

Po drugiej stronie książki
Ewa Popielarz
Podcast o pracy korektora. Zabiorę Cię za kulisy świata książek i tekstu. Zobaczysz, gdzie się kryją błędy, i przekonasz się, czy korekta to zawód dla Ciebie. Zapraszam – Ewa Popielarz.
Episodes
Mentioned books

May 9, 2022 • 40min
PDSK#024 Projekt: książka charytatywna. Rok z życia taty, autora i wydawcy (podcast)
Słyszysz „cukrzyca”, myślisz… No właśnie – co sobie myślisz? Wiesz pewnie, że to choroba, może wiesz nawet, że ma różne odmiany, że może być nabyta albo wrodzona, że dotyczy dorosłych i dzieci, że wiąże się z pewnymi wyrzeczeniami, między innymi ze zmianą diety. Większość z nas na tym poziomie się zatrzymuje, ale dla części ta wiedza okaże się niewystarczająca. Kiedy dowiadujesz się, że Twoje dziecko choruje na cukrzycę typu 1, świat nagle wywraca się do góry nogami. Tak właśnie wywrócił się świat gościa dzisiejszego odcinka podcastu – Jacka.
Jacka znacie już z 12 odcinka podcastu. Tam występował jako autor, dziś też przyjmuje rolę autora, ale zupełnie innej książki – książki, która jest zapisem wspomnień, doświadczeń, tego, co wydarzyło się w ostatnim roku w życiu Jacka i jego rodziny, a szczególnie jego syna Antka, u którego zdiagnozowano cukrzycę typu 1. Ale jest to też, jak mówi sam Jacek, drogowskaz dla osób, które w swoim życiu zmierzyły się bądź zmierzą się z podobnymi doświadczeniami.
W ostatnich miesiącach Jacek nie tylko zmagał się z chorobą syna, ale też usilnie pracował nad doprowadzeniem do szczęśliwego finału projektu wydania książki charytatywnej zatytułowanej Witaj, cukrzyco! Rok z życia taty młodego cukrzyka. Pomagał mu w tym zespół profesjonalistów, w którego składzie znalazły się między innymi Ola i Dominika. One również będą moimi rozmówczyniami w tym odcinku podcastu. Wszyscy poznaliśmy się w Akademii korekty tekstu, gdzie Jacek występował jako tester treści i „dostawca” tekstów do korekty, natomiast dziewczyny szlifowały swoje umiejętności korektorskie – i zrobiły to z tak dobrym skutkiem, że w ostatnich miesiącach mogły pomóc Jackowi w realizowaniu jego pomysłu wydania książki.
Dziś porozmawiamy po części o tym, jak czuje się człowiek, który dowiaduje się, że jego syn ma nieuleczalną chorobę. A po części o tym, jak zrealizować projekt wydania książki charytatywnej, bo dzieło Jacka jest nie tylko drogowskazem, ono ma też realnie pomagać. Dochód ze sprzedaży e-booka i wersji drukowanej wesprze działania fundacji Z cukrzycą na TY.
Zapraszam Was do wysłuchania rozmowy z Jackiem, Olą i Dominiką.
Subskrybuj: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | Inne
Goście: Jacek Kujawa, Aleksandra Juryszczak, Dominika Surma
Montaż: Kamil Dudziński
Transkrypcja: Katarzyna Bień
Plan odcinka
Jak to się zaczęłoNowe życie po diagnozieCukrzyca w świadomości społecznejCzy redaktor/korektor zawsze powinien się znać na temacie książki, nad którą pracujePomysł na książkę i cel jej powstaniaOrganizacja procesu wydawniczegoSzukanie osób do współpracyPraca charytatywna – tak czy nieNajtrudniejsze i najmilsze momenty
Źródła przywołane w odcinku
Jacek Kujawa, Witaj, cukrzyco! Rok z życia taty młodego cukrzyka, Fundacja Z cukrzycą na TYMonika Malita-Bekier – pierwsza redaktorka książkiKatarzyna Kraśnianka-Sołtys – składaczka książki
Transkrypcja podcastu #024 Projekt: książka charytatywna. Rok z życia taty, autora i wydawcy
Ewa Popielarz: Jest nas dzisiaj bardzo dużo, bo do nagrania tego podcastu zaprosiłam aż trzy osoby. Wszyscy się teraz śmieją, bo już piąty raz próbuję rozpocząć to nagranie. Przywitam się teraz z każdym z osobna, żebyście poznali głosy moich rozmówców. Jacku, pozwól, że zacznę od dziewczyn. Jest z nami Ola. Cześć, Olu!
Aleksandra Juryszczak: Cześć!
EP: Jest Dominika. Cześć, Dominiko!
Dominika Surma: Cześć wszystkim!
EP: No i cześć, Jacku, autorze!
Jacek Kujawa: Cześć wszystkim!
Jak to się zaczęło
EP: Spotkaliśmy się, bo 1 kwietnia miała miejsce – a właściwie będzie miała miejsce (nagrywamy to tuż przed premierą) premiera książki Jacka. Książki będącej zapisem ostatniego roku Twojego, Jacku, życia – roku z cukrzycą. Tobie już to pewnie wyleciało z pamięci, ale ja pamiętam ten dzień, kiedy rozmawialiśmy sobie na Instagramie i pytałeś mnie o bóle nóg Antka, Twojego syna.
JK: Pamiętam.
EP: Pytałeś, czy moje dzieci miały takie przypadłości. Nie za bardzo wiedziałam, co wtedy odpowiedzieć. A kilka dni później wróciłeś z informacją o tym, że Antek został zdiagnozowany i że ma cukrzycę. Powiedz, co zapamiętałeś z tych pierwszych dni, godzin. Czy są takie obrazy, które najbardziej utkwiły Ci w pamięci?
JK: To był mocny stres. [Wspomnienia] z samego dnia diagnozy, tak?
EP: Tak.
JK: Miałem iść do pracy i to miał być zwykły, zwykły dzień, a wszystko się wywaliło do góry nogami – i to tak bardzo, że… Wizyta w przedszkolu, potem wizyta u babci, potem szpital, krzyknąłem na lekarza i już byłem w szpitalu – to tak w skrócie. To było jak film.
EP: Jak kadry z filmu? A Antek? Jak on się w tym wszystkim odnajdował?
JK: Był bardzo zmęczony i bardzo chciał spać. Nie wiem, czy on to w ogóle pamięta. I lepiej, żeby jak najmniej z tego dnia zapamiętał.
Nowe życie po diagnozie
EP: Wróciliście do domu po dłuższym pobycie w szpitalu.
JK: Trzynaście dni.
EP: Niewyobrażalnie długi czas. Ostatnio byłam dwa dni z dzieckiem w szpitalu i to było już dla mnie długo. Co się stało w domu?
JK: Nowe życie się zaczęło i zmiana w życiu – całkowita. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że tak się to potoczy. Ale pewne decyzje trzeba było podjąć, pewne kalkulacje zrobić i wynikło z tego, że lepszym rozwiązaniem jest, żebym to ja został – ja to śmiesznie nazywam, chociaż zaraz pewnie mnie dziewczyny skrzyczą – jako kura domowa. Zostałem kurą domową, zajmuję się od roku domem, sprzątaniem, co jakiś czas prankiem, gotowankiem, liczeniem wymienników, cukrów, podawaniem insuliny i takim życiem domowym, jak to kura domowa powinna robić.
EP: Same przyjemności. Dziewczyny kiwają głowami, bynajmniej nie potakująco, tylko na boki. Ola się załamała. [śmiech]
Cukrzyca w świadomości społecznej
EP: Jacku, zakładam, że nie miałeś wiedzy związanej z cukrzycą przed tą diagnozą.
JK: Bardzo, bardzo szczątkową. Moja mama chorowała na cukrzycę. Miała też cukrzycę typu 1, ale zdiagnozowaną bardzo późno, bo w wieku pięćdziesięciu paru lat przez raka trzustki i różne inne choroby. Ale mimo że ona chorowała, to ja po prostu wiedziałem, że ona „coś” ma. Jak robiłem jej zakupy, to wiedziałem, żeby węglowodanów było jak najmniej, i w zasadzie na tym się moja wiedza kończyła.
EP: I musiałeś wszystkiego się nauczyć. Świadomość w społeczeństwie jest nikła, jeśli chodzi o cukrzycę. Ja sama tego doświadczyłam, kiedy na święta wysłałam Wam czekoladki i przerażona potem napisałam do Ciebie: „O matko, następnym razem pomyślę też, żeby coś dla Antka wysłać”, a Ty mnie wtedy delikatnie okrzyczałeś, mówiąc, że dzieci cukrzycowe też mogą jeść słodycze.
JK: Cukrzyk może jeść wszystko, tak.
EP: To był mój pierwszy krok do poznania kolejnych informacji na temat cukrzycy. Powiedz, czy często się spotykasz z taką – nie wiem, czy można to nazwać ignorancją – ale z niewiedzą na temat tego, co wolno, a czego nie?
JK: Te pierwsze miesiące były bardzo ciężkie. Jeżeli komuś się niestety przytrafi ta choroba, to musi być mocno cierpliwy, bo wszyscy ludzie wokół w szkołach, w przedszkolach czy w pracy pytali, kiedy Antek się wyleczy, czy już ma dobre [wyniki], co może jeść, czego nie może jeść. Ja akurat mam tę cierpliwość w sobie, ale niektórzy mogą nie mieć tyle cierpliwości i mogą zacząć warczeć na ludzi. Trzeba się uzbroić w cierpliwość i każdemu powolutku tłumaczyć, że to się tak nie da, że to jest do końca życia, że trzeba walczyć z poziomem cukru. Ech… Wieczna walka.
EP: Spotkałeś się z takim stereotypowym stwierdzeniem, że Antek ma cukrzycę, bo jadł za dużo słodyczy?
JK: Akurat tego nie usłyszałem. Różne rzeczy słyszałem, ale tego nie.
EP: Mam wrażenie, że coraz więcej się mówi w przestrzeni publicznej o cukrzycy. To duża zasługa mediów społecznościowych. Kiedyś obieg informacji był o wiele trudniejszy. Teraz, kiedy mamy dostęp do Instagrama, jest całkiem spora szansa, że trafimy na Instagramie czy na Facebooku na kogoś, kto będzie o tym mówił. I miejmy nadzieję, że będzie tych informacji coraz więcej. Dziewczyny, a Wy miałyście jakąś wiedzę związaną z cukrzycą, zanim podjęłyście się pracy nad książką Jacka? Ola?
AJ: Moja wiedza była bardzo znikoma. Babcia chorowała na cukrzycę i jedyne, co pamiętałam, to tylko to, że musiała robić sobie zastrzyki. Na tym się kończyła moja wiedza. Dużo rzeczy się dowiedziałam z książki Jacka. Nie sądziłam, że aż tyle rzeczy trzeba się nauczyć, i to w tak szybkim tempie. Nie ma czasu na zastanowienie się, tylko trzeba działać – i to szybko.
EP: Zupełnie dosłownie działamy na żywym organizmie.
AJ: Tak.
EP: I to takim bardzo malutkim i bardzo nam bliskim. Dominika, a Ty miałaś jakieś doświadczenia z cukrzycą?
DS: Z cukrzycą samą tak, bo u mnie w rodzinie jest cukrzyca dziedziczna, u mojego męża też, więc teoretycznie coś wiedziałam. Ale w praktyce nie miałam pojęcia, że to jest choroba [oddziałująca] aż na taką skalę, że trzeba aż tak zmienić swoje życie. Zazwyczaj kojarzyła mi się z tym, że przyjmuje się zastrzyki, przyjmuje się insulinę, trzeba uważać na dietę, no ale każdy z nas powinien na dietę uważać. Natomiast rzeczywiście, tak jak Ola powiedziała, dopiero książka Jacka uświadomiła mi, jaki to jest ogrom wyrzeczeń, prób, starań, ciągłych eksperymentów. I dlatego ja się złoszczę, jak Jacek mówi o sobie, że jest kurą domową, bo dla mnie to jest po prostu niewyobrażalne, jak ktoś może robić tak wiele dla swojego dziecka każdego dnia, na dobrą sprawę ratować mu życie – i mówić o sobie, że jest kurą domową. Kiedy robi tak wiele, że poza zwykłym zajmowaniem się dzieckiem jest jeszcze lekarzem, pielęgniarką i całą masą innych osób.
AJ: Ja chciałam tylko powiedzieć, że Jacek bardzo lubił podkreślać w tekście, że jest kurą domową.
DS: Tak.
AJ: I bardzo często mu to usuwaliśmy. [śmiech]
EP: Cenzura zadziałała.
AJ: Tak, była cenzura. Wybłagał, żeby w jednym miejscu to zostawić.
DS: Tak, jedno zostało.
AJ: A było ich znacznie, znacznie więcej.
EP: Dla mnie niesamowitym fragmentem tej książki było to, jak Jacku, opowiadałeś o tym, że nie zadzwoniłeś ani razu do szpitala, żeby się skonsultować po wyjściu.
JK: No nie.
EP: Rodzice, z którymi rozmawiałeś w szpitalu, byli nawet zaskoczeni tym, że sobie sam radziłeś.
JK: Bo każda cukrzyca to inna cukrzyca. A zdalne prowadzenie choroby – nie wyobrażam sobie tego. Nawet jak pielęgniarka czy lekarz nas pamiętają, ale już minął tydzień, dwa, pięć, to już się tyle rzeczy zmieniło, że [taka konsultacja] to jest wróżenie z fusów. Taki telefon na oddział może nam, rodzicom, przywrócić rezon, [przypominamy sobie,] że coś w ten sposób czy w ten sposób działa. Ale co nam podpowie lekarz czy pielęgniarka, to jest wróżenie z fusów, bo oni sami nie wiedzą.
Czy redaktor/korektor zawsze powinien się znać na temacie książki, nad którą pracuje
EP: Ten odcinek podcastu będzie dotyczył częściowo cukrzycy Antka i Waszych zmagań z chorobą, a częściowo też samego procesu wydawniczego i tego, co się działo wokół książki, którą, Jacku, wydałeś.
JK: Działy się cuda.
EP: A działy się cuda. Chciałabym wrócić jeszcze do warstwy merytorycznej. Napisałeś w skrypcie, który przygotowywaliśmy przed podcastem, że bardzo Ci pomogło to, że Monika, która była redaktorką książki – bo Ola i Dominika zajmowały się korektą, czyli kolejnymi lekturami – nie miała wiedzy o cukrzycy i w związku z tym była świetnym filtrem, bo potrafiła wyłapać takie elementy, które mogłyby być dla czytelnika niezrozumiałe. To nie jest do końca tak – tutaj wchodzimy w kulisy życia korektora – że korektor musi się znać na temacie książki, którą redaguje czy której robi korektę. Czasem jest wręcz przeciwnie. Czasem podejście laika jest lepsze.
JK: Mnie pomogło, tak. Bo jak napisałem ileś rozdziałów i nagle dostałem komentarz: „Co to jest kwasica ketonowa?”, „Co to jest insulina długodziałająca?” – w tym momencie od razu odpisywałem i powstawał przypis. I takich rzeczy było mnóstwo.
EP: Rzeczywiście przypisów jest całkiem sporo, jest też spora bibliografia. Powiem Ci szczerze, że kiedy słyszałam o tym, że piszesz książkę, myślałam – zresztą sam o tym mówiłeś – że to będzie rodzaj pamiętnika z tego ostatniego roku. Ale ta książka tak się niesamowicie rozrosła! Pamiętnik to może jest na początku, wspomnienia z Waszych pierwszych dni w szpitalu i Wasze reakcje na to, co się wydarzyło. Ale później to jest po prostu wielka paczka wiedzy, przydatna dla każdego, kto będzie musiał się kiedyś w przyszłości z tym samym zmagać.
Pomysł na książkę i cel jej powstania
JK: Może krótko opowiem, jaki jest cel [wydania]. Ta książka po pierwsze powstała jako wyrzut tego, co we mnie siedziało – żeby trochę w ramach takiej autoterapii psychologicznej wywalić to z siebie. Druga rzecz to to, czego szukałem zaraz po diagnozie. Nie ma książki, która byłaby w przystępny sposób napisana i z której można by czerpać wiedzę. Moja książka nie jest poradnikiem, ale jest drogowskazem. Są w niej pewne wskazówki, ale nie jest to poradnik, jak prowadzić [cukrzycę] od A do Z, tylko raczej gdzie jakieś rozwiązania można znaleźć, gdzie jakiej techniki użyć. Ona ma pomóc w tym pierwszym – tak jak w książce to napisałem – zderzeniu z ciężarówką. Jest dla ludzi, którzy z tą ciężarówką cukrzycową się zderzyli i teraz nie wiedzą, co ze sobą zrobić, a zaraz wychodzą ze szpitala, zaraz będą samodzielne zastrzyki, samodzielne liczenie. To ma być drogowskaz.
EP: Drogowskaz to jest bardzo dobre porównanie. Nie każdy, kto zmaga się z chorobą swoją czy dziecka, decyduje się na napisanie książki. Skąd ten pomysł, że to się uda, że to się może udać?
JK: To będzie dłuższa opowieść. [śmiech]
EP: Dawaj, mamy czas.
JK: Ciebie nazywam matką chrzestną tej książki. Przyjmij to, Ewo, bo jesteś matką chrzestną. Zaczęło się w momencie, gdy – trochę z przekąsem to nazwę – przygarnęłaś mnie jako testera do swojej Akademii. Dzięki Akademii poznałem techniki tych wszystkich redakcji, korekt, składów, nie składów. Czytałem to przecież godzinami i wpadłem na pomysł, że może ja Ci dam parę moich tekstów, może Ty to wrzucisz do kursu, niech Twoi kursanci coś z tego zrobią. I tak się zaczęło. Ty to wzięłaś, ktoś tam to sprawdzał, potem dostałem kilka informacji zwrotnych od pierwszych kursantów, że teksty były fajne – i tak się zaczęło. Więc miałem już to doświadczenie za sobą, coś tam potrafiłem pisać, plus doświadczenie Akademii, plus jeszcze informacje zwrotne od osób, które były w pierwszej Akademii. Dla mnie to był taki bodziec, który potrafi uczynić efekt motyla. Także jesteś matką chrzestną.
EP: [śmiech] Dobrze, dobrze, nie będę z Tobą polemizować…
JK: To znaczy sukces jest nasz wspólny, całej redakcji, ale jesteś tym bodźcem, który wywołał efekt motyla.
EP: Porozmawiamy sobie na ten temat po wyłączeniu dyktafonu. [śmiech]
Współpraca i organizacja procesu wydawniczego
EP: Zwrócę się jeszcze do dziewczyn. Jacek mówił, że dwa miesiące trwało napisanie pierwszej wersji książki, ale rozumiem, że ona później się rozrastała. Powiedzcie, jaka była Wasza rola i na którym etapie wkroczyłyście, jak w ogóle cały ten proces wydawniczy ułożyliście. Jacek już wspominał, że mieliście wspólną grupę, więc było to najwyraźniej bardziej zorganizowane.
AJ: To prawda, napisanie książki zajęło Jackowi krócej niż sam proces wydawniczy. Informował nas w tej grupie: „Słuchaj, mam tyle i tyle znaków”. Myślałyśmy: „Dobra, to jeszcze trochę potrwa, mamy czas”. Ale Jacek tak przyspieszył, że w pewnym momencie po prostu zakomunikował nam: „Słuchajcie, skończyłem książkę”. A my: „Jak to, już? Przecież to trochę za szybko”. Wtedy stwierdziłyśmy, że to już czas na nas, nasza kolej i podzieliłyśmy się obowiązkami. Z racji tego, że Monika wcześniej współpracowała z Jackiem i znała jego styl…
JK: To poszła na pierwszy ogień.
AJ: [śmiech] Dokładnie tak, poszła na pierwszy ogień. Znała już jego styl, więc to ona robiła pierwszą redakcję. Później ja robiłam korektę po Monice, Kasia robiła skład i Dominika robiła korektę po składzie.
EP: Przeprowadziliście wzorcowy, idealny proces wydawniczy – trzy czytania, dwa przed składem, jedno po składzie. Dobrze się Wam pracowało w takim gronie, Dominika? Bo czasem się mówi, że lepiej, żeby jedna osoba, maksymalnie dwie ogarnęły tekst, żeby się „nie podgryzać” nawzajem. Wiecie, o co chodzi. Czasem może być tak, że jeden korektor poprawi coś w jedną stronę, przyjdzie drugi korektor, cofnie i poprawi w drugą stronę, wróci do oryginału. Nie było takich zgrzytów? O, widzę reakcję Oli i czuję, że zaraz będziemy mieć dobre historie. Ale może na razie Dominika. Uzupełniałyście się? Jak przebiegała ta współpraca?
DS: Moim zdaniem współpraca przebiegała rewelacyjnie. Każda z nas dołożyła coś od siebie. Ja się domyślam, że śmiech Oli jest spowodowany przepychankami bardziej z Jackiem niż z Moniką [śmiech], bo nawet Jacek mi mówił, że musiał z dziewczynami powalczyć i że ma nadzieję, że ze mną nie będzie już musiał. Ale dziewczyny wykonały naprawdę kawał świetnej roboty. Muszę przyznać, że ja myślałam, że idąc na ostatni ogień, będę miała najłatwiejszą rolę, ale po drodze pojawiło się tyle komplikacji, że koniec końców ta książka do mnie wracała i wracała, i wracała. Ale ogólnie myślę, że naprawdę podział pracy był między nami świetny, nie mam co na dziewczyny narzekać. Redakcję i korektę przeprowadziły rewelacyjnie, nie było już zbyt wiele zmian pod kątem językowym. Moim zdaniem było to naprawdę świetnie wszystko zgrane.
EP: Dobrze, Jacku, dosyć śmiechów. Wytłumacz się teraz tutaj, proszę, czy redaktorka nie miała Cię dość, kiedy dopisywałeś i dopisywałeś, i zmieniałeś kolejne rozdziały.
JK: Dopisywanie to było od Moniki akurat.
EP: Oj, już zrzuca odpowiedzialność. [śmiech]
JK: Podejrzewam, że Monika to tylko załamywała ręce. Kolejny mail, a tam: „O, Jezu”, i kolejny, i kolejny. Podejrzewam, że takie były reakcje Moniki. Ale jeżeli chodzi o Olę… Tak jak już wcześniej mówiłyście, Monika mnie trochę znała, więc przepuściła te wszystkie moje kolokwializmy, te moje „potoczyzmy”, czy jak to tam można nazwać. A tu wpadła nagle Ola i jak taka zamiatarka wszystkie moje kolokwializmy – ziuuu! poszły! Wszystkie potoczne słowa – poszły! A ja tylko stoję taki malutki: „Czemu?”. [śmiech] Trochę się poczułem obdarty ze swojego stylu, ale zaraz Ola wszystko mi pięknie, ładnie wyjaśniła. Co prawda focha miałem na dwa dni [śmiech], trochę płakałem, ale Ola mi ładnie wyjaśniła, że nie chodzi o to, żeby to była beletrystyka, gdzie mogę się wyżyć w dialogach, w opisach, tylko to ma być książka, którą przeczyta pan profesor i jakaś pani, która skończyła podstawówkę na przykład, a ma dziecko z cukrzycą. Ta książka ma być dla szerokiego grona odbiorców, ale nie dla kogoś, kto czyta beletrystykę i lubi, jak tam jakieś potoczne słowa są.
EP: Przepięknie Ci to Ola wytłumaczyła.
JK: O jedną rzecz walczyłem, o makarenę – to jedno chciałem, żeby zostało.
AJ: I makarena chyba została.
DS: Tak.
EP: Czytałam wczoraj w nocy tę książkę i było coś o makarenie. Ale powiem Wam, że było trochę takich fajnych [potocznych] sformułowań, że tak to delikatnie ujmę – bardzo się cieszę, że zostały. Choć może rzeczywiście jakby były w co drugim zdaniu, toby była przesada.
JK: No, były. [śmiech]
EP: Ale jak raz na rozdział coś takiego padało, to jako czytelniczka się uśmiechałam i przy całym tym trudnym temacie to były takie elementy rozluźniające, więc bardzo, bardzo fajnie to wyważyliście.
JK: No i tu właśnie brawa dla Oli, bo Ola to przefiltrowała, zostawiła tylko te [kolokwializmy], które się nadają [śmiech], a reszta – poszło! Dziewięćdziesiąt dziewięć procent – ziuuu!
AJ: My się tak z Moniką podzieliłyśmy. Ona była dobrym gliną, ja byłam tym złym. [śmiech]
DS: Myślę, że to był bardzo dobry podział, bo jakby Ola poszła z kolei na pierwszy ogień, na pierwszą redakcję…
JK: Tobym to rzucił. [śmiech]
DS: Tak, mógłby się Jacek przerazić, a tak było wszystko idealnie poukładane.
JK: No, ja taki wesoły, oddaję Oli plik, a tu nagle – buch!
EP: [śmiech] Mamy kolejny świetny argument za tym, że jednak dwie osoby – do redakcji i do korekty – bardzo się przydają. Jedna może być tą głaskającą po głowie, a druga będzie ciachać. Autor będzie zadowolony, bo będzie troszkę pogłaskany, a książka będzie jednak wyczyszczona z tego, co jest w niej niepotrzebne.
JK: Myślę, że Monika miała słabość do mnie, dlatego to przepuściła. Wcześniej już pracowaliśmy, parę tych moich słów zna, dlatego je przepuściła.
EP: Wcześniej pracowaliście przy beletrystyce, prawda?
JK: Dokładnie tak.
EP: To trochę inna tematyka. Dobrze, że przyszła Ola i razem z Moniką i z Dominiką, i z Tobą, Jacku – bo trzeba pamiętać, że bez autora to żadnej książki by nie było – stworzyliście coś naprawdę świetnego. Przeczytałam wczoraj tę książkę za jednym zamachem. Wieczorem byłam już strasznie zmęczona, ale zaczęłam czytać i skończyłam o 3 w nocy. Nie byłam w stanie odpuścić. Naprawdę świetnie się to czyta – i mówię to bez żadnej kokieterii. Genialna robota.
JK: Taki był cel.
AJ: Dziękujemy.
Szukanie osób do współpracy
EP: Redakcja, korekta – to jest jedno, ale w całym tym procesie brało udział jeszcze sporo innych osób: testerzy, patroni, ilustratorzy, osoba od okładki, składaczka, redaktorzy merytoryczni. Gdzie, Jacku, wszystkich ich szukałeś?
JK: Moją przewagą jest to, że swój Instagram zacząłem prowadzić od bookstagrama. Więc już trochę siedziałem w takich współpracach z wydawnictwami – od strony tego, który dostaje książkę w ramach barteru. Tę drogę znałem i po prostu odwróciłem ją na drugą stronę. Szukałem osób, które są związane z cukrzycowym światem, ale też takich, które mają kontakty typowo bookstagramowe, książkowe. Działałem równolegle – w momencie, kiedy pisałem, już zadawałem różnym osobom pytania, czy taki tytuł by przyjęły w barterze, żeby pokazać u siebie. A jeżeli chodzi o testerów merytorycznych, to pomogło moje drugie konto, czyli „Tata młodego cukrzyka”, które założyłem po to, żeby – tak jak opisuję w książce – wypłakać się i szukać wsparcia. Tam znalazłem parę osób chętnych, żeby sprawdzić merytorykę – czy te wszystkie moje rady są radami i nie zrobią komuś krzywdy. Później trafiłem na fundację Z cukrzycą na TY i pana Artura, który dokonał cudu, bo bez niego nie byłoby formy papierowej.
EP: Ostatecznie zdecydowałeś się na wydanie książki drukowanej z fundacją.
JK: Tak, bo inaczej nie byłoby mnie stać po prostu. Takie mamy realia, że koszty wydania typowego self-publishingu są ogromne.
EP: Ale dajesz nadzieję, że jeżeli się chce i dostatecznie długo poszuka, to nawet wydanie papierowe jest w granicach możliwości.
JK: Wszystko się da. Jak cię wyproszą drzwiami, to trzeba wejść oknem.
Praca charytatywna – tak czy nie
EP: Dziewczyny, praca nad książką Jacka miała dla Was wymiar charytatywny. To też jest…
JK: Cud.
EP: [śmiech] To jest też kontrowersyjny temat w świecie korekty. Niektórzy mówią, że praca za darmo to jest zło, trzeba się cenić i nie można sobie na takie rzeczy pozwalać. Inni bardzo chętnie podejmują się projektów charytatywnych. Jeszcze inni pracują za darmo na początku swojej kariery korektorskiej. Jaki jest Wasz stosunek do takich projektów pro bono? Rozumiem już, że on jest pozytywny, ale jak uargumentowałybyście swoją decyzję?
AJ: Może ja jestem dziwna, ale nie kategoryzuję tego, czy coś jest charytatywne, czy jest za pieniądze. Wiadomo, że pieniądze są ważne, ale nie najważniejsze. Jak czuję, że projekt ma sens, to ja w to wchodzę, nie zastanawiam się i nie liczę, czy mi się to opłaci, czy mi się to nie opłaci. Prawda jest taka, że zazwyczaj dobro wraca. I ja się nieraz o tym przekonałam – że warto… Na początku robiłam rzeczy za darmo. Poprawiałam różne teksty, a potem autorzy wracali do mnie i już wtedy płacili. Przekonali się, jak pracuję; zobaczyli, że warto robić korektę, i polecali mnie następnym osobom.
EP: Dominika?
DS: Ja mam troszeczkę inne podejście. Myślę, że gdyby ktoś zgłosił się do mnie z książką, którą chce zredagować za darmo, a później ma wizję zarabiania na niej i inwestowania w wielkie reklamy i tak dalej, a ja mam swoją pracę wykonać za darmo, tobym raczej na to poszła. Ale tutaj cel był inny, tutaj rzeczywiście wszyscy działaliśmy charytatywnie. Jacek też na tej książce przecież nie zarabia. Ta książka ma cel edukacyjny, ma wesprzeć innych rodziców i ogólnie opiekunów, którzy mają chore dzieciaki. Pewnie to też była trochę kwestia tego, że się z Jackiem znamy, więc jak mu nie pomóc. To nie była poza tym pierwsza książka, którą robiłam charytatywnie właśnie w takim celu, żeby komuś pomóc. Jestem bardzo pozytywnie do tego nastawiona i nie było dla mnie żadnym problemem, żeby wykonać tutaj korektę pro bono.
EP: Poza tym tak dobrze się z Jackiem współpracuje, prawda? Zgadza się się na wszystkie zmiany, wszystkie poprawki…
DS: Tak, tak… [śmiech]
EP: Jest takim potulnym autorem. [śmiech] Ja o takich projektach nie mówię, że są za darmo, tylko – bez wynagrodzenia finansowego. Bo tak naprawdę to nie jest darmo, my coś dostajemy, chociażby satysfakcję, wdzięczność, poczucie, że komuś pomogliśmy. Nie ma z tego wynagrodzenia finansowego, ale to – tak jak powiedziałyście – nie zawsze jest najważniejsze.
Jacku, podsumowując, co było dla Ciebie najtrudniejsze w całym tym procesie wydawniczym, a co pozostanie w Twojej pamięci jako najmilsze wspomnienie?
JK: Wrócę jeszcze do poprzedniego pytania, bo chciałbym też o tej charytatywnej współpracy powiedzieć.
EP: Jasne.
JK: To dla mnie ważne. Zaczęło się od tego, że ja zacząłem ludzi zarażać pozytywną energią. Mówiłem, że nie wydajemy po to, żeby na tym zbijać kokosy, tylko po to, żeby pomagać innym ludziom. W ten sam sposób też „złapałem” patronów. Przy żadnej z redakcji nie odczułem, że dziewczyny pracują za darmo. To była pełnoprawna redakcja, a nawet wydaje mi się, że bardziej się skupiały na niej przez to, że książka miała trafić do człowieka, który jest w szpitalu, przestraszony – żeby on to wchłonął jak gąbeczka. Tekst był bardzo, bardzo dobrze i bardzo mocno przeredagowany i przepracowany, milion razy. Naprawdę dziękuję Wam wszystkim, że to dla mnie zrobiłyście, a nawet nie dla mnie, tylko dla tych tysięcy osób, które przeczytają tę książkę. To jest coś wielkiego, czego ja nie umiem nawet opisać – takie mam emocje, jak o tym mówię.
EP: Jacku, mówiąc o sobie, że jesteś kurą domową, jesteś równocześnie motorem całego tego przedsięwzięcia. To nie ja jestem matką chrzestną, to Ty jesteś ojcem tego przedsięwzięcia, bez Ciebie nie byłoby Oli, nie byłoby Dominiki, nie zwerbowałbyś Moniki, nie zwerbowałbyś fundacji, ilustratorów – zobacz, ile osób udało Ci się zgromadzić wokół tej książki po to, żeby została wydana. A została wydana, bo już jest w naszych rękach.
JK: Jest.
EP: I teraz, proszę, doceń siebie i swój wkład w cały ten proces.
JK: Jasne, mówiłem wcześniej, że to jest mój sukces, naszej wspólnej redakcji. Przyjmuję to.
EP: Właśnie tak jest.
AJ: To Ty tę książkę napisałeś. My tylko ją troszkę podkręciłyśmy.
JK: Zrobiłyście z niej brylant.
Najtrudniejsze i najmilsze momenty
EP: Autor jest na pierwszym miejscu. Jacku, najtrudniejsze i najmilsze wspomnienia z całego tego procesu.
JK: Najtrudniejszy był dla mnie skład – odbijanki, to, co się tam podziało w składzie, problemy z drukarnią, zmiana formatu. Przy składzie byłem już tak zmęczony, że jak widziałem mail od Kasi albo Dominiki, to już miałem takie: „Ooo, znowu… Znowu!”. [śmiech] Albo jak dostałem maila od drukarni, że potrzebna jest niestety zmiana formatu. No i znowu – aż dosłownie gul latał. A najmilsze było chyba zderzenie z Olą. I to, ile mi dało. Bo to mi dało tak dużo! Przetarło mi całą drogę, cel tej książki – jeszcze lepiej. Także, Ola, Ty mi dałaś naprawdę ogrom, tak mnie staranowałaś, a jednocześnie wyjaśniłaś dlaczego. To mi dało tak dużo! Coś pięknego.
EP: Ola nie może uwierzyć w to, co słyszy.
JK: Najmilsze wspomnienie.
AJ: Ola nie wie, co ma powiedzieć. [śmiech]
EP: Apel do korektorów: nie zawsze trzeba się ze wszystkim zgadzać z autorem. Czasem z dobrymi argumentami…
JK: Argumenty były!
EP: No właśnie. Z dobrymi argumentami warto wyjść i potem autorzy będą wdzięczni, tak jak teraz Jacek. Ola – skoro Jacek odbił do Ciebie piłeczkę – Twoje najmilsze i najtrudniejsze wspomnienie.
AJ: No to teraz nie wypada mi powiedzieć nic, co było nie najmilszym wspomnieniem. [śmiech]
EP: Dawaj, sami swoi.
AJ: Tak naprawdę to nie było żadnego takiego [złego], które by mi utkwiło w pamięci. Raczej same dobre. To, że Jacek za każdym razem nam dziękował. To, jak otwierałam plik i widziałam jego odpowiedzi na komentarze. To mnie za każdym razem rozbawiało. I samo to, że na każdym kroku próbował tę wdzięczność pokazać – chyba to było najmilsze. Wiedzieliśmy, że mu zależy, i nam też zależało na tym, żeby wszystko było pięknie.
EP: Graliście w jednej drużynie. Dominika?
DS: Najtrudniejsze chwile to były te, kiedy wydawało się, że już jest wszystko dopięte, już idzie książka do druku, i nagle się okazywało, że jednak nie, bo coś tam, i trzeba było wrócić do tej korekty i jeszcze raz to wszystko przejrzeć. Ten plik naprawdę się odbijał wiele razy między mną a Kasią. Trochę trudne jest też chyba dla mnie i dla Jacka stawianie teraz sklepu. [śmiech] Tak, to też nam dużo nerwów zjadło. Natomiast najmilszy był moment, w którym dostałam książkę do ręki i popatrzyłam na stronę redakcyjną i wymienione tam wszystkie nasze nazwiska: Oli, Moniki, Kasi, Jacka, moje, Pauliny, która jest ilustratorką, a która pracuje u mnie. Muszę się Wam przyznać, że jak zobaczyłam to wszystko, to się popłakałam. Autentycznie się popłakałam nad tą książką i mój mąż się ze mnie śmiał: „To przecież nie Twoja, to czego Ty wyjesz!”. [śmiech] A mnie po prostu łzy poleciały, bo naprawdę jestem ogromnie dumna z tego, co udało nam się wszystkim razem stworzyć. Głównie Tobie, Jacku.
JK: To jest nasza książka. Nasze wspólne dziecko.
DS: Tak, wiem, nasze dziecko. Jacek to cały czas powtarza. Nasze wspólne dziecko. [śmiech]
AJ: I mówi o nas „nasze dziewczyny”.
DS: Tak. Aniołki Jacka. [śmiech]
JK: Ile to razy ja Wam miłość wyznałem, co?
AJ: Sporo.
DS: Myślę, że Karolina mogłaby być zazdrosna.
JK: Kilkadziesiąt razy!
EP: To dlatego Jacek nie nagrywa w domu tego odcinka podcastu, wszystko już wiemy! Ja tam do Twojej żony wyślę ten odcinek, nic się nie bój. [śmiech] Powiem jej, żeby szczególnie zwróciła uwagę na trzydziestą minutę mniej więcej.
Czy mogę sobie pozwolić na odrobinę prywaty na koniec? Słucham Was i robi mi się ciepło na sercu, bo myśmy wszyscy się spotkali w Akademii. To jest cały czas dla mnie niesamowite, jak kurs internetowy może połączyć ludzi. Nie jest tylko taką zwykłą szkółką do nauczenia się, gdzie stawiać przecinki, a gdzie ich nie stawiać. Powiedziałabym, że to jest najmniej istotne w tym wszystkim. Dla mnie to cały czas niesamowite, jak ludzie się łączą i jakie piękne rzeczy później razem robią. Bo przecież i Ola, i Dominika, i Monika, i Kasia, i Ty, Jacku, od samego początku jesteście z Akademią. Jest mi ogromnie miło, że mogę Was dzisiaj tutaj gościć i Wam to powiedzieć. Fajnie, że jesteście.
*
Jak słyszeliście, atmosfera pracy przy książce, mimo tak wymagającego autora, była godna pozazdroszczenia. No i nie ma się co dziwić – kiedy spotykają się osoby, które znają się na rzeczy, są profesjonalistami w swoim fachu, a przy tym wkładają serce w to, co robią, po prostu nie może być inaczej. Zapraszam Was do zapoznania się z instagramowym profilem Jacka (Tata młodego cukrzyka) i z książką Witaj, cukrzyco! Rok z życia taty młodego cukrzyka. Książkę zarówno w wersji elektronicznej, jak i drukowanej znajdziecie na stronie Jacka tatamlodegocukrzyka.pl – już trzy razy powtórzyłam tę nazwę, więc myślę, że zapadnie Wam w pamięć. Przypominam, że dochód ze sprzedaży wspiera działania fundacji Z cukrzycą na TY. Wszystkie linki i kontakty, również do korektorek, które były moimi rozmówczyniami w dzisiejszym podcaście, znajdziecie oczywiście pod 24 odcinkiem podcastu Po drugiej stronie książki.
The post PDSK#024 Projekt: książka charytatywna. Rok z życia taty, autora i wydawcy (podcast) appeared first on Ewa Popielarz.

Mar 6, 2022 • 45min
PDSK#023 Po pierwsze się nie bać! Jak zbudować silną markę osobistą – opowiada Dorota Maklewska (podcast)
Wyobraź sobie taką sytuację: wykonujesz usługi, np. w zakresie korekty, ale może to być też copywriting, tworzenie stron WWW – cokolwiek. Zakładasz konto na Instagramie, profil na LinkedInie, może też wchodzisz na Facebooka, jeśli czas pozwoli. Dodajesz posty, edukujesz, pokazujesz kulisy swojej pracy. Dzielisz się tym, co potrafisz i co sprawia Ci przyjemność. Wokół Twoich miejsc w sieci zbierają się kolejni obserwatorzy, coraz więcej osób prosi Cię o przedstawienie oferty, polecają Cię innym. W końcu uświadamiasz sobie, że od ładnych paru miesięcy nie wysyłasz już maili z propozycjami współpracy, bo zleceniodawcy sami do Ciebie przychodzą!
Przyjemna wizja? Myślę, że tak. Ale jak się w to wgryźć głębiej, pojawiają się schody. Publikować trzeba regularnie, zajmuje to czas, trzeba wymyślać kolejne tematy, no i – co najważniejsze – przełamać strach. Przed pokazaniem się światu, przed mówieniem do telefonu (to nie jest takie proste!), przed tym, że popełnimy błąd, że ktoś nas źle oceni, że przeczytamy nieprzyjemny komentarz… Czasem ten strach jest tak paraliżujący, że wręcz boimy się zacząć.
Właśnie dlatego do dzisiejszego odcinka zaprosiłam kobietę, która zaraża energią i optymizmem. Dorota „Doris” Maklewska w 2018 roku odeszła z korporacji i zaczęła pracę na własny rachunek. Dziś pomaga innym wykorzystać LinkedIn i pozostałe media społecznościowe do budowania silnej marki osobistej. Na swojej stronie internetowej napisała: „Uczę, jak zarabiać na tym, kim jesteś. Na Twojej wiedzy, bez kreowania alternatywnej osobowości”. O to nam właśnie chodzi, prawda? Nie odwlekajmy tego dłużej. Zapraszam Was do wysłuchania rozmowy z Dorotą Maklewską.
Subskrybuj: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | Inne
Gość: Doris Maklewska
Montaż: Kamil Dudziński
Transkrypcja: Dorota Siwek
Plan odcinka
Jak zbudować markę osobistą – od czego zacząć
Ale ja się boję
Jak znaleźć czas na publikowanie w mediach społecznościowych
Marka osobista bez twarzy
Wszystko już było – jak się wyróżnić na Instagramie
Jak zaangażować odbiorców
Które media społecznościowe wybrać?
Język komunikacji
Źródła przywołane w odcinku
Jon Acuff, Do over. Rescue Monday, reinvent your work, and never get stuck, Penguin Group USA
Austin Kleon, Kradnij jak artysta: Dziennik. Notatnik dla kreatywnych kleptomanów, Sensus
Wyprawa na Szklaną Górę, bajka muzyczna, tekst Ludwik Górski, muzyka Władysław Słowiński
Transkrypcja podcastu #023 Po pierwsze się nie bać! Jak zbudować silną markę osobistą – opowiada Dorota Maklewska
Ewa Popielarz: Pytanie numer jeden: jak ja mam się do Ciebie zwracać? Dorota, Dorotka, Doris? Jak wolisz?
Dorota Maklewska: Poruszyłaś czułą strunę. Dorotka… tak tylko tata do mnie mówi.
EP: A Czarnoksiężnik z Krainy Oz i Dorotka?
DM: To już są dobre skojarzenia. Chyba najbardziej reaguję na Doris. Dorota to jest ta wersja imienia, przy której wydaje mi się, że na mnie krzyczą, a Doris powstało w 2012 roku, kiedy były dwie Doroty w projekcie i któraś musiała się zgłosić [do zmiany imienia]. Tak zostało i się do mnie przyczepiło. Potem działało jak świetnie funkcjonująca marka, która jest wyrazista, charakterystyczna.
EP: I nie taka do końca poważna. Dobrze – więc Doris. Zaprosiłam Cię dzisiaj, żebyśmy porozmawiały o wielkim świecie mediów społecznościowych i o nas – małych ludzikach w wielkim świecie tych mediów. Wszystko jest fajnie, dopóki jesteśmy odbiorcami treści na Instagramie, Facebooku, LinkedInie i w innych portalach, ale przychodzi czasem taki moment, kiedy chcemy przejść na drugą stronę mocy i stać się twórcami, bo na przykład zaczynamy prowadzić jakąś działalność usługową. I tutaj zaczynają się schody.
A ponieważ wydaje mi się, że Ty się czujesz w mediach społecznościowych jak ryba w wodzie, to wymyśliłam, że zrobimy taką scenkę rodzajową. Wcielę się w rolę młodej duchem przedsiębiorczyni, korektorki (bo znam tę branżę), która chce zacząć działać w mediach społecznościowych, może na Instagramie – w zasadzie to jeszcze sama nie wie do końca. Jest pełna obaw i wątpliwości. Nie wie, co z tym wszystkim zrobić. Przychodzi do Ciebie i prosi Cię o wskazówki, co zrobić, żeby się nie bać. Zaczynamy?
DM: Dajesz!
Jak zbudować markę osobistą – od czego zacząć
EP: To czas start! Sytuacja jest taka, że jestem korektorką i chcę rozreklamować moją działalność w sieci, bo mam już dosyć wysyłania 80 maili dziennie, na które nikt mi nie odpowiada. Chciałabym zacząć budować markę osobistą, żeby to się zaczęło samo kręcić, ale kompletnie nie wiem, od czego zacząć. Doris, od czego ja mam zacząć?
DM: A w jakich mediach społecznościowych dobrze się czujesz?
EP: Na Instagramie, bo on jest po trosze blisko ludzi, a po trosze poważniejszy – tu jakieś zdjęcie, tu tekst. Nie wiem, czy odważę się nagrywać kiedykolwiek swoją twarz i pokazywać się ludziom, ale niech już będzie ten Instagram.
DM: Super. Rób to, w czym jesteś dobra, na Instagramie. Pokazuj to, w czym możesz być dobra i w czym możesz pomóc innym. „W czym jesteś dobra?”, „Jak możesz pomóc innym?” i „Kim jesteś?” to pytania, które najczęściej zadaję osobom, które do mnie przychodzą z takimi problemami. Kolejnym pytaniem jest to, gdzie są Twoi klienci. To jest pytanie, które jest trudniejsze, i podejrzewam, że w tej scence rodzajowej ta młoda osoba mogłaby się nieco zakłopotać. Ale to kolejna przestrzeń, o której musimy pomysleć w kontekście tego, gdzie mamy działać, bo jeśli na Instagramie naszych klientów może nie być, to robi się trudniej. Może są na LinkedInie, może są na Facebooku, w grupach społecznościowych i w innych mediach społecznościowych. Moja droga, młoda korektorko – duchem oczywiście – zastanów się nad takimi rzeczami i wtedy możemy Cię poprowadzić przez cały proces budowania strategii.
Ale ja się boję
EP: Myślę, że ludzie, którzy piszą i którzy będą potrzebować moich usług, są prawie wszędzie. Na Instagramie też ich znajdę, więc już się będę tego medium trzymać, ale problem w tym, że ja się strasznie boję! Boję się, że jak zacznę coś pisać, to ludzie mnie skrytykują. Może nawet zrobię jakiś błąd i będzie wstyd. Wszyscy to zobaczą, będę miała przyszytą łatkę, że jestem niekompetentna, i cały świat będzie o tym wiedział. Boję się!
DM: Pierwsza rzecz, która mi przychodzi do głowy to, że cały świat nie kręci się wokół Ciebie i Twoich błędów. Warto o tym pamiętać. Nie jesteśmy pępkiem świat, tak że teraz wszyscy będą mówić o naszym błędzie – nie! Niestety nasz egocentryzm prowadzi do tego, że się obawiamy, że nasze błędy zostaną zapamiętane, a mogą zniknąć tak jak wczorajsza gazeta. W ogóle zastanawiam się, czy gazety teraz jakkolwiek funkcjonują, ale pewnie w jakimś świecie tak – równoległym. A druga rzecz to absolutnie ważne hasło, które w mojej bańce zostało spopularyzowane przez Panią Swojego Czasu: „Bój się i rób”.
Wyjeżdżając do Azji solo, bałam się. Ten strach dał mi pewną czujność na wszystkie sytuacje, które mogły mi się tam przydarzyć. Strach nie powinien nas paraliżować i nie powinniśmy dać się mu sparaliżować, tylko powinien nas motywować do tego, żeby być czujnym, żeby sprawdzać, co robimy, żeby sprawdzać, jakie kroki podejmujemy, żeby być bardziej uważnym. Pewnie na początku budowania swojego biznesu, swojej marki osobistej ten strach jest większy, ale cały czas lepiej coś zrobić i popełniać błędy, niż tego nie zrobić i czekać, aż się zrobi samo albo ktoś zrobi to za nas, bo wtedy nie ruszymy.
Jak znaleźć czas na publikowanie w mediach społecznościowych
EP: Tym bardziej że może się „samo” nie zrobić. Ale dobrze, wracam do swojej roli. Powiedzmy, że wydrukuję i powieszę sobie nad łóżkiem hasło „Bój się i rób”. Będę je sobie powtarzać przez dwa miesiące i w końcu wezmę się do działania, tylko że wtedy przychodzi druga refleksja, a mianowicie – regularność. Wszyscy mówią, że jak wejdę do Internetu i założę konto na Instagramie, to muszę tam regularnie publikować. Dobra, tylko ja mam dom, mam dzieci, mam kota, psa, rybki, muszę coś ugotować, muszę popracować, bo jakieś zlecenia w końcu też mam. Ze stworzeniem grafik schodzi mi sto lat, z napisaniem posta schodzi mi drugie sto lat. Jak ja znajdę na to czas i czy w ogóle jest sens, żebym zaczynała, skoro wiem albo przypuszczam, że ta regularność nie wyjdzie w moim przypadku?
DM: I to jest superciekawe pytanie. Wszystkie odpowiedzi, które mi się jawią, są mocno posegregowane według platform społecznościowych, o których pomyślałam. Regularność na Facebooku oznaczałaby nie tyle prowadzenie swojego fanpage’a – bo fanpage’y czy grup na Facebooku jest mnóstwo – co regularność w odpisywaniu na komentarze, dzielenie się wiedzą w konkretnych grupach. Jeśli mamy grupy copywriterskie, redaktorskie, biznesowe i coś wiemy, to tam możemy regularnie odpowiadać na komentarze, żeby budować swoją markę.
Na LinkedInie ta regularność może inaczej wyglądać. Tam warto od czasu do czasu publikować, choć też mam bardzo dużo klientów, którzy są temu niechętni. Ale na LinkedInie dobrze zbudowany profil jest bardzo podobny do dobrze zbudowanej strony internetowej. Działa on dobrze pod SEO, czyli wyszukiwarki internetowe, co oznacza, że jeśli wrzucimy w ten profil słowa odpowiednio dobrane pod naszą branżę, kategorię, w którą chcemy się wpasowywać, to będzie on świetnie indeksowany przez Google. Więc jest bardzo duża szansa, jeśli ktoś wpisze „Doris Maklewska” – ja mam niepopularne nazwisko, więc jest tym łatwiej – jeśli ktoś wpisze [w Google] Twoje imię i nazwisko, i branżę, to jest duża szansa, że jednym z pierwszych profili, który się pojawi, będzie profil na LinkedInie. Jeśli jest dobrze zbudowany, przyciąga klientów, to będzie działał.
Regularność jest znacznie bardziej wymagana na Instagramie czy TikToku, jeśli zechciałabyś tam również wejść. Natomiast na Instagramie być może mniej istotne są dziś posty (choć nadal są [ważne], różnie budowane, są np. karuzele, często bardzo merytoryczne), co stories albo rolki, które ostatnio weszły. Rolki czy stories mogą być takimi narzędziami, które pokazują rzeczywistość. Mogą być wcześniej przygotowane i wtedy warto je zaplanować. Ale może rolki i stories będzie Ci łatwiej zaplanować niż regularne posty złożone z kilku slajdów. Regularność można trochę obejść – jeśli będziesz już miała treści, które możesz wrzucić na Instagram, to warto przypomnieć sobie taki termin jak „recycling treści” i próbować te treści wrzucać w różne miejsca, dublować je.
Ja poszłam na łatwiznę i dubluję moje posty z Instagrama na Facebooka, już nawet nie chowam hashtagów, żeby tam się tylko cokolwiek ruszyło. Na LinkedInie aktualnie mam duży przestój, ale będzie zryw, bo się do niego przygotowuję. Posty z Instagrama wylądują na LinkedInie, tylko ujmę z nich kilka emotikonów i będą bardziej poważne.
Marka osobista bez twarzy
EP: O tym, co i gdzie, mam nadzieję jeszcze porozmawiamy. Znów wyszłam trochę poza moją rolę, ale wchodzę w nią z powrotem. Proszę pani, to tak wszystko pięknie brzmi. Z tymi relacjami to mnie nawet troszkę przekonało, że nie trzeba się przygotowywać. Ale ja oglądam relacje na Instagramie i tam ludzie mówią do telefonu, pokazują się, mówią bardzo płynnie – ja tak nie potrafię. W życiu nie pokażę twarzy bez filtra, który ją w zasadzie zamaże. Nie wiem, czy tak bez twarzy to jest w ogóle sens nagrywać?
DM: Absolutnie jest sens nagrywać i nie trzeba się bać małych kroków. Oczywiście są konta, które świetnie sobie radzą bez pokazywania twarzy. Wiem, że są dziewczyny pokazujące podróże bez twarzy albo robiące zdjęcia tyłem, w kapeluszu, więc to się da zrobić. Pierwszym etapem nagrywania – bo do tego nagrywania będę namawiać – jest na przykład nagrywanie rzeczywistości. Jeśli księgowa czy korektorka pracuje nad tekstem, może pokazać te teksty i może skomentować tę rzeczywistość. Może pokazać fragment swojej pracy. Może wrzucać zdjęcia – teraz jest tyle aplikacji!
Można prowadzić konto w taki sposób, żeby komentować naszą pracę. Jak już zaczniemy komentować, to się oswoimy z mówieniem do telefonu. Może jak się oswoimy z mówieniem do telefonu, to zaczniemy przekierowywać kamerę w różnych innych kierunkach, aż w końcu… (śmiech) Ja bym się podeszła z zaskoczenia. Jak oglądam swoje pierwsze wideo nagrywane na Instagramie, to jest absolutnie zupełnie inne [niż teraz]. Mówię znacznie wolniej, znacznie gorzej artykułuję, „fluencja” jest zupełnie inna. A kiedy jestem w podróży – to już zupełnie inny koncept. Nagle się okazuje, że nauczyłam się, jak zmieścić swoją myśl w 15 sekund. Teraz mój profil chyba jako jedyny na [polskim] Instagramie ma minutowe stories.
EP: Zgadza się! Właśnie miałam Cię zapytać, jak Ty to zrobiłaś. To jest niemożliwe. Oglądam Twoją relację i ona tak idzie, idzie i się nie kończy. (śmiech)
DM: To wcale nie jest łatwe! Ja jestem ekstrawertyczką, więc od razu jechałam z twarzą na kafelkach, nie miałam z tym problemu. Natomiast strasznie się bałam, że stracę czyjąś uwagę, więc mówiłam coraz szybciej. W 15 sekund byłam w stanie włożyć mnóstwo treści, wcale nie będąc pewna, czy to jest dobra strategia. Nagle jak mi się to stories rozciągnęło, to przecież mogę cztery razy więcej powiedzieć. I nie mam miejsca na napisy na moim stories. To wcale nie jest in plus.
EP: Minuta trwa dwie godziny, jak się okazuje.
DM: Dokładnie tak. Widzisz, moja droga, młoda korektorko – to jest proces. Nie wymagajmy od siebie, że fluencja od razu będzie bardzo wysoka. Ja swoje stories jeszcze pół roku temu nagrywałam po sześć razy, zanim je wrzuciłam. Duży samokrytyk mi się włączał i albo mi się nie podobało, albo musiałam dociąć słowa. Ja też montuję swoje filmy. Jeśli nagrywam za dużo „yyy” i „eee”, to tego się nie da słuchać. Zdaję sobie sprawę z tego, że ten fragment byłby nieznośny, w związku z tym montuję swoje filmy i takie rzeczy wycinam. To jest też oszczędność czasu odbiorcy.
EP: Zawsze można też poprosić kogoś, żeby kliknął za nas „Opublikuj”. Może to będzie jakaś metoda. Dobrze, będę publikować. Będę nagrywać pół twarzy, potem może mi się uda nagrać całą twarz. Spróbuję mówić do telefonu, chociaż wygląda to dziwnie. A tak swoją drogą – wyjdę znów z roli – już od jakiegoś czasu nagrywam (ponad dwa lata będzie, więcej nawet) relacje mówione na Instagramie, ale właśnie sobie uświadomiłam, że nie byłabym w stanie jeszcze nagrać relacji mówionej z telefonem, idąc sobie ulicą – obcy ludzie chodzą naokoło, a ja idę z telefonem i nagrywam. To jest dla mnie absolutnie nie do przeskoczenia w tym momencie.
Jeszcze do niedawna nie byłam w stanie nagrywać, jak mój mąż koło mnie siedział. Tu pandemia mi pomogła, bo nie ma sytuacji, kiedy on koło mnie nie siedzi. A przynajmniej jest coraz mniej takich sytuacji, więc stwierdziłam, że albo będę nagrywać, jak on siedzi i się patrzy, albo wcale… Jaka była moja obawa? Właściwie to nie wiem. Że co? Że zacznie się ze mnie śmiać? Że co zrobi? A on nie zareagował! To było dla mnie tak zaskakujące, że nie zareagował, a ja po prostu sobie nagrywałam! Inaczej – był nawet ciszej w momencie, kiedy nagrywałam, bo chciał zrobić mi dobre tło. Zobacz, to jest zupełnie irracjonalna obawa, kiedy sobie wyobrażamy, co się może wydarzyć. Ludzie zaczną się oglądać, zaczną się śmiać, wytykać nas palcami? Szczególnie nasi domownicy?
DM: Fenomenalnie, że to mówisz. Jak jest nas kilku instagramerów – to są głównie moi znajomi – to mi się trudno przy nich nagrywa, to prawda. Natomiast jeśli idę ulicą, to znacznie łatwiej, tylko czasami mnie coś rozproszy i to jest trudność, ale nie to, że ktoś mnie ocenia i na mnie patrzy, bo to jest obca osoba, więc mnie minie i ma to gdzieś dalej za uszami. Przypomniała mi się jedna, w sumie bardzo ważna rzecz – wątek, który ostatnio @aniamaluje wyciągnęła. Wrzuciła fragment TikToka, gdzie bardzo ciekawy człowiek – nie odkryłam jeszcze tego konta – powiedział mniej więcej tak: Ale z czego Wy się śmiejecie? Śmiejecie się z influencerów, jak oni nagrywają, tańczą, budują swoją markę w różny sposób? Niektórzy mówią do telefonu, a niektórzy tańczą i się wygłupiają – i to też jest super. Po czym oglądamy te filmy na TikToku i Instagramie i nas to bawi, to jest nasza rozrywka. Więc dlaczego nieprzyjemnie się śmiejemy z tej pracy, z której potem życzliwie się śmiejemy, oglądając media społecznościowe? Ktoś to ogląda, więc dlaczego mamy się krępować? Tworzymy swego rodzaju rozrywkę. Z mediów społecznościowych możemy się uczyć, ale znacznie więcej się nauczymy na konsultacji 1:1 czy na kursie. Media społecznościowe to są kursy instant. Ale ktoś musi je stworzyć, więc nie możemy się wstydzić, że jesteśmy tego częścią.
EP: Dokładnie tak. Jak widzimy plan filmowy gdzieś na ulicy, to nie śmiejemy się: „O, nagrywają tam, wywalają się”, tylko mówimy: „Wow, ale fajnie”, patrzymy się i podziwiamy, jak inni pracują. A jak ktoś tworzy coś przed telefonem, to może jest dla nas zbyt nowe jeszcze, [żeby to docenić].
DM: Wideo wertykalne nie jest tak szanowane jak media poziome.
EP: Wypadłam z roli, ale mam jeszcze dwie wątpliwości.
DM: Zapraszam.
Wszystko już było – jak się wyróżnić na Instagramie
EP: Pierwsza wątpliwość brzmi tak: wszystko już było. Kont korektorów na Instagramie ja sama śledzę jakieś 60 albo i więcej. Quizy robi co drugie konto. Te treści się trochę powtarzają. Niby każde jest inne, ale nie wiem, czy ja bym umiała inaczej, czy ja jestem w stanie coś nowego zaproponować.
DM: Na pewno nie. W ogóle się za to nie zabieraj.
EP: Aha. Dobrze, to skończmy tę rozmowę. Mogłam zacząć od tego pytania. (śmiech) A już się nakręciłam, że dam radę.
DM: Jest taka wspaniała książka – Jona Acuffa Do Over, a druga to Kradnij jak artysta. Oczywiście w tej sekundzie zapomniałam autora. [To Austin Kleon – przyp. E.P.]. Kradnij jak artysta – znajdziecie ją również w wersji polskiej – jest wspaniałą książką, gdzie jest bardzo mało tekstu, a dużo fraz, które pokazują nam, że wszystko już było. Nasza wyobraźnia bierze się stąd, że ktoś zobaczył konia, a ktoś zobaczył nosorożca i wyszedł z tego jednorożec; Disney też zaczerpnął różne pomysły skądś, więc – wszystko już było. Tylko to, jak my myślimy, i to, jak przetwarzamy, sprawia, że to jest nasze – jest pokazane z naszego punktu widzenia.
Trenerów LinkedIna jest mnóstwo, gwarantuję Wam. A trenerów marki osobistej jest co najmniej dwa razy tyle co trenerów LinkedIna. Natomiast nie przychodzi się do mnie czy do kogoś innego ze względu na to, że mamy jakąś wiedzę. Przychodzi się do nas dlatego, że jesteśmy jacyś, że nasza marka porusza się w konkretnym archetypie. Ja o tych archetypach mówię bardzo często, bo to jest taki ładny wyróżnik. Mogę mówić do ludzi wyłącznie językiem, który dotyczy wymagań: „Ze mną się pracuje tak, a nie inaczej. Ja od Ciebie wymagam tego i tego. Najpierw Ty mi przynieś swoją pracę domową, a potem sprawdzimy, czy chcemy ze sobą rozmawiać”. Albo mogę powiedzieć: „Przyjdź, nie bój się. Zrobimy to razem. Poklepie Cię po plecach. Wezmę Cię za rękę i przejdziemy przez to razem”. Jedni będą potrzebowali takiego traktowania, a drudzy innego. Ja i ta druga osobowość możemy wiedzieć dokładnie to samo, ale ktoś może potrzebować konkretnego podejścia.
Dzisiaj miałam połączenie telefoniczne z moją potencjalną klientką, dziewczyną z kancelarii, która powiedziała: „Widziałam Cię w podcaście czy na livie takim a takim i mimo że widziałam innych trenerów LinkedIn, to z Tobą bym chciała pracować, bo widzę, że masz takie doświadczenie i że masz taki rodzaj charyzmy, a nie inny”. Dla mnie to był ogromny komplement, ale też kolejne potwierdzenie tego, że to nie jest kwestia LinkedIna, którym się zajmuje, tylko tego, jak się nim zajmuję i jak o nim mówię.
Jak zaangażować odbiorców
EP: Wybieram tę panią, która klepie po plecach. Przechodzę do ostatniego pytania młodej duchem korektorki, tylko zrobimy przeskok w czasie. Jest dwa tygodnie później, bo szybciej by mi się nie udało tego wszystkiego zrealizować. Założyłam konto, opublikowałam pierwsze posty, nagrałam pierwszą relację – co prawda jeszcze tyłem, ale będzie lepiej. Pod moimi pierwszymi postami są trzy lajki, jeden komentarz, i to chyba jakiegoś bota. Nikt się tym nie interesuje. A inni mają po sto lajków. Ja chcę mieć więcej, ale nie wiem jak. Chyba jednak z tego zrezygnuję.
DM: Nie rezygnuj – będę trzymać kciuki – i nie poddawaj się. Jeśli ktoś zechce poscrollować mojego Instagrama w dół, to zobaczy, że ja tam zadaję mnóstwo pytań: „A co o tym myślisz?”, „A jak Wy myślicie?”, „Jak się dziś czujecie?”. I w pewnym momencie już człowiek się zastanawia: „To może zadam pytanie «Jakim chlebem dziś jesteś?»” – może ktoś mi wreszcie odpowie (śmiech), bo jest to na tyle absurdalne, że złapie uwagę. Bardzo długo, mówiąc kolokwialnie, bujałam się z tym, że nie ma odzewu, i nie potrafiłam zrozumieć dlaczego. Zaczęłam tworzyć trochę inne posty, przemieszałam więcej treści merytorycznych z tymi treściami, które są lżejsze. Próbowałam zaangażować ludzi czy społeczność, jeszcze rosnącą. Instastory – tam się pojawiły naklejki w którymś momencie, quizy. Z takich rzeczy można korzystać, żeby ludzi przyzwyczaić do tego, że mają na coś odpowiadać.
To było chyba z pół roku temu, może rok temu, kiedy nauczyłam się, że nie powinnam zadawać 17 pytań na końcu mojego posta, na zasadzie: może ktoś sobie wybierze, na które odpowie (śmiech). Wybierałam jedno i czekałam na to, co się wydarzy. Te pytania były łatwiejsze, zamknięte, na zasadzie „tak” lub „nie”. Łatwiej wtedy coś wpisać. Potem dopiero testuje się pytania otwarte. Na moim koncie nie ma ogromnego zaangażowania, ale mam za to dużo zapisanych postów. To jest dla mnie ciekawe, to są często posty wiedzowe. „Jak już będę coś robić na tym LinkedInie, to będę mieć to zapisane” – podejrzewam, że taki jest tok myślenia. Jak podaję posty książkowe, to są często zapisywane, ale tam nie ma specjalnie komentarzy, bo może nie potrafię zacząć dyskusji, a może jak ktoś nie przeczytał książki, to nie czuje, że powinien komentować.
Nie bałabym się braku komentarzy, natomiast postowałabym i testowałabym postowanie różnego rodzaju treści, a potem weszła w statystyki. W momencie, kiedy wchodzimy w statystyki, widzimy, ile postów zostało zapisanych, jakie posty zostały polajkowane, jakie dostały ten jeden czy dwa komentarze, wyłączając z tego boty. Więc warto sprawdzić, jak to działa. A poza tym warto przyzwyczajać ludzi na instastories do klikania „tak” lub „nie”. Są pytania, przy których mam maksymalnie 30 kliknięć, a są takie, przy których mam nagle 147! Nie rozumiem dlaczego. Potrafię w którymś momencie coś wyłapać, ale wydaje mi się, że są wątki, które źle oceniam. Często coś chwyci inaczej, niż się spodziewam. Testowanie i iteracja na treściach, które produkujemy, to chyba jedyne, co możemy zrobić.
EP: Trudne to wszystko jest, ale czuję się zmotywowana! Wracam już do swojej powłoki, bo pomału zaczynam czuć rozdwojenie jaźni. Mam nadzieję, a nawet jestem pewna, że osoby, które zidentyfikowały się z moim początkującym alter ego, znalazły w Twoich odpowiedziach motywację i siłę, żeby przełamać strach. „Bój się i rób” – trzeba działać, wyciągać wnioski i nie poddawać się po pierwszym razie, bo to nie jest takie hop-siup niestety. W ciągu tygodnia nie da się zbudować w żadnym medium marki osobistej.
Które media społecznościowe wybrać?
EP: A teraz chciałabym jeszcze chwilkę porozmawiać o Tobie i Twojej działalności w sieci. Jesteś specjalistką od LinkedIna, ale też bardzo prężnie działasz na Instagramie. Z kolei na Facebooku, tak jak sama wspominałaś, działasz raczej recyklingowo. Dlaczego wybrałaś te dwa media: LinkedIn i Instagram? To była metoda prób i błędów czy po prostu najbardziej Ci podpasował ich klimat?
DM: To jest tak, że ja na LinkedInie – chciałam powiedzieć, że się urodziłam, co jest absolutnym błędem – ale z LinkedInem mam faktycznie bardzo dużo wspólnego, dlatego że jestem byłą rekruterką. Już nie rekrutuję kandydatów i kandydatek, natomiast pracowałam na tym medium od 2012 roku i faktycznie jest to miejsce, w którym rekruter się rozgląda, szuka kandydatów. To narzędzie do szukania pracy, a dzisiaj już też do szukania zleceń. Dawniej LinkedIn kojarzył się właśnie głównie z budową CV, dzisiaj jest to właściwie budowa strony internetowej z własną ofertą.
Natomiast jeśli chodzi o Instagram, to ja zawsze byłam gadżeciarą, lubiłam nowe aplikacje, lubiłam testować, więc chętnie na Inastagram weszłam. I oczywiście na początku był moim pamiętnikiem. Instagram stał się moim narzędziem pracy w okolicach 2018 roku, kiedy już planowałam rzucić etat. Robiłam sobie właśnie podkładkę pod kilkumiesięczny wyjazd do Azji, powrót, budowanie biznesu. I Instagram był dla mnie wygodny, dlatego że jest platformą zdjęciową, wizualną, podróżniczą – był narzędziem do pokazywania innego świata i wyjazdu.
A w momencie, kiedy stwierdziłam, że się tu dobrze czuję – moi klienci są tak naprawdę na LinkedInie, ale ja się bardzo dobrze czuję na Instagramie, bo jest mniej formalny – to zaczęłam Instagram wykorzystywać do mówienia o LinkedInie. Co jest dość karkołomnym zadaniem, bo LinkedIna się potrzebuje w danych momentach życia, więc nie jestem kontem, które się będzie oglądało cały czas.
Dlatego też zaczęłam mówić więcej o – nie lubię tego słowa, ale go użyję – lifestyle’u. Pozwoliłam sobie na więcej i po prostu przemycam wiedzę pomiędzy tym, co dzieje się u mnie w życiu, mówieniem o biznesie, mówieniem o komunikacji, mówieniem o tym, co się dzieje na co dzień. Nauczyłam się tego od @aniamaluje, o której już wspominałam; jej e-book dużo mi dał. Zrozumiałam, że Instagram może być narzędziem i można go wykorzystać metodycznie – i tak też zrobiłam.
Więc Instagram jest funem, LinkedIn jest narzędziem zawodowym. A to, że je łączę, to jest moja hybryda, bo uważam, że mogę być każdym, kim chcę, i mogę mój biznes wymyślić po swojemu, do czego Was też bardzo zachęcam. Ostatnio jestem w trybie ładowania ludzi energią: „Rób po swojemu i wtedy ludzie to kupią! Nie rób po cudzemu, bo zauważą, że to nie jest Twoje”.
Rób po swojemu, nie po cudzemu
EP: Zabrzmi to trochę jak inwigilacja, ale zacytuję jeden z Twoich ostatnich postów – z testem odkurzacza. Czy to była relacja? To chyba była relacja, nie post. Testowałaś odkurzacz, małe AGD. Zrobiłaś zajawkę, że już czeka na Ciebie w domu. Nie wiedziałam, co to będzie, czekałam, co tam Doris pokaże, co tam jej przyszło. Potem patrzę: odkurzacz. Napisałaś wtedy: „Mogę być, kim chcę, więc dziś jestem testerką małego AGD. Bo czemu nie?”. Bo czemu nie? Mimo że to jest konto budujące markę osobistą.
Niesamowicie mnie to uderzyło, bo rzeczywiście mamy czasem w głowie takie ograniczenia: buduję swoje konto, które jest kontem mojej marki, mojej firmy, mojej działalności – to brzmi dumnie – więc muszę publikować to, to i to, bo ludzie ode mnie oczekują tego, tego i tego. Oczekują ode mnie, młodej duchem korektorki, żebym pisała o języku, ewentualnie o kulisach mojej pracy, ale nie chcą wiedzieć, jakie książki czytają dzisiaj moje dzieci albo że poszłam dzisiaj nie do biblioteki, tylko na przykład do kina albo jeszcze, nie daj Boże, do jakiegoś GOjumpu czy gdziekolwiek indziej.
DM: Tak! Nie umiem złożyć zdania, bo mam wiele pomysłów na tę odpowiedź. Po pierwsze staram się to robić na zasadzie 80/20, czyli 80% raczej biznes, komunikacja, LinkedIn, a 20% lifestyle. Różnie mi się to przesuwa, różne są okresy w moim życiu, tak po prostu, tak po ludzku, i na różne rzeczy kładę nacisk. To jest jedna rzecz. Warto więc, żeby była jakaś proporcja. Na początku powiedziałam o pytaniach, które warto sobie zadać na starcie budowania biznesu. „Kim jesteś?”, „W czym jesteś dobra?” „Jak możesz pomóc innym?”. To „W czym jesteś dobra?” jest fajne, jeśli na początku budowania swojej ścieżki biznesowej ograniczymy odpowiedź do trzech rzeczy. Jeśli nagle zaczniemy mówić o wszystkim, to będzie za dużo.
Użyję swojego przykładu, żeby nie mówić bzdur. Kiedy ja na początku zaczęłam budować swoją markę, to powiedziałam: rekrutacja, social media, żeglarstwo. A potem to zawężałam jeszcze bardziej. Social media to Instagram, LinkedIn. Rekrutacja to są metody poszukiwania kandydatów. Żeglarstwo zostało. Jak już oficjalnie była informacja o tym, że rzucam pracę, to było: praca zdalna, LinkedIn i rzucanie pracy, bo to się wszystko siebie trzymało. I ja o tym wszystkim mówiłam metodycznie, nie tylko jako o wydarzeniach w życiu, tylko o tym, jak żeglarstwo przekłada się na biznes, jak rzucanie pracy mnie zmieniło i mi pomogło – to było wszystko planowane. To jest jedna rzecz, którą chciałam powiedzieć.
A druga rzecz, która spowodowała mój brain freeze w ramach odpowiedzi na to pytanie, była taka: każda marka, jaka by nie była, ma jakiegoś przedstawiciela. Jak mamy reklamę T-mobile – powiedzmy, bez promocji marki – to mamy kogoś, kto ją przedstawia: jakaś gwiazda czy piłkarz. Ten piłkarz ma konkretny styl życia. Dlaczego on jest dobrany do tej marki? Bo my lubimy ten styl życia, bo nas to ciekawi, bo nas to fascynuje. Może jesteśmy trochę jak on, chcielibyśmy być trochę jak on. Dlatego marki mają twarze influencerów, bo my chcemy być jak ci influencerzy i wtedy kupujemy produkty. Czyli jeśli pokazujemy nasze produkty czy usługi, to ludzie chcą wiedzieć, od kogo je kupują, jakie ta osoba ma wartości, kim ta osoba jest – i potencjalnie jaki ma odkurzacz.
EP: (śmiech) Bo może się to kiedyś do czegoś przyda. To jest niesamowicie ważne. My nie sprzedajemy wyłącznie swojej wiedzy, tego, że potrafimy świetnie zrobić korektę. Sprzedajemy to, jacy jesteśmy, jak podchodzimy do tekstów, jak komunikujemy się z autorami, z odbiorcami. Przecież będziemy rozmawiać z człowiekiem, to nie będzie wymiana komputer–tekst, bez ludzi. To jest usługa, rozmowa, relacja pomiędzy ludźmi.
DM: Czasem myślę, że na początku stawiania swojego biznesu wydaje nam się, że to klient wie lepiej. Nie. To klient nas potrzebuje, więc często to my wiemy lepiej. Może zdobywamy doświadczenie, ale to my mamy pojęcie z konkretnego obszaru, z konkretnej branży i musimy mu to wytłumaczyć, więc nie możemy się bać rozmawiać z tym człowiekiem. Dużo jest we mnie emocji teraz. To, czego nie popieram albo nie doradzam, to odpowiadanie, jak ktoś mówi: „Proszę mi wysłać ofertę” – nie wyślę oferty bez porozmawiania z tym człowiekiem. Bo tak jak CV musi być dostosowane do stanowiska, na które aplikujemy, tak oferta powinna być dostosowana do potrzeb naszego odbiorcy. Żeby on ją zaakceptował, dobrze wiedzieć, jakim językiem mówi, może użyć jego sformułowań, być może użyć jego obiekcji i na nie odpowiedzieć.
To jest cały czas komunikacja. Ten odkurzacz pozostaje trochę z boku, ale to jest poznawanie nas. Nie tylko pokazujemy, że zrobiłyśmy tyle tekstów i mamy takie doświadczenie za sobą, ale też – jak się z nami pracuje. Dlatego fajnie jest przeczytać jakieś testimoniale, notki, rekomendacje od klientów, dlatego ludzie się tym chwalą, bo to też pokazuje, na co inni zwrócili uwagę w pracy z nami. Często nie tylko piszą, czy produkt jest dobry, ale że fajnie się nas słucha albo że fajnie się nas ogląda i tak dalej. To znacznie więcej niż sama usługa czy produkt. Owszem, takich produktów lub usług może być mnóstwo, ale my jesteśmy tylko jedne albo jedni.
Język komunikacji
EP: Mówisz, że jest w Tobie dużo emocji. Ja też czuję, jak mi myśli buzują, od kiedy powiedziałaś o tym, że klient chce się dowiedzieć, jak się z nami pracuje. Niedawno złapałam sama siebie na takim doborze usługodawcy. Szukałam lokalu na pewne wydarzenie i korespondowałam z kilkoma managerami lokali. Złapałam się na tym, że po zdjęciach miałam wybrany zupełnie inny lokal niż po tych rozmowach! Oczywiście wysłałam maile do pięciu, sześciu lokali, ale jeden miałam już wstępne wybrany: „Tutaj by było fajnie, to ładnie wygląda”. Kiedy dostałam odpowiedzi od managerów, to większość z nich zaczynała się od „Szanowna Pani…”, a jedna dziewczyna – bo już jesteśmy na „ty” – odpisała: „Cześć, Ewa!”. Ja mam na drugim miejscu Bliskość® w Gallupie. O matko! Po prostu klapki na oczy i bierzemy ten lokal – koniec. Na szczęście okazało się, że cała oferta była najlepsza spośród tych pięciu czy sześciu, ale mnie wystarczyło tylko to – tylko ten język komunikacji, który trafił mnie prosto w serce. To zadziałało.
DM: Absolutnie. Poznanie klienta, zanim zaczniemy z nim rozmawiać – to też jest fenomenalne. Ostatnia moja sesja zdjęciowa, którą strasznie lubię – zdjęcia mi się bardzo podobają, jestem z nich bardzo zadowolona – była z Damianem Bartoszkiem. Do Damiana odezwałam się, pytając go o różne rzeczy, nie tylko o ofertę w kontekście zdjęć: „Cześć, Damian! Mam nadzieję, że poranna kawa smakowała super” i tak dalej. On mówi: „Ten mail był fenomenalny dlatego, że zwróciłaś uwagę między innymi na tę kawę”, a ja faktycznie wcześniej przegrzebałam jego Instagram czy jakieś dane w sieci, sprawdziłam, co jest ważne, co jest ciekawe, i gdzieś tę kawę wyłapałam. Sama piję taką z dripa i bardziej skomplikowaną, więc zahaczyłam o to.
EP: Ty się topisz nawet w tej kawie.
DM: Ja się kąpię i tańczę w kawie. Dokładnie tak! (śmiech) Wykorzystanie tej informacji z zewnątrz, która być może nie była w mailu biznesowym spodziewana, zostało zapamiętane. Lubię działać w ten sposób. Tak też działam, pracując z kandydatami, chcąc, żeby mi odpowiedzieli na pytanie. Na to zwracam uwagę, rozmawiając z potencjalnymi klientami, wyłapując żarty, wracając do tych żartów w kolejnym mailu, bo to jest bliskość. To są metody negocjacji, sprzedaży i randkowania.
EP: Rozmowa nam zeszła na sprawy językowe i bardzo się z tego cieszę. Takim finałem sobie zakończymy, bo w końcu to podcast językowy: „Po drugiej stronie książki”. Równie dobrze mógłby się nazywać „Po drugiej stronie języka” albo „Po wszystkich stronach języka”. Język komunikacji. Znów wyjdę na stalkera, ale trudno. Z Twojego posta zatytułowanego „Pisz jak girlboss” – choć myślę, że panowie też by mogli się w tym odnaleźć – wypisałam sobie zmienione komunikaty.
Komunikat oryginalny i komunikat, który radzisz stosować: „Przepraszam za opóźnienie” – lepiej powiedzieć: „Dzięki za cierpliwość”. Zaczęłam to wykorzystywać od razu, jak to przeczytałam. W życiu w ten sposób o tym nie myślałam! Kolejny: „Zaproponuj godzinę. Ja się dostosuję” zmieniamy na: „Czy o tej a o tej godzinie Ci pasuje?”. Kolejny: „Nie ma sprawy. To nic takiego” zmieniamy na: „Cieszę się, że mogłam pomóc”. I ostatni: „Udało mi się to zrobić” – ach! to „udało się” – zmieniamy na: „Zrobiłam to”. Nie „udało mi się”, tylko „zrobiłam to”.
DM: Tak, ja też bardzo lubię ten post. Od czasu do czasu wracam do niego i rozsyłam link do pobrania tego posta w wersji do druku. To jest coś, co znalazł Rafał Cupiał, z którym współpracuję od czasu do czasu przy szkoleniach. Rozmawialiśmy o tym w kontekście budowania statusu w dynamikach grupowych. Kiedy mówimy: „Przepraszam, że się spóźniłam” czy „Przepraszam za późne wysłanie maila”, to my jesteśmy w niskim statusie. Kiedy mówimy: „Dziękuję za cierpliwość”, podnosimy status tej drugiej osobie – „Dzięki, że miałeś cierpliwość, żeby poczekać” – nie obniżając swojego. To jest superciekawe.
Pozostała część tych komunikatów też na tej zasadzie działa. Jak pytamy: „A kiedy Ci pasuje?”, to unikamy wymiany 17 maili. Ja przeszłam na taki tryb, że zaproponuję konkretny termin; jak komuś nie pasuje, to trudno, będziemy się dogadywać. Czasami wysyłam link do Calendly. Chociaż wysłanie linku do Calendly to jest takie: „Wpisz się w mój kalendarz”, różnie statusowo to działa. Ale czasem pomaga, tak na przykład my się umawiałyśmy na złapanie wspólnego slotu czasowego.
Te komunikaty mają według mnie ogromną sprawczość. To są maleńkie zmiany w języku, ale takie, które robią ogromną różnicę. I to „udało się”, które strasznie mnie boli. Ostatnio ktoś chciał mi sprawić komplement i napisał w wiadomości: „Och, Doris, świetnie Ci te filmiki na YouTubie wychodzą”. Ja na to „wychodzą” zareagowałam okrutnie. (śmiech) Jest to osoba, z którą rzadko się kontaktuję, więc nie miałam żadnego filtra. Nie, mnie nic nie wychodzi. Ja tutaj przecież robię, wkładam całą energię w to, żeby mi nie „wychodziło”, tylko „zrobiło”.
EP: Krew, pot i łzy.
DM: Dokładnie tak! Więc przede wszystkim nie odbierajmy komuś, ale nie odbierajmy też sobie tej sprawczości. Ja bym wyeliminowała „udało się” – tylko czasami się coś udaje – i przeszłabym na „zrobiłam”, „zrealizowałam”, „zorganizowałam” czy „zorganizowałem” i tak dalej. Wszystkie te czasowniki pokazują, że to jest nasz wkład – w ten sposób wyrabiamy sobie nawyki językowe.
No i wreszcie zróbmy to wideo na Instagramie!
EP: Zróbmy to! Bójmy się i zróbmy to! Doris, bardzo Ci dziękuję za to spotkanie, bardzo Ci dziękuję za wszystko, co robisz na Instagramie. Na LinkedInie też, chociaż powiem szczerze, że ja na LinkedInie rzadko bywam gościem, więc bardziej za Instagram Ci dziękuję. Dziękuję za te kreatywne nagrania, za to, jak się kąpiesz się w kawie i tam wskakujesz, i sobie pływasz. I nagrania, na których tak śmiesznie ucinasz jedno zdanie, drugie mówisz z fotela, a spod drzewa trzecie. Nie mam zielonego pojęcia, jak Ty to robisz, i sama nigdy czegoś takiego nie zrobię, ale miło mi się to ogląda. Za ten dystans, energię, za to wszystko, co przebija przez Twój Instagram. Za to, że pozwalasz nam wejść do swojego kawałka życia – z kotem, z kawą, z Twoją pracą. Dziękuję Ci bardzo, że jesteś tam i że jesteś dziś tutaj – za to, że przyjęłaś zaproszenie do tego podcastu.
DM: Przyjmowanie komplementów jest bardzo trudne, ale podobno trudniejsze jest dawanie komplementów, więc ja mówię tylko: dziękuję – i za zaproszenie, i za tę całą lawinę, zraszanie mojego ego. Dzięki.
EP: Nie mów tylko: „Nie ma sprawy. To nic takiego”. Powiedz: „Cieszę się, że mogłam pomóc!” – że tak zacytuję Twój post. (śmiech)
DM: Cieszę się, że mogłam pomóc. Dokładnie tak. Cieszę się, że robię to, co robię, i że to daje radochę i Tobie (znakiem dla mnie jest to, że mnie tutaj zaprosiłaś), i innym (bo to widzę i odczuwam). To jest fenomenalne! Niezależnie od tego, ile osób mnie obserwuje na Instagramie, to jeśli jest ta jedna, której się dzięki temu poprawi humor w ciągu dnia – to jest nagroda.
EP: Mnie możesz zawsze liczyć, ale myślę, że nie jestem jedna. (śmiech) Dzięki.
DM: Dzięki wielkie.
*
Rozmowa z Doris już się zakończyła. Zostałam sama ze swoimi notatkami i ze swoimi przemyśleniami. Przyszła mi do głowy piosenka z bajki dla dzieci. To będzie idealna puenta naszego spotkania. Fragment pochodzi ze słuchowiska „Wyprawa na Szklaną Górę” z serii Bajki Grajki. Tekst: Ludwik Górski, muzyka: Władysław Słowiński, słowa dzielnego kominiarczyka, które zaraz usłyszycie, wyśpiewał Stanisław Górka. Posłuchajcie:
Wtedy głośno trzeba powtarzać słowa te: „Po pierwsze się nie bać, po drugie się nie bać, a po trzecie, a po trzecie wcale nie bać się!”. Przeszło mi, już się nie boję. Mogę wspinać się wyżej!
The post PDSK#023 Po pierwsze się nie bać! Jak zbudować silną markę osobistą – opowiada Dorota Maklewska (podcast) appeared first on Ewa Popielarz.

Feb 21, 2022 • 15min
PDSK#022 Jak ułatwić korektorowi korektę (podcast)
Kiedy przychodzi do Ciebie ekipa remontowa, by pomalować mieszkanie – warto wcześniej zebrać wszystkie meble w jednym miejscu i pościągać obrazy ze ścian. Kiedy zlecasz usługę stworzenia strony internetowej – warto naszkicować jej plan, przygotować identyfikację wizualną albo przynajmniej bazę inspiracji. A kiedy chcesz oddać tekst do korekty? Jak się do tego przygotować, żeby współpraca z korektorem przebiegła sprawnie i bezboleśnie? O tym, jak ułatwić korektorowi korektę, usłyszysz w dzisiejszym odcinku podcastu Po drugiej stronie książki.
Subskrybuj: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | Inne
Montaż: Kamil Dudziński
Plan odcinka
Czas oczekiwania na korektęKorekta to nie tylko poprawianie literówekNie szalej z formatowaniemNie wyłączaj śledzenia zmian – nigdy!Pisz i… czytaj
Transkrypcja podcastu #022 Jak ułatwić korektorowi korektę
Ten odcinek jest wersją audio artykułu opublikowanego na moim blogu we wrześniu 2019 roku. Jeśli zamiast słuchania wolisz przeczytać tekst, kliknij poniższą grafikę:
The post PDSK#022 Jak ułatwić korektorowi korektę (podcast) appeared first on Ewa Popielarz.

Jan 3, 2022 • 46min
PDSK#021 Jak zaplanować duży projekt wydawniczy. Rozmowa z Olą Gościniak (podcast)
Na początku jest pomysł. Później ten pomysł trzeba zweryfikować. Kiedy przejdzie pierwszą próbę sił – można przystąpić do jego realizacji. Żeby jednak móc liczyć na szczęśliwy finał, warto dokładnie rozpisać wszystkie kroki i po kolei je realizować. Tak jest z większością pomysłów w życiu i biznesie, nie inaczej wygląda realizacja projektów wydawniczych. O tym, jak zaplanować duży projekt wydawniczy i jak doprowadzić go do szczęśliwego finału, rozmawiam z Olą Gościniak.
Ola sama siebie określa dwoma słowami: Jestem Interaktywna. Swoją działalność w sieci zaczynała od tworzenia stron internetowych na zamówienie, dziś na swoim blogu, w czasie szkoleń i kursów online pokazuje innym, jak samodzielnie wyklikać swoje miejsce w sieci. Wspiera przedsiębiorcze kobiety w prowadzeniu biznesu i na własnym przykładzie pokazuje, że cele można z powodzeniem realizować. Trzeba tylko mieć plan. A jaki? To się – mam nadzieję – zaraz okaże.
Subskrybuj: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | Inne
Gość: Ola Gościniak
Montaż: Kamil Dudziński
Transkrypcja: Dorota Siwek
Plan odcinka
Książkoplaner – dwa słowa o projekcieProdukt fizyczny czy e-book?Jak zweryfikować pomysłHarmonogram pracOd czego zależy wybór deadline’uOsoby biorące udział w procesie wydawniczymJak dobrać odpowiednie osoby do współpracyPatenty na zarządzanie zespołemWpadki – jak się na nie przygotowaćPrywata: biznes i macierzyństwoKoszt wydania planeraPlany Oli Gościniak na rok 2022
Źródła przywołane w odcinku
Ola Gościniak, Książkoplaner – Rok w biznesie online (z kodem EP darmowa wysyłka!)
Transkrypcja podcastu #021 Jak zaplanować duży projekt wydawniczy. Rozmowa z Olą Gościniak
[w przygotowaniu]
The post PDSK#021 Jak zaplanować duży projekt wydawniczy. Rozmowa z Olą Gościniak (podcast) appeared first on Ewa Popielarz.

Dec 22, 2021 • 55min
PDSK#020 Moje życie z korektorką. Rozmowa z mężem (podcast)
W podcaście Po drugiej stronie książki była już mowa o procesie wydawniczym, o błędach w języku mówionym, o ingerowaniu, a właściwie nieingerowaniu w styl autora – same ważne i poważne tematy. Tymczasem kończy się drugi trudny, pandemiczny rok, wszyscy jesteśmy zmęczeni, pora więc na chwilę oddechu.
W dzisiejszym odcinku specjalnym dowiecie się, jak to jest mieszkać z korektorką pod jednym dachem. Zapytam o to człowieka zaprawionego w bojach – człowieka, który towarzyszył korektorce, czyli mnie, od samego początku drogi, nawet wtedy, kiedy jeszcze nie wiedziałam, że pójdę na edytorstwo, tylko rozwiązywałam zadania z matematyki na mat-fizie. Prawie trzynaście lat małżeństwa, czwórka dzieci, a do tego firma edytorska i szkoleniowa. Receptę na odnalezienie się w tym wszystkim poda Wam gość dzisiejszego odcinka specjalnego – mój osobisty mąż.
Subskrybuj: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | Inne
Gość: Szczepan Popielarz
Montaż: Kamil Dudziński
Transkrypcja: Dorota Siwek
Plan odcinka
Praca z żoną pod jednych dachem
Jak to się zaczęło – studia edytorskie
Czas zarabiania „na waciki” (i na książki)
Poprawiać czy nie poprawiać
Korektor a tester IT
Minirecenzja książki Katarzyny Bester
Razem w domu, razem w pracy
Życie z korektorką – trudności i profity
Pytania od kursantów Akademii korekty tekstu
Test na męża korektorki
Rady dla partnerów korektorek
Źródła przywołane w odcinku
Katarzyna Bester, Mam coś twojego, Wydawnictwo Kobiece
Gabriel García Márquez, Szarańcza, Muza
Transkrypcja podcastu #020 Moje życie z korektorką. Rozmowa z mężem
Redakcja transkrypcji: Ewelina Czempik
Po serii podcastów o procesie wydawniczym, błędach językowych i stylu autorów przyszedł czas na odcinek specjalny. Tym razem przed mikrofonem zasiadł… mój mąż. Nie jest to jednak zwykła rozmowa o naszym małżeństwie. To szczera, momentami zabawna opowieść o kulisach życia z osobą, która zawodowo poprawia teksty. Zapraszam Was na rozmowę z człowiekiem zaprawionym w bojach, który towarzyszył korektorce – czyli mnie – od samego początku drogi.
Początki: studia, książki i waciki
Poznacie historię naszego związku – od lat szkolnych lat, przez mój wybór studiów edytorskich, aż po pierwsze zlecenia „na waciki” (i na książki). To zarabianie „na waciki” było może mało satysfakcjonujące finansowo, ale właśnie wtedy miałam swój – jak mówi Szczepan – zawodowy soft-start.
Korektor i tester IT – dwa światy, ale czy naprawdę odległe?
Jednym z kluczowych tematów, które poruszamy w rozmowie, jest granica między byciem korektorką a byciem partnerką. Jak się okazuje, życie ze mną to dla Szczepana nieustanny test z językowej precyzji.
„Nie zawsze wiem, czy to, co mówię, zostanie poprawione, czy tylko zapamiętane na później”.
Ale to jeszcze nie wszystko. Czy zastanawialiście się kiedyś, co łączy korektę z testowaniem oprogramowania? Czy te dwie profesje mają ze sobą coś wspólnego, skoro jedna dotyczy słowa pisanego, a druga technologii? Okazuje się, że są sobie bliższe, niż można by przypuszczać.
Szczepan jest testerem IT, wyjaśnia, jak wygląda jego praca, i udowadnia, że zarówno on, jak i korektorzy zajmują się właściwie tym samym – szukają błędów. W rozmowie wspólnie dochodzimy do wniosku, że korektorzy i testerzy robią to samo, ale w innych językach.
Razem w domu i w pracy
Opowiadamy, jak wygląda nasza codzienność, w której wspólne życie przenika się z zawodowymi obowiązkami. Z przymrużeniem oka zastanawiamy się, czy w domu korektorki w ogóle „można się pomylić”. Odpowiedź nie jest taka oczywista! Szczepan mówi:
„Nie wiem, czy bardziej wkurzające jest to, że Ewa zawsze poprawia moje przecinki, czy to, że najczęściej ma rację”.
W naszej rozmowie pojawia się także książkowy akcent – krótka recenzja jednej z powieści Katarzyny Bester – Mam coś twojego. Nie zdradzimy za wiele, ale jeśli lubisz lekkość i humor w literaturze, warto się tą pozycją zainteresować!
Mąż w ogniu pytań
Poprosiłam kursantów Akademii korekty tekstu, żeby przesłali pytania, które chcieliby zadać mojemu mężowi. Bo kto lepiej opowie, jak naprawdę wygląda życie z korektorką, jeśli nie on? Podszedł do tematu z humorem i dystansem, ale jego odpowiedzi mogą Was zaskoczyć.
Na koniec naszej rozmowy postanowiłam zrobić Szczepanowi test! Sprawdziłam, czy mój mąż – po tylu latach życia z redaktorką – zda egzamin z wiedzy na temat redakcji i korekty tekstu. Trochę go podpuściłam, nie przeczę. Ale spokojnie – wyszło całkiem nieźle, prawie na piątkę!
Rady dla partnerów korektorek. I nie tylko
Ten odcinek ma luźny charakter, ale nie brakuje w nim głębszego przesłania. Pokazuje, jak ważne jest wzajemne zrozumienie, wsparcie i elastyczność na co dzień, gdy dwoje bliskich sobie ludzi pracuje z domu – każde w swoim zawodzie, każde w swoim rytmie, ale tuż obok siebie.
„Pamiętajcie o tych cichych bohaterach: mężach, żonach […], o wszystkich, którzy sprawiają, że jest Wam łatwiej realizować Wasze zawodowe czy życiowe plany, i doceńcie, że macie ich u boku. Jako i ja doceniam – dzięki, mężu!”
The post PDSK#020 Moje życie z korektorką. Rozmowa z mężem (podcast) appeared first on Ewa Popielarz.

8 snips
Dec 10, 2021 • 1h 7min
PDSK#019 Jak napisać romans. Rozmowa z Katarzyną Bester (podcast)
Katarzyna Bester, autorka romansów znana z poczucia humoru i popkulturowych odniesień, dzieli się swoim spojrzeniem na pisanie tego gatunku. Rozmawia o łamaniu stereotypów i rosnącej popularności romansów wśród mężczyzn. Wyjaśnia, jak kluczowe są pierwsze zdania oraz oryginalne imiona bohaterów. W kontekście emocji porusza temat pisania scen erotycznych oraz tworzenia thrillera z humorem, zachęcając słuchaczy do odkrywania głębi literatury romantycznej.

Nov 26, 2021 • 57min
PDSK#018 Jak zostać korektorem? Metoda 5 kroków (podcast)
Wszyscy specjaliści od podcastów, blogów czy – szerzej – content marketingu przekonują, żeby przy tworzeniu treści odpowiadać na pytania swoich słuchaczy, czytelników, odbiorców, klientów… Tymczasem ja bardzo długo zwlekałam z nagraniem tego odcinka. Zupełnie nie wiem dlaczego. Pytania o to, jak zostać korektorem, trafiają na moją skrzynkę kilka razy w tygodniu, a przed startem każdej edycji Akademii korekty tekstu – mojego kursu online przygotowującego do zawodu korektora – nawet kilka(naście) razy dziennie.
Czas więc wreszcie odpowiedzieć na to pytanie. A ponieważ wśród moich talentów według badania Gallupa na pierwszym miejscu jest Dyscyplina® – będzie to odpowiedź w punktach. Zapraszam Was na odcinek podcastu, w którym podam 5 kroków, które trzeba postawić na drodze do zawodu korektora.
Subskrybuj: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | Inne
Montaż: Kamil Dudziński
Transkrypcja: Dorota Siwek
Plan odcinka
Źródła drukowane
Źródła online
Wsparcie w grupach na Facebooku
Praktyka
Szkolenie
Podsumowanie
Źródła przywołane w odcinku
Polszczyzna na co dzień, red. M. Bańko, Wydawnictwo Naukowe PWN 2020
A. Wolański, Edycja tekstów, Wydawnictwo Naukowe PWN 2021
Ł. Mackiewicz, 497 błędów, self-pub
Steven Pressfield, Do roboty!, OSMPower 2020
Słownik języka polskiego PWN, sjp.pwn.pl
Wielki słownik języka polskiego PWN, wsjp.pl
Dobry słownik języka polskiego i poradnia językowa, dobryslownik.pl
grupa Po drugiej stronie książki na Facebooku
grupa Zapanuj nad słowami na Facebooku
grupa Kropki łączą na Facebooku
Akademia korekty tekstu – kurs online dla korektorów
Odcinek 18. Jak zostać korektorem? Metoda 5 kroków
Do tytułu, a właściwie podtytułu tego odcinka wkradła się pewna nuta megalomani. To, o czym będę mówić, nie jest żadną metodą. To po prostu droga – pięć kroków, które rzeczywiście trzeba postawić na drodze do zawodu korektora. Trzeba przejść przez tę ścieżkę, żeby móc nazywać siebie korektorem/korektorką. Czasem uda się niektóre kroki ominąć, czasem uda się coś przyspieszyć, ale jestem przekonana, że punkty, o których zaraz usłyszycie, pozwolą Wam zdobyć nowy zawód lub poczuć się pewniej w tym, który już sobie obraliście, a mowa oczywiście o zawodzie korektora.
Krok 1. Źródła drukowane
Mam nadzieję, że się nie zdziwicie, jeśli powiem, że zacząć trzeba od nauki. Od nauki! Nie od zdobywania zleceń. Nie od zastanawiania się, w jaki sposób napisać CV, ale od nauki. Tego kroku nie da się przeskoczyć. Niestety pokutuje przekonanie, że w zasadzie każdy może pracować w zawodzie korektora, bo to nie jest nic trudnego. Przecież każdy z nas potrafi czytać. Każdy z nas widział w życiu jakąś literówkę. Co poniektórzy nawet twierdzą, że znajdują je w każdej książce. I być może tak jest. Mówią, że wszędzie widzą błędy, wszędzie widzą literówki, więc na pewno będą dobrymi korektorami, a skoro i tak czytają książki, to dlaczego by nie zacząć na tym zarabiać. I to nie jest takie głupie pytanie. Oczywiście może to być przyczynek do tego, żeby zacząć swoją karierę w zawodzie korektora, ale trzeba mieć na uwadze, że ta droga wcale nie będzie taka łatwa.
Wielokrotnie słyszałam zdanie: „Ewa, słuchaj, ja naprawdę wszędzie widzę literówki. Będę dobrym korektorem/korektorką”. Często zdarza się, że potem z taką osobą spotykamy się na kursie, np. w Akademii korekty tekstu czy na jakimś miniszkoleniu, webinarze, albo wymieniamy korespondencję mailową i okazuje się, że te literówki dostrzeżone w tekście to jest mały pikuś – szczyt góry lodowej, pod którą kryje się mnóstwo zasad, reguł, tozależyzmów, o których trzeba wiedzieć i pamiętać, na które trzeba zwracać uwagę w czasie korekty czy redakcji tekstu. W porównaniu z nimi, z tą całą górą lodową – literówki to jest nic wielkiego.
Jednym słowem, niezależnie od tego, ile literówek zobaczyliście w ubiegłym tygodniu na plakatach czy ile wyłapaliście ich w książkach – i tak musicie zacząć od nauki. Powiem więcej, zaczniecie od niej, będzie Wam ona towarzyszyć w trakcie zdobywania kompetencji w zawodzie korektora i będzie Wam ona towarzyszyć, nawet jak zaczniecie zarabiać na korekcie i redakcji tekstu. Nigdy tego procesu nie zakończycie. W związku z tym przyda się Wam zapewne zasada, o której przeczytałam w książce Stevena Pressfielda Do roboty! – jest to zasada trzech źródeł.
Wybierzcie sobie trzy źródła, z których będziecie czerpać wiedzę. Przeczytajcie je, opanujcie, nauczcie się tego, co tam zostało napisane, a potem bierzcie się do roboty – do działania. Nie szukajcie kolejnych źródeł. Znajdziecie je, bo jest ich setki, tysiące. Będziecie mogli cały czas kupować nowe książki, wyszukiwać nowe blogi, chodzić na nowe webinary, wysłuchiwać kolejnych podcastów, ale jeżeli tak się zapętlicie w procesie nauczania, to nigdy nie przejdziecie do czynu. Zostaniecie na etapie gromadzenia wiedzy i nigdy nie wykorzystacie jej w praktyce. Dlatego właśnie narzucenie sobie limitu: trzy źródła, a potem działam – może bardzo pomóc, bo pokaże Wam jasny punkt, przy którym trzeba będzie się zatrzymać i przejść od teorii do praktyki.
Spokojnie, te wszystkie nakupione słowniki, te wszystkie zapisane w zakładkach przeglądarki artykuły i tak sobie przeczytacie. Będziecie się cały czas uczyć, ale nie blokujcie się tym. Nie gromadźcie tej wiedzy w ilościach nie do przetrawienia. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że uczycie się po to, żeby wykorzystać tę wiedzę w praktyce.
A jeśli już macie wybrać trzy źródła drukowane, jak mówi ten pierwszy krok na drodze do zawodu korektora, podpowiem Wam, jakie to mogą być źródła. Dobrze by było, żeby na waszej korektorskiej półce stanęły te trzy książki. Przede wszystkim Polszczyzna na co dzień pod redakcją Mirosława Bańki. Ewentualnie możecie ją zastąpić Słownikiem poprawnej polszczyzny. We wprowadzeniu do słownika będą mniej więcej te same zasady, które znajdziecie w Polszczyźnie…, ale ona ma ciut większy font i będzie Wam wygodniej się z niej uczyć. Jest ciut mniejszą i lżejszą cegłą niż Wielki słownik poprawnej polszczyzny. W tej książce znajdziecie wszystko o poprawności językowej, a przynajmniej wszystko to, co warto wiedzieć na początek. Nie będzie tam wszystkich niuansów i tozależyzmów, na które traficie później w praktyce, ale to baza, podstawa, od której należy wyjść. Polszczyzna… ma też odpowiednik w świecie online, ale o nim powiem w drugim kroku.
Druga książka ze źródeł drukowanych to Edycja tekstów Adama Wolańskiego. Tutaj też znajdziecie wszystko, co należy wiedzieć, ale nie tyle o poprawności językowej, co o poprawności edytorskiej. Edycja tekstów Adama Wolańskiego jest często nazywana biblią korektorów – nie bez powodu, bo naprawdę tę książkę warto przeczytać od deski do deski.
Czym się różni edytorstwo od poprawności językowej?
Pokażę Wam to na przykładzie liczebników. Z Polszczyzny na co dzień o liczebnikach dowiecie się tego, jakie wyróżniamy ich rodzaje – są liczebniki główne, liczebniki porządkowe, zbiorowe itd. Dowiecie się, jak je odmieniać i zapisywać. To będzie bardzo skomplikowany rozdział. Pewnie przeczytacie go kilkakrotnie, żeby choć po części go zrozumieć. W praktyce te wszystkie informacje nie zawsze będą Wam potrzebne, bo nie zawsze będziecie zapisywać liczebniki w wersji słownej, a w zapisie cyfrowym nie trzeba się zastanawiać, w jaki sposób one się odmieniają. O tym, jak je zapisać, powie Wam z kolei Edycja tekstów Adama Wolańskiego. Wolański podpowie, czy liczebnik w tekście zapisać słownie, czy cyfrą. W jaki sposób zapisać liczebniki od 0 do 9, a w jaki od 10 do 999 albo jeszcze wyższe. Edycja tekstów odpowie Wam na pytanie, co zrobić z zakresami liczbowymi, jakie kreski pomiędzy nimi postawić: czy krótkie dywizy, czy długie półpauzy. Czy wrzucić tam spacje, czy ich nie wrzucać. Co zrobić z liczbami, przy których stoją jednostki, itd.
W bardzo dużym skrócie i ogromnym uproszczeniu: Polszczyzna… są to zasady poprawności językowej, natomiast Edycja… są to zasady zapisu w tekstach różnego typu. W bardzo, bardzo dużym uproszczeniu. Z zasadami językowymi raczej się nie dyskutuje, choć oczywiście część z nich ma wyjątki. „To zależy” to jest odpowiedź, która pada bardzo często w świecie korekty i poprawności językowej, chociaż wydawałoby się, że te wszystkie zasady są tak skodyfikowane, że wszystko jest jasne. Otóż nie wszystko jest jasne. Z zasadami językowym mimo wszystko jednak rzadziej dyskutujemy, natomiast zasady edytorskie to są zalecenia. To zebrane reguły, które najczęściej się powtarzają i mają sens w określonych przypadkach, ale przy dobrej argumentacji można je złamać. Nauka tego argumentowania to też jest ważne zadanie korektora i ważna umiejętność, którą korektor powinien nabyć.
Trzecia książka należąca do źródeł drukowanych to 497 błędów Łukasza Mackiewicza. To jest książka, od której powinnam zacząć – albo inaczej: od której Wy powinniście zacząć, jeżeli jeszcze nie wgryzaliście się w świat korekty i poprawności językowej. To książka, którą możecie sobie poczytać do poduszki. Absolutnie nie przesadzam. Nie jest to zbiór kompletnych zasad językowych, ale na początek w zupełności wystarczy i co najważniejsze – znajdziecie tu przykłady inne niż w słownikach. Ogromnym minusem oficjalnych wydawnictw poprawnościowych takich jak Polszczyzna na co dzień jest to, że każde z nich do danej zasady podaje zwykle te same przykłady. Jeżeli nie zrozumiecie, czym są przydawki równorzędne albo nierównorzędne, na przykładach podanych w Polszczyźnie…, to Wielki słownik poprawnej polszczyzny Wam w niczym nie pomoże, bo tam będą te same przykłady. U Łukasza Mackiewicza znajdziecie inne, a same zasady będą opisane troszkę mniej oficjalnym językiem, takim bardziej dla ludzi. Łukasz udowadnia, że da się o poprawności językowej i edytorskiej mówić jak człowiek do człowieka, a nie jak językoznawca do językoznawcy. Z całym szacunkiem dla wszystkich językoznawców.
Krok 2. Źródła online
Książki to jest bardzo piękna sprawa. Słowniki ładnie wyglądają na półce, są kolorowe, mają często twarde oprawy i przepięknie się w biblioteczce korektora prezentują, ale rzeczywistość jest taka, że w świecie korekty tekstu liczy się czas. Niestety jest to brutalne, ale prawdziwe. Jeżeli w trakcie korekty czy redagowania tekstu będziecie musieli spędzić pół dnia na wertowaniu słowników, to niestety wynagrodzenie na koniec miesiąca nie spełni Waszych oczekiwań. Oczywiście na początku i tak będziecie spędzać pół dnia na wertowaniu – może nie tyle słowników, co różnych poradni językowych, stron internetowych i artykułów blogowych, bo tego trzeba się nauczyć. Ale na pewno dużo szybciej uzyskacie wynik, jeśli wpiszecie hasło w wyszukiwarkę na stronie internetowej słownika, niż gdybyście musieli szukać tego samego hasła w wielu różnych wydawnictwach poprawnościowych drukowanych.
W pierwszym kroku podałam Wam książki, które zbierają w jednym miejscu konieczne do opanowania zasady językowe i edytorskie, natomiast kiedy staniecie w obliczu poprawiania prawdziwego, „żywego” tekstu, odpowiedzi na pytania, które się Wam wtedy nasuną, warto szukać online. Pamiętając o zasadzie trzech źródeł, wymienię trzy strony internetowe, na które warto zaglądać. Najlepiej w ogóle nie zamykajcie ich w przeglądarce!
Pierwsza strona to sjp.pwn.pl. Wszystkie te adresy znajdziecie na mojej stronie ewapopielarz.pl pod osiemnastym odcinkiem tego podcastu – będzie tam spis źródeł i pełna transkrypcja tego odcinka, więc jeżeli nie macie teraz gdzie tych stron zanotować, zapraszam na moją stronę, tam to wszystko znajdziecie.
Strony sjp.pwn.pl w ogóle nie zamykam, a często nawet mam ją otworzoną w kilku różnych zakładkach, gdy szukam różnych informacji. Po pierwsze to bardzo wygodny słownik ortograficzny w wersji online. Po drugie są tutaj zebrane zasady, które poznacie dzięki Polszczyźnie na co dzień. Po trzecie i czasem najważniejsze – działa tutaj poradnia językowa, tzw. Poradnia PWN. Nigdy w życiu nie wysłałam zapytania do Poradni PWN, ale nie miałam takiej potrzeby, bo inni zrobili to za mnie. Mam wrażenie, że tam są odpowiedzi na wszystkie możliwe pytania, jakie korektor czy ktokolwiek związany z językiem może zadać. Jedyna trudność polega na tym, żeby wpisać w wyszukiwarce na stronie sjp.pwn.pl odpowiednie słowo kluczowe. To czasem może sprawiać problem. Właśnie dlatego nie każdy, szczególnie na początku drogi korektorskiej, będzie w stanie w Poradni PWN znaleźć odpowiedź na swoje pytanie. Opiera się to po części na znajomości terminów językoznawczych związanych z poprawnością językową, a po części na praktyce. Jeżeli będziecie mieć problem z wyszukaniem odpowiedzi na swoje pytania na stronie sjp.pwn.pl, to kolejny krok, o którym za moment powiem, przyjdzie Wam z pomocą.
Ale najpierw druga strona: wsjp.pl to pierwsze litery słów: wielki słownik języka polskiego. Do niego sięgam, kiedy chcę sprawdzić odmianę danego słowa. Na stronie sjp.pwn.pl też słowa są odmienione, natomiast są zapisane skrótowo, często pojawia się tylko kilka przypadków i np. same końcówki rzeczownika. Nie zawsze wszystkie możliwości są uwzględnione, o ile odmiana jest w miarę regularna. Natomiast na stronie wsjp.pl jest cała odmiana wszystkich wyrazów we wszystkich czasach, przypadkach, liczbach, trybach, rodzajach… Można się upewnić, w jaki sposób dane słowo zapisać. To jest pierwsza korzyść. Druga korzyść to tak zwana łączliwość składniowa. Oczywiście możecie sobie też kupić słownik łączliwości składniowej. Jest taki na rynku, a dokładnie nosi nazwę: Praktyczny słownik łączliwości składniowej czasowników polskich. Ale on obejmuje czasowniki, natomiast na stronie wsjp.pl znajdziecie wzorcowe połączenia wyrazów wszelkiego typu. Jeżeli będziecie się zastanawiać, czy powiedzieć „Potrzebuję słownik”, czy „Potrzebuję słownika” (od razu mówię, że poprawna forma to ta druga), wejdźcie na stronę wsjp.pl i tam znajdziecie odpowiedź.
Trzecia, ostatnia strona to dobryslownik.pl. To coś w rodzaju połączenia pomiędzy sjp.pwn.pl a wsjp.pl i Poradnią PWN z dodatkiem aspektu życiowego. Znajdziecie tutaj słownik ortograficzny, pełną odmianę wyrazów, połączenia składniowe itp. Wiele haseł ma dodatkowe informacje, są też miniartykuły na temat poszczególnych słów. Co bardzo ważne, często brany jest pod uwagę życiowy kontekst, czyli uzus. Nie w każdym tekście będzie to przydatne, ale zdarzy się taka sytuacja, że np. traficie na tekst, w którym słowo „live” jest odmieniane: „W tym roku przeprowadziłam dwanaście live’ów”. Wejdziecie sobie na stronę sjp.pwn.pl, a ona Wam powie, że słowo „live” się nie odmienia. I teraz pytanie: czy muszę to zmienić i zapisać, że „w tym roku przeprowadziłam dwanaście live”, a może zmienić zapis na „spotkania na żywo”, „webinary”? A jeśli autor się uprze i chce użyć słowa „live”, a do tego je odmienić, bo tak się mówi – to co wtedy zrobić? Wtedy dobryslownik.pl Wam powie, że to słowo w praktyce jest już odmieniane, tylko oficjalny słownik nie nadąża za rzeczywistością. Dlatego dobryslownik.pl warto mieć na podorędziu. Przy czym ta strona jako jedyna z trzech, które tu podałam, jest częściowo płatna. Istnieje wersja darmowa, ale informacje w niej są okrojone. Nie będziecie mieć dostępu do wszystkich artykułów i treści. Opłata roczna wynosi zaledwie kilkadziesiąt złotych, więc myślę, że warto zainwestować.
Krok 3. Wsparcie w grupach na Facebooku
Po części już ten krok zasygnalizowałam, kiedy mówiłam o trudnościach w wyszukiwaniu haseł w Poradni PWN, a teraz rozwiniemy ten temat. Wydawałoby się, że korekta to jest zawód dla introwertyków, może nawet samotników. Częściowo tak jest. Korektor to człowiek, który siedzi w fotelu i poprawia teksty, i niekoniecznie ma na co dzień kontakt z wieloma różnymi ludźmi. Ale jeśli po wysłuchaniu tego podcastu do tego momentu już zaczęła Was boleć głowa od tego wszystkiego, co należy zapamiętać, czego należy się nauczyć, od tych wszystkich trudności, które Cię czekają na drodze do zawodu korektora – zapomnijcie na moment o tym, że lubisz zaszyć się w fotelu z książką. Pomyślcie o tym, żeby wyjść do innych ludzi, którzy są w takiej samej sytuacji jak Wy. Tutaj z pomocą przychodzą grupy na Facebooku – w tym momencie to źródło, które w najbardziej zorganizowany sposób zrzesza przedstawicieli np. danego zawodu.
Wsparcie w zawodzie korektora jest naprawdę bardzooo ważne. Właśnie dlatego w Akademii korekty tekstu jednym z kluczowych miejsc jest wcale nie panel kursowy, w którym znajdują się wszystkie informacje, PDF-y, nagrania audio, wideo, ćwiczenia – tylko grupa na Facebooku. Wszystkich kursantów AKT zachęcam do tego, żeby założyli konto na Facebooku choćby po to, żeby dołączyć do tej grupy, bo naprawdę wsparcie innych osób, które uczą się tych samych treści, mają takie same problemy, pytania, które tych samych rzeczy nie rozumieją, jest niesamowicie ważne. Można zadać pytanie, można zrobić burzę mózgów. Jeżeli nikt z nas nie będzie znał odpowiedzi, to przynajmniej spróbujemy wspólnie dojść do tego, która z odpowiedzi jest najbardziej prawdopodobna. Wspólnie pogrzebiemy w Poradni PWN i spróbujemy wyszukać odpowiedzi na nasze pytania. Dlatego właśnie w kursach internetowych to, że uczymy się wspólnie, jest tak bardzo ważne.
Ale nawet jeżeli nie uczestniczycie w tego typu kursie, możecie wyszukać na Facebooku grupy, które zrzeszają korektorów, ludzi związanych z pisaniem, ludzi słowa. Nie traktujcie ich tak, jakby byli Waszą konkurencją. Owszem, oni są przedstawicielami tego samego zawodu albo pretendują do bycia przedstawicielami tego samego zawodu co Wy, ale tekstów starczy dla wszystkich. Być może część z nich w ogóle nie będzie się parać tematami, które Was interesują, a nawet jeżeli będą robić teksty z tej samej tematyki, to naprawdę więcej jest na świecie osób, które teksty piszą, niż osób, które teksty poprawiają. Pracy nie zabraknie dla nikogo. Traktujcie te osoby i grupy jako miejsca, gdzie są ludzie, którzy mają te same problemy co Wy, z którymi możecie współpracować, wymieniać się doświadczeniami i których możecie zapytać o to, czego nie będziecie wiedzieć, co do czego będziecie mieć jakieś wątpliwości.
Uwaga! Dobrze wybierzcie grupy, w których zatrzymacie się na dłużej. Jest kilkanaście, kilkadziesiąt grup zrzeszających korektorów i redaktorów na Facebooku. Macie wybór. Dołączcie do nich, poobserwujcie, co tam się dzieje, i przede wszystkim sprawdźcie, jaka jest atmosfera w tych grupach. Niestety cały czas jeszcze pokutuje dziwne przekonanie, że jak komuś wytkniemy błąd w poście z pytaniem, które zadał, to… w zasadzie to nie wiem co. Nie wiem, co myślą osoby, które wytykają błędy. Czy chcą kogoś czegoś nauczyć? Czy chcą pokazać, że one wiedzą lepiej? Myślą, że obok będzie przechodził autor i powie: „O ten, co zadał pytanie, to się nie zna, ale ten, co wytknął błąd, jest dobrym korektorem. Do tego napiszę, jak będę mieć skończoną książkę”. Nie wiem, co takie osoby myślą, natomiast wiem, że atmosfera w grupach, gdzie wytyka się sobie wzajemnie błędy, nie sprzyja ani uczeniu się, ani kreatywności, ani pomocy wzajemnej. Właściwie to niczemu nie sprzyja.
Na szczęście są miejsca, gdzie do takich incydentów nie dochodzi, a jak dochodzi, to są one szybko tłumione w zarodku. Osoby, które do tych grup należą, mogą się czuć bezpiecznie. Polecam Wam trzy takie grupy. Możecie odwiedzić wszystkie i samodzielnie zadecydować, w której jest Wam najlepiej, z którymi osobami jest Wam po drodze. Nieskromnie zacznę od grupy założonej i prowadzonej przeze mnie: Po drugiej stronie książki. Jest tam aktualnie, czyli pod koniec 2021 roku, prawie 5 tysięcy osób. Codziennie w grupie pojawiają się przeróżne pytania: kilka, kilkanaście pytań na różne tematy językowe, edytorskie, związane z kulisami pracy korektora, z wyceną, z kwestiami technicznymi. Są pytania o współpracę, ogłoszenia od wydawców, self-publisherów, firm, instytucji, więc można wyszukiwać tam też współprace. Ale nawet jeśli nie znajdziecie tam żadnego zlecenia darmowego czy płatnego, to na pewno wiele się nauczycie i poczujecie, że macie do kogo się zwrócić z pytaniami, które na sto procent (to jestem Wam w stanie zagwarantować) pojawią się na Waszej drodze do zawodu korektora.
Pozostałe dwie grupy to: Zapanuj nad słowami (prowadzona przez Patrycję Bukowską) i Kropki łączą (grupa Kasi i Tomasza Bocheńskich). W nich też znajdziecie osoby, które z chęcią pomogą Wam znaleźć odpowiedzi na dręczące Was korektorskie pytania.
Krok 4. Praktyka
Teoria, której nie wprowadzisz w życie, będzie bezużyteczna. Oczywiście można się uczyć dla samej sztuki, samej przyjemności zdobywania wiedzy, ale jeżeli chcesz pracować w zawodzie korektora, to w pewnym momencie trzeba będzie przejść od teorii do praktyki. Niestety bywa, że jest to krok najtrudniejszy. Znów pokutuje przekonanie, że zawód korektora to zawód dla introwertyków. Mało mówi się o tym, że korektor, zanim usiądzie w fotelu z książką czy komputerem, musi znaleźć kogoś, kto przekaże mu tekst do korekty. Czyli musi pomachać do świata i powiedzieć: „Hej, jestem korektorem/korektorką, poprawię Twój tekst!”. Oczywiście to „coś”, z czym korektor zasiądzie w swoim fotelu, to nie musi być książka, bo korektorzy nie pracują tylko z autorami beletrystyki czy poradników. Korektorzy poprawiają teksty do mediów społecznościowych, na blogi, instrukcje gier planszowych, teksty na opakowaniach produktów, prace dyplomowe, dokumenty, badania, ankiety, napisy do filmów, teksty, które będą później czytane w audioprzewodnikach… Korektor może pracować ze wszystkim, co ma litery.
Znów wracamy do zasady trzech źródeł. Jeżeli jesteście w trzech grupach na Facebooku albo przynajmniej jednej; jeżeli macie już za sobą lekturę trzech książek, o których mówiłam, przynajmniej pobieżną; jeżeli znacie trzy strony, o których wspominałam; jeśli przekopaliście się przez zasoby Poradni PWN i wiecie, co w trawie korektorskiej piszczy – to teraz, właśnie teraz jest dobry moment, żeby przejść od teorii do praktyki, a w zasadzie połączyć teorię z praktyką, bo teorii nigdy nie porzucimy. Nigdy nie przestaniemy się uczyć.
Już teraz przejdźcie do szukania osób, które mogą zlecić Wam korektę swoich tekstów. Nie czekajcie na mityczny moment, w którym będzie się Wam wydawać, że wiecie wszystko, bo ten moment nie nadejdzie. Musicie zacząć wprowadzać w życie to, czego się nauczyliście. Jeżeli nie czujecie się na siłach, żeby oferować swoje usługi odpłatnie, to pracujcie za darmo. „Za darmo” to złe słowo. Pracujcie bez wynagrodzenia finansowego, bo to nigdy nie będzie „za darmo”. Zyskacie doświadczenie, kontakty, może dobrą opinię, którą będzie można wpisać do portfolio czy umieścić na swojej stronie internetowej. Może zyskacie polecenia w mediach społecznościowych. Ktoś udostępni Wasze konto na Facebooku, Instagramie. To nie jest „za darmo”. To duża wartość takiej współpracy.
Na początku studiów edytorskich pracowałam wolontaryjnie w kilku portalach internetowych, które zajmowały się np. recenzjami książek. Nie dostawałam żadnego wynagrodzenia za korekty tekstów, które wtedy robiłam, ale – uwaga! – z jedną z osób, która prowadziła te portale wtedy, współpracuję do tej pory. I to już nie są współprace pro bono, tylko płatne korekty. Nigdy nie wiadomo, jak zaowocuje dana współpraca, dane zlecenie, którego się podejmujemy „za darmo”, charytatywnie. A ono zawsze zaprocentuje chociażby zdobytym doświadczeniem. Jeśli ten krok cały czas Was przeraża, jeśli nie wiecie, jak się zabrać za szukanie pierwszych zleceń, nawet tych pro publico bono, to wysłuchajcie czternastego odcinka podcastu Po drugiej stronie książki. To odcinek zatytułowany „Gdzie szukać zleceń i jak je zdobywać, czyli historie sukcesu kursantów Akademii korekty tekstu”. Znajdziecie tam historie dziewczyn, które są absolwentkami Akademii – opowiadają o swoich początkach. Czasem niewiele potrzeba, żeby zdobyć pierwsze zlecenia, ale jak się – mam nadzieję – szybko przekonacie, wszystkie te historie będą miały jeden punkt wspólny. Tym punktem jest inicjatywa. Gdyby te dziewczyny nie wysłały maila, nie powiedziały tej i tej osobie, że wykonują korekty, to nikt by się do nich z prośbą o wykonanie korekty tekstu nie zwrócił. No bo niby dlaczego? Nikt nie ma wypisanych na czole słów: „Hej, jestem korektorką”. Możecie oczywiście przyjąć taką strategię działania i chodzić w czapce z napisem „Jestem korektorem/korektorką” albo zrobić sobie tatuaż zamiast wysyłania maili i reklamowania się w internecie. Ale myślę, że wysyłanie maili może przynieść większą korzyść.
Nie bójcie się tego. Zastanówcie się, co się może stać. Zobaczcie – stawiacie pierwsze kroki w świecie korekty. Nie macie żadnego doświadczenia, żadnych zleceń, dopiero zaczynacie. Decydujecie się wysłać mail do jakiegoś blogera, którego obserwujecie od dawna. Znacie jego styl, jego teksty, dobrze się czujecie w tej tematyce, widzicie, że te teksty wymagają ręki korektora, bo nawet będąc na początku swojej drogi korektorskiej, dostrzegacie, że tu brakuje przecinka, tu jest literówka, tu szyk nie taki, a tu stylistykę trzeba poprawić, tu brakuje informacji, a to jest przegadane. Wiecie, że potraficie temu blogerowi pomóc. Siadacie do komputera, piszecie mail, wysyłacie i co? Co się może stać? Bloger może w ogóle nic nie odpowiedzieć. Może odpowiedzieć, że nie jest zainteresowany. Może. No i co? I będziecie cały czas w tym samym punkcie, ale to nie jest żadna tragedia! Nie cofniecie się, nikt Wam nie zabierze pieniędzy z konta. Będziecie po prostu w tym samym punkcie, a to jest punkt, z którego możesz iść do przodu.
Powiedziałabym więcej. Nie będziecie w tym samym punkcie, tylko o pół kroku dalej – z jednym napisanym mailem za sobą. Na podstawie tego jednego maila będzie można zdecydować, czy on był dobrze napisany, czy warto coś dodać. Może był przegadany? Może warto go skrócić? Macie już jakiś punkt zaczepienia, na którym można pracować. A 10, 15, 50, 100 maili później znajdzie się ktoś, kto odpisze z odpowiedzią pozytywną i wtedy dopiero zacznie się cała ta karuzela kręcić.
Rozumiem, że można się bać niemiłej odpowiedzi. Ktoś może się obrazić, ktoś może się oburzyć, że chcemy mu wytykać błędy. Może tak być. Niestety nie wszyscy jeszcze wiedzą, na czym polega korekta tekstu. Wbrew pozorom świadomość tego, czym jest korekta, jest jeszcze mała, a powszechna praktyka wytykania błędów w internecie nie stawia korektora w dobrym świetle, bo autor może pomyśleć, że na tym będzie polegała praca korektora. On jako autor wysilił się, napisał tekst, a teraz przyjdzie ktoś, kto będzie mu wskazywał: tu źle, tu źle. Będzie to robić obcesowo, w niemiłym tonie – a nikt nie chce być w ten sposób traktowany. To jest zrozumiałe. Korekta jednak nie polega na wytykaniu błędów. Cała nasza, korektorów, rola w tym, żeby o tym mówić. Żeby pokazywać, czym jest korekta, no i przede wszystkim – żeby tych błędów nie wytykać.
Rzeczywistość jest, jaka jest. Czasem faktycznie traficie na kogoś, kto mimo Waszych wysiłków, mimo wysłanego grzecznego maila odpowie niezbyt grzecznie. To nie będzie miłe doświadczenie. Ale czy to znaczy, że wobec tego w ogóle nie należy wysyłać maili z propozycjami współpracy? Czy każdy lekarz, u którego mieliście okazję być w swoim życiu, był dla Was miły? Czy każda pani w sklepie była dla Was miła? Nigdy nie odburknęła, kiedy prosiliście o marchewkę? Czy nauczyciel w szkole nigdy na Was nie nakrzyczał, nie podniósł głosu – przez cały okres Waszej nauki w szkole podstawowej i średniej? Jestem pewna, dam sobie rękę uciąć, a nawet obie, że w którejś z tych sytuacji: czy u lekarza, czy u pani w sklepie, czy w szkole, kiedyś się znaleźliście. Ktoś powiedział Wam coś niemiłego przynajmniej raz w życiu. Ale czy w związku z tym nie chodzicie do lekarzy? Nie kupujecie nic w sklepach? Czy rzuciliście szkołę? No nie! Zakładam, że nie. Wobec tego z wysyłania maili też nie rezygnujcie, nawet jeśli ktoś odpisze w nieprzyjemnym tonie. Nie, to nie będzie miłe, ale chcecie pracować w zawodzie korektora, więc musicie powiedzieć autorom: „Hej, tu jestem. Poprawię Wasz tekst. Sprawię, że będzie jeszcze lepszy. Popracujemy nad nim razem”.
Krok 5. Szkolenie
Jeśli przejdziecie wszystkie poprzednie kroki, nie odpadniecie po drodze i dalej będziecie mieć ochotę zostać profesjonalnymi korektorami, to bardzo Wam polecam zdecydowanie się na profesjonalne szkolenie przygotowujące do zawodu korektora. Kilkanaście lat temu, kiedy zaczynałam przygodę z korektą, nie było jeszcze takich możliwości. To było w zamierzchłych czasach, kiedy miałam dwie drogi: mogłam się uczyć sama z książek albo pójść na studia. Wybrałam tę drugą drogę. Poszłam na studia o wdzięcznej nazwie edytorstwo i komunikacja medialna. Nauczyłam się szybko czytać, ponieważ historia literatury była tam wiodącym przedmiotem. Lektur do przeczytania i opracowań do tych lektur było tyle, że naprawdę trzeba było szybko czytać i szybko robić notatki, żeby móc te przedmioty zaliczyć, no ale czy w pracy korektora to mi się przydało – nie wiem…
Na pewno nie przydało mi się szybkie czytanie, bo umiejętność szybkiego czytania korektorowi nie jest potrzebna – korektor ma czytać literka po literce. Szybkie czytanie polega na czytaniu globalnym, na przelatywaniu wzrokiem nad wyrazami. Gdyby korektor tak czytał, to te wszystkie mityczne literówki by mu umykały. Oprócz historii literatury miałam też edytorskie przedmioty, ale dotyczyły one głównie edycji tekstów dawnych, nawet w ramach pracy magisterskiej tworzyłam wydanie krytyczne, a raczej pseudokrytyczne, bo tak by to należało nazwać, XVII-wiecznego rękopisu. To też w pracy mi się nie przydało.
Żeby całkiem uczciwie do tego podejść, muszę przyznać, że informatyka, którą mieliśmy na pierwszym roku, przydała się bardzo. Przerobiliśmy Worda od deski do deski. Ale to był jeden przedmiot z wielu, które przez pięć lat trzeba było zdawać. Na szczęście teraz studia edytorskie wyglądają nieco inaczej. Docierają do mnie takie sygnały, bo w AKT są też studenci czy absolwenci edytorstwa. Studia mają coraz więcej wspólnego z praktyką. Natomiast to nie jest droga, którą musicie obrać. Dziś masz już o wiele więcej możliwości.
Możecie zdecydować się na szkolenia i warsztaty organizowane online. Takie szkolenia organizuje np. Polskie Towarzystwo Wydawców Książek, organizują je też praktycy: Patrycja Bukowska, Sylwia Chojecka, Tomasz Bocheński. Coraz więcej takich inicjatyw pojawia się w internecie. Możecie też przyjść na moje webinary, możesz zajrzeć na stronę kurskorektyteksty.pl i skorzystać z zamieszczonych tam miniszkoleń. Możecie przystąpić do Akademii korekty tekstu, czyli kursu, na którym od A do Z uczymy się zawodu korektora. Wychodzimy od spraw językowych, przechodzimy przez sprawy edytorskie, a kończymy na kwestiach technicznych i organizacyjnych, łącznie z reklamowaniem swojej działalności w sieci. Dużo czasu poświęcamy na praktykę. Przez 3 miesiące trwania AKT przerabiamy w sumie kilka, jeśli nie kilkadziesiąt tekstów różnego typu. Można od razu zacząć wprowadzać w życie zdobywane umiejętności.
Informacje o kolejnych edycjach Akademii znajdziesz na mojej stronie ewapopielarz.pl w zakładce z kursami. Najbliższa edycja jest przewidziana na jesień 2022 roku. Nie będzie edycji wiosennej, ponieważ planuje trochę zmian, które wymagają czasu. Myślę, że warto na nią poczekać, bo będzie jeszcze bardziej dopracowana niż cztery poprzednie.
Liczba dostępnych szkoleń online z zakresu korekty tekstu może nie jest oszałamiająca, ale coraz więcej w tym naszym korektorskim internetowym światku się dzieje. Śledźcie konta korektorów na Facebooku i Instagramie. Dołączcie do grup, które Wam poleciłam, m.in. do grupy Po drugiej stronie książki, a wtedy na pewno tych inicjatyw nie przegapicie. Możecie wybierać szkolenia darmowe, darmowe webinary, quizy, a z czasem, kiedy uznacie, że to jest Wasza droga i Wasze miejsce w zawodowym życiu, możecie zainwestować w siebie i wybrać płatny kurs.
Chciałam powiedzieć, że taki kurs będzie drogą na skróty, ale to nie byłoby dobre porównanie, bo trzeba będzie przebyć tę samą drogę, nauczyć się tych samych treści, zdobyć doświadczenie. Czy pójdziecie na kurs, czy będziecie to robić samodzielnie, i tak trzeba będzie te kroki przemierzyć. Dzięki kursom i warsztatom nie będziecie musieli robić tego samodzielnie. Kiedy przygotowywałam się do nagrania tego podcastu, przyszło mi do głowy trochę żenujące porównanie, ale zaryzykuję i przedstawię Wam je. Porównałam te wszystkie kursy i warsztaty do dopalaczy, które będą w stanie Wam pomóc przejść nieco szybciej trasę do zawodu korektora. Każdy webinar będzie dla Was jak założenie rolek na nogi. Każdy warsztat, na którym będziecie mogli przećwiczyć w praktyce zdobyte wiadomości, będzie jak podwózka na pace ciężarówki, która przewiezie Was przez kilka skrzyżowań. A kiedy zdecydujecie się na tak kompleksowy kurs, jak np. AKT, to będziecie mieć wrażenie, jakby ktoś Was wystrzelił w kosmos. Czasem przeciążenie przy wystrzale może zadziałać lekko oszałamiająco, bo spadnie na Was nagle cały ogrom informacji, które trzeba będzie przyswoić, ale jak już złapiecie rytm, oswoicie się z tym stanem nieważkości, to będziecie mieć z góry całkiem niezłe widoki.
Trochę żenujące to jednak było, co? Ale niech zostanie.
Podsumowanie
Zaprezentowałam pięć kroków na drodze do zawodu korektora. Czy pójdziecie tą drogą, pokonując wszystkie te kroki, to zależy tylko od Was. Pewnych elementów nie da się przeskoczyć. Musicie się spodziewać, że czeka Was sporo nauki, że nie ominie Was krok pod tytułem „zderzenie z rzeczywistością” przy przechodzeniu od teorii do praktyki, a w zasadzie przy łączeniu teorii z praktyką, bo już wiemy, że od teorii nie uciekniemy. Możecie oczywiście przemierzać tę drogę samodzielnie, ale myślę, że warto poszukać osób, które mogą Wam na tej drodze pomóc, które mogą Was wesprzeć, podzielić się z Wami swoimi doświadczeniami, odpowiedzieć na Wasze pytania. Nie musicie się z tymi pytaniami borykać samodzielnie. W grupie naprawdę będzie raźniej. Nawet jeżeli nie łatwiej, to na pewno raźniej.
Jeżeli będziecie mieć możliwość, to skorzystajcie z podwózki w postaci szkoleń. Wybierzcie rolki, ciężarówkę albo zapakujcie się od razu do rakiety i wystrzelcie w kosmos. Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego zabrało mi się na te metafory, ale tak działa na mnie ten temat. Przez wiele lat mozolnie sama stawiałam kolejne, drobniutkie kroczki na drodze do zawodu korektora – w tych prehistorycznych czasach, kiedy jeszcze nie było szkoleń, grup na Facebooku, warsztatów, na które można było się zapisać i w zaciszu własnego domu przećwiczyć zdobyte informacje. Możecie mi wierzyć, że to nie było łatwe. Tę drogę, którą przemierzałam i która zajęła mi kilka lat, kursanci AKT pokonują w kilka miesięcy i naprawdę świetnie sobie radzą. To nie musi tak długo trwać.
Jeżeli marzy się Wam praca w zawodzie korektora, to czas zabrać się do działania. Czas na inicjatywę. Piłeczka jest teraz po Waszej stronie. Nie traćcie nigdy z oczu celu, który czasem może być przysłonięty przez straszne liczebniki, przez jego wysokość przecinek i przez odmianę nazw własnych. Pamiętajcie, że tam gdzieś jest Wasz cel – to znaczy zarabianie na czytaniu. Pamiętajcie o pięciu krokach, które pozwolą Wam zostać korektorami:
Źródła drukowane – trzy
Źródła online – trzy
Wsparcie grupy
Praktyka
Szkolenia
Stawiajcie kolejne kroki w swoim tempie. Wybierzcie swoją ścieżkę, bo do tego celu można dojść wieloma różnymi drogami. A ja będę stać gdzieś z boku, za kulisami i będę Wam na tej drodze kibicować.
The post PDSK#018 Jak zostać korektorem? Metoda 5 kroków (podcast) appeared first on Ewa Popielarz.

Sep 15, 2021 • 55min
PDSK#017 Na czym polega korekta tekstu? Z punktu widzenia autora (podcast)
Pod koniec każdej edycji Akademii korekty tekstu – kursu online przygotowującego do zawodu korektora – organizuję akcję parowania korektorów z twórcami. Dzięki temu korektorzy mogą przetestować zdobytą wiedzę w praktyce, a autorzy mają szansę zobaczyć, jak naprawdę wygląda korekta i co może dać ich tekstom. Bo cały czas za mało się mówi o korekcie i o tym, że jest to niezbędny element procesu twórczego.
Poprosiłam absolwentów Akademii korekty tekstu, żeby zapytali autorów ze swojej pary, czy zgodziliby się podzielić swoimi wrażeniami z akcji. Jak to zwykle bywa w przypadku kursantów Akademii – odzew przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. I tak oto w tym odcinku podcastu dziesięcioro autorów opowie Wam o tym, jak wygląda proces korekty z punktu widzenia autora – co korekta dała ich tekstom i czy było się czego bać.
Zapraszam do wysłuchania 17 odcinka podcastu Po drugiej stronie książki. Odcinka z aż dziesięciorgiem gości!
Subskrybuj: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | Inne
Montaż: Kamil Dudziński
Goście odcinka
Monika Janicka
Autorka i wydawczyni kart „Sztuka rozmawiania. Usłysz, zanim powiesz” – narzędzi do rozwijania kompetencji komunikacyjnych poprzez rozmowę. Ekspertka od budowania bliskich relacji za pomocą dialogu.
keks.polska@gmail.comhttps:/monikajanicka.pl
Współpracowała z korektorką Pauliną Gryboś (IG, grybospaulina@gmail.com).
Agnieszka Falborska
Dietetyczka, wykładowczyni, copywriterka medyczna. Pracuje zgodnie z dewizą „dawać wędkę zamiast ryby”, dlatego zajmuje się szeroko pojętą edukacją żywieniową. W ramach swojej działalności pisze teksty popularnonaukowe oraz prowadzi warsztaty i szkolenia.
www.medwriter.plwww.edukacjadietetyczna.pl
Współpracowała z korektorką Moniką Chmielowiec (IG).
Eliza Mikulska
Współpracuje z portalem Kozirynek, na którym co tydzień ukazują się jej teksty. Publikowała w kilku antologiach i w magazynie „Pocisk”. W 2019 roku została Radomskim Mistrzem Polskiej Ortografii. Pisze głównie bajki i kryminały.
Eliza Mikulska – FBEliza Mikulska – YT
Współpracowała z korektorką Irminą Żaźlak-Koczot (FB, wcudzymslowie@gmail.com).
Paula Uzarek
Autorka opowiadań i powieści Ślady dusz. W Magii Pisania czaruje rzeczywistość kreatywnymi boksami. Spotkacie ją też w social mediach, gdzie przeczytacie o książkach nasyconych pierwotną magią i o pisarskiej codzienności.
Paula Uzarek – FBPaula Uzarek – IGhttps://paulauzarek.wordpress.com
Współpracowała z korektorką Renatą Galik (LinkedIn).
Anna Oporska-Szybisz
Z wykształcenia psycholog kliniczny, z zawodu Lead Game Designer. Pisarką uczynił ją Covid. Dopiero rozpoczyna swoją drogę wojownika pióra.
Współpracowała z korektorką Katarzyną Twarduś (WWW).
Sabina Wacławczyk
Z wykształcenia artystka sztuk plastycznych i teatralnych, z zamiłowania i pro publico bono animatorka kultury, naturalizowana przewodniczka miejska i aktywistka (obecnie działająca w nieformalnej grupie „Ludzie z Placu”), pracująca na rzecz poprawy jakości przestrzeni publicznej w Szczecinie. Prowadzi blog o sztuce w Szczecinie oraz stronę, która jest częścią projektu (tworzonego wraz z Joanną Olszowską) upowszechniającego wiedzę na temat mozaik w Szczecinie. Od paru lat publikuje popularnonaukowe teksty o detalach architektonicznych, sztuce i kulturze w Szczecinie.
Sztuka w przestrzeni Szczecina – FBMozaiki szczecińskie – FB
Współpracowała z korektorką Kingą.
Dominik Kasicki
Pisze opowiadania i haiku. Uczestnik Połowu Biura Literackiego w kategorii Prozatorskie debiuty (2021). Pojawił się w antologii PiszMy – Światy wydanej przez WiMBP w Gdańsku (2019), antologii Zwierzenia Zwierza (2020) oraz antologii Nieobecność wydanej pod patronatem Polskiego Stowarzyszenia Haiku (2021). Mieszka w Gdańsku i lubi to miasto.
Współpracował z korektorką Igą Kosiarską-Lewin (IG).
Barbara Matyaszczyk
Matka dwójki wspaniałych córeczek. Kocha czytać książki, a jeszcze bardziej tworzyć. Debiutowała w 2005 i 2007 roku w antologii pokonkursowej Miłość niejedno ma imię opowiadaniami Odzyskać miłość oraz Numer 132. Po dłuższej przerwie wraca pełna optymizmu. I ma nadzieję, że świat jeszcze o niej usłyszy.
Współpracowała z korektorką Moniką Leszczyńską (mon.les@interia.pl).
Małgorzata Gizak
Na co dzień pracuje z dziećmi w młodszym wieku szkolnym. Od 2014 roku zajmuje się coachingiem oraz prowadzeniem warsztatów dla rodziców. Jest także autorką książek dla dzieci. Wydała serię pod tytułem Poznajmy się, w której podpowiada małym czytelnikom, jak radzić sobie z trudnymi emocjami, takimi jak złość, zazdrość czy strach.
https://malgorztagizak.com/
Współpracowała z korektorką Iwoną Wieczorek-Bartkowiak (FB, IG).
Marzena Hryniszak
Ostatnio lubi o sobie myśleć: początkująca pisarka. Marzy, by kiedyś stać się pisarką poczytną. Planuje wydać swoją pierwszą książkę, a w wolnych chwilach tworzy eksperymentalną powieść na blogu.
https://fikcyjnyja.blogspot.com/Marzena Hryniszak – FB
Współpracowała z korektorką Agnieszką Lorek (IG).
Plan odcinka
Jakie teksty były oddane do korekty?Oczekiwania wobec korektoraJak wygląda współpraca z korektorem?Czy coś Cię zaskoczyło?Czy jest się czego bać?Co korekta daje tekstom?Świat czeka na dobrych korektorów
Transkrypcja podcastu #017 Na czym polega korekta tekstu? Z punktu widzenia autora
Jakie teksty były oddane do korekty?
Na początek poprosiłam autorów, żeby powiedzieli, jakie teksty oddali do korekty. Przy okazji prezentowania ich odpowiedzi przedstawię Wam naszych bohaterów. Więcej informacji o każdym z autorów oraz o ich inicjatywach i dziełach znajdziecie wyżej.
Monika Janicka: Zaproponowałam Paulinie – bo tak ma na imię moja korektorka – by udoskonaliła treść oferty kart „Sztuka rozmawiania” na moją stronę internetową, a także posty informacyjne i edukacyjne do mediów społecznościowych, które redaguję na potrzeby Facebooka czy LinkedIna. Zaproponowałam też, aby udoskonaliła mój list, który napisałam dla klientów, a który wysyłam z własnym podpisem razem z kartami.
Agnieszka Falborska: Do zgłoszenia popchnęła mnie po części ciekawość, a po części chęć sprawdzenia, jak i czy w ogóle zmieniło się moje pisanie na przestrzeni lat – ponieważ do korekty chciałam oddać zarówno artykuły blogowe, które stworzyłam już w przeszłości, jak i nowe teksty, które miałam dopiero pisać na potrzeby nowej strony internetowej.
Eliza Mikulska: Oddałam do korekty bajki dla dzieci i opowiadania kryminalne.
Paula Uzarek: Na blogu umieszczam różne teksty – artykuły o twórczości, recenzje książek, opowiadania. Jest tam też powieść w odcinkach i właśnie te teksty oddawałam do korekty w akcji parowania korektorów z twórcami.
Anna Oporska-Szybisz: Do korekty odesłałam dwa teksty konkursowe, z czego dostałam już wyniki jednego z nich – znalazłam się w gronie laureatów konkursu i dostałam się do antologii!
Pięknie, gratulacje! Kolejna autorka, która wzięła udział w akcji, to Sabina Wacławczyk.
Sabina Wacławczyk: Oddałam parę krótkich tekstów na bloga, który prowadzę na Facebooku. Jest to blog o sztuce znajdującej się w przestrzeni publicznej i półpublicznej Szczecina. Oddałam też artykuł popularnonaukowy do magazynu miłośników Szczecina – artykuł o kulturze i sztuce w latach PRL w Szczecinie. I oddałam serię tekstów do audiospaceru, podczas którego razem z koleżanką oprowadzam mieszkańców miasta i turystów po mozaikach szczecińskim szlakiem, który stworzyłyśmy.
Dominik Kasicki: Do korekty oddałem opowiadania.
Krótko i na temat 🙂
Barbara Matyaszczyk: Razem z moją korektorką Moniką pracowałyśmy nad kilkoma tekstami z gatunku fantasy i sci-fi. Były to zarówno opowiadania na konkursy, jak i fragment książki, nad którą pracuję.
Małgorzata Gizak: Piszę serię dla dzieci w młodszym wieku szkolnym. Seria będzie poświęcona różnym zawodom. Chciałabym w ten sposób przybliżyć dzieciom różne profesje. Nie są to książki stricte informacyjne, ale książki przygodowe, w których w akcję wplecione są różne informacje o zawodach.
Marzena Hryniszak: Moją pisarską przygodę rozpoczęłam tak na poważnie w zeszłym roku od stworzenia powieści pod tytułem Nie twój interes. Planuję zaproponować ją wydawnictwom w najbliższym czasie. Będzie to mój debiut, więc od początku mam mnóstwo wątpliwości i oczywiście chciałabym, by tekst był idealny. Poświęciłam mu naprawdę wiele czasu.
Mam nadzieję, że debiut okaże się takim sukcesem jak teksty konkursowe Ani Oporskiej. Trzymamy kciuki.
Jak widzicie, do akcji parowania korektorów z twórcami zgłaszają się autorzy przeróżnych tekstów. Mieliśmy tu powieści rozmaitych gatunków, opowiadania, teksty blogowe, sprzedażowe, a nawet audioprzewodnik. Przed korektorami stoi więc niejednokrotnie bardzo trudne zadanie, ale wszyscy przygotowują się do niego pilnie w Akademii korekty tekstu.
Korektorki, które współpracowały z autorami-bohaterami dzisiejszego odcinka, to: Paulina, Monika, Irmina, Renata, Kasia, Kinga, Iga, Monika, Iwona oraz Agnieszka. Gdybyście chcieli skorzystać z ich korektorskich usług, kontakty do nich znajdziecie wyżej.
A teraz już przechodzimy do sedna – jak właściwie wygląda współpraca pomiędzy autorem a korektorem? Z jakim nastawieniem autorzy podchodzili do współpracy, co ich zaskoczyło? Czy w ogóle coś ich zaskoczyło? O tym opowiedzą sami autorzy.
Oczekiwania wobec korektora
Pierwsze pytanie, które zadałam autorom, brzmiało: „Jakie były Twoje oczekiwania wobec korektora lub korektorki?”.
Większość moich gości podkreślała, że w zasadzie nie wiedziała, czego się spodziewać. Dla wielu z nich to był pierwszy kontakt z korektorem, więc nie ma się czemu dziwić. A uwierzcie mi, że taki pierwszy kontakt z korektą tekstu to zawsze jest stres. Oddanie swojego tekstu do korekty i zobaczenie wszystkich swoich błędów czarno na białym, a właściwie czerwono na białym, bo Word najczęściej podkreśla poprawki czerwonym kolorem – to nie jest zbyt miłe uczucie. Chyba że trafi się na dobrego korektora. A jak się zaraz przekonacie, z Akademii korekty tekstu wychodzą wyłącznie dobrzy korektorzy i korektorki.
Posłodziłam teraz trochę swoim kursantom, ale czas oddać głos Monice Janickiej, która przepięknie zebrała w punktach to, czego autor może oczekiwać od korektora.
MJ: Moje oczekiwania były związane z trzema obszarami. Pierwsze: aby czytelnicy otrzymywali ode mnie dobre jakościowo teksty. Byłam ciekawa, co z tekstami, które już mam, może zrobić korektor. Jak na nie spojrzy, jakie zmiany zaproponuje w tych tekstach. Po drugie: sama lubię pisać, interesuję się pisaniem i byłam ciekawa, czego mogę się jeszcze nauczyć o pisaniu treści, czego mogę się dowiedzieć. Zaciekawiła mnie ta wiedza, którą zdobywa się na specjalistycznym kursie. Po trzecie: dla mnie współpraca to przede wszystkim przestrzeń do sprawdzenia wspólnego flow z korektorem, wypracowania zaufania. Chciałam zobaczyć, czy poznam osobę, na którą w razie potrzeby będę mogła liczyć i oddać jej tekst do udoskonalenia w przyszłości.
O nauce wspomina też Basia.
BM: Gdy przystępowałam do programu parowania korektorów z autorami, kierowała mną ciekawość i chęć nauki. Wspominam tutaj naukę, ponieważ uważam, że podczas takiej współpracy uczą się obie osoby: korektor uczy się pracy nad surowym tekstem, natomiast autor uczy się współpracy z korektorem i tego, jakich błędów nie popełniać.
To prawda – w czasie każdego zlecenia korektor uczy się nowych rzeczy. Dlatego tak ważne jest, żeby jak najszybciej przejść od teorii do praktyki. Bo każdy tekst wymaga innego podejścia i nie wystarczy, że opanujemy zasady językowe, musimy umieć je wdrożyć – wprowadzić w życie. Posłuchajcie, jak o specyfice swoich tekstów mówi Sabina.
SW: Oczekiwałam, że jakość moich tekstów wzrośnie – pod względem poprawności językowej i pod względem ich zrozumiałości. Jeżeli chodzi o poprawność językową, to oprócz tego, że nigdy jej specjalnie nie studiowałam, to niechcący – tak jak wiele innych osób – „zauczam się” niepoprawnych form, chociażby czytając teksty w mediach społecznościowych. Piszę teksty o sztuce i kulturze – muszę używać terminów, które nie są powszechnie znane. Muszę te terminy tłumaczyć, przybliżać pewne zagadnienia z dziedziny kultury, które dla wielu osób nie są oczywiste. Im bardziej komunikatywny tekst, tym lepiej dla mojego czytelnika, bo on się wtedy w tym tekście odnajdzie i może coś z niego wynieść. Wszystkie te oczekiwania oczywiście zostały spełnione.
Słyszeliście to ostatnie zdanie? Miód na moje nauczycielskie serce! Przy okazji omawiania swoich oczekiwań względem korektora bardzo ciekawy wątek poruszyła Marzena. Wspomniała, że nie miała oczekiwań, bo… w ogóle nie chciała oddawać tekstów do korekty.
MH: Dawniej pracowałam między innymi w redakcjach i zdarzało mi się zajmować podstawową korektą przeróżnych krótkich tekstów, dlatego początkowo chciałam być sama sobie i autorem, i korektorem. Nie planowałam powierzać mojego tekstu do poprawy przed wysłaniem go do wydawnictwa. Po napisaniu całości czytałam, poprawiałam, udoskonalałam go przecież tak wiele razy. Myślałam, że jeśli coś przeoczyłam, coś warto by zmienić, skorygować, to już zajmą się tym w wydawnictwie. Tymczasem szukając w Googlach jakichś informacji związanych z pisaniem, zawędrowałam na stronę Ewy Popielarz, nie zdając sobie sprawy z tego, jaki to będzie miało wpływ na moją książkę. Mimo że nie szukałam przecież korektora, pomysł z parowaniem korektorów i autorów wydał mi się bardzo ciekawy. Bez większego zastanowienia zgłosiłam się. Pomyślałam: być może korektor wyłapie jakieś literówki, może kilka błędów, które mi umknęły, ale na pewno nie znajdzie ich zbyt wiele. Może będzie miał pomysł, co począć z tytułami rozdziałów, które ciągle wydawały mi się jakieś takie niedopracowane i koślawe. No i może podpowie mi, na co zwracać baczniejszą uwagę, bo zdawałam sobie sprawę, że od strony technicznej moja wiedza może nie być wystarczająca.
Potrzymam Was jeszcze chwilę w niepewności i nie powiem, jak ta historia się zakończyła. Zanim przejdziemy do efektów współpracy pomiędzy korektorem a autorem, trzeba powiedzieć, jak właściwie wygląda współpraca z korektorem. Autor ma napisany tekst, otrzymał mail/kontakt do korektora – i co teraz?
Jak wygląda współpraca z korektorem?
I tu znów z pomocą przychodzi nam Monika Janicka, która pięknie wypunktowała schemat współpracy.
MJ: Współpraca z korektorem przebiegła w stu procentach zdalnie i składała się z dwóch etapów. Etap pierwszy to zapoznanie się i ustalenie wspólnych zasad współpracy. Ustaliłyśmy, jak będzie wyglądać przesyłanie tekstu – i tutaj byłyśmy zgodne, by współpracować na Dysku Google. Ustaliłyśmy, że będziemy się zwracać do siebie na „ty”. Ustaliłyśmy też, ile czasu potrzebujemy – ja na napisanie tekstu, a Paulina na jego korektę. Ten pierwszy etap polegał na tym, że wspólnie zaplanowałyśmy, jak mogłaby wyglądać nasza współpraca w zgodzie z potrzebami moimi i Pauliny. Etap drugi natomiast to już wymiana tekstów i korekta. Ja wrzucałam materiały na Dysk, a Paulina nanosiła poprawki, dodawała różne komentarze, proponowała zmiany i rozwiązania w tekście. Po wszystkich tych ustaleniach i poprawkach tekst był gotowy do publikacji.
Dysk Google, Dropbox czy jakiekolwiek inne miejsca do przechowywania dokumentów online bardzo się przydają, szczególnie kiedy do korekty jest więcej plików. Nie trzeba wtedy przesyłać ich mailami. W przypadku pojedynczego pliku można pozostać wyłącznie przy mailu. Warto na początku ustalić z korektorem najlepszy, najwygodniejszy sposób wymiany plików. Nie mogę mówić za korektorów z całego świata, ale zapewniam, że korektorzy z Akademii korekty tekstu dostosują się ładnie do preferencji autora.
DK: Współpraca z korektorką przebiegała pomyślnie. Najważniejsze dla mnie na samym początku było określenie oczekiwań obu stron, czyli tego, czego ja oczekuję i czego potrzebuję, i tego, co może zrobić dla mnie korektorka. Ważne było też określenie terminu realizacji i to wszystko zadziałało bez problemu.
Dominik podkreślił bardzo ważną rzecz – terminy i oczekiwania. Najlepiej wszystko to ustalić, omówić, przedyskutować na początku, czyli poświęcić trochę czasu na rozmowę telefoniczną albo wymianę maili, jak ktoś nie lubi rozmawiać przez telefon. Warto też oddać kilka stron tekstu do korekty w ramach próbki. Czasem korektorowi trudno wyjaśnić, jakie zmiany powinny być naniesione na tekst, a na takiej próbce od razu wszystko widać. Wtedy dużo łatwiej rozmawiać, bo już mamy jakieś podłoże.
Oczywiście korekta zawsze polega na poprawianiu tekstu, ale zwróćcie uwagę, że goście dzisiejszego odcinka podkreślają, że zawsze, ZAWSZE to oni mieli ostatnie zdanie. Posłuchajcie Elizy.
EM: Współpraca przebiegała sprawnie i szybko, za pośrednictwem maila. Korektorki w trybie śledzenia zmian wpisywały komentarze ze swoimi propozycjami. Nie było to narzucanie zdania, tylko wybór. Mogłam go zaakceptować bądź odrzucić. Najczęściej akceptowałam, bo miały rację. Poprawione teksty trafiały z powrotem do mnie. Zapoznawałam się ze zmianami i po ich akceptacji odsyłałam utwory z powrotem do ostatecznej korekty.
Tak to właśnie zwykle wygląda. Taki ping-pong: autor wysyła tekst do korektora, korektor poprawia tekst w trybie śledzenia zmian (czyli tak, żeby autor widział każdą naniesioną poprawkę, czy to usunięcie, czy wstawienie, czy zmianę formatowania, czy cokolwiek innego). Korektor odsyła tekst do autora, ten te zmiany przegląda, akceptuje lub nie, nanosi swoje odpowiedzi, komentarze. Znów śle tekst do korektora, a ten – uwzględniając odpowiedzi i sugestie autora – przygotowuje ostateczną wersję. I dopiero ta ostateczna wersja może iść do dalszych prac, czyli albo do składu, albo do publikacji w Internecie.
W tym pingpongowym procesie ZAWSZE jest czas na rozmowę i pytania.
PU: Współpraca przebiegała bardzo pozytywnie, bardzo sprawnie. Wysyłałam tekst korektorce, który odsyłała mi z poprawkami i uwagami. Jeśli czegoś nie wiedziałam lub nie byłam pewna, czemu tak, a nie inaczej, to po prostu zadawałam pytania i na każde dostawałam szczegółową odpowiedź.
AOS: Katarzyna bardzo profesjonalnie zajęła się moimi tekstami. Szybko odpowiadała na pytania i nanosiła poprawki. Tekst był również poprawiany w taki sposób, abym mogła z łatwością uczyć się na swoich błędach.
Uczyć na swoich błędach – zapamiętajcie to zdanie! Ono pokazuje ukryty wymiar korekty. Jeszcze do tego wrócimy niejednokrotnie w tym podcaście.
Posłuchajcie też, jaki ciekawy model przyjęły Sabina i jej korektorka Kinga. Jak to u nich wyglądało?
SW: [Współpraca] wyglądała w ten sposób, że wysyłałam swój tekst na maila pani korektor, po czym po pewnym czasie dostawałam poprawiony tekst w dwóch wersjach. Pierwsza wersja pokazywała wszystkie naniesione poprawki i gdzieniegdzie chmurki z wyjaśnieniem, dlaczego dana zmiana nastąpiła. A druga wersja tekstu to był po prostu tekst po zmianie z paroma chmurkami tam, gdzie pani korektor chciała zwrócić moją uwagę, że powinnam w jakiś szczególny sposób coś zapamiętać albo zareagować. Ja te obie wersje porównywałam z wersją pierwotną, wyłącznie po to – ponieważ pod każdym innym względem korekta była doskonała – żeby się upewnić, że przez przypadek nie wkradł się jakiś błąd merytoryczny. I jak wszystko posprawdzałam, to teksty szły tam, gdzie pójść miały, czyli albo na bloga, albo do redakcji magazynu, albo do osób, które zarządzają spacerami audio.
Na pewno pamiętacie Marzenę, która mówiła o tym, że w ogóle nie planowała oddawać tekstów do korekty. Teraz jest ten moment, kiedy wracamy do tego wątku. Będziecie mogli posłuchać, jakie były jej wrażenia po otrzymaniu poprawionego pliku.
MH: Kiedy dostałam wiadomość od Agnieszki Lorek, którą przydzielono mi do pary, po prostu odkroiłam arkusz mojej powieści, czyli kilka początkowych rozdziałów, wysłałam i czekałam. Agnieszka szybko uporała się z tym fragmentem, okrasiła go odpowiednimi komentarzami, wskazała elementy do poprawy i rozpoczęłyśmy współpracę nad tekstem w trybie śledzenia zmian. Byłam zaskoczona niezwykłą dokładnością korektorki. Tym, jak wczytała się w tekst i ile znalazła w nim błędów. Dosłownie las niepotrzebnych spacji, enterów, literówki, zbędne powtórzenia, błędy w dialogach i wiele innych. Długo by wymieniać. To wszystko tam było, a ja tego wcześniej nie dostrzegłam. Korektorka konsultowała ze mną każdą zmianę, dokładnie opisała, co usunęła, proponowała trafniejsze określenie, dodanie czasowników mówionych, których rzeczywiście brakowało dialogom jak rybie wody – i tak dalej. Zaproponowała konkretny pomysł na ujednolicenie tytułów rozdziałów. Ogólnie mówiąc – tekst został porządnie przeanalizowany, oczyszczony z błędów i udoskonalony. Wszystko to działo się niemal na moich oczach, bo omawiałyśmy większe zmiany na bieżąco i razem zastanawiałyśmy się nad nimi w mailach. To było niezwykłe doświadczenie. Gdy po skończonej pracy Agnieszki i zaakceptowaniu zmian przeczytałam ów odmieniony pierwszy arkusz mojej powieści, aż mnie zmroziło. Gdyby nie akcja z parowaniem twórców z korektorami, mogłam przecież wysłać całość do wydawnictw bez porządnej korekty. Za to z błędami i niedociągnięciami, których sama nie byłam w stanie poprawić, bo jakimś cudem chowały się przed moim wzrokiem. Obawiam się, że szanse na wydanie byłyby niewielkie, zwłaszcza że to powieść kryminalno-obyczajowa. Takich propozycji jak moja wydawcy dostają mnóstwo, więc poprzeczka musi być zawieszona wysoko. Nie ma miejsca na błędy. Na szczęście dla mnie i mojej powieści Agnieszka zgodziła się na dalszą współpracę. Zajęła się drugim arkuszem, a potem zleciłam jej resztę powieści, czyli szesnaście kolejnych arkuszy. Nie będę się tu już rozwodzić nad szczegółami, ale efekty są naprawdę budujące. Teraz uważam, że ten etap pracy nad książką, czyli gruntowne dopracowanie korektorsko-redaktorskie tekstu przed pokazaniem go komukolwiek jest absolutnie konieczne.
Amen!
Kiedy ja, korektorka, będę tłumaczyć, dlaczego oddanie tekstu do korekty jest ważne – pewnie wiele osób machnie ręką i powie: „No tak, to jest jej praca, robi korekty, to co ma innego powiedzieć? Oczywiście, że powie, że jest ważne, bo inaczej przyznałaby się, że jej praca jest nieistotna”. Ale uwierzcie, że korekta to jest naprawdę kluczowa sprawa, jeżeli chce się pokazywać swoje teksty światu. Jeżeli nie wierzycie mnie, to uwierzcie Marzenie.
Czy coś Cię zaskoczyło?
Moje kolejne pytanie do autorów brzmiało: „Czy coś Cię zaskoczyło?”. Marzena już na nie częściowo odpowiedziała, ale posłuchajcie, co mówią inni.
PU: Najbardziej zaskoczyło mnie to, ile błędów sama nie zauważam, ile sama robię, chociaż zawsze każdy tekst przeglądałam, zanim wysłałam [go do korekty]. Ale tego po prostu samemu się nie dostrzega. Dobrze jest mieć kogoś, kto spojrzy na ten tekst świeżym okiem.
Tak, tak, zdecydowanie tak! Nawet korektorzy oddają swoje teksty do poprawy innym, bo bardzo trudno jest być korektorem własnych tekstów. Tak jak trudno jest być filozofem we własnym kraju. Basia potwierdza, że mimo autokorekty, którą przeprowadza zawsze na swoich tekstach, spojrzenie kogoś z zewnątrz jest bardzo ważne.
BM: Zaskoczyły mnie moje głupie błędy, takie jak literówki, brak przecinków. Zaskoczyły mnie, bo wydawało mi się, że udało mi się je wszystkie wychwycić. Mam dwójkę małych dzieci, pracuję na pół etatu, zajmuję się domem, więc każdą wolną chwilę wykorzystuję na pisanie. Zazwyczaj korzystam wówczas z telefonu komórkowego, a pisanie na tym urządzeniu nie ułatwia zachowania poprawności językowej. Dlatego przed wysłaniem tekstu Monice zawsze starałam się poświęcić dużo czasu autokorekcie, a mimo to Monika zawsze wychwyciła sporą porcję maleńkich błędów.
Co zaskoczyło Anię?
AOS: Zdecydowanie kwestie techniczne, o których nie miałam pojęcia. Samo formatowanie tekstu tak, aby nadawał się do druku, było daleko bardziej skomplikowane od wszystkiego, czego szukałam w sieci.
Spokojnie, korektorzy się tym wszystkim zajmą! W Akademii korekty tekstu baaardzo dużo czasu poświęcamy obsłudze programów, jest temu poświęcony cały osobny moduł – omawiamy tam i Worda, i programy do PDF-ów, a nawet nanoszenie korekty na papier. Omawiamy nawet takie programy, które nie do końca są programami do składu, jak Canva. Wszystko po to, aby korektorzy potrafili pracować w każdym środowisku. Oczywiście uczymy się też obsługi programów działających online, typu Dokumenty Google. To też jest omówione w Akademii korekty tekstu, więc, drodzy autorzy, nie musicie się tym martwić – my się tym zajmiemy.
DK: Zaskoczyło mnie, i to pozytywnie, że korektorka bez trudu znalazła te miejsca, co do których podskórnie czułem, że nie do końca są poprawne. Podsunęła własne pomysły, nad którymi miałem szansę się zastanowić. No i co najważniejsze – przy całej tej współpracy miałem poczucie, że nie jest to coś narzuconego, ale to jest coś, co mogę wykorzystać, jeśli zechcę.
Korektor to nie jest autor. Nigdy żaden korektor nie powinien o tym zapominać. Słowa Małgosi potwierdzają, jak ważne dla autora jest uszanowanie jego stylu i jego wyborów.
MG: Gdy otrzymałam tekst po korekcie, zauważyłam, z jaką starannością została wykonana ta praca. Pani Iwona zwróciła uwagę na wszystkie szczegóły, a ja dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, ile rzeczy jeszcze było do poprawienia w moim tekście. Korektorka zwróciła uwagę na poprawność, na logiczność występujących zdarzeń, ujednoliciła tekst stylistycznie, uporządkowała narrację. Co dla mnie było ważne – przy tych wszystkich swoich uwagach nie narzucała ich, ale proponowała. I myślę, że dla każdego autora taka forma propozycji, sugestii jest bardzo ważna. Naniesione uwagi, naniesione propozycje mogłyśmy później przedyskutować i wybrać wersję optymalną, taką, która jest najlepsza w tej sytuacji – czy dla tej książki, czy dla danego zdarzenia.
I jeszcze jeden komentarz:
AF: Jako twórca uważam, że w pracy korektora liczy się nie tylko wiedza, ale też umiejętność precyzyjnego przekazywania informacji zwrotnej w taktowny sposób. Współpracując z agencjami, miałam już doświadczenia z korektami, które bywały różne. Dlatego tak bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie profesjonalne podejście p. Moniki, która nie tylko wskazała mi błędy, ale też je dokładnie wytłumaczyła. Dla mnie to ogromna wartość. Piszę dużo i zależało mi nie tylko na tym, by poprawić te swoje teksty, ale także na tym, by czegoś się przy tym nauczyć i móc w przyszłości po prostu takich błędów unikać.
Pamiętacie oczekiwania, o których wspominali autorzy? Mówili nie tylko o tym, że chcą otrzymać poprawiony tekst, ale też że chcą się dzięki tej korekcie czegoś nauczyć. Rzadko się o tym mówi, ale rzeczywiście walor edukacyjny jest naprawdę ważnym „skutkiem ubocznym” korekty.
Na koniec tej części zostawiłam odpowiedź Moniki Janickiej. Dedykuję ją wszystkim absolwentom Akademii korekty tekstu – tak, drodzy absolwenci I, II, III, a wkrótce też IV edycji Akademii, do Was teraz mówię. Dedykuję ten fragment także przyszłym kursantom, którym tak trudno uwierzyć we własne umiejętności.
MJ: Na początku korektorka powiedziała mi, że nie ma doświadczenia i że dopiero zaczyna się uczyć profesjonalnej korekty tekstów. Po tych słowach spodziewałam się, że może potrzebować dużego potwierdzenia z mojej strony, że dobrze pracuje, albo że będzie dzwonić i pytać, czy to, co zrobiła, jest w porządku, czy to jest okej dla mnie. Takie miałam obawy i nie wiedziałam, co słowa „nie mam doświadczenia” będą oznaczać w naszej współpracy. Co mnie zaskoczyło? Zaskoczyła mnie samodzielność korektorki. Nie usłyszałam ani razu „nie umiem”, „nie wiem”, „nie potrafię”, „nigdy tego nie robiłam”, co może się oczywiście zdarzyć, kiedy ktoś nie ma doświadczenia albo dopiero je zdobywa. Naniesione poprawki były fajne, a tekst naprawdę był ulepszony. To mnie pozytywnie zaskoczyło.
Czy jest się czego bać?
Wiemy już sporo o tym, jak wygląda proces redakcyjny i jakie wrażenia pozostawia po sobie korekta. Wygląda to na razie na wręcz idealny proces. Dlaczego w takim razie tylu autorów waha się, czy w ogóle oddawać teksty do korekty? Czy jest się czego bać?
AF: Myślę, że wielu twórców niechętnie oddaje teksty do korekty, ponieważ część piszących uznaje swoje własne poprawki za wystarczające, ale chyba dominująca jest obawa przed tym, że te teksty i my jako twórcy zostaniemy ocenieni, skrytykowani. W tym momencie dementuję takie pogłoski – korekta tekstu absolutnie nie jest wymierzona w autora. Współpracując z absolwentami Akademii korekty tekstu, absolutnie nie masz się czego bać, ponieważ korektorzy doskonale wiedzą o tym, jak ważne jest taktowne przekazywanie informacji zwrotnej, dzięki czemu jest to bardzo neutralny komunikat i absolutnie nie ma podstaw ku temu, by poczuć się w jakimś sensie krytykowanym czy atakowanym.
Rzeczywiście w Akademii kładziemy baaardzo duży nacisk na to, jak rozmawiać z autorem, jak pisać komentarze, jak proponować większe poprawki. Do legendy II edycji Akademii przeszło moje nawoływanie do tego, żeby traktować teksty „z miłością”. Korektorzy się strasznie z tego śmiali w czasie Akademii, a potem przyszły praktyki i już do śmiechu nie było, bo rzeczywiście tę miłość i empatię trzeba było uruchomić. I ja cały czas się pod tym podpisuję – teksty trzeba traktować z miłością.
Ale wróćmy do naszych autorów. Paula bardzo słusznie podkreśla, że korekta to element pisania! Uwaga – korekta to jest element pisania!
PU: Korekta, owszem – pokazuje nam nasze błędy. Pewnie tego się właśnie autorzy obawiają – że to będzie wytykanie błędów. Ale przecież korekta to jest element pisania – to poprawianie swojego tekstu, czy samodzielnie, czy z korektorem, redaktorem. Bo samo pisanie nie sprowadza się tylko do spłodzenia tekstu. Można różnie podchodzić do korekty, ale na pewno nie ma się czego bać, bo niezależnie od tego, jaki tekst oddajemy do korekty, dostajemy wyczyszczony, profesjonalny tekst, gotowy do publikacji. I możemy dodatkowo się czegoś nauczyć, co jest super. Moje teksty dzięki korekcie są uładzone i lżejsze, nie ma w nich niepotrzebnych błędów, które czytelników na pewno zatrzymywałyby w trakcie czytania.
Przegłosowane po raz pierwszy! A teraz Basia.
BM: Uważam, że nie ma się czego bać. Tekst na korekcie może tylko zyskać. Jeżeli ktoś poważnie myśli o wydaniu swoich utworów, to i tak nie uniknie tego procesu. Wydawnictwo na pewno zrobi swoją korektę i redakcję. Zatem czy potrzebna jest korekta dodatkowa, wstępna? Myślę, że tak, ponieważ spojrzenie na tekst osoby bezstronnej, która wychwyci błędy językowe, zauważy jakąś niespójność – zwiększy szansę na wydanie. Dobrze przepracowany tekst sprawi, że wydawca przychylnie na niego spojrzy. Pamiętajmy, że w czołowych wydawnictwach codziennie pojawia się jakiś debiutant, który chce coś wydać – co najmniej jeden. Przez takie czołowe wydawnictwa może przechodzić spora liczba tekstów dziennie. Zatem dobrze przepracowany tekst zwiększa szansę na wydanie.
Przegłosowane po raz drugi!
MG: Moim zdaniem korekta to niezbędny element wydania książki. Sam autor, czytając tekst któryś raz z rzędu, nie jest już w stanie wychwycić wszystkich błędów. Natomiast osoba, która siada z tak zwanym świeżym okiem, ma inne spojrzenie i zauważy wszystkie niedociągnięcia, które występują w tekście. Czy jest to wytykanie błędów? Ja tego tak nie odbieram. Uważam, że błędów nie robi ten, kto nic nie robi. Kiedy piszę książkę, to staram się skupić na akcji, na dialogach, na tym, aby w odpowiedni sposób małemu czytelnikowi wytłumaczyć jakieś trudne sprawy, aby akcja toczyła się wartko, żeby młody czytelnik się nie znużył, bo wiem, że dzisiaj ciężko jest przykuć uwagę dzieciaków, gdy mają tyle bodźców naokoło. Zdaję sobie więc doskonale sprawę z tego, że w moim tekście brakuje przecinków albo jest ich za dużo, albo zapomnę o wielkiej literze. Cieszę się bardzo, że jest taka osoba jak korektor, która to wszystko wychwyci, poprawi i książka będzie wyglądała tak, jak powinna wyglądać.
Przegłosowane po raz trzeci! Po tylu argumentach już chyba nie macie żadnych wątpliwości, że korekty i korektorów nie należy się bać! Na koniec zostawiłam dwie odpowiedzi (na pytanie o strach), które trafiły do mnie najmocniej.
SW: Oczywiście, że nie ma się czego bać. Korektor, jak sama nazwa wskazuje, koryguje, a nie wytyka. Gdyby był od wytykania, pewnie nazywałby się wytykaczem. Wytykacz faktycznie może nam błędy znaleźć, wytknąć, czyli wylistować, po czym odwróci się na pięcie i zostawi nas. Nie będziemy wiedzieli, w jaki sposób błędy naprawić. Korektor jest zupełnie inną osobą. Korektor znajduje błąd, poprawia i argumentuje dlaczego! Albo powołuje się na sztywną, świętą zasadę, wynikającą z zasad ojczyzny-polszczyzny, albo argumentuje zmianę, zadając pytanie: „Czy nie uważasz, że tak by było lepiej?” albo „A o co tu chodziło? Może lepiej zrobić tak i tak”. Druga sprawa z tym baniem się – to jest kwestia naszej dojrzałości emocjonalnej. Uczymy się tak naprawdę całe życie, przy wielu czynnościach popełniamy błędy, nawet przy tak prostych jak na przykład gotowanie zupy. Więc to, że błędy w naszych aktywnościach się pojawiają, po prostu trzeba zaakceptować i wręcz cieszyć się, że mamy gdzieś obok siebie osobę, która nam szybko błąd potrafi wytłumaczyć, skorygować, a my w ten sposób nabywamy więcej wiedzy i się rozwijamy. Jest jeszcze taka sprawa jak po prostu podejście. Ja podeszłam do tego w sposób prosty: nie jestem fachowcem, nie znam się na tym, oddaję sprawę profesjonaliście. Nie skończyłam polonistyki, nikt nigdy nie wymagał ode mnie poprawności językowej, jestem samoukiem, teksty piszę jako wolontariuszka, więc zdaję sobie sprawę, że bardzo wielu rzeczy nie wiem, natomiast fachowiec, korektor – wie. Ufam mu i po jego korekcie jestem przekonana, że wszystko jest w porządku. I nie robię z tym żadnego problemu, że ja czegoś nie umiem, a on umie. To jest dla mnie oczywiste.
MH: Z pewnością nie ma się czego bać. Tekst nie zmieni się pod wpływem korekty czy nawet redakcji na coś innego, nie straci żadnej ze swych zalet, ale właśnie zyska, bo zostaną one bardziej wyeksponowane. To nie jest tak, że korektor weźmie taki nasz tekst jak sweter na swe korektorskie druty, spruje go doszczętnie i wydzierga na przykład góralskie skarpety. Absolutnie nie. Sweter nadal pozostanie swetrem, ale zyska na jakości. Nie będzie w nim zaciągnięć, zbędnych nitek, puszczonych oczek. Po prostu stanie się ładniejszy i lepszy. Na pewno nie należy się też bać tego, że korektor skrytykuje tekst, oceni, wymusi jakieś zmiany, bo nie na tym polega jego praca. Oczywiście nie mogę mówić za wszystkich, ale korektorka, której powierzyłam poprawę mojej powieści, podeszła do sprawy bardzo merytorycznie i z wyczuciem. Proponowała zmiany, ale nie narzucała ich. Dostosowywała korektę, gdy na którąś z propozycji nie chciałam się zgodzić. Poza tym – nie oszukujmy się – ja nawet jako ktoś po filologii, ktoś, kto coś tam kiedyś redagował, nie mam takiej wiedzy o korekcie tekstu jak porządnie wyszkolony specjalista. Nie mówiąc już o tym, że zupełnie inaczej pracuje się z cudzym tekstem niż z własnym, przynajmniej tak mi się wydaje. W każdym razie nasz cel był wspólny: dopracować tekst tak, by był bezbłędny i uporządkowany, aby nic w nim nie raziło, za to dobrze się go czytało. Uważam, że mamy sukces!
Uważam, że mamy sukces! To jest piękne zwieńczenie tej wypowiedzi! A przeciwstawienie korektora wytykaczowi i metafora skarpetkowa to jest złoto – te porównania na długo zostaną w mojej pamięci.
Monika Janicka, jedna z autorek będących gośćmi dzisiejszego podcastu, uczy sztuki rozmawiania. Ugryzła temat strachu z nieco innej strony. Posłuchajcie, bo to, co mówi, jest niesamowicie ważne.
MJ: Nie wyobrażam sobie, aby korektor bał się zaproponować zmianę w tekście. Bez tego może być ciężko mu ulepszyć jakikolwiek tekst i wprowadzić do niego fajne zmiany. Jeśli korektor czuje dyskomfort przed tym, że wytyka błędy, to może na początku współpracy warto ustalić z klientem, jak chce być informowany o zmianach, jak radzi sobie z ingerencją w tekst, jaki stosunek do korekty ma osoba, która oddaje tekst do korekty. Uzyskanie odpowiedzi na te pytania może uspokoić samego korektora albo też zadecydować, czy klient to osoba, z którą faktycznie chce pracować. Ktoś, kto oddaje teksty do korekty, najczęściej potrzebuje oddelegować pracę z tekstem, by odciążyć się z ilości pracy, albo nie ma wystarczającej wiedzy i potrzebuje kogoś, kto chce to zrobić i lubi to, i się na tym zna. Lub też chce po prostu, żeby jego teksty były profesjonalne. To korektor musi wierzyć, że jego praca jest ważna i potrzebna. A w dobie cyfryzacji, w dobie pracy zdalnej, sprzedaży w Internecie – ciągle zresztą rosnącej – zapotrzebowanie na dobrych korektorów już jest spore.
Jest spore, a będzie jeszcze większe. Coraz więcej osób pisze i coraz więcej ma świadomość (na szczęście), jak ważne jest, by profesjonalista spojrzał na ich tekst, zanim ten tekst zostanie opublikowany. Dlatego nie martwcie się tym, jaka jest przyszłość korekty i korektorów. Myślę, że jeżeli nawet nie jest świetlana, to jest co najmniej obiecująca.
Co korekta daje tekstom?
MJ: Korekta na pewno udoskonaliła moje teksty. Nie powiedziałabym, że były to jakieś drastyczne zmiany. Może dlatego, że sama bardzo lubię pisać i przekazałam do korekty teksty, które moim zdaniem były okej. Na pewno zyskały one na poprawności językowej, stały się bardziej przystępne do czytania przez moich odbiorców czy klientów. Zdania wielokrotnie złożone zostały skrócone. Widzę też w tych tekstach mniej zbędnych słów.
Korektorzy zawsze na posterunku z językowymi nożycami. Jesteśmy do usług! Tniemy dłużyzny, przebijamy wszystkie słowa wydmuszki! Możecie, drodzy autorzy, na nas liczyć – jeżeli coś będzie w tekście niepotrzebne, to my to wskażemy.
AF: Wydaje mi się – choć może moja korektorka jest innego zdania – że oddane teksty nie wymagały obszernej korekty, natomiast na pewno dzięki niej stały się przyjemniejsze w odbiorze. Dochodzi jeszcze walor edukacyjny, o którym już wspomniałam i który bardzo sobie cenię.
Teksty przyjemniejsze w odbiorze, a autor wyedukowany – piękna konkluzja.
EM: Bajki i opowiadania stały się wygładzone, uporządkowane, przyjemniejsze w odbiorze dla czytelnika. A ja sama również wiele się nauczyłam. Chociażby na temat stawiania przecinka, unikania powtórzeń czy redagowania scen. Śmiało można powiedzieć, że korekta zahaczała także o redakcję.
Te dwie kategorie – redakcję i korektę – trudno od siebie oddzielić. NIe będzie teraz rozwijać tego tematu, bo to nie czas ani miejsce. Mówiłam o tym w pierwszym odcinku podcastu PDSK pod znaczącym tytułem „Czym się różni redakcja od korekty i dlaczego to nie ma większego znaczenia”.
Co korekta dała tekstom Ani?
AOS: Ujednoliciła je, dodała przejrzystości uwypukliła to, co było ważne. Dzięki temu, że czytelnika nie raziły błędy, był w stanie skupić się na faktycznej fabule. Człowiek może próbować samemu je poprawiać, ale bądźmy szczerzy – czasem ciężko dostrzec błędy w tekście, który zna się niemal na pamięć.
DK: W moich tekstach były miejsca, gdzie po prostu trzeba było poprawić interpunkcję czy składnię i nie było się nad czym zastanawiać. Jednocześnie dostałem w komentarzach kilka wskazówek i pomysłów, nad którymi się zastanowiłem, i faktycznie czasami coś zmieniłem, moim zdaniem na lepsze. Dostałem zatem więcej, niż oczekiwałem czy się spodziewałem.
MG: Dzięki korekcie moje teksty mogą być wzorem dla dzieciaków, pokazując, jak powinna wyglądać poprawna polszczyzna. Są zgodne z polską ortografią, interpunkcją, jest zastosowana prawidłowa gramatyka. Oprócz tego, że jest dobra treść, jest także dobra forma. I jestem z tego bardzo zadowolona, gdyż chciałabym, żeby moje książki były edukacyjne – pod każdym względem.
Wy też tęsknicie do świata, w którym można się było uczyć poprawności językowej z książek? Dzisiaj tak dużo i tak szybko (niestety) się wydaje, że przestało to być takie oczywiste. Przestało być oczywiste, że książki są pisane poprawną polszczyzną. Ale im więcej dobrych korektorów i im więcej autorów, którzy powierzą im swoje teksty – tym bliżej nam będzie do tego idealnego świata.
Dziękuję Wam za tę wspólną podróż do świata korekty. Zobaczyliście, jak proces redakcyjny wygląda z perspektywy autorów. I przekonaliście się – mam nadzieję – że nie ma się czego bać. Pamiętajcie: korektor to nie jest wytykacz i nie zrobi skarpet z Waszego swetra. (Naprawdę mi się te metafory spodobały).
Jeśli więc jesteś autorem lub autorką, pamiętaj, że są wśród nas korektorzy, którzy chętnie pomogą Ci w procesie szlifowania Twojego tekstu. A jeśli potrzebujesz korektora już teraz – możesz do mnie napisać na adres kontakt@ewapopielarz.pl – polecę Ci świetnych specjalistów. Pamiętaj też o kontaktach do korektorek będących bohaterkami tego podcastu.
Świat czeka na dobrych korektorów
A jeśli jesteś korektorem lub korektorką, to pamiętaj, że w tym zawodzie jest jeszcze wiele do zrobienia. Świat czeka na dobrych korektorów. Potwierdzą to nasi goście, których na koniec zapytałam o to, czy w przyszłości zdecydują się na oddanie tekstów do korekty. Niech ich odpowiedzi będą optymistycznym finałem tego odcinka.
Monika już znalazła swoją korektorkę.
MJ: Akcja parowania korektorów zapewniła mi osobę do długoterminowej współpracy. Zbudowałam dobry kontakt z korektorem, do którego mam zaufanie. I to się liczy. Oddelegowanie części pracy pozwala mi bardziej skupić się na rozwoju karciano-dialogowych projektów dla moich klientów i bardzo się z tego powodu cieszę. Z tego miejsca chciałabym podziękować Paulinie za udaną współpracę.
Agnieszka – jak się wydaje – też już ma swoją korektorkę.
AF: W przyszłości, zwłaszcza przy ważnych dla mnie współpracach czy tekstach, na pewno będę korzystała z usług korektora. Prawdopodobnie będzie to już w niedalekiej przyszłości, więc z p. Moniką, z którą współpracowałam, pozostajemy w kontakcie.
EM: W przyszłości chętnie skorzystam z takiej pomocy i serdecznie do tego zachęcam. Nie ma się czego bać. Pozdrawiam Was serdecznie.
PU: Na pewno w przyszłości będę oddawać teksty do korekty, szczególnie opowiadania. Zależy mi na tym, żeby były doszlifowane na maksa, żeby były po prostu najwyższej jakości. Bo dopracowane teksty po prostu lepiej się czyta.
A czy Ania odda swoje przyszłe teksty do korekty?
AOS: Zdecydowanie! Katarzyna jest moim in case of emergency w telefonie.
SW: Jeżeli będę miała na tekst profesjonalny budżet, to na pewno, bo pomoc korektora jest po prostu nieoceniona.
DK: Nie wyobrażam sobie, aby jakikolwiek tekst nie przeszedł korekty, ponieważ pozwala to wyczyścić tekst z błędów, poprawić składnię. Dzięki temu tekst jest zwyczajnie lepszy!
Czy Basia jest podobnego zdania?
BM: Zdecydowanie tak. Na pewno kiedy ukończę tekst swojej powieści fantasy, skorzystam z dobrodziejstwa korekty.
MH: Z perspektywy czasu myślę, że akcja parowania twórców z korektorami trafiła mi się jak ślepej kurze ziarno. Oczywiście mam pomysły na kolejne teksty, myślę też nad kontynuacją powieści i wiem, że jeśli spełnią się moje marzenia o debiucie, będę realizować kolejne plany pisarskie. Nowe powieści z pewnością oddam do korekty, co polecam każdemu twórcy tekstów. Dziękuję za możliwość wzięcia udziału w akcji. Uświadomiła mi jako autorce wagę korekty i – kto wie – może ocaliła moją powieść przed odrzuceniem. Dziękuję bardzo!
I jeszcze Małgosia. Czy w przyszłości odda swoje teksty do korekty?
MG: Oczywiście. Nie wyobrażam sobie wypuszczenia czy oddania książki do druku bez korekty. Uważam, że jest to niezbędny element i że każdy szanujący się autor powinien to zrobić, aby później nie wstydzić się, że w jego książce występowały na przykład błędy ortograficzne albo stylistyczne. Korzystając z okazji, chciałabym podziękować zarówno Ewie za świetny pomysł i za możliwość wzięcia udziału w akcji. Natomiast Iwonce dziękuję za świetnie wykonaną robotę. Mam nadzieję, że nasza współpraca na tym się nie zakończy.
Cała przyjemność po mojej stronie! Kolejna akcja parowania korektorów z twórcami rozpocznie się pod koniec IV edycji Akademii korekty tekstu, czyli na przełomie listopada i grudnia. Już teraz zapraszam Was, drodzy autorzy i autorki, do udziału!
A korektorom i korektorkom przypominam, że do Akademii można dołączyć między 2 a 10 września. Więcej informacji o kursie znajdziecie na stronach ewapopielarz.pl i kurskorektytekstu.pl. A jeśli macie jakiekolwiek pytania – po prostu do mnie napiszcie. Czekam pod adresem kontakt@ewapopielarz.pl. Do usłyszenia i do zobaczenia gdzieś w Internecie.
The post PDSK#017 Na czym polega korekta tekstu? Z punktu widzenia autora (podcast) appeared first on Ewa Popielarz.

Aug 20, 2021 • 25min
PDSK#016 Autor i korektor. 10 zasad udanej współpracy (podcast)
Szukasz dobrego korektora? Ale co to w ogóle znaczy „dobry korektor”? Jak się zabrać za poszukiwania? O czym pamiętać przy współpracy z korektorem? Pytań jest dużo, ale mam dla Ciebie dobrą wiadomość – na tej stronie znajdziesz na nie odpowiedzi.
Zapraszam Cię do wysłuchania odcinka 16 podcastu Po drugiej stronie książki. Ten odcinek jest skierowany głównie do autorów, ale korektorzy także znajdą w nim coś dla siebie. W końcu do tego tanga trzeba dwojga, prawda?
Subskrybuj: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | Inne
Montaż: Kamil Dudziński
Plan odcinka
Dobry wybórMail do korektoraPotwierdzenieDotrzymuj terminówOddaj kompletny tekstOdpowiadaj na piśmieNie tykaj trybu śledzenia zmianNie dopisujOmów proces wydawniczyCierpliwości!
Transkrypcja podcastu #016 Autor i korektor. 10 zasad udanej współpracy
Ten odcinek jest wersją audio artykułu opublikowanego na moim blogu we wrześniu 2019 roku. Jeśli wolisz przeczytać tekst (zamiast go wysłuchać), kliknij poniższą grafikę:
The post PDSK#016 Autor i korektor. 10 zasad udanej współpracy (podcast) appeared first on Ewa Popielarz.

Aug 13, 2021 • 29min
PDSK#015 Jak poprawiać innych i czy w ogóle warto to robić (podcast)
Nie poprawiaj drugiego, jeśli to Tobie niemiłe. A nawet jeśli wydaje Ci się, że z godnością i wdzięcznością zniesiesz każdą krytykę i poprawkę, to innym tego lepiej oszczędź. Dlaczego? Bo jest wiele możliwości przekazywania wiedzy i edukowania innych, a spośród nich wszystkich nauczanie przez krytykę to opcja zdecydowanie najgorsza. Wobec tego – jak poprawiać innych? O tym będzie dzisiejszy odcinek podcastu Po drugiej stronie książki. Zapraszam!
Subskrybuj: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | Inne
Montaż: Kamil Dudziński
Transkrypcja: Dorota Siwek
Plan odcinka
Dziecko i skrzydły
Mąż i kwiaty
Mówca i pytanie z publiczności
Twórca internetowy i media społecznościowe
„Jak go nie poprawię, to się nie nauczy”
Druga strona medalu
Jak to robić dobrze? I czy to zawsze działa?
Konsekwencje poprawiania innych
Korekta a budowlanka
Źródła przywoływane w odcinku
Akademia korekty tekstu – kurs online przygotowujący do zawodu korektora
miniszkolenie Dialogi i cytaty
How to get away with murder (Sposób na morderstwo) – serial
Transkrypcja podcastu #015 Jak poprawiać innych i czy w ogóle warto to robić
Jak Internet długi i szeroki mnożą się komentarze, w których jedni wytykają drugim błędy. W dziewięciu na dziesięć przypadków kończy się to niestety pyskówką, obrazą albo wycieczkami osobistymi, które z merytoryką nie mają już wiele wspólnego. A zaczęło się od takich szczytnych, edukacyjnych celów. Czy ten jeden przypadek, kiedy ktoś podziękuje za wskazanie błędu i być może rzeczywiście czegoś się nauczy, jest wart pozostałych dziewięciu burd internetowych? Jak się pewnie domyślacie – jest to dla mnie pytanie retoryczne.
Zabrzmi to trochę pretensjonalnie, ale od lat obserwuję media społecznościowe z punktu widzenia osoby zajmującej się zawodowo językiem polskim. Dziś nikt ani nic nie przekona mnie do tego, że publiczne wytykanie ludziom błędów może mieć jakikolwiek sens. Mówimy oczywiście o błędach językowych, bo to jest moja działka, tymi się teraz zajmujemy. Bardzo chętnie usłyszę, a właściwie przeczytam w komentarzach pod tym odcinkiem podcastu, jakie jest Wasze zdanie na ten temat, ale korzystając z tego, że jestem aktualnie przy głosie, zacznę od przedstawienia Wam moich argumentów.
Sytuacja 1. Dziecko i skrzydły
Tak ją nazwałam. Wyobraźcie sobie taką sytuację: podchodzi do Was Wasze – powiedzmy – trzyletnie dziecko. Niech to będzie syn. Akurat mam trzyletniego syna, więc jest mi to sobie łatwiej wyobrazić. Narysował samolot albo zrobił go z papieru i mówi: „Mamo, zobacz, jakie ten samolot ma piękne czerwone skrzydły”. Co wtedy robicie? Oglądacie obrazek, omawiacie go wspólnie, zastanawiacie się, jak ten samolot został skonstruowany? Chwalicie dziecko za dobrze wykonaną pracę czy mówicie: „Nie, nie, nie, Jasiu, mówi się skrzydła, a nie skrzydły”?
Sytuacja 2. Mąż i kwiaty
Mówię o mężu, bo jest to bliska mi sytuacja, ale możecie zamienić męża na żonę, żonę na partnera, partnera na partnerkę – każda wersja będzie dobra. Przychodzi ów mąż do domu i bez okazji, bo tak jest mniej przewidywalnie, przynosi ze sobą bukiet kwiatów. Wręcza je swojej żonie, mówiąc, że zakupił dla niej takie piękne margaretki. Co robi żona? Idzie po wazon, nalewa wodę i uśmiechnięta wkłada te kwiaty do wazonu, stawia je na stole w jadalni, żeby było je dobrze widać? Czy może upomina męża, mówiąc, że nie mówi się margaretki, tylko oczywiście margerytki. Jak on mógł się tak haniebnie pomylić!
Sytuacja 3. Mówca i pytanie z publiczności
Konferencja. Jesteś prelegentem. Wygłaszasz bardzo ważny, bardzo merytoryczny wykład w dziedzinie, na której naprawdę doskonale się znasz. W pewnym momencie, kiedy jest czas na pytania od publiczności (na widowni jest – powiedzmy – około tysiąca osób), ktoś wstaje i mówi, że wszystko fajnie, wszystko pięknie, fizyka kwantowa jest okej, ale przez cały czas na wykładzie mówisz, że robisz coś cięgiem, a przecież mówi się ciągiem. W tle tysiąc osób. Fizyka kwantowa. I dostajesz komentarz o tym, że trzykrotnie, czterokrotnie popełniłeś/popełniłaś jakiś tam błąd językowy. Jak się teraz czujesz? Swoją drogą, sytuacja jest mi bliska, bo ponieważ mieszkam na południu, to ja też mówię, że robię coś cięgiem, a nie ciągiem, ale z fizyką kwantową akurat nie mam nic wspólnego.
Sytuacja 4. Twórca internetowy i media społecznościowe
Prowadziłam w tym roku na wiosnę webinar o dialogach i cytatach. Możecie go zresztą znaleźć na stronie kurskorektytekstu.pl.
Przed spotkaniem została odpalona na Facebooku reklama zachęcająca do zapisania się, zarejestrowania i przyjścia na ten darmowy webinar. I teraz wyobraźcie sobie, jaka dyskusja rozgorzała pod jedną z reklamowych grafik. Otóż dyskusja dotyczyła tego, czy mówi się wielka, czy duża litera. Jak zwykle piszę o dużej, bo tak wolę, ale ze szkoły wynieśliśmy mylne przekonanie – podkreślam: mylne – o tym, że to błąd, bo mówi się tylko wielka litera. Nieprawda. Są to synonimy. Możecie sobie już wykreślić kolejną szkolną regułkę ze swojej pamięci. Razem z tą, że przed „i” nie stawiamy przecinka albo przed „który” stawiamy przecinek. One też nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością.
W każdym razie walka pod tą grafiką zrobiła się straszna. Szymon, który pomaga mi z reklamami na Facebooku i na Instagramie, mówi, że to dobrze, bo jest dużo komentarzy, więc będą duże zasięgi. Bardzo dobrze. Ale jak to wygląda z mojej perspektywy – jako twórczyni tego webinaru? Przygotowuję się, żeby za darmo wygłosić dwugodzinny wykład, przekazać w przystępny – mam nadzieję – sposób wiedzę, którą sama zdobywałam przez kilkanaście lat. Uwielbiam to. Uwielbiam uczyć. Uwielbiam dzielić się tym, co wiem. Spędzam na przygotowaniach kilka dni, bo najpierw skrypt, później wszystkie grafiki, prezentacja, grafiki do mediów społecznościowych, opowiadanie o tym webinarze tutaj i tam, żeby jak najwięcej osób o nim usłyszało, mogło przyjść i się czegoś nauczyć… A w odpowiedzi słyszę, że co ze mnie za korektorka, skoro nawet nie wiem, że mówi się wielka litera. Przecież pani w podstawówce tłumaczyła, a ja o tym nie wiem.
To jest tak, jakby ktoś Was zaprosił na kolację do swojego domu. Przychodzisz, patrzysz, jak ta osoba przygotowuje posiłek. Siedzisz sobie na kanapie. Pijesz sok albo wino – co wolisz. Patrzysz, jak ta osoba dekoruje stół. Ty nic nie musisz robić. A potem gospodarz zadaje Ci pytanie, czy rozstawić stoliki tutaj, czy na polu. Na co Ty prychasz i odpowiadasz: „Przecież się mówi: na dworze”. I wychodzisz. Fajnie? Niefajnie.
Moja analogia może nie jest idealna, bo wielka/duża litera to naprawdę synonimy, natomiast pole jest regionalizmem i co prawda błędem nie jest, ale w oficjalnej polszczyźnie powinniśmy używać sformułowania „na dworze”. Ale jeżeli przymknąć na ten niuans oko, to te dwie sytuacje mają ze sobą jednak wiele wspólnego. A co jest punktem wspólnym? Czepianie się drobiazgów, szczegółów, kiedy ktoś chce Ci przekazać coś o wiele ważniejszego. To jest tak, jakby komuś publicznie mówić, że ma plamę na koszuli, kiedy ta osoba przychodzi do nas z prezentem, z tortem, czymś, co chce nam wręczyć. To lekkie faux pas. W tym wypadku internetowe faux pas.
„Jak go nie poprawię, to się nie nauczy”
Czy w którejkolwiek z powyższych sytuacji poczulibyście się komfortowo? Nie sądzę. A jednak ktoś mógłby powiedzieć, że jeśli nie poprawię dziecka, męża, mówcy, to będą oni trwać w swojej językowej nieświadomości. Jeśli ja ich nie poprawię, to oni się nie nauczą. Naprawdę? Nie nauczą się? Czy nauka przez publiczne upokarzanie kogoś – wiem, to mocne słowo, ale trzeba nazwać rzeczy po imieniu – jest naprawdę jedyną słuszną drogą?
Pamiętacie jeszcze, jak to było, kiedy staliśmy w szkole przed tablicą i odpowiadaliśmy na lekcji na przykład w podstawówce? I jak się czuliśmy, kiedy nie znaliśmy odpowiedzi albo kiedy się pomyliliśmy? Ktoś z klasy pewnie spuścił głowę, bo też nic nie umiał, ktoś inny może próbował nam podpowiadać, ktoś patrzył ze współczuciem, bo pewnie przed chwilą przeszedł to samo. Może trafił się ktoś, kto się śmiał pod nosem… albo i nie pod nosem. Czy wtedy naprawdę łatwiej nam było cokolwiek zapamiętać? Czegokolwiek się nauczyć? Czy może stres i wstyd nas tak zżerały, że wyparliśmy tę sytuację z pamięci i naprawdę niczego się nie nauczyliśmy?
Jeśli macie silną psychikę i takie sytuacje Was nie ruszają, to super. Szczerze Wam zazdroszczę. Ale zakładam, że takich osób jest mniej.
To dobrze wygląda tylko na filmach. Oglądam teraz na Netfiksie serial How to get away with murder (Sposób na morderstwo). Tam w czasie wykładów prowadząca co chwilę wywołuje kogoś do odpowiedzi. Ona już sama w sobie – sama jej postać – budzi grozę. Studenci przychodzą cali drżący na jej zajęcia. Atmosfera jest napięta, wszyscy się boją. Zapytany cały się trzęsie, a to są dorośli ludzie – dwudziestokilkuletni zwykle. O dziwo, studenci bardzo dobrze sobie radzą. Po każdym upokorzeniu jednego z nich mamy wrażenie, że cała reszta i on sam dużo się nauczyli, że ten upokorzony rzeczywiście zapamiętał najwięcej. Tylko że to jest serial, a nie życie.
Pamiętam ze swoich studiów takich prowadzących, którzy budzili grozę. Jak teraz się zastanawiam, czy rzeczywiście najwięcej pamiętam z ich zajęć, to odpowiedź brzmi: nie. Pamiętam głównie ten stres i tę grozę. Najwięcej zostało mi w głowie po spokojnych rozmowach, po przerzucaniu się argumentami, po zajęciach i ćwiczeniach, które były prowadzone w atmosferze zrozumienia i przyzwolenia na błędy.
Druga strona medalu
Żeby jasno nakreślić całą tę sytuację, powinnam wspomnieć o jeszcze jednym przypadku. Mówiłam do tej pory o sytuacjach, kiedy rzeczywiście ktoś popełnił błąd i był publicznie upomniany, ale nie zapominajmy o drugiej stronie tego medalu. To, co komuś może się wydawać błędem, nie zawsze nim jest.
Jakiś czas temu, już w dobie pandemii, było organizowane – bodajże na 11 listopada – ogólnopolskie dyktando. Jedno z dyktand organizowanych dla Polaków, tym razem w wersji online. Po tym dyktandzie organizatorzy powiedzieli, że jeżeli ktoś znalazł jakieś błędy w tekście, to oczywiście może je zgłosić i one zostaną wzięte pod uwagę. W związku z tym ogłoszenie wyników dyktanda bardzo się opóźniło, bo wyobraźcie sobie, że zgłoszeń z błędami przyszło strasznie dużo! O ile pamiętam, ponad setka. Pamiętam dokładnie post opublikowany na Facebooku przez organizatorów. Mówili w nim o tym właśnie, że bardzo dużo zgłoszeń do nich dotarło, i dodawali, że oczywiście każde z tych zgłoszeń czytają, dokładnie analizują, ale już teraz mogą powiedzieć, że jakieś 99% zgłoszonych rzekomych błędów to nie są błędy!
Jestem w stanie w to uwierzyć. Dlaczego? Dlatego że nam się wydaje, że na przykład przed „i” nie stawiamy przecinka, bo tak nas uczono w szkole. Nam się wydaje, że nie mówi się „duża litera”, tylko „wielka litera”, bo tak nas uczono w szkole. Wydaje się nam, że nie wolno zaczynać zdania od „więc”, bo tak nas uczono w szkole. Żadna z tych rzekomych zasad, które teraz przytoczyłam, nie jest prawdziwa. Możemy postawić przecinek przed „i” w konkretnych sytuacjach. Możemy zacząć zdanie od „więc” w konkretnej sytuacji, a że duża i wielka litera to to samo – to już wiecie.
Jak to robić dobrze? I czy to zawsze działa?
Czy wobec tego w ogóle nie powinno się wskazywać błędów?
Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o odpowiedzi, to cytat z Pisma Świętego, gdzie są takie słowa – oczywiście nie przytoczę ich dokładnie, ale sens zostanie zachowany – „Gdy twój brat zgrzeszy przeciwko tobie, to idź i upomnij go w cztery oczy”. Idź i upomnij go w cztery oczy! Nie publicznie, nie komentarzem na Facebooku. Może Ci się nawet wydawać, że to jest upomnienie w cztery oczy [na Facebooku], ale nie. Ten komentarz nie zostanie przeczytany tylko przez właściciela na przykład fanpage’a facebookowego czy właściciela grupy, ale przez – powiedzmy – 3500 innych osób, które do tej grupy należą, albo przez 10 tysięcy innych osób, które obserwują daną osobę na Facebooku.
Tak naprawdę nawet upominanie w cztery oczy nie daje gwarancji sukcesu. Przypominam sobie sytuację, kiedy ja sama wskazałam komuś w Internecie błąd na grafice. Była to osoba, której nie znam osobiście, ale znaliśmy się internetowo. Osoba zajmująca się też językiem. Nie korektorka. To było lata temu. To nie była zwyczajna grafika, bo pewnie wtedy po prostu poszłabym dalej, natomiast na tej grafice ta osoba reklamowała swoje usługi w zakresie tworzenia tekstów, publikacji, usługi marketingowe i między innymi korektorskie, redakcyjne. Na tej grafice był – w moim odczuciu – dość duży błąd. Oczywiście nie wystosowałam publicznie komentarza pod tą grafiką, ale wysłałam wiadomość prywatną, w której napisałam: „Słuchaj, popraw sobie tam to i to, żeby Ci ktoś nie wytknął tego błędu, bo głupio by było. Reklamujesz się, że też poprawiasz teksty. Pewnie jakieś przeoczenie nastąpiło. Jak sobie to poprawisz, to myślę, że będzie lepiej”. No i niestety moja próba uczynienia świata lepszym spotkała się z negatywną reakcją. Błąd nie został poprawiony. Autorka tej grafiki powiedziała, że ona tak napisała i tak to zostanie, a ona sobie nie życzy takich komentarzy i gdyby chciała usłyszeć opinię, toby o to poprosiła. Oczywiście to było jej święte prawo! To tym bardziej dało mi asumpt do myślenia o tym, że może rzeczywiście nie warto się wszędzie pchać z tymi swoimi korektorskimi poprawkami, bo jeżeli ktoś tego nie chce, to nie ma sensu go uszczęśliwiać na siłę.
Inny przypadek. Ja zrobiłam błąd – na reklamie któregoś z kolejnych webinarów. To był bodajże webinar o tabelach, który nie jest już dostępny na mojej stronie. Tytuł tego webinaru brzmiał Tabele bez tajemnic. Słowo „tajemnic” niesie w sobie duży potencjał literówkowy.
Szymon przygotowywał grafiki do reklam i – mój błąd, mój błąd, mój błąd, jak kiedyś mówił kabaret Mumio – sprawdziłam tylko jedną z tych grafik. Popełniłam podstawowy błąd początkującego korektora, to znaczy założyłam, że jeżeli na jednej grafice będzie poprawny zapis, to na wszystkich innych, skoro jest tam ten sam tekst, też będzie on poprawny. Założyłam, że grafik zrobił kopiuj-wklej. Nigdy nie wolno czegoś takiego robić! Nigdy nie wolno czegoś takiego zakładać, bo jeżeli grafik nie zrobił kopiuj-wklej, tylko wklepywał z klawiatury za każdym razem ten sam tekst (a tak było w tym przypadku), to na drugiej grafice mogła być literówka. I tak się wydarzyło.
Jeśli chcesz poznać więcej błędów początkujących korektorów, żeby się przed nimi ustrzec – wysłuchaj odc. 3 podcastu Po drugiej stronie książki.
Dosyć szybko tę literówkę zauważyłam. Ale kilkadziesiąt osób zdążyło zobaczyć tę reklamę, zanim została zdjęta. Akurat w tym wypadku bardzo bym się cieszyła, gdyby przyszedł ktoś i w cztery oczy powiedział mi: „Ej, Ewa, tam jest literówka. Poprawcie tę reklamę, grafikę. Albo zdejmijcie ją, albo zróbcie z nią cokolwiek innego”. Bardzo bym się ucieszyła, gdybym wcześniej dostała taką wiadomość prywatną, co się niestety w tym wypadku nie wydarzyło.
Konsekwencje poprawiania innych
Co zrobiłam z tą reklamą? Ta historia ma drugie dno – drugi morał, jeżeli chcielibyśmy użyć takiego górnolotnego słowa. Oczywiście natychmiast ją zdjęliśmy, a ja przez parę godzin rozbijałam sobie kołki na głowie, zastanawiając się, jakim cudem ja to przepuściłam! Oczywiście wiem, jak to się stało. Poczyniłam niesłuszne założenie, że inne grafiki są równie poprawne jak pierwsza. Ale uwaga! Potem otrzepałam się i wróciłam do przygotowywania webinaru. Nie dałam sobie wmówić – sobie samej, bo nikt mi tego nie mówił z zewnątrz – że ta literówka świadczy o tym, że powinnam z tego webinaru zrezygnować, bo się do niczego nie nadaję, nie jestem korektorem albo nie mam prawa się tak nazywać. I że nie mam prawa nikogo uczyć, skoro sama przepuściłam błąd na grafice. Nie przyjęłam tego do wiadomości, mimo że mój wewnętrzny impostor, oszust bardzo głośno domagał się wysłuchania swoich uwag.
Webinar o tabelach się odbył, zobaczyło go na żywo kilkaset osób, kilkaset innych wykupiło dostęp do pełnego pakietu materiałów, czyli do nagrania, e-booka, prezentacji i notatki wizualnej, które zawsze powstają po moich webinarach. Szkolenie pomogło wielu ludziom ogarnąć temat tabelek w Wordzie – i pod kątem edytorskim, i pod kątem technicznym. A to dlatego, że nie dałam sobie samej wmówić, że skoro zrobiłam literówkę, to się do niczego nie nadaję.
Jakie są najbardziej widoczne konsekwencje bycia poprawianym w Internecie? Strach przed zadawaniem pytań i – w przypadku korektorów – strach przed reklamowaniem swojej działalności w Internecie. To są dwa naprawdę bardzo poważne problemy.
Jestem autorką kursu dla korektorów: Akademii korekty tekstu. Kursu, w czasie którego uczę, jak zostać korektorem. Wiecie, jaka była największa trudność w przygotowaniu tego kursu? Nie zaplanowanie treści, nie napisanie ich. Owszem, napisanie ich było mozolne i żmudne. Zajęło mi mnóstwo czasu, ale sam spis treści stworzyłam w ciągu jednego wieczora. Największą trudnością było pokonanie strachu, że ten kurs nie będzie perfekcyjny i że ktoś powie, że są w nim błędy.
Jesienią startuje czwarta edycja Akademii korekty tekstu. Teraz na kursie od razu pojawia się moduł pod nazwą „Errata”. W tym module umieszczam informacje o większych poprawkach, które wprowadzam w trakcie danej edycji. Można by powiedzieć, że to jest skandal i obciach, ale spotkałam się wyłącznie z pozytywnymi reakcjami. Chcę wierzyć, że spotkałam się z nimi dlatego, że negatywnych nie ma, a nie dlatego, że ktoś się nie odważył lub nie chciał mi o tym mówić. Umówmy się: jeżeli kurs składa się z ponad tysiąca stron w PDF-ach, stron przepełnionych merytoryką, z około setki stron ćwiczeń – to nie ma ludzkiej siły, żeby gdzieś się tam jakaś literówka czy inne błędy nie wkradły!
I jeszcze jedno. Kursanci podkreślali, że ta errata miała dla nich wymiar wręcz terapeutyczny. W Akademii uczymy się zawodu korektora – zawodu polegającego na wyłapywaniu błędów. Jaka jest największa obawa przyszłych korektorów? Oczywiście – czy zdobędą zlecenia, tak. Ale druga z tych obaw brzmi tak: a co, jeśli ja wszystkiego nie wypatrzę? A co, jeśli sama zrobię błąd? A co, jeśli sam przepuszczę błąd? Kiedy kursanci widzieli, że wszystkim przytrafiają się błędy i nijak nie umniejsza to wartości merytorycznej na przykład takiego kursu jak Akademia korekty tekstu, a do tego widzieli, że można się do tych błędów przyznać, normalnie o nich mówić i po prostu je poprawić, to ściągało z nich brzemię dążenia do perfekcji. Zmniejszało opór i strach. I żeby nie było, że ja to sobie wymyślam – naprawdę jest to zdanie kursantów.
Korekta a budowlanka
Jesteśmy bardzo surowi w stosunku do ludzi zajmujących się językiem zawodowo. Jestem akurat w trakcie dużego remontu w moim domu. Jeżeli firma wykończeniowa przychodzi do nas do domu i robi remont, to zawsze potem się znajduje jakieś niedoróbki. Mogę Wam podać setki przykładów jakichś takich błędów, które popełniły nasze ekipy remontowe. A to „uszczerbali” płytkę przy schodach, bo coś im tam z dachu spadło, a to nie domalowali dokładnie kawałka ściany przy jednym oknie, a to gniazdka założyli o kilka centymetrów za daleko, a to gniazdko założyli do góry nogami – i tak dalej, i tak dalej. Właściwie nie gniazdko tylko włącznik. Ale do meritum. Czy ja bym Wam tę firmę poleciła? Tak, tak, po trzykroć tak! Jestem bardzo zadowolona z efektów ich pracy – mimo tych niedoróbek. Przymknięcie oka przychodzi mi tu bardzo łatwo.
Zastanawiam się, dlaczego z językiem jest inaczej. Dlaczego wiele osób załamuje ręce, kiedy w książce znajdzie jedną czy dwie literówki? Nie wiem, dlaczego tak jest, ale mam pewną teorię.
W przypadku budowlanki większość z nas ma poczucie, że samodzielnie za Chiny ludowe tego nie zrobi. Ja jeszcze ściany może bym pomalowała, ale dachu jednego nie ciągnę, drugiego nie założę. Po prostu się na tym nie znam. Zakładam jednak, że każda z osób, które słuchają tego podcastu, czyli także Ty, potrafi mówić po polsku i przez wiele lat w szkole uczyła się tego języka. Mamy więc poczucie, że się na języku polskim znamy. A skoro my wyłapaliśmy literówkę, nie będąc zawodowym korektorem / zawodową korektorką, no to jakim cudem ktoś, komu za to płacą, ją przepuścił?! Ale my, jako osoby niezajmujące się zawodowo korektą, nie wiemy, ile pracy musiał włożyć korektor w to, żeby z książki zniknęła setka innych błędów. Tych błędów już nie widać, bo ich nie ma na wydruku. Nie widać tego, co się dzieje za kulisami.
Wydawcy mogliby załączać do książek przynajmniej fragmenty oryginału. Powiedzmy – pięć stron nietkniętych ręką redaktora na sam koniec. Wtedy może czytelnicy, którzy nie są zaznajomieni z kulisami pracy korekty i redakcji, bardziej by docenili rzeczywistą rolę redaktorów i korektorów w książce. Bo z błędami jest jak z karaluchami. Uwielbiam to porównanie, chociaż za karaluchami nie przepadam. Za każdym jednym karaluchem, który wyszedł na światło dzienne, kryje się setka innych ukrytych za ścianą. Rolą korektora jest utrzymanie całej rodziny karaluchów w ukryciu, poza zasięgiem wzroku czytelnika. A najlepiej wybicie ich na amen. Tylko że na widok tego jednego, który się przedarł, wiele osób i tak krzyknie.
Czy poprawianie błędów jest potrzebne? Oczywiście, że tak. Na tym bazuje zawód korektora.
Czy należy to robić publicznie? Moim zdaniem – kategorycznie nie.
Czy są sposoby na to, żeby wskazać komuś błąd i przy tym nie zawstydzać go ani nie krytykować? Oczywiście, że tak. Jednym z nich jest upomnienie w cztery oczy.
Czy te sposoby zawsze działają? Jak pokazuje jeden z przykładów, o których mówiłam wcześniej – nie.
Dlatego trzeba rozwijać w sobie empatię i wyciągać wnioski, żeby na przyszłość skuteczniej nieść kaganek oświaty, o ile mamy takie ambicje. Trzeba też pamiętać, że zawsze, w każdej sytuacji najważniejszy jest po prostu dobry przykład. Jeżeli sto razy powtórzę mojemu trzyletniemu synowi, że samolot ma skrzydła, że dorobimy do jego samolotu skrzydła i że pomalujemy wspólnie skrzydła – to on w końcu przestanie mówić, że to są skrzydły.
Trzeba też pamiętać o tym, że po drugiej stronie zawsze stoi człowiek. Niech Was nie zmylą ekrany komputerów. Tam naprawdę zawsze po drugiej stronie siedzi człowiek. Przez naśladowanie i w atmosferze zrozumienia i empatii uczymy się skuteczniej niż poddawani krytyce. Bo życie to nie jest Netflix. Na szczęście.
The post PDSK#015 Jak poprawiać innych i czy w ogóle warto to robić (podcast) appeared first on Ewa Popielarz.


