często łączniki opcjonalne „wstawiają się” do tekstu, który jest np. z PDF-a skopiowany do Worda. Na tej podstawie korektor wysnuł wniosek, że tekst został skopiowany z jakiegoś już opublikowanego pliku, no i jest plagiatem. Jak ta sytuacja się skończyła? Detektywistyczne śledztwo wykazało, że autor pracował po prostu na bardzo starej wersji Worda, do tego z włączonym dzieleniem wyrazów. Po otworzeniu tego pliku w najnowszym Wordzie dzielenie wyrazów nie zostało rozpoznane, a właściwie zostało rozpoznane, ale niewłaściwie. W miejscu, gdzie wyrazy były podzielone w pliku autora, teraz zostały wstawione łączniki opcjonalne – i wyglądało to faktycznie tak, jakby tekst był skopiowany z PDF-a. Ale nic nie wskazywało na to, żeby tekst nie był oryginalnie napisany przez autora, więc korektor trochę się pospieszył, wyszedł przed szereg. Takich sytuacji należy unikać. Jeżeli już odmawiamy autorowi współpracy ze względu na plagiat, to pamiętajmy, że to jest bardzo poważne oskarżenie i trzeba mieć na to dowody.
To był jednak oczywiście ekstremalny przypadek. Chciałabym, żebyście zapamiętali z tego punktu to, żeby nie krytykować autorów. Szczególnie jeżeli za tą krytyką nic nie idzie. Korekta to nie jest krytyka. To wspólna praca nad tekstem – tak, żeby był lepszy niż oryginał.
Pierwsza trójka błędów za nami, czas na kolejne siedem. To będą błędy dotyczące tym razem pracy z tekstem.
Błąd 4. Zmienianie tekstów na jedną modłę
Wbrew pozorom naprawdę bardzo mało jest w języku polskim zasad, których absolutnie, pod żadnym pozorem, nigdy nie wolno podważać. Powiecie, że jedną z takich zasad jest pewnie ortografia i co ja tutaj mówię – zasady ortograficzne są, jakie są: „który” piszemy przez „ó” i nic tego nie zmienia. Otóż nie. Jeśli np. w powieści cytujemy SMS, który został wysłany przez – mówiąc delikatnie – niezbyt dobrze wykształconego bohatera, to jeżeli w tym SMS-ie nie będzie ani jednego błędu, jeżeli wszystkie przecinki zostaną dobrze postawione, jeżeli w ogóle będą tam postawione jakiekolwiek przecinki – przyznacie, że to będzie wyglądało trochę niewiarygodnie.
I oczywiście można by się kłócić i mówić, że jeżeli zostawimy błędną pisownię, jeżeli zostawimy jakiś ortograf w tym SMS-ie, to wtedy utrwalamy w oczach czytelników złe zapisy. Ale to nie jest aż tak powszechna praktyka, żeby ten argument miał rację bytu. Nie w każdej książce się takie SMS-y znajdują i czytelnicy naprawdę na tym nie ucierpią. Jest to rzeczywiście sytuacja, w której dla dobra powieści i wiarygodności autora i danej postaci warto zasady ortograficzne nawet złamać.
Powiecie mi może, że inną zasadą absolutnie niepodważalną jest odmiana wyrazów. Nie ma siły – odmieniać musimy tak, jak nam słownik nakazuje. Ale znowu postawię tu veto, bo – zauważcie, że odmiana może nieść za sobą dodatkowe znaczenie. Podam Wam przykład książki – uwaga! to będzie książka dla dzieci, a przecież co jak co, ale książki dla dzieci powinny być napisane wzorcową polszczyzną. Tak by się mogło wydawać, prawda? Sięgnijcie w takim razie po książkę Kropka z Błędem – autorką jest Anna Taraska, a książka została wydana przez wyd. Dwie Siostry. Świetna, dowcipna książka, idealnie by się nadawała na zakończenie roku – może w przyszłym roku – dla dzieciaków albo na początek września po tej tragedii pandemicznej szkoły zdalnej. Zapamiętajcie – Kropka z Błędem, świetna książka.
Wy tego nie słyszycie, ale na okładce tej książki Błąd jest zapisany dużą literą, bo to nie jest jakiś tam błąd, tylko konkretny Błąd, przyjaciel Kropki. Kropki zresztą też pisanej dużą literą. I teraz uważajcie. Kiedy np. ten Błąd w książce znika i jest o nim mowa, to narrator czy bohaterowie mówią, że nie ma Błęda. A nie błędu. Końcówka -a najczęściej jest przypisywana rzeczownikom żywotnym, końcówka -u – rzeczownikom nieżywotnym. na przykład nie ma stołu – bo stół nie żyje. Ale nie ma kota – bo kot, jak wiadomo, żywotny jest, chociaż niektóre koty są w życiu swoim żywotne mało, ale jednak. Ten nasz błąd książkowy, przyjaciel Kropki – żyje. Więc nie moglibyśmy go odmienić „po ortograficznemu” i powiedzieć, że nie ma Błędu. Dużo lepsza odmiana będzie z końcówką żywotną -a. Mimo że przecież tworzymy tym sposobem błąd. W książce mówimy więc, że nie ma Błęda. I jest to bardzo zmyślne wykorzystanie zasad językowych. Powiedziałabym nawet, że to jest wyciągnięcie tych zasad na wyższy poziom. Bo pamiętajcie, że zasady mają nam służyć, to nie my się im podporządkowujemy, one zostały stworzone, żeby nam pomagać w wyrażaniu tego, co chcemy przekazać. A jeżeli my chcemy przekazać, że Błąd żyje, to powiemy, że nie ma Błęda.
Możecie oczywiście powiedzieć, że to jest dość specyficzny przypadek i pewnie będziecie mieć rację, chociaż powiem Wam, że często takie sytuacje są wykorzystywane, takie niuanse są wprowadzane do książek, również do książek dla dzieci, a powiedziałabym nawet, że w książkach dla dzieci one się nawet częściej zdarzają niż w tych dla dorosłych. Jeżeli np. jednym z bohaterów książki będzie ptak kiwi o imieniu Kiwi, to teraz pytanie – czy powinniśmy odmieniać to imię? Nazwy gatunkowej ptaka kiwi nie odmieniamy. Ale przecież to jest imię. Czy w takim razie nie powinniśmy powiedzieć, że idziemy po Kiwiego, bawimy się z Kiwim? To zagadka, którą każdy redaktor, autor i wydawca książki, w której występuje taki bohater, musiałby na własną rękę rozstrzygnąć, bo oczywiście jeżeli odmienimy tę nazwę, to narażamy się na krytykę części czytelników, którzy powiedzą, że przecież w książce jest błąd, bo słowo kiwi jest nieodmienne. Ale my wprowadziliśmy ten błąd do książki z konkretnym uzasadnieniem. To dylematy, które przyświecają bardzo często redaktorom i wydawcom właśnie książek dla dzieci. I są to często długie, burzliwe dyskusje, poparte argumentami. To kwintesencja zawodu korektora – to, za co ja ten zawód najbardziej lubię.
Ale wbijam się w dygresję, a przecież w tym punkcie, który – przypomnę – brzmi: „zmienianie tekstów na jedną modłę” – chciałam Wam zwrócić uwagę na jedną konkretną rzecz. Pamiętajcie o tym, żeby nigdy nie dać się złapać w pułapkę wygładzania tekstu tak, żeby brzmiał składnie, przykładnie i według jedynie słusznego wzorca poprawnej polszczyzny. Korektor musi wczuć się w styl autora, musi wyłapać tę cienką granicę pomiędzy tym, co jest dla autora charakterystyczne, a tym, co jest w języku autora zbędne. I jeżeli autor ma jakąś irytującą manierę, to oczywiście takie rzeczy raczej usuwamy, bo tekst będzie wtedy po prostu niezbyt przyjemny w odbiorze. Na przykład słowo „po prostu” jest jedną z takich manier, takich słów wydmuszek, które z tekstu bez dwóch zdań usuwamy. Ale jeżeli np. autor zdecydował się na używanie języka potocznego w powieści czy nawet w książce dla dzieci albo jeżeli np. na blogu dla informatyków wstawia dużo angielskich słów bądź zapożyczeń i jest to jego świadomy zabieg, bo zwraca się do swoich odbiorców, których zna i wie, że ten język będzie dla nich zrozumiały, przyjazny, oczywisty i naturalny – to my nie możemy nagle mu tych wszystkich zapożyczeń zmienić na polskie odpowiedniki – nawet jeżeli takie istnieją – w myśl zasady czystości języka i poprawności językowej. Musimy wziąć pod uwagę styl autora.
I teraz pytanie kluczowe: jak rozstrzygnąć, które elementy można usuwać, a które zostawiamy, bo są stylem autora. Które są zbędne, a które są charakterystyczne? Bardzo prosta zasada: weźcie pod uwagę, że wszystkie te przykłady, które wskazałam wcześniej, wszystkie te odstępstwa od normy miały swoje uzasadnienie. I to jest właśnie kluczowa zasada. Jeżeli potrafimy podać argument dla danego rozwiązania – to go nie tykamy. Chyba że mamy lepszy argument przeciwny, uważamy, że to naprawdę nie jest dobre rozwiązanie, i mamy kontrargument, który je obali. Ale zawsze takie niuanse trzeba omówić z autorem, a nie zmieniać, bo „tak trzeba”. No właśnie nic nie trzeba. Zasady są po to, żeby mieć jakiś punkt odniesienia – tylko tyle i aż tyle.
Błąd 5. Za mało poprawek
Przeglądałam ostatnio próbki swoich korekt z roku 2011 – przedpotopowych już. Pracowałam wtedy w zawodzie już od kilku lat, ale głównie przy tekstach naukowych. I wymyśliłam sobie, że fajnie by było przejść do jakichś ciekawszych tekstów, np. do beletrystyki. Wysłałam więc – liczyłam to ostatnio – dokładnie 80 podań do różnych wydawnictw. I z wielu z nich dostałam rzeczywiście odpowiedź, bo moje portfolio było już wtedy dosyć spore. Co prawda tylko z wydawnictwami naukowymi, ale jednak jakoś te wydawnictwa beletrystyczne mi zaufały. Ale nie zaufały tak w stu procentach, bo wysłały mi próbki. Próbki do pierwszej korekty, na podstawie której moje umiejętności miały zostać ocenione. I jak się okazało – bardzo słusznie te wydawnictwa zrobiły, wysyłając mi próbkę, bo – uprzedzając fakty – nigdzie się wtedy nie dostałam.
I to jest temat na osobny odcinek podcastu – tzn. nie to, że nie dostałam się wtedy do tych wydawnictw, ale to, że każdy typ tekstu ma swoją specyfikę, której się trzeba nauczyć. To nie jest tak, że jak się jest korektorem, tak po prostu – korektorem – to potrafi się poprawiać teksty każdego typu. Nie. Trzeba wejść w każdą stylistykę, w każdy typ, rodzaj tekstu. Jeżeli jest on specyficzny, to trzeba się go od zera uczyć. Mając oczywiście podstawę w postaci poprawności językowej itd. Jednak stylu i specyfiki danego gatunku trzeba się nauczyć. Ale – do sedna.
W tych moich korektach, próbkach – oprócz tego, że pominęłam tam mnóstwo błędów, o których wtedy nie miałam jeszcze pojęcia, a musicie wiedzieć, że próbki od wydawnictw są zwykle sztucznie naszpikowane takimi błędami, więc naprawdę trudno się je poprawia – naniosłam naprawdę bardzo mało poprawek. W zasadzie nie mam pojęcia, z czego to wynika, ale obserwowałam to samo na pierwszych korektach, które robili kursanci Akademii korekty tekstu. To obawa przed ingerowaniem w tekst, język autora, przed nanoszeniem zmian. Prawdą jest, że uczy się nas, korektorów, żeby nie zmieniać z dobrego na lepsze. Tylko że nikt nie mówi, co to jest to „dobre”. No i później korektorzy boją się poprawiać tekst. Nie bójcie się nanosić poprawek na tekst. Naprawdę mało jest takich tekstów, którym wystarczą rzeczywiście jedna, dwie poprawki na stronę: tu jakiś przecinek, tu literówka i jedziemy dalej. Szczególnie jeżeli to jest pierwsze czytanie po autorze. Bo jeżeli to już drugie, trzecie czytanie i była zrobiona dobra redakcja i jeszcze jeżeli oryginał był dobry, to rzeczywiście poprawek w drugiej korekcie może już być niewiele. Ale jeżeli dostajecie tekst, np. artykuł na blog, bezpośrednio od autora, to jest małe prawdopodobieństwo, że w tym tekście będą do poprawienia tylko trzy przecinki i nic więcej. czytajcie, czytajcie i czytajcie, aż znajdziecie błędy, które się tam kryją.
Jeżeli uważacie, że sami dobrze piszecie, to zróbcie sobie taki eksperyment – napiszcie tekst, nie sprawdzajcie go od razu, tylko włóżcie do szuflady. Wróćcie do niego po tygodniu i przeczytajcie go jeszcze raz. Zobaczcie, ile błędów tym tekście jeszcze znajdziecie. Albo interpunkcyjnych, albo literówek, albo miejsc, które można by było napisać nieco lepiej, użyć lepszego sformułowania, które lepiej trafi do czytelników.
Tylko uwaga – żeby nie było tak łatwo, to jest jeszcze oczywiście druga strona medalu. Nie można popadać w paranoję i doszukiwać się błędów na siłę tam, gdzie ich nie ma. Mam przyjemność współpracowac obecnie z jednym z polskich wydawnictw beletrystycznych, w którym robię głównie korekty, tzn. czytam tekst jako ostatnia, po składzie, przed drukiem. I bywa rzeczywiście tak, że jeżeli tekst był dobrze zredagowany, jeżeli był dobrze napisany przez tłumacza – bo to często są tłumaczenia – to taka korekta jest czystą przyjemnością, jak z filmów o korektorach, jeżeli takie by powstały. Siadam w fotelu, przygotowuję kawę albo herbatę, biorę komputer na kolana, czytam sobie dobrą książkę i poprawiam na co drugiej stronie jakiś przecinek czy literówkę. Rzeczywiście wiele więcej błędów w tym tekście nie ma i nie ma się co ich doszukiwać.
Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że to, co teraz powiedziałam, trochę się wyklucza. Z jednej strony mówię, że korektorzy wstawiają za mało poprawek, nanoszą ich za mało na tekst, a potem mówię, żeby z tymi poprawkami nie przesadzać i wszędzie na siłę się ich nie doszukiwać, ale to jest właśnie specyfika zawodu korektora. Tutaj nie ma rozwiązań albo-albo, każdy tekst trzeba rozpatrywać indywidualnie. No i dlatego to jest tak trudny zawód. I dlatego jest to tak ciekawy zawód.
Błąd 6. Tłumaczenie się z wszystkiego
Podam przykład, żebyście zobaczyli, co mam na myśli. Wyobraźmy sobie, że robimy korektę książki, która – powiedzmy – ma 300 stron, jak średniej długości książka. Dostajemy oczywiście PDF, książka jest już po redakcji, my mamy nanieść korektę. Korektę nanosimy w dymkach, notatkach, komentarzach, a wszystkie nasze poprawki składacz będzie musiał wprowadzić do tekstu w programie do składu, najczęściej w InDesignie. I teraz pytanie: jak myślicie, jaka jest średnia liczba poprawek w dość dobrze zredagowanym tekście? Powiedzmy, że to jest powieść takiej właśnie długości – 300 stron. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że mi teraz nie odpowiecie, więc odpowiem sobie sama. Przejrzałam kilka moich korekt tego typu z ostatnich miesięcy i wychodzi mi, że średnio te dobrze zredagowane – bo nie mówię o takich, gdzie poprawki idą w tysiące – mają w ostatniej korekcie około 450 poprawek. Czyli na każdej stronie jest jakaś poprawka: czy to usunięcie literki, czy literówka, czy dodanie przecinka, a na niektórych jest ich troszkę więcej.
I teraz uwaga – choćby to był tylko jeden przecinek do wstawienia, to jest to przecinek do stawienia na każdej stronie! Wprowadzenie takich poprawek przecież zajmie składaczowi strasznie dużo czasu. Teraz wyobraźcie sobie, że korektor zamiast po prostu zaznaczyć ten przecinek i dodać komentarz, np. „skreśl przecinek” albo „skreślić przecinek” albo „proszę skreślić przecinek’, jeżeli jest kulturalnym korektorem, albo przekreślić przecinek specjalnym narzędziem – wyobraźcie sobie, że on tego nie robi, tylko zaznacza przecinek, a w komentarzu wysnuwa elaborat na temat tego, dlaczego ten znak nie powinien w tym miejscu stać: bo za to odpowiada zasada ta, ta, ta i ta. I jak jeszcze zaczyna od elaboratu, a polecenie dla składacza ukrywa gdzieś na samym końcu, to ten biedny składacz ma do naniesienia 450 takich poprawek, w których musi czytać uzasadnienia. Gdzieś koło 50 strony wymięknie. I to dojdzie do 50 strony tylko, jeżeli będzie naprawdę wybitnie cierpliwym człowiekiem.
Przy poprawieniu PDF-ów potrzebny jest konkret. Zaznaczenie – polecenie. Jeżeli chodzi o zamianę słowa na inne, nowe słowo, to zaznaczamy to stare, a w dymku wpisujemy tylko nowe, nic więcej. Składacz będzie wiedział, że tamto ma skreślić, a wstawić nowe. Tyle. Żadnych uzasadnień, komentarzy, nie rozwlekamy tego.
Komentarze oczywiście czasem dodajemy. Komentarz możemy dodać wtedy, kiedy coś jest niejednoznaczne, bo pamiętajcie, że cały czas walczymy o to, żeby było jak najmniej kolejnych poprawek. Więc jeżeli np. przekreślamy pół zdania czy nawet wyraz czy dwa, w każdym razie jakiś fragment, po którym stoi przecinek i ten przecinek ma zostać, to może to być nie do końca jednoznaczne. Składacz może się nie domyślić, czy przecinek zostaje, czy ma go usunąć. Nie musi się znać na zasadach poprawności językowej, nie musi się wczytywać w te zdania. Warto by było wtedy dodać dla niego komentarz, w którym napiszemy np. „przecinek zostaje”. Wtedy on wie: aha, te dwa wyrazy usuwam, przecinek zostaje, dziękuję, idę dalej, następna poprawka.
To były PDF-y. A co robimy w Wordzie? W Wordzie komentarze do każdej zmiany też nie są konieczne, w Wordzie pracujemy w trybie śledzenia zmian, więc wszystkie nasze poprawki będą widoczne dla autora, dla wydawcy czy dla kogokolwiek innego, kto będzie to sprawdzał. Jeżeli nie macie pewności, czy po zmianie tekst, zdanie zachowało swój sens, to wtedy oczywiście do takiego zdania możecie dodać komentarz, żeby zwrócić uwagę autora na ten fragment – żeby koniecznie temu się przyjrzał i zaaprobował albo powiedział, jakich zmian tutaj należy dokonać.
Druga sytuacja: jeżeli zmiana jest naprawdę bardzo nieoczywista, to wtedy też możecie ją uzasadnić, żeby autor nie pomyślał sobie, że wprowadziliście do jego tekstu błąd. Powiedzmy, że autor często pisze o „januszach biznesu”, ale tych „januszów” zapisuje dużą literą, bo to imię, więc powinno się zapisać je dużą literą. Otóż nie. Jeżeli to imię nie oznacza rzeczywiście konkretnej osoby, tylko jakieś zjawisko społeczne czy ekonomiczne, czy jakiekolwiek inne, to ono już nie jest nazwą własną i zapisujemy je małą literą. I teraz my tych dużych „Januszów” wszędzie w tekście zmienimy na małą literę, ale może się zdarzyć, że autor uzna, że to błąd albo nie będzie wiedział, dlaczego to robimy. Jeżeli wyczuwacie, że w tym momencie autor może mieć jakieś wątpliwości, to przy pierwszej takiej zmianie dodajcie komentarz i uzasadnijcie to – możecie podać nawet link do jakiegoś słownika, w którym będzie ta zasada szczegółowo opisana. Wtedy sprawa jest jasna. I najprawdopodobniej jedna dyskusja z autorem Wam odpadnie, bo już będzie wiedział, dlaczego wprowadziliście taką, a nie inną poprawkę.
Ale generalnie autor czy wydawca, który oddaje tekst do korekty, ufa korektorowi, a przynajmniej powinien mu zaufać. Powinien zaufać, że korektor zna się na swojej pracy i wie, co robi, więc wszystkie zmiany przez niego wprowadzone są słuszne. Oczywiście jak wszędzie obowiązuje zasada ograniczonego zaufania, więc jeżeli coś dla autora będzie niejasne, to o to dopyta i wtedy Wy mu to wyjaśnicie, ale nie musicie każdej zmiany w Wordzie czy w PDF-ie objaśniać.
W zasadzie jedyną sytuacją, jaka mi przychodzi do głowy, kiedy tych komentarzy na marginesie z uzasadnieniami mogłoby być więcej, jest próbka. To, o czym mówiłam przy okazji poprzedniego punktu. Próbka do korekty, którą dostajecie od wydawnictwa, zanim podejmiecie z danym wydawnictwem współpracę. Może to być też oczywiście próbka od osoby prywatnej, od self-publishera czy od kogokolwiek innego, kto chce sprawdzić, w jaki sposób pracujecie. Wtedy możecie takimi komentarzami dodać informacje i pokazać autorowi, w jaki sposób będziecie się zajmować jego tekstem. Taka próbka to jest często strona czy dwie, rzadko kiedy więcej. Na tak małym obszarze tekstu oczywiście da się zobaczyć, czy korektor radzi sobie z tekstem i czy to, co z tekstem zrobił, mnie jako autorowi czy mnie jako wydawcy odpowiada, ale takie dodatkowe komentarze są zawsze okazją dla korektora do popisania się swoją wiedzą – edytorską czy jakąkolwiek inną. Więc tak – w próbkach można takie komentarze wstawiać i one mogą być nawet bardzo cenne. W każdym innym przypadku raczej powstrzymałabym się przed zbędnymi komentarzami.
Błąd 7. Koncentrowanie się na jednym błędzie, a pomijanie innych
Korektor musi być takim trochę schizofrenikiem, tzn. w czasie pracy nad tekstem korektor musi myśleć o kilku rzeczach równocześnie. Po pierwsze rejestruje logikę tekstu – albo śledzi fabułę, jeżeli to jest powieść; albo śledzi przeprowadzoną w artykule argumentację – zależy, co poprawia. W każdym razie musi czytać ten tekst ze zrozumieniem i sprawdzać, czy on ma sens. Poza tym oczywiście patrzy na ortografię, interpunkcję, stylistykę, składnię, literówki itd. Poza tym kontroluje formatowanie, zasady edytorskie. W Wordzie przygotowuje tekst tak, żeby był zdatny do dalszej obróbki – do składu czy do publikacji w internecie, a w PDF-ie patrzy też na błędy składu. I po czwarte, jeżeli to jest tekst po składzie i jest np. bogato ilustrowany czy ma bogaty layout – powiedzmy, że to czasopismo – to dobrze by było, żeby korektor spojrzał też na estetykę tekstu, na to, czy kolory, ozdobniki są użyte konsekwentnie, czy nie zaburzają odbioru itd. Mamy tu już co najmniej cztery płaszczyzny, na które należy spojrzeć przy czytaniu tekstu, a tego tekstu zwykle cztery razy nie czytamy! Tylko raz. Ewentualnie dwa albo za drugim razem czyta już kto inny. Dobrze by więc było każdą z tych rzeczy śledzić w czasie każdego czytania, a nie osobno.
I dlatego często się zdarza, że korektor fiksuje się na jednej warstwie, a umyka mu druga. Na przykład pięknie wyczyści formatowanie tekstu albo błędy składu, ale umkną mu jakieś literówki albo odwrotnie – idealnie ogarnie tekst, ale nie zwróci uwagi na wcięcia akapitowe czy paginy, czy odległości między znakami w wersach, jeżeli to jest PDF, i inne tego typu elementy. I m.in. z tego powodu dłuższe teksty powinno się czytać przynajmniej dwukrotnie, bo naprawdę bardzo trudno jest to wszystko wyłapać za jednym zamachem, przy pierwszym czytaniu. I oczywiście mniejsza jest skala zostawienia takich błędów, jeżeli to jest pierwsze czytanie i wiemy, że tekst będzie czytany jeszcze raz i my sami albo druga osoba będzie w stanie wyłapać jakieś literówki. No a większa, jeżeli to jest ostatnie czytanie – wtedy już bezwzględnie trzeba patrzeć na wszystko, bo znów – zasada ograniczonego zaufania: nie mamy pewności, że osoba, która czytała przed nami, wszystko, co do niej należało, czyli np. błędy logiczne – wyłapała.
To jest taka – powiedzmy – skala makro tego punktu, tzn. koncentrowania się na jednym błędzie, a pomijania innych, ale ten punkt ma też swoją skalę mikro, inny wymiar. Bardzo często się zdarza, że korektor w danym zdaniu poprawi np. powtórzenie, ale nie zauważy już braku przecinka tuż obok. Poprawił błąd i idzie dalej. Naprawdę bardzo często to się zdarza. Albo jeszcze inaczej – jeszcze inny wymiar skali mikro. Korektor zmienia wyraz na bardziej pasujący do kontekstu albo likwiduje powtórzenie, ale nie sprawdza, czy reszta zdania pasuje do tej zmiany.
Podam przykład, bo brzmi to pewnie bardzo zawile. Załóżmy, że mamy powieść i bohater w powieści mówi takie zdanie:
– Na pewno nic tutaj nie znajdziemy. To dawno opuszczony dom.
A drugi bohater odpowiada:
– Ale i tak musimy go przeszukać.
Wymyśliłam sobie taką – powiedzmy – powieść kryminalną. Zaczęłam niedawno oglądać na Netflixie serial W głębi lasu, więc jestem teraz w temacie i w klimacie.
No i wszystko pięknie, tylko okazuje się, że wyraz „dom” był już użyty w zdaniu poprzednim i wypadałoby zlikwidować to powtórzenie, bo do domu jest bardzo łatwo znaleźć synonim. Korektor wpada więc na genialny pomysł i zmienia „dom” na coś takiego:
– Na pewno nic tutaj nie znajdziemy. To dawno opuszczona rudera.
Teraz to brzmi nawet trochę bardziej mrocznie, wszystko się zgadza. Rudera – też dom. Opuszczona, więc pewnie to było jakieś zaniedbane miejsce. Załóżmy, że wcześniej był ten dom opisany, więc fabularnie wszystko jest okej, korektor nie nadużył swoich kompetencji. Może iść dalej i czytać ten tekst dalej. Ale! Czy na pewno?
Zobaczcie, co się stało. Przeczytam teraz ten dialog jeden po drugim, ze zmianą domu na ruderę. Słuchajcie:
– Na pewno nic tutaj nie znajdziemy. To dawno opuszczona rudera.
– Ale i tak musimy go przeszukać.
Nie „go”, tylko „ją” – ruderę. Nowy wyraz jest rodzaju żeńskiego, więc musimy zmienić ten zaimek. I takie niuanse bardzo często zostają po redakcji w Wordzie. Jeżeli będziecie robić korektę po składzie, drugie czytanie, to nie zdziwcie się, jeżeli je zobaczycie. To wcale nie jest jakieś duże niedociągnięcie redaktora czy kwestia jego niedouczenia, najprawdopodobniej zmienił wyraz, który jest teraz innego rodzaju albo w inny sposób współgra z innymi wyrazami w tekście: czy z czasownikami, czy z przymiotnikami, czy właśnie z zaimkami – i trzeba to wszystko dostosować po zmianie. Ale jeżeli redaktor nie cofnie się o krok i nie przeczyta zdania jeszcze raz, to nie zauważy, że oprócz zlikwidowania powtórzenia trzeba też zmienić zaimek. I oczywiście pewnie wyłapie to w drugim czytaniu korektor, ale jeżeli to już jest drugie czytanie, wtedy bezwzględnie po takich zmianach trzeba się troszkę cofnąć i przeczytać całość jeszcze raz, żeby zobaczyć, czy wszystko się zgadza.
Błąd 8. Wprowadzanie błędów do tekstu
Nad tym punktem nie będę się długo rozwodzić, bo jego trzeba po prostu zapamiętać. Zapamiętajcie sobie jedną zasadę: jak już coś zmieniamy, to musimy być pewni swojej poprawki. Można po raz 50 sprawdzić w słowniku, wygooglować, żeby mieć pewność, że to, co wpisujemy, jest poprawne. Żeby nie wprowadzić błędu do tekstu, bo to jest jednak lekki obciach. Na pewno macie takie wyrazy, z którymi macie problem, nawet ortograficzny. Ja mam takie swoje ulubione słowa, np. zdarzyć i zdążyć albo machać i wahać – nigdy nie wiem, jak to zapisać, i zawsze albo przywołuję je sobie w tych parach, bo to mi pomaga (albo rządzić i żądać), albo sprawdzam w słowniku, bo naprawdę chyba nigdy w życiu tego nie zapamiętam. I wolę sprawdzić po raz 50 danego dnia, niż napisać ten wyraz w tekście z błędem ortograficznym. To oczywiście ekstremalny przykład – błąd ortograficzny, ale jeżeli macie jakieś wątpliwości interpunkcyjne czy jakiekolwiek inne, zawsze sprawdźcie, zanim naniesiecie poprawkę. Żebyście nie wprowadzili błędu w miejscu, gdzie go nie było.
Innym błędem mogą być literówki. Jeżeli zmieniacie duże partie tekstu, to może się zdarzyć tak, że sami zrobicie jakąś literówkę. I tu znów nie stawiajmy sprawy na ostrzu noża, bo jeżeli to jest pierwsze czytanie, redakcja – redaktor zmienia bardzo dużo elementów w tekście. Jeżeli on zostawi jakieś literówki, to się nic nie stanie, bo ktoś jeszcze będzie to po nim czytał. O ile redaktor wszystkie błędy stylistyczne, logiczne, składniowe wyłapie i poprawi, to korektor spokojnie będzie w stanie skupić się na tych literówkach.
Ale jeżeli pracujemy już na PDF-ie i najprawdopodobniej jesteśmy ostatnimi osobami, które będą ten tekst czytać, to trzeba bardzo uważać na komentarze wpisywane w dymkach. Najprawdopodobniej składacz będzie te słowa, które my chcemy wprowadzić do tekstu, kopiował. Jeżeli my te słowa w komentarzach zapiszemy z literówkami czy z innym błędem, to składacz nie będzie ich wszystkich dokładnie czytał. On ma do wprowadzenia, jak pamiętamy, 450 poprawek – i to w dobrze zredagowanym tekście. Nie musi ich czytać, pewnie będzie robił kopiuj-wklej, on się też nie musi oczywiście znać na języku, nie będzie sprawdzał i literował naszych wstawek. Wtedy trzeba naprawdę bardzo uważać, żeby literówek w komentarzach nie stawiać. Jednym słowem – uważność, uważność, uważność. I sprawdzanie wszystkiego, co się da. Tak stety-niestety wygląda ta praca.
Błąd 9. Niezadawanie pytań
Z tym błędem – albo inaczej – z powodu tego błędu namęczyłam się kiedyś na początku mojej pracy. Bo właśnie – nie zadałam pytania. I potem miałam dwa razy więcej pracy. Nauczyłam się na całe życie, że jeżeli w tekście jest jakiś dziwny zapis, np. jakieś kolory w dziwnych miejscach, niektóre zdania są wyróżnione, to zanim ja to usunę i ujednolicę tak, żeby było poprawnie sformatowane – najpierw muszę zapytać autora albo wydawcę, czy ten kolor naprawdę jest tam niepotrzebny. Bo jeżeli jest potrzebny, a właściwie był potrzebny, a ja go usunęłam i go już nie ma, to niestety do mnie będzie należało odtworzenie go.
Czasem zdarza się tak, że jeżeli redagujemy artykuł, to autor może już kolorem zaznaczyć sobie w tym artykule jakieś zdania, które będzie chciał wyciągnąć na wyimki czy wybicia – różnie się to nazywa. Czyli takie wyróżnione cytaty, które są wstawiane w ozdobnych graficznie ramkach czy w inny sposób wyróżnione pomiędzy akapitami w tekście. Na pewno to kojarzycie z czasopism. I teraz jeżeli my jako redaktorzy czy korektorzy w Wordzie te kolory usuniemy, bo uznamy, że cały tekst ma mieć kolor automatyczny i tyle, bo tak ma być, to niestety zniszczymy pracę autora i będziemy musieli to odtworzyć. Pal licho, jeżeli to będą dwie strony, bo sobie po prostu porównamy pliki i przywrócimy kolory, ale ja zrobiłam tak nie na tekście, który nie był artykułem, tylko książką. Już nie pamiętam, po co te kolory autorowi były potrzebne, ale one zdecydowanie były znaczące. To był początek mojej pracy, stwierdziłam, że nie będę się o głupoty pytać i że na pewno ten kolor jest tam niepotrzebny, no i go usunęłam. Okazało się, że był potrzebny. Spędziłam dzień czy dwa na wertowaniu i porównywaniu tekstów, żeby te kolory do tekstu przywrócić.
Uczcie się więc na moim błędzie, nie bójcie się pytać. Jeżeli zobaczycie jakieś dziwne wyróżnienia, formatowanie, niecodzienne zapisy w tekście, to zanim je usuniecie, zapytajcie autora, czy one tam się znalazły celowo albo czy można je usunąć.
Błąd 10. Brak śledzenia zmian
Na sam koniec zostawiłam klasyk. Nawet nie wiecie, ile razy mi się zdarzyło, że zapomniałam włączyć śledzenie zmian i zorientowałam się gdzieś na przedostatniej stronie tekstu. Albo wyłączyłam śledzenie zmian w trakcie pracy – to się nawet częściej zdarza – żeby wprowadzić jakieś większe zmiany, np. formatowania, takie, które nie były na tyle istotne dla tekstu, żeby musiały być naniesione w trybie śledzenia zmian. A potem… zapomniałam włączyć śledzenie zmian z powrotem.
I oczywiście coś takiego da się obejść, bo Word ma funkcję porównywania dokumentów. Znajdziecie ją w zakładce Recenzja. Jeżeli wskażecie mu oryginalny dokument i dokument skorygowany, to on te dwa dokumenty połączy, a wszystkie różnice pomiędzy nimi pokaże jako poprawki, czyli właśnie w trybie śledzenia zmian. I to jest ostatnia deska ratunku, ale naprawdę lepiej przypiąć sobie na monitorze różową kartkę czy żółtą, czy w jakimkolwiek innym kolorze, który na Was działa, i napisać na niej: „Włącz śledzenie zmian”. I pamiętać o tym zawsze przy redagowaniu tekstu.
Nawet jeżeli autor nie będzie chciał od Was tekstu z widocznym śledzeniem zmian, to Wy i tak pracujecie w trybie śledzenia zmian, bo jak mu się odwidzi, to będziecie musieli się bawić w porównywanie dokumentów. Zawsze taki tekst możecie zapisać pod inną nazwą, potem zmiany zaakceptować i wysłać autorowi czysty tekst, jeżeli tak sobie życzy, ale u siebie na dysku miejcie też zawsze tekst zapisany w trybie śledzenia zmian.
Oczywiście, jak się domyślacie, jest jeszcze druga strona medalu, tzn. za dużo poprawek dokonywanych w trybie śledzenia zmian. Kiedy zaczynamy pracę z tekstem, zwykle ujednolica się formatowanie. I teraz już abstrahuję od takich przypadków jak te z poprzedniego punktu, kiedy dodatki, kolory są znaczące. Nie – teraz mówimy o przypadku, kiedy rzeczywiście to formatowanie trzeba ujednolicić, np. marginesy, wcięcia akapitowe, odstępy między akapitami, krój czcionki, rozmiar czcionki, kolory i wszystkie inne elementy. Jeżeli to zrobimy w trybie śledzenia zmian, to już po takich zmianach będziemy mieć mnóstwo dymków na marginesie. Jeżeli autor jest obeznany w Wordzie, to oczywiście może sobie wyświetlić zmiany, wyłączając widoczność formatowania. Ale jeżeli nie jest obeznany, to te wszystkie zmiany formatowania przysłonią mu wstawienia i usunięcia, czyli to, co jest kluczowe, tzn. wszystkie nasze ingerencje w jego tekst.
Te zabiegi, których dokonujemy na samym początku po to, żeby ujednolicić plik, i po to, żeby ułatwić dalszą obróbkę tekstu na etapie składu czy publikowania go w Internecie, nie są znaczące, one nic nie zmieniają w tekście. I znów przypis – z wyjątkiem tego formatowania, które rzeczywiście jest istotne, ale w tym momencie o takim nie mówimy. Można więc takie poprawki wprowadzić z wyłączonym śledzeniem zmian. Żeby nie zaciemniać i nie zaśmiecać marginesu, gdzie pojawiają się nasze poprawki.
Autor nie musi tych wszystkich ujednoliceń widzieć, więc spokojnie można coś takiego zrobić. Dokładnie o tym, co można zrobić przed włączeniem trybu śledzenia zmian, o wszystkich czynnościach, które należy wykonać na początku pracy z plikiem – mówię w jednej z lekcji Akademii korekty tesktu, więc jeżeli ten temat Was interesuje, chcielibyście go zgłębić, to zapraszam do zapisania się na listę oczekujących. Jesienna edycja AKT już niedługo, link do strony, na której przedstawiam cały kurs, i do zapisów znajdziecie na mojej stronie: ewapopielarz.pl w zakładce Kurs korekty tekstu.
*
Jeśli dobrze liczę, to cały dekalog błędów korektorów mamy już za sobą – trzy błędy dotyczące organizacji pracy korektora i siedem błędów dotyczących pracy z tekstem. Przyznaję się bez bicia, że dziewięć z nich było moim udziałem. Jedne trzymały się mnie długo, inne popełniłam tylko raz i nauczyły mnie na całe życie, żeby więcej ich nie powtarzać, a Wy uczcie się na moich błędach i już teraz ich unikajcie. Jeżeli macie ochotę pobawić się w detektywów, to wejdźcie na moją stronę ewapopielarz.pl i pod odcinkiem tego podcastu napiszcie mi, którego błędu Waszym zdaniem nigdy nie popełniłam. Oczywiście biorąc pod uwagę te 10 błędów z dekalogu, które właśnie zostały wymienione. Był taki jeden, którego się ustrzegłam, niestety tylko jeden. Możecie też napisać do mnie na maila: podcast@ewapopielarz.pl – w tej sprawie i w każdej innej.
A teraz już odkładam mikrofon i wracam do świata „po drugiej stronie książki”, żeby tym razem błędów nie popełniać, tylko je wyłapywać. Do usłyszenia w kolejnym odcinku podcastu, który zostanie wyemitowany już 15 lipca.
The post PDSK#003 10 błędów korektorów (podcast) appeared first on Ewa Popielarz.

9 snips
Jun 2, 2020 • 1h 12min
PDSK#002 Fikcja w książkach dla dzieci – potrzebna czy zbędna? W odniesieniu do pedagogiki Montessori (podcast)
Gościem jest Anita Jonczyk, właścicielka wydawnictwa sam, copywriterka i mama, która dzieli się swoim doświadczeniem w pracy z książkami dla dzieci. Rozmawia o fikcji w literaturze dziecięcej oraz jej związku z pedagogiką Montessori. Porusza kontrowersje dotyczące braku fikcji w tej metodzie, wpływ samodzielnego poznawania świata na rozwój dzieci oraz rolę rodziców w wprowadzaniu dzieci w świat książek. Zastanawia się także, jak literatura kształtuje emocje i empatię najmłodszych.

May 16, 2020 • 32min
PDSK#001 Czym się różni redakcja od korekty i dlaczego nie powinno to mieć dla Ciebie większego znaczenia (podcast)
Całe życie chciałam pracować w radiu. Tyle że zawsze mi się wydawało, że nie umiałabym dostatecznie składnie mówić i że mam zbyt piskliwy głos. Całe 34 lata mi zajęło, żeby odrzucić w kąt te przekonania i usiąść za mikrofonem. Co prawda nie w radiu, tylko na własnej kanapie, ale za to mikrofon wyposażyłam w profesjonalny okrągły filtr (zawsze chciałam taki mieć!). W ten sposób powstał pierwszy odcinek podcastu Po drugiej stronie książki.
Na dobry początek rozprawiłam się z odwiecznym dylematem: czym się różni redakcja od korekty. Będzie też co nieco o wypiekaniu chleba, o składaczach tracących nerwy i o tym, dlaczego umiejętność wyłapywania literówek nie świadczy o randze korektora.
Jesteście ciekawi? Z dumą oddaję w Wasze ręce mój nowy projekt, którego przygotowanie sprawiło mi ogromnie dużo radości. Mam nadzieję, że i dla Was to będzie przyjemne pół godziny.
Subskrybuj: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | Inne
Montaż: Kamil Dudziński
Plan odcinka:
Metafora piekarnicza – co ma wspólnego praca nad tekstem z wypiekaniem chleba.Jak wygląda proces wydawniczy. Wzorcowy schemat:stworzenie tekstu przez autora,tłumaczenie,redakcja, czyli pierwsze czytanie po autorze,korekta autorska,droga pierwsza: skład – korekta,droga druga: korekta – skład – rewizja.Rady dla autorów i dla korektorów.
Tematy poruszane w odcinku:
Schemat wzorcowego procesu wydawniczego.Jak wyceniać redakcję/korektę tekstu.Rola tłumacza w procesie wydawniczym.Obowiązki redaktora.Na czym polega redakcja językowa, logiczna i techniczna.Czy trudno wyłapać literówki.Jak rozmawiać z autorem o koniecznych zmianach w tekście.Współpraca pomiędzy autorem a redaktorem.Czy redaktor i korektor to ta sama osoba.Obowiązki korektora.Jakie są typowe błędy składu.Współpraca pomiędzy korektorem a składaczem.Na czym polega rewizja tekstu.Kompetencje redaktora i korektora.
Transkrypcja podcastu #001 Czym się różni redakcja od korekty i dlaczego nie powinno to mieć dla Ciebie większego znaczenia
„Dzień dobry, potrzebuję korekty”.
„Pani się zajmuje tylko korektą czy redakcją też?”
„Potrzebuję korekty dla swojego tekstu. A może nawet redakcji”.
„Czy w przypadku e-booka jest potrzebna redakcja? Proszę o uzasadnienie”.
To tylko kilka cytatów z maili, które jako korektor i redaktor w jednym dostaję codziennie od autorów. Przewijają się w nich słowa „redakcja” i „korekta”, a podejrzewam, że gdyby zapytać nadawców wiadomości o to, co rozumieją pod tymi terminami, to odpowiedzi byłyby bardzo różne.
I właśnie dlatego wybrałam ten temat na pierwszy odcinek
mojego podcastu. Rozstrzygniemy raz na zawsze, czym się różni redakcja od
korekty, czy w ogóle czymkolwiek się różnią i czy ma to jakiekolwiek znaczenie.
A jeżeli ma, to jakie.
Daj się zabrać za kulisy świata książek i tekstu. Zobacz, gdzie się kryją błędy, i przekonaj się, czy korekta to zawód dla Ciebie. Słuchasz podcastu Po drugiej stronie książki. Zapraszam – Ewa Popielarz.
Czym się różni redakcja od korekty – struktura odcinka
Zaczniemy od metafory piekarniczej. Nie bez powodu – nagrywam ten podcast w maju 2020 roku, kiedy od ponad miesiąca, a nawet od dwóch miesięcy na półkach sklepowych brakuje drożdży, więc takie porównanie powinno każdemu przemówić do wyobraźni.
Później krok po kroku przeprowadzę Was przez wzorcowy proces
wydawniczy. I już wtedy będziecie mogli zobaczyć, czy rzeczywiście między
redakcją a korektą są jakieś różnice, a jeżeli tak, to jakie.
Na koniec podpowiem Wam, jakie to wszystko ma znaczenie dla korektorów,
ale też dla autorów – dla osób, które piszą. Bo jak już wiecie, ten podcast
jest nie tylko dla korektorów.
Zaczynamy!
Metafora piekarnicza
Przypuśćmy, że tekst, który mamy otrzymać, to bochenek chleba. Co wobec tego muszą zrobić autor, redaktor i korektor, żeby dobrze ten bochenek wypiec? Żeby nic się nie przypaliło, żeby nie było zakalca – żeby wszystko było zjadliwe.
Na początku oczywiście jest autor. Autor dobiera składniki i miesza ciasto w dzieży, czyli w dużej drewnianej misce. W świecie autorów ta miska najczęściej nazywa się Word. Czasem autor oddaje ciasto redaktorowi od razu po pierwszym przemieszaniu, a czasem dopieszcza je nieco dłużej i na stole redaktora ląduje całkiem nieźle wyglądający bochenek. Tak czy inaczej – jeść się tego jeszcze nie da, ciasto wymaga dodatkowej obróbki.
Teraz na scenę wkracza redaktor. Chciałoby się powiedzieć – cały na biało. Do metafory piekarniczej to nawet pasuje. Jakie zadania ma redaktor? Redaktor ma sprawdzić, czy dobór składników był prawidłowy, czy należałoby coś dorzucić, a może coś odjąć; redaktor może posmakować ciasta – jest jego pierwszym degustatorem, ale pamiętajmy, że ono jest jeszcze cały czas surowe. Redaktor upiekł w życiu już dziesiątki bochenków, więc potrafi przewidzieć, jak ciasto się zachowa przy pieczeniu i w jakiej konfiguracji zadowoli degustatorów. Kiedy kończy się rola redaktora, ciasto ładnie rośnie i jest prawie gotowe do włożenia do pieca.
Co wobec tego robi korektor? Korektor to pomocnik piekarza-redaktora. Wielkie zmiany (składników, kolejności ich dodawania czy proporcji) to nie jest jego działka. On ma zajrzeć do koszyka rozrostowego i sprawdzić, czy ciasto dobrze wyrosło. Później wkłada je do pieca (piecem zarządza składacz, ale o nim tu nie będziemy mówić) i do samego końca kontroluje, czy bochenek dobrze rośnie, czy ładnie się zarumienił, czy nie trzeba poczynić ostatnich poprawek.
To była metafora piekarnicza, a teraz spróbujemy ją
przełożyć na życie. Jeżeli zgubiliście się gdzieś na etapie wyrabiania ciasta w
dzieży, to nic nie szkodzi, słuchajcie dalej. Zaraz wszystko stanie się jasne.
Jak wygląda proces wydawniczy?
Schemat, który za moment Wam przedstawię, to tylko jedna z
wielu możliwości pracy z tekstem. Czasem niektóre elementy wypadają, czasem zmieniają
miejsce w szeregu, ale z grubsza praca z tekstem wygląda w wielu przypadkach tak
samo.
Tylko uwaga: te wszystkie elementy pojawiają się przy wydawaniu dłuższych publikacji – książek albo e-booków. Jeżeli pracujemy z tekstem krótszym, np. z artykułem na blog, to początek pracy jest oczywiście bardzo podobny, tyle że cały proces się skraca, bo nie ma etapu składu, tylko tekst jest publikowany online.
Punkt 1. Pisanie tekstu
Oczywiście na początku zawsze jest autor. Żeby redaktor i
korektor mieli co robić, tekst musi być przez kogoś napisany. To, jak autor
przygotuje swój tekst, znacząco wpływa na kolejne etapy pracy. Może się
zdarzyć, że już po pierwszej serii poprawek tekst będzie prawie gotowy do
oddania go w ręce czytelników, a może się zdarzyć tak, że przy tej pierwszej
serii poprawek trzeba będzie tekst niemalże przepisać.
Rada dla autorów? Przeczytajcie swój tekst
przynajmniej raz przed wysłaniem go do redaktorów. To naprawdę widać, jeżeli
tekst był napisany na szybko i od razu wysłany do poprawy. I tak chwała za to,
że został wysłany do redakcji, a nie od razu opublikowany, ale dobrze jest tekst
odłożyć do szuflady, wrócić do niego na drugi dzień albo po tygodniu – jeśli
mamy czas – przeczytać go jeszcze raz i dopiero wtedy posłać do redakcji.
Rada dla korektorów? Nigdy nie podawajcie stawki za redakcję/korektę (do tych terminów za chwilę wrócimy) przed zobaczeniem przynajmniej próbki tekstu. Sama tematyka, gatunek, liczba znaków wiele Wam nie powiedzą. Musicie zobaczyć, jak tekst jest napisany, żeby ocenić, ile będzie przy nim pracy. Dopiero na tej podstawie możecie wycenić swoje działania. Oczywiście liczba znaków jest przy tej wycenie ważna, ale musicie też wiedzieć, ile pracy trzeba będzie w ten tekst włożyć, bo 10 stron tekstu można poprawić w godzinę, a można ślęczeć nad nimi cały dzień i cały czas nie mieć ostatecznej wersji tekstu.
Punkt 2 (a właściwie 1b). Tłumaczenie
Ten etap pojawi się wtedy, kiedy mamy do czynienia z tekstem
obcojęzycznym w oryginale. To, co teraz powiedziałam, to oczywista oczywistość,
ale od czegoś trzeba było zacząć. Ma to znaczenie o tyle, że tłumacz dla
redaktora/korektora staje się w pewnym sensie autorem – to z tłumaczem będą się
kontaktować, żeby rozstrzygnąć sporne kwestie. I to znów jest oczywiste, bo
autor najprawdopodobniej języka polskiego nie zna, więc ciężko mu będzie
zadecydować chociażby, czy jego bohaterowie mają się do innych bohaterów
zwracać w wołaczu, czy w mianowniku. Tu tłumacz przychodzi z pomocą i może
wesprzeć redaktora w podejmowaniu takich decyzji.
Punkt 2 (właściwy). Redakcja
Nad tym punktem zatrzymamy się dłużej, bo jest dla nas kluczowy. Teraz do akcji wkracza – no właśnie: kto? – redaktor czy korektor? Krótko – mówi się, że pierwsze czytanie po autorze to redakcja. Oczywiście niektórzy będą ją nazywać korektą, niektórzy – pierwszą korektą, ale ta terminologia naprawdę nie ma żadnego znaczenia, bo to, czy pierwsze czytanie po autorze nazwiemy redakcją, czy korektą, nie zmieni zakresu obowiązków redaktora bądź korektora – tej osoby, która będzie te poprawki po autorze jako pierwsza wprowadzać.
Redaktor – bo tak będziemy go dla uproszczenia nazywać –
pracuje w Wordzie, ewentualnie w Dokumentach Google. Dlaczego? Bo na etapie redakcji
zwykle jest najwięcej poprawek i najwygodniej jest wprowadzać je bezpośrednio
do tekstu, czyli np. w Wordzie albo w innym pliku, który jest edytowalny. Można
pracować też w programie Pages, jeżeli używamy Maców, można pracować w
programach darmowych, typu OpenOffice czy LibreOffice, ale jednak przyjęło się,
że MsWord jest najwygodniejszy, bo między różnymi wersjami plików jest najmniej
rozbieżności, jeśli wszyscy w nim pracują.
Redaktor pracuje więc w Wordzie, w trybie śledzenia zmian,
żeby autor mógł zobaczyć, co zostało w jego pliku zmodyfikowane.
Ważne: redaktor ma za zadanie sprawdzić tekst pod każdym względem: językowym, logicznym i technicznym. I nawet gdyby autor upierał się w mailu, że chodzi mu „tylko o korektę”, że jemu trzeba poprawić tylko literówki, ewentualnie przecinki, to redaktor nie powinien się na coś takiego godzić. Dlaczego? Autor może nawet nie być świadomy, jakie błędy popełnia. I wcale nie musi być tego świadomy! Zadaniem autora jest wymyślić historię i napisać tekst. Cała reszta należy do redaktora.
Prawda jest taka, że literówki każdy z powodzeniem może poprawić
samodzielnie. To zwykle pierwsza rzecz, którą młodzi korektorzy – tacy, którzy
dopiero zaczynają pracę w zawodzie – opanowują do perfekcji. Wystarczy
przeczytać tekst w miarę wolno, dokładnie, zwracając uwagę na każdy wyraz,
każdy znak i nie ma problemu – nie trzeba mieć do tego żadnego merytorycznego
przygotowania, oprócz kilku lat podstawówki. Literówki każdy w swoim tekście
znajdzie, nie trzeba za to płacić redaktorowi ani korektorowi.
Tyle że naprawdę bardzo mało jest takich tekstów, które wymagają
poprawienia jedynie literówek. W tekstach pojawiają się powtórzenia, błędy
stylistyczne, m.in. rusycyzmy – takie, które tak się zakorzeniły w języku, że już
ich nie wyczuwamy. Chociażby „póki co” to rusycyzm, który tak zakorzenił się w
języku polskim, że nikt już nie wyczuwa, że to jest naleciałość z innego
języka. A redaktor będzie o tym wiedział i redaktor to poprawi.
Oczywiście rozumiem autorów, którzy mówią o poprawieniu samych literówek. Mogą tak robić dlatego, że boją się zbytniej ingerencji redaktorów. Boją się, że redaktor za bardzo namiesza im w tekście, będzie ingerował w ich styl itp. Ale to tak nie wygląda – dobry redaktor nie tyka autorskiego stylu. Zadba tylko o to, żeby wszystko mieściło się w granicach poprawności językowej – nawet jeśli trzeba będzie te granice czasem trochę naciągnąć.
Rada dla redaktorów: Jak przekonać autora do swoich
racji, jeżeli wiemy, że jego tekst wymaga większej ingerencji niż poprawienie
samych literówek? Trzeba zaproponować wykonanie próbki. Trudno będzie wyjaśnić
słowami, jak redakcja zmieni tekst na lepsze, ale kiedy autor zobaczy czarno na
białym swoje własne słowa, swój własny styl po redakcji, to będzie wiedział, o
co redaktorowi chodziło.
Jedna z autorek napisała mi kiedyś po tym, jak odesłałam jej
gotową książkę po redakcji, że to niesamowite, bo tekst jest „taki sam, ale
jakby lepszy”. Właśnie o to „jakby lepszy” walczy redaktor i może pokazać to
„jakby” autorowi, wykonując dla niego próbkę redakcji jego tekstu, np. jedną
stronę.
Wróćmy do obowiązków redaktora. Redaktor zwraca uwagę na
wszystko: na błędy językowe, logiczne i techniczne. O językowych nie będziemy
mówić, bo to jest oczywiste. To są wszystkie błędy, które wychodzą poza granice
poprawności językowej: ortograficzne, interpunkcyjne, stylistyczne itp.
Co z błędami logicznymi? Redaktor stawia się w pozycji pierwszego czytelnika i jeśli coś mu w tekście zgrzyta, czegoś mu brakuje, czegoś jest za dużo, jakieś informacje wypadałoby doprecyzować, to redaktor informuje o tym autora i autor ma szansę swój tekst udoskonalić. Klasyczny przykład: jeżeli na jednej stronie bohater ma oczy niebieskie, a na drugiej ten sam bohater ma oczy zielone i nie jest to w żaden sposób usprawiedliwione, np. założeniem kolorowych soczewek kontaktowych, to redaktor takie niuanse wyłapuje, zwraca na nie uwagę autorowi albo sam je poprawia, jeżeli jest to oczywiste.
Ostatnia rzecz to błędy techniczne. Redaktor jeszcze nie widzi tekstu w jego ostatecznym kształcie – w takim, w jakim zostanie wydrukowany – ale i tak na etapie pracy w Wordzie musi tak sformatować tekst, żeby nie sprawiał on problemów przy składzie: żeby nie było 5000 różnych fontów, żeby składacz dokładnie wiedział, gdzie się kończy, a gdzie zaczyna rozdział, żeby pojawiły się wszystkie potrzebne wyróżnienia, kursywy, pogrubienia i inne dodatki do tekstu. O to też dba redaktor.
To wszystko dzieje się w czasie pierwszego czytania tekstu
po autorze. Czy nazwiemy to czytanie redakcją, czy korektą, czy pierwszą
korektą – to nie ma żadnego znaczenia. Chodzi o to, że redaktor ma zwrócić
uwagę na wszystkie niuanse, na wielu różnych płaszczyznach. Zmian jest tutaj
naprawdę sporo. Właśnie dlatego to pierwsze czytanie po autorze jest zwykle
najdroższe, nawet dwa razy droższe niż każde kolejne.
Punkt 3. Korekta autorska
Poprawiony tekst trafia z powrotem do autora, który ma za
zadanie przejrzeć poprawki, zaakceptować je albo poprosić o ich cofnięcie lub
uzasadnienie. Jeżeli chce cofnąć poprawki, to dobrze by było, żeby sam
uzasadnił dlaczego. Jeżeli na marginesie były zostawione jakieś komentarze:
pytania, prośby, sugestie od redaktora, to autor powinien je przejrzeć i się do
nich odnieść. Nie musi sam nanosić zmian na tekst, chyba że chce coś dopisać
albo skreślić. Może też napisać swoje sugestie w komentarzu i odesłać tekst jeszcze
raz do redaktora.
To, co się teraz dzieje – praca, którą wykonuje teraz redaktor – to cały czas część jego obowiązków należących do „pierwszego czytania”. Redaktor ustosunkowuje się do tego, co autor wprowadził w czasie korekty autorskiej, i nanosi to wszystko na tekst. Sprawdza też wszystkie dopisane fragmenty tekstu, jeżeli autor tekst uzupełnił. Sprawdza je pod kątem językowym, bo często pojawiają się np. powtórzenia, jeżeli autor wrzucił zdanie w środek akapitu.
Na koniec redaktor wszystko czyści i wysyła gotowy tekst,
który może iść dalej do składu albo do korekty.
No właśnie – i tu zaczynają się schody. Jeżeli był to krótki
tekst, np. do publikacji na blogu, to po pierwszym czytaniu redaktora, po
uzgodnieniu poprawek z autorem tekst zwykle idzie do publikacji. Często nawet
nie wraca do redaktora, bo poprawek nie ma wiele. Jeżeli redaktor z blogerem
już się długo znają, to tekst po pierwszym czytaniu jest gotowy.
Ale jeżeli tekst jest dłuższy, to trzeba go przeczytać drugi raz. To bardzo ważne! Jeżeli zmian przy pierwszym czytaniu było sporo, to pewnie jeszcze zostały jakieś literówki, niedociągnięcia, powtórzenia – to zupełnie normalne. W czasie jednego czytania długiego tekstu nie jesteśmy w stanie wyeliminować wszystkich błędów.
Mamy dwie drogi: tekst może iść od razu do składu
albo do korekty.
Czyli ścieżka może wyglądać tak: napisanie tekstu (autor) –
redakcja (łącznie z poprawkami autorskimi) – skład – korekta.
Albo: napisanie tekstu (autor) – redakcja (łącznie z
poprawkami autorskimi) – korekta – skład – rewizja.
Pojawiło się nowe słowo, pokomplikowało się trochę, doszły
nowe terminy, ale powoli wszystko sobie wyjaśnimy. Zacznijmy od korekty.
Punkt 4. Korekta
Korektor to czasem ta sama osoba, która robiła redakcję, chociaż
zaleca się, żeby książkę czy e-book (dłuższy tekst) czytało więcej par oczu. Oba
rozwiązania mają swoje plusy i minusy. Redaktor doskonale zna książkę, ale może
ją znać za dobrze, może być przywiązany do jakichś sformułowań i nawet jeżeli
są błędne, to nie zauważy ich przy drugim czytaniu. Poza tym każdy z nas –
redaktorów i korektorów – ma ograniczony zasób wiedzy, więc jest szansa, że
jeżeli dwie osoby będą czytały tekst, to wyłapią więcej niedociągnięć.
W każdym razie na scenę wkracza korektor, czyli osoba, która jako druga poprawia tekst. Do korektora tekst powinien trafić już wyczyszczony z najgorszych błędów i w ostatecznym kształcie, jeżeli chodzi o układ treści. Zadaniem korektora nie jest już przestawianie kolejności akapitów czy rozdziałów ani sugerowanie, że trzeba dopisać większe partie tekstu.
Co wobec tego ma zrobić korektor? Korektor ma wyłapać:
literówki – bo zwykle jakieś jeszcze zostają; wiem, powiedziałam na początku, że wyłapywanie literówek nie jest trudne, ale jeżeli redaktor skupia się na tylu różnych aspektach tekstu, to akurat literówki są tym, co może mu umknąć – i tutaj do gry wchodzi korektor;ewentualne błędy interpunkcyjne, stylistyczne, ortograficzne, czyli dba o poprawność językową;niejednolite zapisy, np. niekonsekwencje w stosowaniu wyróżnień czy niekonsekwentny sposób zapisu liczb.
W idealnym świecie poprawek przy drugim czytaniu już nie ma
wiele, ale jeżeli redakcja była zrobiona niedokładnie albo jeżeli tekst wyjściowy
był bardzo – muszę to powiedzieć – bardzo zły, to korektor będzie miał co
robić. Wtedy dobrze by było zrobić nawet dwie korekty, ale naprawdę niewiele
wydawnictw stosuje tę taktykę. Rola korektora jest bardzo istotna.
Jest jeszcze jedna rzecz, na którą zwraca uwagę korektor, a której nie miał okazji poprawić redaktor. Jeżeli korektor dostanie tekst jeszcze przed składem, to oczywiście będzie pracował na nim w Wordzie. Ale jeżeli przed korektą, przed drugim czytaniem tekst był u składacza, to ma już ostateczny kształt, przychodzi do korektora w PDF-ie i korektor oprócz tych wszystkich językowych poprawek musi też zwrócić uwagę na tak zwane błędy składu. Błędów składu jest naprawdę mnóstwo – nie będziemy się nad tym teraz rozwodzić, bo można by o tym stworzyć osobny odcinek. Może to być złe dzielenie wyrazów, mogą to być wdowy, szewce bękarty, sieroty i inne cuda.
Jeżeli interesuje Was ten temat, to mam ogłoszenie: w ostatni czwartek maja będę organizować webinar, w czasie którego omówię typowe błędy składu popełniane szczególnie przez osoby początkujące – takie, które po raz pierwszy składają samodzielnie np. swój e-book. Wiele osób teraz kusi się na to, bo można to zrobić np. w Canvie, chociaż tutaj pewnie zawodowi składacze westchną, bo oni nie uznają Canvy jako programu do składu. I mają w tym trochę racji.
Jeżeli chcecie się dowiedzieć, jakie są typowe błędy składu, to śledźcie informacje w moich mediach społecznościowych, bo już za tydzień uruchomię zapisy na ten webinar, który odbędzie się w ostatni czwartek maja.
Wróćmy do korekty. Jeżeli szliśmy ścieżką: redakcja – skład
– korekta, to po korekcie teoretycznie tekst będzie już gotowy do oddania go w
ręce czytelników, np. wydrukowania albo opublikowania w formie e-booka. Ale –
teoretycznie! Korektor nie nanosi zmian bezpośrednio na tekst. On dostał go w
formie PDF-a i może nanieść zmiany w formie komentarzy, wyróżnień, skreśleń,
ale wszystkie te poprawki do tekstu będzie musiał wprowadzić składacz. Zrobi to
w programie do składu, np. w InDesignie – to najpopularniejsze narzędzie.
Korektor powinien zastosować zasadę: 100% zaufania, ale 200% kontroli. Składacz nigdy świadomie i celowo nie zostawi w tekście błędu – to oczywiste. Ale może się pomylić – składacz nie jest korektorem. Może źle zrozumieć jakąś poprawkę. Po wprowadzeniu poprawki może wyskoczyć inny błąd, w innym miejscu. Dlatego dobrze jest, jeżeli korektor sprawdzi naniesienie poprawek. Korektorzy, nawet jeżeli autor, wydawnictwo, składacz nie proponują Wam tego, zawsze proście o możliwość wglądu do tekstu po naniesieniu poprawek przez składacza.
Przy drugim przeglądaniu tekstu już go nie czytamy w
całości, tylko porównujemy fragmenty, w których były zmiany. Jeżeli wtedy
jeszcze coś zostanie wyłapane, to do składacza idzie druga seria poprawek,
potem ewentualnie trzecia seria – i tak aż do momentu, kiedy uzyskamy
ostateczny, czysty, piękny tekst albo aż składacz się wkurzy i już nam tego
tekstu nie odeśle.
Mój rekord to 14 serii poprawek, i to w tekście, który nie
był długi, ale był bogato formatowany. Z tego wynikały problemy. Nie chciałabym
widzieć miny składacza, który dostawał ode mnie 14 serię poprawek.
No dobrze, przeszliśmy przez piekielną serię poprawek, mamy
ostateczną wersję i teraz rzeczywiście tekst jest gotowy do publikacji albo do
druku.
Jeżeli natomiast szliśmy inną drogą, tzn. redakcja – korekta w Wordzie – skład, to zauważcie, że do tej pory nikt nie zwracał uwagi na błędy składu. Idealną sytuacją by było, gdyby po składzie była jeszcze jedna korekta, czyli w tym wypadku już trzecie dokładne czytanie tekstu. Bardzo rzadko się to zdarza – ze względów oczywiście finansowych, ale też ze względów czasowych.
Punkt 5. Rewizja
Nawet jeżeli trzeciej korekty nie ma, to dobrze by było zrobić tak zwaną rewizję tekstu. Rewizja to przejrzenie PDF-a po składzie, już bez dokładnego czytania. Przeglądamy PDF przede wszystkim pod kątem błędów składu – patrzy się np. na końcówki wersów (czy wyrazy są dobrze przedzielone); sprawdza się zgodność spisu treści z nagłówkami, bo czasem w spisie treści jest inny tytuł rozdziału niż w książce; sprawdza się, czy numery stron w spisie treści są właściwe; sprawdza się tak zwane paginy (nagłówki/stopki). To robi osoba, która zawodowo zajmuje się redakcją bądź korektą, ale ta czynność nazywa się rewizją.
W czasie takiej rewizji korektor – nazwijmy go w ten sposób,
bo przecież nie powiemy „rewident” – może oczywiście sprawdzić też treść, ale
nie ma już czasu na dokładne czytanie tekstu. Może się posłużyć opcją
wyszukiwania (Ctrl + F) i sprawdzić np. częste literówki. Jeżeli jest
doświadczonym korektorem, to ma już swoją listę często się pojawiających
literówek, np. „miedzy” zamiast „między”, „sie” zamiast „się”. Może też
skontrolować ujednolicenia, np. czy w całej książce dopełniacz słowa „wieczór”
brzmi „wieczoru”, a nie „wieczora” – obie formy są poprawne, ale w jednym
tekście powinna się pojawić jedna z nich. I tak dalej, i tak dalej…
Rewizja nie zajmuje już tyle czasu co dokładne czytanie.
Tekst po rewizji, po naniesieniu poprawek przez składacza i po zweryfikowaniu poprawek
jest gotowy do wydruku albo do publikacji w formie e-booka.
Trochę się namęczyliśmy, chwilę to trwało, a autor prosił
o poprawienie tylko literówek…
Podsumowanie
Obiecałam powiedzieć na koniec, jakie znaczenie ma cały ten proces
dla autora i dla korektora.
Jak widzicie, tekst może zostać oddany czytelnikowi albo po
jednym czytaniu, albo po dwóch, albo nawet po trzech! Dróg jest wiele, każda ma
swoje plusy i swoje minusy, ale wszystkie prowadzą do tego, żeby oddać w ręce
czytelnika jak najlepszy tekst.
Ogólny schemat w większości przypadków się powtarza. Istotne jest to, by przy pierwszym czytaniu wprowadzać największe zmiany, a drugie i każde kolejne czytanie traktować już jako „kosmetyczne” dopieszczanie tekstu. Nieważne, czy pierwsze czytanie nazwiemy redakcją, czy oba nazwiemy korektą – tekst należy czytać zawsze z równą uwagą, tyle że w drugim wypadku zmian powinno być znacząco mniej (przynajmniej teoretycznie).
Czy w związku z tym kompetencje osób, które czytają tekst po autorze jako pierwsza, druga, trzecia osoba dokonująca redakcji bądź korekty, powinny być różne? Moim zdaniem nie. Za każdym razem powinno się czytać tekst z równą uwagą. Oczywiście w czasie redakcji zmian będzie więcej, ale jeżeli na etapie korekty korektor oprócz literówek, poprawek czysto językowych czy błędów składu zobaczy też jakiś inny, większy błąd, to jego obowiązkiem jest po pierwsze ten błąd dostrzec, a po drugie zasygnalizować go. To, czy na tym etapie on zostanie poprawiony, to już inna sprawa. Ale korektor powinien mieć również takie kompetencje jak redaktor, żeby te „inne” błędy zauważyć.
Oczywiście może się zdarzyć tak, że jako osoby poprawiające zawodowo teksty będziecie się lepiej czuli albo w pracy grubszej, większej, koncepcyjnej nad tekstem – we współpracy z autorem, w ustalaniu schematów, a nawet przebiegu fabuły, jeżeli to powieść – albo w mrówczej, drobiazgowej pracy polegającej na poprawianiu literówek, błędów interpunkcyjnych, wyszukiwaniu ujednoliceń i szukaniu tych wszystkich błędów, które jeszcze mogą się pojawić na ostatnim etapie pracy z tekstem. Dobrze jest znać swoje predyspozycje, żeby wiedzieć, czy można się porwać na prace redakcyjne, czy raczej skoncentrować się na pracy korektorskiej – jeżeli już stosujemy tę „wzorcową” terminologię. Ale nikt i nic nigdy nie zwolni redaktora ze spojrzenia na tekst również pod kątem poprawności językowej. I nikt i nic nie zwolni korektora ze spojrzenia na tekst także pod kątem innym niż poprawność językowa czy poprawność składu.
A jeżeli spojrzymy na wszystko od strony autora, to miałabym jeden apel. Oczywiście związek emocjonalny autora ze słowami, które wyszły spod jego rąk, jest duży. To niezaprzeczalne. Ale jako autorzy postarajcie się przyjąć – użyję tego słowa – pokorną postawę wobec własnego tekstu. Redaktor, korektor i autor grają do jednej bramki. Wszyscy dążycie do tego, żeby tekst był jak najbardziej przyjazny dla odbiorcy, jak najlepszy. Żeby był taki sam jak na początku, ale „jakby” lepszy. Żeby czytelnik mógł się skupić na treści i na stylu przekazu, a nie na błędach – czy to będą literówki, czy inne, grubsze sprawy.
I pamiętajcie: korektor, redaktor nie wytykają błędów. Oni
je poprawiają, ale ich nie wytykają, nie krytykują za błędy. Powiedzmy sobie
szczerze – korektor i redaktor żyją z tego, że inni ludzie popełniają błędy.
Jak mogliby ich za to krytykować?
Nie przywiązujcie się do terminologii. Pamiętajcie o wzorcowym
procesie wydawniczym, który Wam przedstawiłam, tzn. autor – redaktor (pierwsze
czytanie po autorze) – korekta autorska i później albo skład – korekta, albo
korekta – skład – rewizja. Każdy z tych etapów jest ważny. Im bardziej
profesjonalnie do nich podejdziemy, tym lepsze teksty będziemy czytać. A o to
przecież walczymy.
To wszystko na dziś. To wszystko, co przygotowałam do pierwszego odcinka podcastu. Jestem bardzo ciekawa Waszej opinii na temat takiej formy dzielenia się informacjami ze świata po drugiej stronie książki. Jeżeli macie ochotę, napiszcie do mnie na podcast@ewapopielarz.pl – żeby podzielić się swoimi wrażeniami. Do zobaczenia i do usłyszenia gdzieś w Internecie.
The post PDSK#001 Czym się różni redakcja od korekty i dlaczego nie powinno to mieć dla Ciebie większego znaczenia (podcast) appeared first on Ewa Popielarz.


