Po drugiej stronie książki

Ewa Popielarz
undefined
Feb 28, 2024 • 25min

PDSK#034 Czy kurs korekty zrobi z Ciebie korektora? (podcast) 

Nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera. To zdanie słyszałam wielokrotnie w dzieciństwie, głównie w żartach, bo moi rodzice bardzo dużą wagę przywiązywali do matury i edukacji w ogóle. Ale pytanie brzmi: czy w odniesieniu do zawodu korektora te słowa mają szansę się sprawdzić? Czy same dobre chęci wystarczą, żeby zostać korektorem/korektorką? Dobre chęci są ważne, bardzo ważne, ale edukacja też jest niezbędna. Gdzieś musisz zdobyć twardą wiedzę, która umożliwi Ci pracę w tym zawodzie. Czy musi to być nauka na kursie? Nie. Ważne, żeby poznać i zrozumieć zasady, a potem umieć je wdrożyć w praktyce. Kurs może Ci w tym pomóc, ale nie czy jest gwarancją sukcesu? Krótko: nie. Subskrybuj: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | Inne Montaż: Paweł Dudziński Plan odcinka Zasada Pareta w odniesieniu do korekty Zalety kursu korekty Co poza kursem korekty? Słowa klucze: przedsiębiorczość i wytrwałość Jedno jest pewne: da się Jak mogę Ci pomóc Transkrypcja podcastu #034 Czy kurs korekty zrobi z Ciebie korektora? Redakcja transkrypcji: Ewelina CzempikKorekta: Adrian Gawin Zasada Pareta w odniesieniu do korekty Istnieje coś takiego jak zasada Pareta. Niektórzy mówią zasada Pareto, ale nazwisko zakończone na -o powinniśmy odmieniać, więc po korektorsku powiemy: zasada Pareta. I może tę zasadę lekko znadinterpretuję, ale bardzo pasuje mi do tematu tego odcinka. Zasada Pareta to zasada 20:80, czyli 20% naszych wysiłków przynosi skutek w postaci 80% owoców. Chciałabym podejść do tematu trochę inaczej. Wyobraźmy sobie, że jest pewna pula elementów, o które trzeba zadbać, żeby osiągnąć sukces. Sukces – w naszym przypadku – to będzie praca w zawodzie korektora. 20% z elementów, o które trzeba zadbać, stanowi kurs korekty. I te 20%, czyli ten kurs, jest tak kluczowym składnikiem, że może być odpowiedzialny nawet za 80% efektów. Kurs da Ci zwykle pełną wiedzę teoretyczną – pod warunkiem, że wybierzesz odpowiedni. Istnieją różne szkolenia, które wybiórczo poruszają niektóre tematy, ale jeśli zdecydujesz się na kurs kompleksowy, wiedza będzie niemal pełna. Zalety kursu korekty Co da Ci kurs? Przede wszystkim wiedzę i umiejętności praktyczne, które od razu przećwiczysz na tekstach. Da Ci kontakty, wiedzę dotyczącą budowania oferty, powie Ci, gdzie szukać zleceń, a nawet wyposaży Cię w narzędzia do ich szukania. Nauczy Cię korzystania z programów, które są potrzebne do tej pracy i wprowadzi Cię w świat korekty – oraz za kulisy świata wydawniczego. Po kursie będziesz mieć za sobą około 80% drogi, którą trzeba przejść, żeby zacząć zarabiać na korekcie. Ale uwaga! Potrzebujesz dojść do 100%, żeby móc powiedzieć: „Tak, mogę zarabiać na korekcie, traktuję ją faktycznie jako moją pracę”. I teraz, żeby tę setkę osiągnąć, potrzebny jest jeszcze ogromny wysiłek. Pozostałe składniki, które trzeba dołożyć do kursu, stanowią 80% tej puli elementów, o które musisz zadbać, żeby dojść do celu. „Kurs sprawi, że będziesz mieć spektakularny efekt już na starcie. Będziesz mieć poczucie, że naprawdę już bardzo dużo wiesz”. Może się pojawić pewne złudne poczucie, że właśnie nadszedł moment, gdy wszyscy powinni Cię zatrudniać, płacić ogromne stawki, a drzwi wydawnictw i przedsiębiorców same się przed Tobą otwierają. Tak jednak nie będzie. To prawda – po kursie będziesz wiedzieć bardzo dużo. Ale żeby nabrać pewności w tym zawodzie, żeby dojść do tych 100%, kiedy będziesz już naprawdę wiedzieć, co robisz, potrzebujesz przejść jeszcze całkiem sporo kroków. I nie możesz w tym momencie się poddać. Między tymi proporcjami, czyli 20:80, może się pojawić spora rozbieżność, ale nie chodzi o to, żeby Cię demotywować. Duża część pracy i tak będzie wymagała samodzielnego działania – to etap utrwalania materiału, poznawania branży, wychodzenia do ludzi, nawiązywania kontaktów, nauki sprzedaży, reklamy i przedsiębiorczości. Ta praca jest niezbędna, ale dzięki niej naprawdę uzyskasz gotowość do działania. Jeżeli znajdziesz narzędzie, na przykład kurs, które ułatwi Ci start i pozwoli zrobić pierwszy duży krok, przejdziesz szybciej przez wszystkie kolejne etapy potrzebne do tego, by zacząć zarabiać w tym zawodzie. Taka pomoc przy pierwszej części drogi daje pewność, że się nie zniechęcisz na samym początku. Kurs wprowadzi Cię w ten świat najprawdopodobniej prostym językiem – dużo prostszym niż słowniki czy podręczniki do nauki języka, poprawności językowej albo edytorstwa. Zapewni Ci ćwiczenia praktyczne i pokaże różne odstępstwa od norm. Czytając publikacje wydawnictw, w których zasady i normy są szczegółowo rozpisane, raczej nie natkniesz się na wiele wyjątków. Wyjątkiem będą tutaj zasady, które są znormalizowane, ale bywa tak, że w jakimś typie publikacji odchodzimy od ogólnie przyjętych zasad – i tego Ci już podręcznik nie powie, bo to mówi życie i doświadczenie. Tego właśnie może Cię nauczyć ktoś, kto od lat pracuje w korekcie lub redakcji i osobiście zetknął się z takimi sytuacjami. Na kursie nauczysz się, jak przekładać teorię na życie, będziesz mieć też styczność z różnymi typami tekstów do korekty. Samodzielnie trudno jest zdobyć takie praktyki i dostęp do różnorodnych tekstów. To stwarza problem: z jednej strony trudniej sprawdzić się w różnych sytuacjach, z drugiej – trudniej określić, czym naprawdę chcemy się zajmować. Kurs daje możliwość zadawania pytań i konsultowania się z innymi osobami z branży, a to jest nieocenione. Przez wiele lat pracowałam i uczyłam się korekty sama, co było bardzo trudne i frustrujące. Pytania pojawiają się na każdym kroku, przy każdej publikacji. Samo odwołanie się do zasad nie zawsze pomaga, a czasem wprowadza tylko więcej chaosu, bo trudno zastosować je w konkretnym przypadku. Często pojawiają się też sytuacje, w których trzeba zdecydować, czy ustąpić autorowi, gdy nie zgadza się z zasadą, czy zastosować regułę i narazić się na konflikt. Bez możliwości konsultacji z kimś doświadczonym łatwo poczuć się zagubionym i niepewnym swoich decyzji, obawiać się błędów i tego, jak wpłyną one na opinię o nas jako specjalistach. Jeżeli nie będziesz mieć możliwości konsultowania takich niuansów – a jest ich naprawdę wiele – praca stanie się trudna. To nie są rzadkie wyjątki, które zdarzają się raz na kilka lat. W niemal każdej publikacji pojawią się nietypowe sytuacje językowe lub edytorskie, dlatego warto mieć kogoś, do kogo można się zwrócić z pytaniem – i z kim można się skonsultować. „Ważne, żeby to wybrzmiało: kurs to nie jest magiczna różdżka”. Kroki, które warto podjąć poza kursem Około 80% elementów potrzebnych, by móc powiedzieć: „Korekta i redakcja to mój zawód”, wymaga samodzielnej pracy i zaangażowania. Na kursie wiedza jest Ci podana w przystępny sposób – czy to poprzez przygotowany, dobrze zredagowany PDF, nagrania wideo, ćwiczenia z gotowymi rozwiązaniami, czy szczegółowe wyjaśnienia. Twoim zadaniem jest ją wchłonąć, przyswoić i zrozumieć. Jednak pozostałe 80%, które jest już związane z praktyką i przedsiębiorczością, jest już w Twoich rękach – i tutaj nikt Cię nie zastąpi. Możesz mieć wsparcie, ale samodzielne działanie będzie niezbędne.  Co mieści się w tych 80%? Po pierwsze – dalsza nauka. Paradoksalnie jest to najłatwiejszy krok, bo kiedy opanujesz podstawy i zrozumiesz zasady, kolejne zagadnienia będą wchodzić do głowy stosunkowo łatwo. Warto czytać książki, przeglądać strony internetowe i śledzić konta korektorów oraz edukatorów. Każdy tekst, który poprawiasz lub analizujesz, uczy Cię czegoś nowego. Druga rzecz – praktyka. W tym miejscu zaczynają się małe schody, bo skądś te teksty do praktykowania trzeba wziąć, więc trzeba wyjść do ludzi ze swoją ofertą. No i tutaj wchodzimy w żywy język. Pojawiają się te wszystkie niuanse i niuansiki, o których wspominałam.Punkt trzeci – moim zdaniem najtrudniejszy, na którym niestety najwięcej osób się wykłada – to przedsiębiorczość. Zlecenia nie spadają z nieba, trzeba je sobie wychodzić. Trzeba wyjść do ludzi i to zajmie dużo czasu. Samo przygotowanie oferty, wysyłanie podań i ofert, czekanie na pozytywne odpowiedzi – będzie trwało. Wytrwałość – klucz do sukcesu w pracy z tekstem Nie ma jednej złotej rady, nie ma magicznej różdżki. Jest wytrwałość. Im dłużej jestem w tym zawodzie, im więcej rozmawiam z ludźmi, tym mocniej o tym się przekonuję.  „Wytrwałość to jedyny klucz do sukcesu”. Trzeba po prostu działać – różnymi drogami i na różne sposoby. Ważne jest, by polubić nie tylko samą korektę, czytanie książek i wyłapywanie literówek czy niuansów językowych, ale też całe działanie wokół zawodu: reklamowanie się, kontaktowanie z ludźmi – to niezbędny element pracy. Nie musisz tego uwielbiać, ale nie możesz traktować jako przykrego obowiązku. Bez tego po prostu nie zdobędziesz zleceń. Częsty błąd początkujących freelancerów to niepostrzeganie poszukiwania zleceń jako części pracy – a to jest integralny element pracy korektora czy redaktora. Załóżmy, że pracujesz trzy, cztery godziny dziennie, ale na początku nie masz tylu zleceń, żeby wypełnić ten czas korektą. Nie możesz po pół godzinie robienia korekty odchodzić do innych zajęć – musisz aktywnie działać, szukać kolejnych zleceń i rozwijać się w tym zawodzie. Przez długie godziny dopracowujesz swoje portfolio, swoją ofertę i stronę internetową, szykujesz content do mediów społecznościowych, uczysz się obsługi programów – do korekty, redakcji czy tworzenia treści na media społecznościowe – doszkalasz się również z marketingu, ze sprzedaży, z reklamowania swoich usług; wysyłasz maile z ofertami, udzielasz się w grupach, w których są Twoi potencjalni klienci. I – uwaga – to nie są grupy dla korektorów. „Korektorzy to nie są Twoi klienci”. Na takich grupach możesz zadać pytanie, możesz dostać wsparcie psychiczne i merytoryczne, ale tam nie ma zwykle Twoich klientów. Oni będą w grupach dla przedsiębiorców, autorów, twórców e-booków i poradników itd. Szukanie ich też jest częścią Twojej pracy. I jak będziesz to robić wytrwale, to te 80% drogi, którą przejdziesz w trakcie trwania kursu, zmieni się w 100%. Nie magicznie – to Ty to zmienisz. I być może ten odcinek drogi od osiemdziesiątki do setki będzie dla Ciebie właśnie najtrudniejszy, ale dopiero, gdy dojdziesz do celu, to wysiłek włożony w naukę nowego zawodu zacznie Ci się faktycznie opłacać i przynosić efekty.Żeby tak się stało, nie możesz wymięknąć po kursie ani zatrzymać się na złudnym poczuciu, że skoro już tyle potrafisz, to jest to koniec drogi – finał i meta, po których zostaje już tylko zbieranie laurów i czekanie na zlecenia. To tak nie działa. Jeśli zostaniesz z takim nastawieniem, jest spore ryzyko, że obudzisz się z poczuciem niesprawiedliwości i frustracji, że innym się udaje, a Tobie nie, że zlecenia nie przychodzą mimo ukończonego kursu. Tymczasem kurs to dopiero początek – a dalsze kroki wymagają konsekwentnego działania. Samodzielnie do zawodu korektora To nie jest magiczna różdżka. Po kursie może Ci się wydawać, że wiesz już bardzo dużo i że sporo rzeczy masz przećwiczonych, ale jeśli zapomnisz o tych ostatnich 20% drogi, efekty nie przyjdą. W tym momencie zasada Pareta odwraca się o 180 stopni – teraz 80% wysiłku jest potrzebne, aby osiągnąć te ostatnie 20%, które pozwolą Ci poczuć się pewnie w nowym zawodzie. Nie można wtedy odpuszczać – ale da się to zrobić. Naprawdę się da. Nie mogę odpowiedzieć Ci na pytanie, czy będziesz korektorem/korektorką po kursie, bo to zależy od Ciebie. Mogę za to z całą pewnością Ci powiedzieć, że się da. Nie mówiłabym tego, gdybym sama nie przeszła tej drogi. Wielokrotnie powtarzałam to w podcaście i podczas webinarów, ale warto jeszcze raz podkreślić: patrząc na czyjeś efekty po kilkunastu latach pracy, łatwo odnieść wrażenie, że przyszły one łatwo i samoistnie i że tej osobie po prostu się udało. Nie, nie udało się, to wszystko jest wypracowane. Jestem pierwszą i – jak dotąd – jedyną osobą w mojej rodzinie, a nawet wśród moich bliskich znajomych, która zajmuje się redakcją i korektą. Ja sama nic o tym zawodzie nie wiedziałam, kiedy szłam na studia edytorskie. Jestem po mat-fizie! Kształciłam się na inżynierkę, zawód korektora był dla mnie tajemnicą! Uczyłam się sama i sama sobie wszystko wychodziłam. Sama się dowiadywałam, jak tworzyć ofertę i rozkręcać media społecznościowe. Nie miałam żadnego pojęcia o grafice. Przechodziłam od wydawców do self-publisherów, przedsiębiorców i innych zleceniodawców. Szukałam nowych dróg, zastanawiałam się, co zrobić, gdzie szukać zleceń, kiedy te, które wykonywałam, już mi się nudziły. Dlaczego to robiłam? Bo sprawiało mi to dużą przyjemność i od początku wiedziałam, że chcę to robić. Napisałam sobie w notatkach do tego podcastu: „Wiedziałam, że chcę to robić, bo lubiłam to i nie przestraszyłam się tej drogi”. Ale myślę, że to ostatnie zdanie jest trochę na wyrost. Ja się bałam – bałam się tej drogi bardzo, bo byłam na niej sama. Ona była długa, kręta, czasem wyboista i nie widziałam nic na horyzoncie, kiedy zaczynałam nią iść. Jak wychodzi się ze szkoły matematyczno-fizycznej, to człowiek wie wszystko, od A do Z, czego ma się nauczyć. Wie, że jak się nauczy tych pięciu wzorów i rozwiąże 50 zadań, to z kolejnymi 150 zadaniami wedle podobnego schematu też sobie poradzi. A tutaj była pustka. Ogromna przestrzeń wiedzy, która na samym początku mnie przytłoczyła, bo nie widziałam końca, nie widziałam tego Z, do którego mam dojść. I bałam się tego bardzo. Coś jednak się wydarzyło, coś istniało i istnieje cały czas w redakcji i korekcie – i właśnie to mnie przy niej trzymało. I trzyma do dziś. Po kursie będziesz mieć dużo łatwiej, bo zobaczysz metę na horyzoncie. Ja musiałam ją utrzymywać w głowie i nieustannie o niej myśleć, wizualizować ją sobie, żeby nie zrezygnować. Mimo to zdarzały mi się momenty zwątpienia. Zaczęłam wysyłać CV do innych branż. Miałam taki etap, kiedy chciałam rzucić korektę i przez dwa miesiące pracowałam, sprzedając szkolenia dla pielęgniarek. Ale po dwóch miesiącach rzuciłam to, wróciłam z podkulonym ogonem, bo tamta praca to jednak nie był mój świat.Nie żałuję jednak tych dwóch miesięcy przerwy, bo utwierdziły mnie w przekonaniu, że ja naprawdę chcę redagować, zajmować się tekstami i pomagać ludziom sprawiać, żeby ich teksty były lepsze. Chcę też opowiadać o korekcie. Dlatego stworzyłam Akademię korekty tekstu i pomagam innym przechodzić przez tę drogę. Nawet momenty zwątpienia i chwilowego cofania się na tej ścieżce były potrzebne i istotne. Twoja droga do korekty – jak mogę Ci w niej towarzyszyć Kiedyś przeczytałam w internecie takie zdanie: Sometimes you win, sometimes you learn. Przełożyłam je sobie na polski, żeby się troszkę zrymowało: raz się wygrywa, raz się wiedzy nabywa. I trochę tak jest – nie tylko z nauką korekty. Czasem trzeba zrobić krok do tyłu, żeby czegoś się nauczyć i żeby wystrzelić do przodu z nową energią, z nową siłą i z nową pewnością, że to jest droga, którą chce się iść. Dzisiaj jednym z moich celów jest pomaganie tym, którzy chcą spróbować swoich sił w zawodzie korektora. Ale nie jest to pomaganie magiczne, obiecujące gruszki na wierzbie, tylko rzetelne, merytoryczne i uczciwe. Staram się, żeby takie było, dlatego szczerze Ci mówię: sam kurs korekty – nawet tak dobry jak Akademia korekty tekstu –  nie wystarczy, żeby zostać korektorem. Jak wybierzesz dobry kurs, to on Ci bardzo pomoże, ale to od Ciebie zależy, jak tę pomoc wykorzystasz i czy wytrwasz w tej drodze. Jeżeli wybierzesz Akademię korekty tekstu, to od A do Z przygotuję Cię do zawodu korektora. Chociaż właściwie powinnam mówić, że od A do… powiedzmy R, bo dalsze litery trzeba wypracować samodzielnie. Ale zostanę przy metaforze, że od A do Z – w końcu po Z są jeszcze inne litery: Ź i Ż. Może nie ma ich wiele, ale nauczenie się prawidłowej wymowy i zapisu, tak aby nie mylić ich np. z RZ, czasem wymaga dużo większego wysiłku niż przyswojenie całego prostego alfabetu od A do Z. Jeżeli wybierzesz Akademię korekty tekstu w tym roku (2024) – na wiosnę, 8 marca – albo w przyszłym (bo kolejna okazja pojawi się dopiero za rok) i pozwolisz mi sobie pomóc – pozwolisz mi przeprowadzić Cię przez tę drogę – możesz mieć pewność, że zrobię wszystko, aby ten proces był dla Ciebie łatwiejszy i przyjemniejszy. Przekażę Ci wszystko, co wiem. Jak będzie trzeba, to Cię kopnę, żeby dodać Ci trochę rozpędu, ale też poklepię Cię po plecach, podam wodę czy gorzką czekoladę, żeby łatwiej było iść dalej, jak w górach. Będę trzymać kciuki za Twoją wytrwałość i zaciętość, żebyś samodzielnie mógł/mogła spełnić swoje marzenie o pracy z tekstem.  Bo ostatecznie to Ty będziesz autorem/autorką tego sukcesu. Jeśli Akademia korekty tekstu dołoży do niego choć małą cegiełkę, będzie mi ogromnie miło – ale to będzie przede wszystkim Twój sukces. The post PDSK#034 Czy kurs korekty zrobi z Ciebie korektora? (podcast)  appeared first on Ewa Popielarz.
undefined
Feb 7, 2024 • 1h 6min

PDSK#033 Test na korektora (podcast)

Czy nadaję się na korektora? Czy powinnam zostać korektorką? Lubię czytać, widzę błędy w książkach, ale czy to wystarczy, żeby zarabiać na korekcie? Bardzo często odbieram maile z takimi pytaniami. I oczywiście nie mogę na nie odpowiedzieć krótkim „tak” lub „nie”. Staram się wtedy zawsze jak najwięcej opowiedzieć o realiach pracy w korekcie i o tym, jakie predyspozycje powinna mieć osoba, która chciałaby się temu poświęcić zawodowo. Stworzyłam kiedyś nawet krótki quiz, złożony z 5 pytań, który z przymrużeniem oka wprowadza w świat korekty. Jeśli przeczytam Ci same pytania i odpowiedzi – bez żadnego komentarza – pewnie popukasz się w głowę. Część pytań na pierwszy rzut oka nie ma wiele wspólnego z korektą. Ale umówmy się tak: na początek zrobimy to klasycznie. Przeczytam Ci 5 pytań, a Ty przy każdym z nich zaznaczysz najbardziej do Ciebie pasującą odpowiedź. Później odczytam Ci wyniki – licz więc w międzyczasie, których odpowiedzi (A, B czy C) masz najwięcej. A na koniec wszystko wyjaśnię. To co? Zaczynamy? To będzie prawdziwy test na korektora! Subskrybuj: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | Inne Montaż: Paweł Dudziński Plan odcinka Rozwiąż test na korektora Pytanie 1. Ile książek miesięcznie czytasz? Pytanie 2. Do którego superbohatera jest Ci najbliżej? Pytanie 3. Wskaż zdanie, które wydaje się być poprawne Pytanie 4. Czy używasz słowa „fajny”? Pytanie 5. Którą figurę geometryczną uważasz za doskonałą? Transkrypcja podcastu #033 Test na korektora Pytanie 1. Ile książek miesięcznie czytasz? Odpowiedzi: A. 1–2 B. 3–4 C. Ale tak dla przyjemności? Pytanie 2. Do którego superbohatera jest Ci najbliżej? Odpowiedzi: A. Do Spider-Mana B. Do Batmana C. Do Supermana Pytanie 3. Wskaż zdanie, które wydaje się być poprawne. Odpowiedzi: A. W tym podcaście pokażę Tobie, jak zawód korektora wygląda od kuchni. B. Kończąc pracę, poszedł do kina. C. Hej! W pytaniu jest błąd! Pytanie 4. Czy używasz słowa „fajny”? Odpowiedzi: A. Pewnie, a co w tym złego? B. Tylko jeśli nic innego nie wymyślę C. Nie, jest wiele fajniejszych słów Pytanie 5. Którą figurę geometryczną uważasz za doskonałą? Odpowiedzi: A. Deltoid B. Koło C. Kwadrat Najwięcej odpowiedzi A: Każdy od czegoś zaczynał! Dobrze, że czytasz, ale musisz to robić częściej. Czytaj wszystko, nie tylko książki! Częściej baw się też w szukanie synonimów i pamiętaj, że dłuższe formy zaimków (np. tobie, ciebie) może i brzmią elegancko, ale nie zawsze są poprawne w danym kontekście. Korektor dużo czasu spędza w pozycji siedzącej, ale marzeń o skakaniu po ścianach niczym Spider-Man nie musisz porzucać. Wszystko da się pogodzić! Kreatywność w zawodzie korektora jest cenna, pamiętaj jednak, że autorem jest kto inny. Zamiast na wymyślne figury (jak deltoid) postaw na sprawdzone rozwiązania. Najwięcej odpowiedzi B: Dużo czytasz, świetnie! Ale miej świadomość, że po całym dniu robienia korekt możesz już nie mieć czasu ani sił na lekturę do poduszki. Chyba że będzie to słownik synonimów… Dobre podstawy językowe wyniesione ze szkoły są cenne, jednak musisz wciąż poznawać kolejne zasady! Uważaj szczególnie na imiesłów – to podstępna bestia.  Wygląda na to, że lubisz perfekcję – w końcu powiadają, że koło to figura idealna. Pamiętaj tylko, że nawet idealny Batman czasem wątpił w swoje siły. Niech Cię to nigdy nie złamie, bo jesteś na dobrej drodze! Najwięcej odpowiedzi C: Ty już wiesz, że czytanie a czytanie to dwie różne sprawy. Lektury w pracy korektora nie brakuje, ale niekiedy na tę osobistą, dla przyjemności trudno w tym zawodzie wygospodarować wolne minuty. I bywa to frustrujące. Masz wszystkie cechy, jakimi powinien dysponować korektor: wzrok jak Superman, podejrzliwość, bogate słownictwo, umiłowanie symetrii. Ale wiesz także, że doskonałość to mrzonka. Na szczęście masz dystans do siebie i poczucie humoru. Brawo, przed Tobą świetlana korektorska przyszłość! Czuję, że zrobiło się jeszcze bardziej tajemniczo. Czas więc odkryć karty. W drugiej części podcastu wyjaśnię Ci, co się kryje za każdym z pytań. Pytanie 1. Ile książek miesięcznie czytasz? Odpowiedzi: A. 1–2 B. 3–4 C. Ale tak dla przyjemności? W zawodzie korektora rzeczywiście bardzo dużo się czyta, i zawodowo, i – miejmy nadzieję – prywatnie. Dlaczego powiedziałam: „miejmy nadzieję”? Bo czytanie wszystkiego i wszędzie jest naprawdę ważne. Po pierwsze po to, żeby rozbudowywać zasób słownictwa. Po drugie dlatego, że w ten sposób też się jako korektorzy uczymy – może nie tyle twardych reguł, co rozpoznawania różnych stylów. Nie do końca chodzi mi o to, żeby z książek czerpać wiedzę o edytorstwie czy o zasadach językowych (chociaż jak książka jest dobrze zredagowana, to oczywiście też się na jej podstawie uczymy). Ale jeżeli nie mamy podstaw w postaci zasad, które poznaliśmy z podręczników czy na kursach, to po prostu nie rozpoznamy ani poprawnych rozwiązań edytorskich, ani co bardziej podstępnych błędów. Dlatego w czytaniu tekstów różnego typu chodzi trochę o co innego. Chodzi o to, żeby poznawać różne style. Bo nie ma czegoś takiego jak jeden język polski. Każdy autor ma swój styl, każdy gatunek ma też swoje cechy charakterystyczne. W odc. 26 pt. Jak zostałam korektorką. Moja historia opowiadałam o moich początkach w zawodzie. Zaczynałam pracę zawodową od współpracy z wydawnictwem naukowym. Spędziłam tam kilka lat i wieeele się nauczyłam, ale w końcu uznałam, że czas zacząć czytać ciekawsze rzeczy. Wysłałam podania do wielu wydawnictw beletrystycznych. Pod pojęciem „wielu” nie mam na myśli 5 czy 10, ale 80–100. Pojechałam z grubej rury, napisałam do wyd. Czarnego, W.A.B., do Znaku i wielu, wielu innych. O dziwo, dostałam całkiem sporo odpowiedzi, a w nich – niestety – próbki do korekty. Na tej podstawie miały być ocenione moje umiejętności. Long story short – nigdzie się nie dostałam. Bardzo słusznie, bo ja po prostu nie potrafiłam robić korekty tekstów beletrystycznych. W wydawnictwach naukowych wyglądało to zupełnie inaczej. Tam stawiało się na schemat, na ujednolicenia. Przypisy, bibliografia – to wszystko musiało być ogarnięte. Przeważały kwestie czysto techniczne, a sam język był bardzo schematyczny, jak to w pracach naukowych – taka wzorcowa, poprawna polszczyzna. A w beletrystyce – to jest zupełnie inna bajka. Tekst bywa stylizowany, potoczny, trzeba odróżnić charakterystyczny styl od manieryzmów, sprawdzić, czy każda z postaci mówi swoim językiem i czasem go nie zmienia. Ja po prostu nie potrafiłam robić takich książek. Do czego zmierzam? Jeżeli chcesz się nauczyć korekty tekstów jakiegoś typu – czytaj takie teksty. Czasem dostaję pytania: „No dobra, chciałabym współpracować na przykład z przedsiębiorcami i robić korekty newsletterów. Jak mam się tego nauczyć? Czy są jakieś podręczniki, które uczą korekty newsletterów?”. Nie ma. I pewnie nie będzie. Na mojej stronie kurskorektytekstu.pl znajdziesz dwa szkolenia pt. „Korekta korekcie nierówna”. One zbierają najważniejsze wytyczne dotyczące 12 typów tekstów. W Akademii korekty tekstu przerabiamy co tydzień teksty różnych gatunków i różnych autorów – właśnie po to, żeby poznać różne gatunki. Ale to i tak jest tylko takie liźnięcie tematu, bo żeby wgryźć się mocniej w dany gatunek, to trzeba spędzić wiele godzin na czytaniu takich tekstów. I to czytaniu uważnym, niekoniecznie dla przyjemności. Warto nauczyć się rozpoznawać schematy, charakterystyczne zabiegi. Jeżeli nie czytasz newsletterów, to nie będziesz wiedzieć, jak zwykle ich autorzy zwracają się do odbiorców, jak umieszczać linki i tak dalej. Jeśli nie czytasz literatury dla dzieci, to nie ocenisz poprawnie języka bajki, a być może – co jeszcze gorsze – zmienisz go tak, że nie będzie się nadawał dla odbiorców w danym wieku. Mam nadzieję, że już to wyczuwasz – podstawowe zasady językowe są wspólne. W większości tekstów w tych samych miejscach postawisz przecinki. Ale style tych tekstów mogą się już diametralnie różnić. Dlatego musisz czytać – nie jeden tekst na miesiąc, nie dwa, ale wiele. Żeby osłuchać się z różnymi stylami. A o co chodzi z punktem C: „Ile książek czytasz?” – „Ale tak dla przyjemności?”. To jeden z minusów pracy korektora. Jeśli przez cały dzień czytasz książki, to wieczorem masz już taki przesyt literek, że jedyne, co chcesz zrobić, to ewentualnie przeczytać napisy w serialu albo w filmie. To już oczywiście pewna skrajność – dochodzi do tego, kiedy pracy jest naprawdę dużo. I to wcale nie znaczy, że nie lubimy już czytać. Czasem po prostu nie ma na to siły albo brakuje doby. Pytanie 2. Do którego superbohatera jest Ci najbliżej? Odpowiedzi: A. Do Spider-Mana B. Do Batmana C. Do Supermana A. Spider-Man O co chodzi ze Spider-Manem? Spider-Man jest tutaj dla mnie symbolem człowieka, który biega, skacze, lata po ścianach. Tymczasem praca korektora to praca stacjonarna. Na fotelu, na którym teraz siedzę i do Ciebie mówię, spędzam kilka ładnych godzin dziennie. I trzeba to wziąć pod uwagę. To praca biurowa, tyle że często wykonywana w zaciszu własnego domu. Jeśli to Ci pasuje – świetnie. Ale jeśli potrzebujesz w życiu więcej ruchu, aktywności, warto zawczasu pomyśleć, jak to rozwiązać, żeby ślęczenie przy biurku Cię nie sfrustrowało. Możesz zainwestować w podnoszone biurko i bieżnię – bardzo polecam. Możesz wziąć laptop, pójść do kawiarni i tam popracować. Możesz pójść do parku albo na taras. Plusem jest to, że Twoje biuro, gdy jesteś korektorem/korektorką, jest niewielkie – mieści się w laptopie, niczego więcej nie potrzebujesz. Laptop, komórka z dostępem do sieci – i możesz jechać w zimie do Hiszpanii, żeby pracować nad brzegiem morza. Ale jednak większość czasu rzeczywistej pracy będziesz spędzać przy komputerze, bez wielu innych aktywności czy szalonych zmian planów – trzeba to wziąć pod uwagę. B. Batman Batman jest dla mnie symbolem perfekcji, a to duża przeszkoda w pracy korektora. Co robimy w tej pracy? Poprawiamy teksty. Sprawiamy, żeby były lepsze, eliminujemy błędy. Mylnie niektórzy twierdzą, że zadaniem korektora jest usunięcie z tekstu wszystkich błędów. Kiedyś u mnie na Instagramie pojawił się komentarz, w którym ktoś pisał, że jak zobaczy w książce literówkę, to uważa, że praca korektora nie została dobrze wykonana. Nie zgadzam się z tym. Ludzie nie są robotami, nie jesteśmy w stanie w przypadku 300-stronicowej książki wyeliminować wszystkich literówek czy innych błędów. Nie mówiąc już o tym, że wiele jest w korekcie „tozależyzmów”, jedną rzecz można zapisać na różne sposoby, jeden człowiek będzie preferował ten zapis, drugi inny – i uzna, że to błąd. W każdym razie z perfekcją nie ma to wiele wspólnego. Jeżeli będziesz się fiksować na perfekcji, może się to okazać dla Ciebie bardzo blokujące. Jak masz ochotę, odsłuchaj dwa odcinki mojego podcastu, które noszą tytuł: Czego się boi korektor (to numery: 30 i 31). Jest tam mowa właśnie o takim paraliżu: „A co, jeżeli nie będę perfekcyjna czy perfekcyjny?”. To obawy absolwentek Akademii korekty tekstu. Niestety perfekcja to jest coś, co blokuje wielu kursantów, wielu korektorów w ogóle. Jeżeli traktujesz ją jako chęć ciągłego rozwoju, dążenia do tego, żeby być coraz lepszym/lepszą, uczenia się – okej, wszystko w porządku. Dopóki nie zacznie Cię to paraliżować. Jeżeli będziesz się bać założyć konto na Instagramie, bo może zrobisz literówkę w poście i ktoś Ci to wytknie, albo będziesz się bać podjąć jakiegoś zlecenia w przekonaniu, że jeszcze za mało potrafisz – to może znaczyć, że pod przykrywką perfekcji kryje się po prostu strach przed popełnieniem błędu. A będziesz je popełniać. Będziesz je poprawiać, wiele przeoczysz, a wiele innych popełnisz. Ważne, żeby być coraz lepszym, nie perfekcyjnym. C. Superman Superman to supermoce. Jeżeli zaczniesz poznawać głębiej zawód korektora, jeżeli poznasz zasady językowe, przestudiujesz je rzetelnie od A do Z, od deski do deski, przećwiczysz je w praktyce, będziesz mieć stały kontakt z różnymi tekstami, z różnymi autorami, to zaczniesz wykonywać swoją pracę coraz lepiej. Autorzy będą Ci mówić, że są zadowoleni z Twojej pracy, że tekst stał się lepszy, to doda Ci skrzydeł. Będziesz się w pewnym momencie czuć naprawdę jak superbohater(ka), jak ktoś, kto może sprawić, że tekst jest lepszy. „Pani Ewo, to jest niesamowite, ale ten tekst jest taki sam, ale jakby lepszy” – jeśli znasz moje podcasty albo bywasz na moich webinarach, to pewnie kojarzysz to zdanie. To słowa jednej z autorek, której książkę redagowałam. Ja bym sama nie wymyśliła lepszej definicji zawodu korektora. Dokładnie o to w tym chodzi. Naszą supermocą jest sprawianie, żeby tekst był taki sam, bo to cały czas musi być tekst autorski, ale jakby lepszy. Każdy z nas tę supermoc poczuje w innym momencie. Mnie najwięcej satysfakcji sprawia wyłapanie nieścisłości w tekstach tłumaczonych. Nie dlatego, że chcę przyłapać na czymś tłumacza. Tu nie chodzi o wytykanie komukolwiek błędów. Ale dlatego, że czasem znalezienie tych pomyłek jest naprawdę trudne. To nie literówka. Podam jeden przykład. Redagowałam kiedyś książkę dla dzieci, w której była mowa o tym, że bohaterowie wyjeżdżają na safari. W pewnym momencie ktoś wspomniał o zebrach – było tam powiedziane, że jest wiele różnych gatunków zebr, ale tutaj mamy do czynienia ze zwykłymi zebrami. I tak mi te zwykłe zebry jakoś nie pasowały… Wróciłam do oryginału, znalazłam ten fragment i okazało się, że było w nim sformułowanie plain zebra. A plain oczywiście może znaczyć „zwykły”, ale cała ta fraza to nazwa gatunkowa zebry stepowej. Jest na świecie wiele różnych gatunków zebr, tutaj mamy do czynienia z zebrą stepową. Jak wyłapiesz taki niuans, to naprawdę zaczynasz się w pewnym momencie czuć jak osoba z supermocami. Pytanie 3. Wskaż zdanie, które wydaje się być poprawne. Odpowiedzi: A. W tym podcaście pokażę Tobie, jak zawód korektora wygląda od kuchni. B. Kończąc pracę, poszedł do kina. C. Hej! W pytaniu jest błąd! A. W tym podcaście pokażę Tobie, jak zawód korektora wygląda od kuchni. Pokażę Ci. Nie Tobie, Ci. Nie ma nic złego w słowie „ci”. Nie jest wcale bardziej pospolite. Jedyna różnica pomiędzy zaimkami „tobie” a „ci” leży w akcentowaniu. Zaimek „tobie” stoi w zdaniu w pozycji akcentowanej, co znaczy, że wypowiadamy go mocniej, a „ci” akcentu nie ma. Powiem więc: „PoKAżę ci” – „ci” podpięło się pod poprzedni wyraz. Ale powiem: „Właśnie TObie pokażę, jak to wygląda”. Tobie, a nie komu innemu. Dłuższa forma zaimka występuje często właśnie w takich przeciwstawieniach, nawet jeśli nie są wyartykułowane. Tobie, a nie komu innemu. To bardzo popularny błąd w języku mówionym. Nagrałam o nim dawno temu odcinek pt. – nomen omen – 5 błędów w języku mówionym. To 5 odcinek podcastu PDSK. Zapraszam, jeśli chcesz poznać pozostałe cztery częste błędy. W każdym razie – pierwsze zdanie nie było poprawne. B. Kończąc pracę, poszedł do kina. Co z drugim? No cóż: mamy tu imiesłów. A z imiesłowami zawsze jest pod górkę. Przysłówkowy współczesny (wystarczy zapamiętać, że to ten zakończony na -ąc) – z takim mamy tu do czynienia – może być użyty w zdaniu, jeżeli zgadza się z orzeczeniem co do osoby i czasu. Co to oznacza? I orzeczenie, i imiesłów określają jakąś czynność – wykonaną przez konkretny podmiot i w konkretnym czasie. To właśnie ten podmiot i czas muszą się zgadzać. Podam Ci dwa przykłady i wszystko będzie jasne. Klasyka: Idąc przez las, padał deszcz. Gdzie mamy imiesłów? Idąc. Orzeczenie to: padał. Kto szedł? Pewnie jakiś człowiek. A kto padał? Deszcz. Osoby, podmioty się nie zgadzają. I dlatego to zdanie jest błędne. Drugi przykład to zdanie z naszego quizu: Kończąc pracę, poszedł do kina. Kto skończył pracę? Jakiś człowiek. Kto poszedł do kina? Ten sam człowiek – osoba się zgadza. Co z czasem? Czy te wydarzenia miały miejsce w tym samym momencie? NIE! Wydarzyły się jedno po drugim. Najpierw skończył pracę, potem poszedł do kina. I właśnie dlatego to zdanie jest błędne. Zapamiętaj to sobie, bo to bardzo częsta pomyłka. Jeśli czynności następują po sobie – nie możesz połączyć ich z użyciem imiesłowu. Trzeba wtedy napisać: Po pracy poszedł do kina. Albo: Skończył pracę i poszedł do kina. Drugi przykład – drugi błąd. To już nieco bardziej zaawansowana wiedza. Jeśli znasz tę zasadę, jesteś o krok dalej na drodze do zawodu korektora. C. Hej! W pytaniu jest błąd! Ale mamy jeszcze ostatnią odpowiedź C: W pytaniu jest błąd! Rzeczywiście, w pytaniu był błąd – wrzuciłam go tam celowo. Fraza „wydaje się być jakieś tam” to rusycyzm. Powinniśmy powiedzieć po prostu: „wydaje się jakieś, np. poprawne”. Dlaczego nie zadałam pytania normalnie i nie wrzuciłam tego błędu do którejś z odpowiedzi A, B lub C? Dlatego, że korektor powinien zachować czujność na każdym kroku. Powinien czytać wszystko równie dokładnie. Bo są pułapki, w które można łatwo wpaść. Ja na przykład mam taką wadę mózgu, że nie czytam tytułów rozdziałów. Jak czytam książkę dla siebie, to całkowicie je omijam i przechodzę od razu do pierwszego akapitu. Dokładnie tak samo robiłam, kiedy wykonywałam korekty, jeśli się zagapiłam. Zdarzyło mi się więc kiedyś przepuścić literówkę w słowie „rozdział”. W książce nie było akurat tytułów, tylko same nagłówki: „Rozdział 1”, „Rozdział 2”, „Rozdział 3”. Pierwszy przeczytałam, a potem założyłam, że ktoś zrobił kopiuj-wklej, i już nie zwracałam na to uwagi. Tymczasem w którymś z tych rozdziałów brakowało „i”. Zwróciła mi na to uwagę redaktorka prowadząca i od tej pory robię tak, że – dalej nie czytam tych tytułów, bo nigdy nie mam pewności, czy któregoś nie ominęłam – ale zostawiam je na sam koniec. Jak już skończę redagować książkę, to jeszcze raz przelatuję wszystkie tytuły rozdziałów. Jeżeli rozpoznasz u siebie momenty, w których tracisz czujność, zwróć na nie uwagę i w przyszłości po prostu bardziej się pilnuj. Bo korektor powinien być zawsze czujny. Albo – jak mówili nam na studiach – upierdliwy. Pytanie 4. Czy używasz słowa „fajny”? Odpowiedzi: A. Pewnie, a co w tym złego? B. Tylko jeśli nic innego nie wymyślę C. Nie, jest wiele fajniejszych słów A. Pewnie, a co w tym złego? Co w tym złego? Nie ma nic złego w słowie „fajny”. Jacek Kłosiński, genialny specjalista od marketingu ostatnio przede wszystkim mikroprzedsiębiorców, całą swoją komunikację przy zmianie strony internetowej oparł na słowie „fajny”. Robiłam wtedy dla Jacka korektę treści na stronę i bardzo wyraźnie zaznaczył, żeby nie usuwać słowa „fajny”. Zobacz – Jacek czuł, że musi tę prośbę podkreślić, bo to słowo jest tak krytykowane, że można by założyć, że jak przyjdzie korektor, to maczetą wytnie – bez litości. Bo tak się nie mówi. I już. No, nie do końca. Nawet jeżeli masz osobiste preferencje odnośnie do jakichś słów, to pamiętaj, że to są Twoje osobiste preferencje. Trzeba je skonfrontować ze zdaniem i z intencją autora. Jeżeli tekst ma być pisany wzorcową polszczyzną, to jest łatwiej. Tak jak z tekstami naukowymi, które redagowałam na początku mojej pracy w zawodzie. Słownik jest dla nas wtedy wyrocznią i styl autora jest tutaj trochę drugorzędny. Ale w każdym innym tekście musimy połączyć zasady językowe ze stylem autora. Dobrym przykładem zderzenia naszych preferencji z wolą autora są chociażby feminatywy. Jedni je lubią, inni ich unikają, jeszcze innym są obojętne. Tych ostatnich jest chyba najmniej 😉 Jako redaktorka nigdy nie wprowadzam feminatywów do tekstu. Jeżeli w tekście jest określenie: „psycholog” czy „pani psycholog” w odniesieniu do kobiety, to nie zmieniam jej od razu na „psycholożkę”. Zawsze pytam autora, czy zmieniamy, czy nie, czy zostawiamy, czy nie. Jeżeli autor zwraca się do czytelnika w rodzaju męskim, to pytam, czy zmieniamy to na formy neutralne, żeby nie było zza nich widać rodzaju. Rolą redaktora jest w tym momencie nie narzucenie decyzji, ale przedstawienie możliwości i podanie argumentów za każdą wersją. Dobrze więc, jeśli nie widzisz nic złego w słowie „fajny”, ale pamiętaj, że do słów nie możemy podchodzić bezrefleksyjnie. Warto wiedzieć, jak są odbierane przez ludzi, i ewentualnie zaproponować autorowi zmianę. Ale nigdy nic nie narzucać. B. Tylko jeśli nic innego nie wymyślę Odpowiedź B miała sugerować szukanie synonimów. Używam słowa fajny, tylko jeśli nic innego nie wymyślę. Czyli mam nawyk szukania synonimów. To jedna z ważniejszych rzeczy w pracy korektora. Będziesz poprawiać powtórzenia, czasem słowo nie będzie pasować do stylu reszty tekstu, czasem będziesz szukać formy neutralnej zamiast męskiej albo żeńskiej. Zawsze wtedy będziesz szukać synonimów. Ważne jest też, żeby szukać synonimów z woreczka z wyrazami, których używa autor. Chodzi o to, żeby na przykład nie wstawić mu w potocznym tekście jakiegoś wyrafinowanego słowa. Albo odwrotnie – nie przegiąć z potocznym, kiedy autor pisze językiem literackim albo naukowym. Trzeba dostosować się do stylu autora. Korektor jest trochę jak kameleon, ma zapomnieć o tym, jak on sam pisze. Ma zapomnieć o swoim stylu, o swojej manierze, musi wejść w styl autora. Nie trzeba przy tym być literaturoznawcą, żeby nazwać te elementy, te zabiegi, które stosuje autor w swoim tekście. Nie musisz znać ich nazw, ale warto czujnie czytać teksty i wyłapywać pewne prawidłowości. Czy zdania są krótkie, czy są długie, czy język jest bardziej potoczny, czy to wzorcowa polszczyzna. Czy autor używa wołaczy, zdrobnień? Jak buduje dialogi? Jest tam dużo wstawek od narratora? Wypowiedzi bohaterów są długie czy dynamiczne? To są elementy, które odnoszą się do beletrystyki, ale taką analizę można zrobić w każdym tekście. A wszystko po to, żeby nie zmienić autorowi tekstu tak, żeby go nie poznał. Pamiętaj: tekst ma być taki sam, ale jakby lepszy. C. Nie, jest wiele fajniejszych słów Ostatnia odpowiedź: „Nie, jest wiele fajniejszych słów” ma sugerować dystans. Tylko dystans może nas uratować. Nasze własne dążenie do perfekcji siedzi nam na jednym ramieniu, na drugim siedzą osoby, które krytykują nas za wszystkie niedociągnięcia, które wyłapią, wszystkie błędy, które popełnimy. Wystarczy powiedzieć publicznie, że jest się korektorem, czyli poprawia się innych, i od razu w wielu osobach wywołuje to reakcję: „Oho, śmie poprawiać innych, no to w takim razie sam czy sama musi perfekcyjny/perfekcyjna”. A to nieprawda. I my już o tym wiemy. Trzeba unikać takich myśli. Tylko dystans może nas uratować. Do pracy, do błędów, do opinii innych. Pytanie 5. Którą figurę geometryczną uważasz za doskonałą? Odpowiedzi: A. Deltoid B. Koło C. Kwadrat A. Deltoid Deltoid niech będzie synonimem kreatywności, czegoś nowego, niecodziennego. Oczywiście to może być w cenie, ale w korekcie nie chodzi o to, żeby każdy tekst zmieniać. Jeżeli masz w głowie taką wizję, że redaktor szatkuje tekst, wyrzuca zakończenie, zmienia kolejność rozdziałów, uśmierca bohaterów – to pozbądź się go. To nie jest rola redaktora językowego. Takie rzeczy się dzieją, ale zanim tekst trafi do redakcji językowej. Czasem w wydawnictwie redaktor inicjujący pracuje nad tekstem z autorem. A w przypadku self-publishingu warto, żeby autor skonsultował się z trenerem pisania, zawodowym recenzentem albo przynajmniej z beta-readerami. Czasem piszą do mnie autorzy i proszą po pierwsze o redakcję, a po drugie o opinię na temat tekstu, bo może jeszcze coś w nim zmienią, proszą o takie sugestie. Jeśli pojawiają się takie prośby, to znaczy, że to jeszcze nie jest moment na redakcję językową. Jeżeli czujesz się na siłach, możesz pomóc autorowi przejść przez ten proces, ale to robią nie redaktorzy językowi, tylko osoby, które uczą pisania. To inna usługa. Tutaj przydaje się kreatywność i wszystkie cechy, które połączyłam z deltoidem. Ale nie jest to zadanie redaktora językowego. Bo jak Ty zaczniesz w redakcji językowej szatkować tekst, przesuwać fragmenty, zmieniać, to trzeba będzie go potem po prostu jeszcze raz przeczytać od nowa. Jak tekst trafia do redakcji, to ma mieć ostateczny kształt. I jasne, czasem można zaproponować jakieś zmiany, nawet fabularne, ale one już nie powinny być takie duże, żeby na przykład zamiast zabić bohatera, zostawić go przy życiu. Można zasugerować chociażby, żeby dopisać dwa zdania o którymś z bohaterów, bo jego historia się urwała. Większe zmiany wprowadzamy przed etapem redakcji językowej. B. Koło Koło to ideał, czyli znów – perfekcja. I wiem, dużo już o niej mówiłam, ale chciałabym o niej wspomnieć w jeszcze jednym kontekście. Czasem trafi do Ciebie tekst, który po prostu będzie kiepski – z Twojego punktu widzenia. Nie spodobałaby Ci się taka książka. Bardzo źle się pracuje nad tekstami, które uważamy za słabe. Poprawiasz warstwę językową, może nawet trochę w porozumieniu z autorem podrasujesz warstwę fabularną, naprawisz co nieco stylistycznie, ale historia nadal może być słaba. Trudno, to nie jest Twój tekst. Nie każdy jest Olgą Tokarczuk, część osób pisze teksty, które wchodzą pod strzechy, i trzeba im na to pozwolić. Od jednej z trenerek pisania usłyszałam zresztą kiedyś, że nie ma czegoś takiego jak obiektywnie słaby tekst. Tekst może być kiepski według Ciebie, według mnie. Może to być tekst, którego prywatnie bym nie przeczytała. Ale to nie znaczy, że nikomu się nie spodoba. Nie nam to oceniać. Jako korektorzy nie zajmujemy się oceną tekstów, nie jesteśmy recenzentami, nie jesteśmy krytykami literackimi. Pracujemy nad tym, co dostaniemy. Poprawiamy błędy, sugerujemy usprawnienia, ale nie mówimy autorowi: „Mogę panu zrobić redakcję, ale tak naprawdę to cały ten tekst się nadaje do kosza”. Jakie mamy prawo, żeby tak mówić? Żadnego. Pewnie, fajnie by było redagować wyłącznie bestsellery. Ale tak nie będzie. Trzeba dać z siebie wszystko i pomóc każdemu autorowi, z którym podejmujemy współpracę. Ale pamiętać, że ostatecznie to jego/jej tekst. Mamy go ulepszyć, a nie przepisać. Jakby lepszy – ale taki sam, pamiętasz? C. Kwadrat Ostatnia odpowiedź w pytaniu 5 i ostatnia w całym quizie – kwadrat. Czyli symetria. Ujednolicanie to mantra korektora, szczególnie w tekstach naukowych, użytkowych, ale też w beletrystyce, w e-bookach poradnikowych czy instrukcjach gier. Zwykle na etapie redakcji dokonujemy wyboru – decydujemy się na wprowadzenie do tekstu jakichś tam reguł zapisu. Może to dotyczyć liczebników, skrótów, schematu nagłówków, zapisu myśli bohaterów i tak dalej, i tak dalej. Jest tu często kilka rozwiązań, każde w porządku, trzeba się tylko zdecydować na jedno i konsekwentnie go trzymać. Bardzo często na pytanie: „Jak to zapisać?” odpowiadamy w korekcie: „Wszystko jedno jak, byle konsekwentnie”. Symetria, konsekwencja są w tym zawodzie bardzo istotne. Nie chaos, ale dbałość o szczegóły. Podsumowanie Na wstępie wspomniałam o predyspozycjach do zawodu korektora. W całym tym podcaście wskazywałam pewne cechy, które przydają się w tym zawodzie. I tak, one są bardzo ważne. Ale ostatnio coraz częściej myślę, że najważniejszą spośród wszystkich predyspozycji jest wytrwałość. Chcesz być dobry/dobra w korekcie? Ucz się – wytrwale. Chcesz zdobywać zlecenia? Reklamuj się, wysyłaj oferty, udoskonalaj je, szukaj okazji do zdobywania doświadczenia – wytrwale. Chcesz rozkręcić media społecznościowe – twórz treści, publikuje je, komentuj, rozmawiaj z odbiorcami – wytrwale. Żadna z tych rzeczy się nie uda, jeśli odpadniemy po kilku krokach. Znasz to powiedzenie: to nie sprint, to maraton? Tak właśnie jest z pracą na swoim. To najdłuższy maraton na świecie, bo… nie ma mety. Jeśli zdecydujesz się na taką pracę, będziesz ciągle w biegu. I nie, to wcale nie znaczy, że będziesz non stop zarywać noce i gonić jak chomik w kołowrotku. Chodzi o to, że pozostaniesz w nieustannym procesie: nauki, doskonalenia się, dokształcania, rozszerzania oferty. Jeśli czujesz, że to Twoja droga, bo nie lubisz stać w miejscu. I jeśli do tego chcesz ją powiązać z językiem – być może korekta i redakcja tekstu to właśnie zawód dla Ciebie. Zapraszam Cię na stronę kurskorektytekstu.pl – znajdziesz tam krótki quiz, który podpowie Ci, od czego zacząć. A jeśli chcesz sobie skrócić tę drogę (co nie znaczy: ułatwić, bo pracy i tak będzie sporo) – zerknij na stronę ewapopielarz.pl/akt7 – tam dowiesz się o Akademii korekty tekstu, czyli szkoleniu, na którym od podstaw przygotuję Cię do wykonywania zawodu korektora. VII edycja Akademii startuje 8 marca, więc masz jeszcze trochę czasu do namysłu. Kolejna możliwość dołączenia – dopiero za rok. Trzymam kciuki za Twoje plany i Twoją drogę. The post PDSK#033 Test na korektora (podcast) appeared first on Ewa Popielarz.
undefined
Sep 20, 2023 • 1h 5min

PDSK#032 Mastermind – najlepsze narzędzie biznesowe (podcast)

Zwykle kiedy siadam do rozpisywania skryptu kolejnego odcinka podcastu, mam w głowie jasną wizję tego, co chciałabym przekazać. Tym razem tak nie było. I to nie dlatego, że nie wiedziałam, o czym mówić. Wręcz przeciwnie – miałam w głowie tak dużo myśli, że po prostu nie potrafiłam zdecydować, jak je ułożyć w logiczny ciąg. A całe to zamieszanie przez zmianę tematu! Ten podcast nie będzie o pracy korektora czy freelancera, chociaż poniekąd wiąże się z tymi dziedzinami. Ten odcinek będzie o mastermindach, które są moim tegorocznym olśnieniem (bo odkrycie to za słabe słowo). Moim zdaniem to aktualnie najlepsze narzędzie do rozwijania swojego biznesu. Zapraszam Was na podcast o mastermindach! Subskrybuj: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | Inne Montaż: Kamil Dudziński Transkrypcja: Katarzyna Bień Plan odcinka Moje początki z mastermindem Mastermind a inne formy rozwoju Rola moderatora Jak wygląda sesja mastermindowa Co najbardziej lubię w mastermindach W czym mi pomógł mastermind Dołącz do jesiennego mastermindu dla ludzi słowa Źródła przywołane w odcinku Ankieta dla ludzi słowa – wypełnij i sprawdź, czy mastermind może Ci pomóc! Transkrypcja podcastu #032 Mastermind – najlepsze narzędzie biznesowe Moje początki z mastermindem Powiedziałam, że mastermind to jest moje tegoroczne odkrycie, olśnienie, ale to nie do końca prawda. Tak – jest to moje odkrycie i olśnienie, tyle że niekoniecznie tegoroczne. W tego typu spotkaniach brałam udział już wcześniej. Ale teraz wiem, że to nie były mastermindy z prawdziwego zdarzenia, ale raczej rozmowy biznesowe. Tak bym je nazwała teraz – z perspektywy tego, co już wiem mastermindach. Mniej więcej dwa lata temu razem z inną przedsiębiorczynią spotykałam się na takich konsultacjach online. Byłyśmy tylko we dwie i omawiałyśmy swoje problemy w prowadzeniu biznesu, mediów społecznościowych itp. Czułam się przez to mniej samotna w tym całym online’owym biznesie, który bardzo lubię, ale który skazuje większość osób pracujących w ten sposób na działanie w pojedynkę. Nie bez powodu o osobach, które prowadzą tego typu działalność, mówi się: soloprzedsiębiorcy. Nasze spotkania ciągnęły się przez jakiś czas, rozmawiałyśmy sobie we dwie o naszych biznesowych bolączkach, a później to się urwało. Porzuciłam temat mastermindów, zapomniałam o nich. Ale w tym roku przygoda nagle odżyła. Podskórnie czułam już, że muszę wrócić do tych rozmów, bo – po pierwsze – z kolejnych szkoleń, w których uczestniczyłam, niczego nowego się nie dowiadywałam. Webinary już przestały odpowiadać na moje konkretne potrzeby. Po drugie – nie miałam z kim o tym porozmawiać. Mogłam się wymienić uwagami z moim mężem, ale on zwykle mówił, że wszystko mu się podoba, że jest fajnie i żebym działała, a on mi pomoże, jak tylko będzie potrafił. To było bardzo wspierające, ale nie wskazywało mi, którą drogą mam pójść, nie ułatwiało mi podjęcia decyzji – bo decyzja i tak zawsze należy do mnie, niezależnie od tego, czy podejmuję ją sama, czy po konsultacji. Dzięki tym rozmowom miałam się przed kim wygadać. Czasem samo powiedzenie na głos tego, o czym się myśli, co się mieli w głowie – pomaga. Ale nie dawało mi to większego kopa do działania i do podejmowania decyzji, nie ułatwiało mi tego. Kiedy na wiosnę 2023 roku jedna z osób, które obserwuję na Instagramie, ogłosiła, że tworzy czteroosobową grupę mastermindową – zgłosiłam się od razu. Poczułam, że to jest to! To jest to, czego mi brakuje. Zebrałyśmy się w cztery osoby – cztery dziewczyny, cztery przedsiębiorczynie. Bez moderatora ani moderatorki. Ponoć nie ma przypadków. Dosłownie tydzień po tym, kiedy zgłosiłam się do tego mastermindu, napisała do mnie Ania Dyl, moje absolutne guru, jeśli chodzi o mastermindy – zresztą nie tylko moje. Ania napisała do mnie z propozycją wzięcia udziału w jej programie MasterMind Pro, czyli w szkoleniu dla moderatorów/moderatorek mastermindów. Naprawdę nie ma przypadków! Nie wiem, jak długo Ania zwykle namawia ludzi do udziału w swoim kursie, ale jest duże prawdopodobieństwo, że pobiłam jakiś rekord, bo naprawdę to była dosłownie sekunda. Przeczytałam maila od Ani i zobaczyłam błysk w głowie. Poczułam od razu, że to jest dokładnie to, czego mi brakowało. Dopóki zajmowałam się głównie redakcją i korektą, współpracowałam z jednym, dwoma, trzema zleceniodawcami – radziłam sobie sama. Były to powtarzalne czynności, bez wielkich decyzji do podejmowania. Wystarczało mi w zupełności to, co wiedziałam, co sobie doczytałam, dosłuchałam, dopatrzyłam. Nie czułam potrzeby przegadywania tego z kimkolwiek. Ale od 2020 roku prowadzę duże szkolenie dla korektorów – pod nazwą Akademia korekty tekstu. W 2023 roku odbyła się VI edycja tego szkolenia, więc już całkiem sporo osób przez nie przeszło. Jeszcze wcześniej, przed rokiem 2020, zaczęłam prowadzić webinary. Jednym słowem – poszłam w stronę szkoleń. I zaczęło się robić… problematycznie? Nie wiem, czy to jest dobre słowo. W każdym razie rzeczywiście coraz więcej problemów się nawarstwiało, coraz więcej było decyzji do podjęcia, coraz więcej możliwości, które musiałam przeanalizować, ocenić, bo nie byłam w stanie zrobić wszystkiego tego, co sobie wymyśliłam. Wtedy samotność w moim małym solobiznesie zaczęła mi powoli ciążyć. A z drugiej strony – coraz więcej osób kończyło Akademię i zaczynało prężnie działać w online’owym świecie. Cały czas mam – głównie na Instagramie – kontakt z wieloma przedsiębiorcami i przedsiębiorczyniami nie tylko po Akademii. Widzę, jak świetne mają pomysły i niestety widzę też, jak często te pomysły nie przechodzą do fazy realizacji. Co więcej – doskonale ten stan rozumiem. Bo ja sama na pomysł stworzenia Akademii wpadłam około 2018 roku. Mniej więcej dwa lata zajęło mi sprawienie, żeby Akademia ujrzała światło dzienne. Dwa lata! Oczywiście to jest kolosalny kurs i wiele czasu zajęło samo tworzenie materiałów, ale mogłabym to zrobić w kwartał, gdybym usiadła raz, a dobrze; gdybym miała cały know-how; gdybym wiedziała, jak to zrobić; gdybym miała motywację zewnętrzną; gdyby nie hamowali mnie syndrom oszusta do spółki z wewnętrznym krytykiem; gdybym się zmobilizowała i miała kogoś, z kim mogłabym przegadać trudności – i przeskoczyć przez nie szybciej. Zajęło mi to dwa lata, bo byłam sama. Mastermind a inne formy rozwoju Jestem przekonana, że gdybym wtedy – w momencie, kiedy tworzyłam Akademię – miała dostęp do takiego narzędzia, jakim jest mastermind, to stworzenie tego kursu może nie przyszłoby mi łatwiej, ale na pewno potoczyłoby się dużo, dużo szybciej. Tyle że ja wtedy nawet nie wiedziałam, że coś takiego jak mastermind istnieje. A nawet jeżeli kojarzyłam tę nazwę, to nie byłam w stanie sobie wyobrazić, jak taka sesja mastermindowa wygląda. Dlatego teraz, zanim przejdę do tego, co lubię w mastermindach i w czym mnie samej mastermind pomógł, poświęcę kilka słów temu, czym mastermind jest, czym takie spotkania różnią się od innych form rozwoju i jak taka sesja mastermindowa wygląda. Weźmy sobie na tapet trzy różne formy edukacyjno-rozwojowe: pierwsza – kursy, szkolenia, webinary, druga – mentoring, trzecia – mastermind. Kursy, szkolenia, czyli mówienie: jeden do wielu. Mentoring: jeden do jednego albo do mniejszej grupy. I mastermind, czyli spotkania w małych grupach. Ale różnią się one od siebie nie tylko liczebnością. Żeby dobrze Wam to zobrazować, posłużę się – nomen omen – obrazem, czyli metaforą. Wyobraźmy sobie las. A skoro mamy las, to musi się w nim znaleźć też Czerwony Kapturek. Albo dowolne inne dziewczę tudzież chłopiec, którzy chcą przez ten las przejść, bo po drugiej stronie jest cel, do którego dążą. Może to być chatka babci, Baby Jagi albo kogokolwiek innego, w każdym razie cel, do którego nasz bohater czy bohaterka chcą dotrzeć. Załóżmy, że mamy trójkę bohaterów. Pierwsza z tych osób nie ma zielonego pojęcia, co się w tym lesie znajduje. Stoi przed wielką ścianą drzew, która wygląda, jak mur w… „Grze o tron”. Nie ma żadnej mapy, żadnych narzędzi, żadnych wskazówek, które mogłyby ułatwić jej tę drogę. W zasadzie to może nawet nie do końca wiedzieć, jak ten cel, który jest po drugiej stronie, wygląda. I być może nawet gdyby go zobaczyła, toby go nie rozpoznała. Taka osoba potrzebuje kursu, szkolenia. Potrzebuje, żeby ktoś ją wziął za rękę, podał jej mapę, nauczył ją z tej mapy korzystać, powiedział, gdzie są przeszkody, a najlepiej to ją jeszcze nad tymi przeszkodami przeniósł (to się zdarza rzadko) albo chociaż nauczył je omijać i przeprowadził na drugą stronę lasu. Wytłumaczył, jak szukać ścieżek, które grzyby zrywać, które są trujące itd. Osoba, która stała u wrót lasu, może na początku drogi nie mieć żadnej wiedzy, żadnych środków, żadnych zasobów, ale to nic, bo to człowiek prowadzący szkolenie dysponuje środkami. Taką formę rozwoju/pomocy zwykle wybierają ci, którzy do lasu wchodzą po raz pierwszy. Ale jest też drugi bohater – człowiek, który w lesie już był, więc nie boi się wejść do środka. Stawia pierwsze kroki, zwykle całkiem nieźle zna swój cel, może nawet wiedzieć, jak szukać ścieżek, może mieć mapę, nawet jeśli niezbyt dokładną. Tyle że ta osoba nie do końca potrafi ocenić, która ze ścieżek zaznaczonych na mapie zaprowadzi ją do celu najszybciej. I kiedy staje na rozdrożu, jest w kropce. Nie ma dostatecznie dużo doświadczenia, środków, zasobów, żeby zdecydować, w którą stronę skręcić. Może oczywiście zrobić to na chybił trafił i liczyć na szczęście. Ale może po drodze wpaść w jakieś bagno. Ta osoba potrzebuje mentora. Ma na tyle dużo zasobów, że kurs wiele w jej życiu nie zmieni, ale chciałaby skorzystać z wiedzy i z doświadczenia osoby, która na wędrówkach po lesie zjadła zęby. Dzięki temu nasz bohater szybciej dotrze do swojego celu i może mniej się ubrudzi po drodze. No i wreszcie osoba numer trzy, czyli doświadczony piechur, koneser wędrówek po lasach. Osoba, która doskonale wie, do czego dąży, i – uwaga! to jest ważne! – z powodzeniem może tam dotrzeć samodzielnie, bo ma wszystkie do tego środki. Ale mimo to… zatrzymuje się w połowie drogi. Może brakuje jej motywacji, może brakuje odwagi, może jest wciąż za dużo możliwości, a jej trudno ocenić, na co się zdecydować. Nasz bohater widzi, gdzie jest bagno, gdzie są ruchome piaski, ale nadal pozostaje mu tyle opcji, że nie jest w stanie wybrać. Albo po prostu się boi. Albo nie wierzy, że jest w stanie sam osiągnąć cel. Takie osoby bardzo często zapisują się na kolejne szkolenia, wykupują kolejne kursy, ale to im z jakiegoś powodu nic nie daje. Ciągle są w samym środku lasu, cel majaczy gdzieś na horyzoncie, ale w ogóle się nie przybliża. Te osoby mają wrażenie, że nie uczą się niczego nowego i mimo wszystkich odbytych szkoleń nie posuwają się do przodu. Co jest nie tak? Ano nie tak jest to, że ta osoba jeszcze nie wierzy w to, że ma całą potrzebną jej w tym momencie wiedzę. Jedyne, czego potrzebuje, to zabranie się do działania. Działanie – to jest słowo klucz. Wtedy właśnie na scenę wkracza mastermind, czyli spotkania z innymi przedsiębiorcami, przedsiębiorczyniami, którzy są mniej więcej w tym samym miejscu, ale mają inne doświadczenia – z innych lasów, z innych dziedzin. Takie spotkanie to wymiana doświadczeń, która pozwala na jasne określenie kolejnych kroków. Nie przez kogoś z zewnątrz, przez mentora, tylko przez naszego bohatera! Przez tę osobę, która jest w środku lasu i najlepiej zna swój cel. Dzięki konsultacji z innymi, dzięki regularnym spotkaniom, dzięki subtelnej motywacji zewnętrznej – wreszcie zabierze się do działania i będzie kolejne kroki nie tylko definiować, precyzować, rozpisywać w punktach, ale też stawiać! Jeszcze raz powtórzę, bo to jest bardzo ważne: DZIAŁANIE. Działanie – to słowo klucz w przypadku mastermindów. To forma rozwoju dla osób, które już mają wiedzę, mają wszystkie zasoby potrzebne do realizacji zamierzonego celu. I tylko potrzebują kopa do działania. Potrzebują rozmowy. To nie jest taki drobiazg, jak mogłoby się wydawać. Można by było pomyśleć: „Aaa, potrzebujesz rozmowy, to idź z kimś pogadaj. Nie masz jakichś kolegów, koleżanek, męża, żony, partnera, partnerki, mamy, taty? Pogadaj z nimi i działaj”. Jakby to było takie proste, to mielibyśmy mnóstwo soloprzedsiębiorców ze wspaniałymi karierami, rozwiniętymi firmami, a dobrze wiemy, że tak nie jest. Nawet jeżeli ludzie mają potencjał do działania, to często nie działają. Dlaczego? Bo potrzebują merytorycznej rozmowy, potrzebują rozmowy z ludźmi, którzy ich zrozumieją. W samotności dopadają nas starzy znajomi, to znaczy wewnętrzny krytyk i syndrom oszusta. I ta samotność jest największą przeszkodą na drodze do celu. Rola moderatora Wiemy już, dla kogo mniej więcej są mastermindy, być może odnaleźliście się nawet w którymś z naszych bohaterów, ale teraz powiedzmy sobie jeszcze, jak właściwie wygląda mastermindowe spotkanie. Przede wszystkim klasyczna grupa mastermindowa – taka, która dobrze działa i ma szansę rzeczywiście spełnić swoją funkcję – liczy sobie od czterech do pięciu osób. Pięć to już jest dużo, sesja mastermindowa będzie wtedy długo trwała, więc to raczej górna granica. Cztery lub pięć osób plus moderator albo moderatorka. Co robi taki moderator? Zadaniem moderatora jest po pierwsze właściwe dobranie osób do grupy. Tak, żeby były trochę do siebie podobne, a trochę różne. Ich cele nie powinny się w stu procentach pokrywać. Nie jest to jakaś straszna przeszkoda, ale ważne, żeby te osoby nie miały poczucia, że są dla siebie konkurencją. To powinni być ludzie, którzy nie konkurują ze sobą, ale zrozumieją nawzajem swoje problemy i będą na podobnym poziomie rozwoju biznesu. Wyobraźcie sobie, że w mastermindzie jest osoba, która ma pod sobą zespół dwudziestu ludzi, wyciąga milionowe przychody rocznie i dysponuje naprawdę ogromnymi środkami. Spotyka się z osobą, która jest soloprzedsiębiorcą, może ma wirtualną asystentkę albo asystenta, a może działa samodzielnie. A przychody? Do miliona jeszcze się nie zbliżają. Owszem – te osoby mogą ze sobą porozmawiać, ale ta, która jest w biznesie pięćset kroków dalej, mogłaby być raczej mentorem czy mentorką dla drugiej. Drugi uczestnik z kolei może działać dla kolegi czy koleżanki jako przedstawiciel czy przedstawicielka grupy docelowej, jeżeli rzeczywiście się w niej znajduje. Ale nie będą na równi, na tym samym poziomie w mastermindzie. A to jest bardzo ważne. Inny przykład. Nie najlepiej się sprawdzi połączenie w jednej grupie osoby, która rozwija biznes w sieci, czyli biznes online, z kimś, kto działa wyłącznie stacjonarnie. Tutaj mam trochę mnie zastrzeżeń, bo być może znalazłyby się punkty wspólne, które pozwoliłyby tym osobom adaptować pewne rozwiązania do swoich biznesów – może byłoby to nawet kreatywne, twórcze. Ale gdybym miała strzelać w ciemno, tobym powiedziała, że sposoby ich działań będą jednak tak różne, że mogą się za bardzo rozjechać. Właśnie dlatego tak ważne jest odpowiednie dobranie grupy. I to jest zadanie moderatora. Bo grupa mastermindowa oczywiście może się skrzyknąć samodzielnie – tak jak te, w których ja uczestniczyłam. Pierwsza była dwuosobowa, więc już teraz widzicie, dlaczego nazwałam ją na początku bardziej rozmowami biznesowymi niż mastermindem z prawdziwego zdarzenia. Druga grupa była już czteroosobowa. I rzeczywiście wiele rzeczy nas łączyło, chociażby praca online, ale nie miałyśmy moderatora i nikt dokładnie nie ocenił, czy rzeczywiście jesteśmy na podobnym poziomie rozwoju biznesowego i czy się będziemy uzupełniać. I tak fajnie to się sprawdzało, bo sam mastermind jest taką formą pomocy, że zadziała, nawet jeśli są jakieś niedostatki. Ale gdy moderator przygotuje ankietę na początek, porozmawia z osobami chętnymi do dołączenia do mastermindu, to mamy dużo większe prawdopodobieństwo, że spotkania naprawdę dadzą dużego naszemu biznesowi. Drugim zadaniem moderatora jest utrzymać grupę w ryzach. To rola człowieka z zegarkiem. Moderator pilnuje czasu, pilnuje też kontraktu, czyli ustaleń, na które wszyscy się na początku godzą. Na przykład: pilnowania czasu. Jeżeli skończy się czas dla danej osoby – będę o tym czasie jeszcze za moment mówić – to moderator ma prawo, a wręcz obowiązek przerwać rozmowę. I nikt nie powinien się za to na niego obrażać, bo jest to w kontrakcie. Dzieje się tak nie po to, żeby wytworzyć jakieś opresyjne formy kontroli, tylko po to, żeby każdy z uczestników wyniósł z sesji maksymalną wartość i żeby nikt nie czuł się pominięty. Moderator zapewnia też miejsce do spotkań. Mogą to być oczywiście spotkania stacjonarne, ale najczęściej jednak odbywają się w sieci. Moderator tworzy pokój, w którym się spotykamy, czy to na Zoomie, czy na Discordzie, czy gdziekolwiek indziej. Utrzymuje kontakt z grupą, dba o to, żeby każdy dostał link do pokoju, żeby wiedział, o której godzinie jest spotkanie. Jeżeli ktoś pomiędzy spotkaniami ma jakieś problemy, sprawy organizacyjne do omówienia, to zgłasza się do moderatora, bo wie, że jest taka osoba, która trzyma wszystko w ryzach. Gdyby ktoś zachorował, coś by komuś wypadło, moderator kontaktuje się z innymi i ustala inny termin spotkania. Dzięki temu uczestnicy mogą się skupić na najważniejszym, czyli na czym? Na działaniu oczywiście. I na koniec – moderator pomaga sformułować pytanie, sformułować problem, z którym każdy z uczestników przychodzi na spotkanie. To kluczowy element każdego mastermindu, więc musimy się przy tym punkcie zatrzymać nieco dłużej. Jak wygląda sesja mastermindowa Klasyczny mastermind w grupie cztero- czy pięcioosobowej zaczyna się od krótkiej sesji na dobry początek. Każdy z uczestników ma wtedy dosłownie kilka minut na to, żeby powiedzieć, z jakim nastawieniem rozpoczyna spotkanie i jak sobie poradził z zadaniami, które sam sobie wyznaczył na ostatniej sesji. To działa mobilizująco. Jeżeli między mastermindami dopadnie nas prokrastynacja, zniechęcenie, to będziemy mieć z tyłu głowy myśl, że na początku spotkania trzeba będzie powiedzieć, że nie dopełniliśmy zobowiązań. Oczywiście nikt nam nie da za to minusika, nikt nas nie ukarze. Nie wywiążemy się tylko przed sobą, ale… Jest to jednak pewien rodzaj zewnętrznej motywacji. Trochę głupio przyznać, że się nie wypełniło deklaracji. I niby wiemy, że bierzemy sami za siebie odpowiedzialność, ale myślę, że rozumiecie, o czym mówię. Jeśli powiemy coś publicznie, chociażby w czteroosobowej grupie (plus moderator czy moderatorka), to już nadaje deklaracji wyższą rangę. Podzielenie się nastrojem na starcie też nie jest bezzasadne. Moglibyście sobie pomyśleć: „A tam, taka gadka szmatka, pitu, pitu. Co niby daje mówienie o tym, jak się dzisiaj czuję i czy mnie głowa boli, czy nie boli”. Po pierwsze – ktoś może mieć naprawdę trudny życiowo czas, ale mimo to przyjść na mastermind. Jest mu ciężko, nie spał trzy noce, coś złego się dzieje, może jakaś choroba w rodzinie… Jeżeli dowiemy się o tym na początku, to łatwiej nam zrozumieć zachowania tego człowieka, łatwiej nam pojąć, dlaczego jest dziś przygaszony. Nie wyskoczymy wtedy z nietaktownym pytaniem typu: „Hej! Co tam? Uśmiechnij się! Zawsze tak tryskasz humorem. Gdzie te twoje żarciki?”. Będziemy delikatniejsi, a ta osoba będzie się czuła bezpieczniej. Poza tym ciekawe jest to, jak nastrój się zmienia wraz z trwaniem mastermindu. Bardzo często na początku wiele osób mówi, że są zmęczone, niewyspane, że mają dużo pracy. Zwykle na mastermindach spotykają się przedsiębiorcy. No a jak ktoś jest przedsiębiorcą, pracuje na własny rachunek, to pracy jest zwykle więcej, niż da się ogarnąć. Więc to nie jest dziwne, że jesteśmy zmęczeni. Ale – co ciekawe – najczęściej pod koniec spotkania to zmęczenie znika albo kryje się pod masą pomysłów, od których głowa aż pęka! Pod dobrą energią, która nas aż rozsadza od środka, bo mamy poczucie, że endorfiny szaleją. Mamy poczucie, że komuś pomogliśmy. Ktoś przyszedł z problemem, zrobiliśmy burzę mózgów, ten ktoś notował, uśmiechnął się, ma jakieś postanowienia. A ktoś inny pomógł nam i nagle wiemy, jak rozwiązać problem, albo wiemy, że droga, którą wybraliśmy, jest dobra. To takie wirtualne ładowanie baterii i gromadzenie kolejnych zasobów do działania. Długo mówiłam o tym wprowadzeniu, które de facto jest bardzo krótkie, bo to dosłownie po kilka minut na osobę. Ale to naprawdę istotny element. Ja sama zrozumiałam to dopiero wtedy, kiedy tego doświadczyłam. Chcę to więc podkreślić, żebyście sobie nie pomyśleli, że można się spóźnić pięć minut na mastermind, najwyżej się nie usłyszy początku, ale nic się nie traci. No nie, każdy element jest bardzo ważny! Przejdźmy do kluczowej części mastermindu, czyli do tak zwanych zgłoszeń. I tu się należy pewne wprowadzenie. Cały cykl spotkań mastermindowych może trwać około trzech miesięcy. W tym czasie spotykamy się średnio co dwa–trzy tygodnie. Każdy z uczestników mastermindu dąży przez ten kwartał do zrealizowania jakiegoś celu. Może to być rozkręcenie mediów społecznościowych, stworzenie i zautomatyzowanie newslettera albo wprowadzenie innych automatyzacji w biznesie, może to być wypuszczenie w świat kursu albo e-booka, albo książki, albo założenie strony internetowej, bloga, podcastu… Na kolejnych spotkaniach popychamy te cele do przodu, wykonując kolejne kroki. I to właśnie te kroki są przedmiotami zgłoszeń. Oczywiście będą takie, które jesteśmy w stanie wykonać samodzielnie, bez konsultacji, bo na przykład świetnie piszemy, więc jak już ustalimy sobie strukturę maili, które będziemy wysyłać w newsletterze (bo nam to podpowiedzą nasi współmastermindowicze), sami sobie ten newsletter napiszemy. Nikt nie będzie musiał tego sprawdzać. Ale będą na tej drodze też kroki, które sprawią nam większą trudność. I to nie jest tak, że sobie z nimi nie poradzimy. Poradzimy, tylko będziemy musieli znaleźć informacje, coś doczytać, czegoś się dowiedzieć… Będziemy mieć nagle przesyt informacji, bo znalezienie ich w internecie w dzisiejszych czasach pewnie nie sprawi nam większych problemów, ale już selekcja może być problemem, gdy robimy to po raz pierwszy. Załóżmy, że chcemy założyć newsletter, ale nie wiemy za bardzo, jaki powinien być pierwszy krok. Coś tam czytaliśmy, ale nasza wiedza jest tak nieuporządkowana, tak chaotyczna, że od kilku miesięcy myślimy o tym, że warto by newsletter założyć, ale nie stawiamy pierwszego kroku. Bo się boimy, bo nie wiemy, jak ten krok powinien wyglądać, albo nie wiemy, czy będzie słuszny. W związku z tym nie robimy go wcale i newslettera nie ma. I tutaj przychodzi z pomocą mastermind. Każda z osób, które biorą udział w mastermindzie, ma dla siebie 20 minut. Może w tym czasie poprosić grupę na przykład o określenie plusów i minusów newsletterów. Inni mastermindowicze wcale nie muszą swoich newsletterów prowadzić – wystarczy, że jakieś czytają. Ich zadaniem nie jest powiedzieć nam, co mamy dokładnie zrobić. To nie na tym polega mastermind. Osoby, które są z nami w grupie, mają zarzucić nas swoimi doświadczeniami, swoimi przemyśleniami, swoimi – uwaga! – pytaniami, z których my wybierzemy to, co jest dla nas najistotniejsze, najważniejsze, najkorzystniejsze. I podejmiemy samodzielnie jakąś decyzję. W kontekście newsletterów można zapytać na przykład o przykładowe sekwencje powitalne. Takie, które osoby z naszej grupy albo same tworzą, albo same dostają. Mogą to być newslettery z zupełnie innej branży niż osoby, która to zgłoszenie przedstawiła, ale ona już sobie to u siebie wykorzysta i dostosuje do swoich potrzeb. Można też dopytać o ciekawe lead magnety. Można poprosić o feedback do maila powitalnego albo do landing page’a, który będzie zachęcał do zapisów na nasz newsletter. Można omówić sposoby reklamowania takiego mailingu albo tematy, jakie warto w nim poruszać, czy metody nienachalnej sprzedaży produktów i usług przez newsletter. To już co najmniej kilka tematów, więc materiał do pracy na kilka kolejnych tygodni. Jeżeli po każdej takiej sesji będziemy wychodzić z zeszytem zapisanym różnymi pomysłami i z konkretnym zadaniem i jeżeli będziemy rzeczywiście popychać pracę do przodu – to po trzech miesiącach landing page będzie hulać, będą już pierwsi subskrybenci newslettera, będzie stworzona sekwencja powitalna i pewnie już jakieś pierwsze maile od nas wyjdą, a może nawet pojawi się pierwszy zarobek. Cel na dany kwartał – ten cel, który był odkładany przez długie miesiące, bo tak ciężko było zrobić pierwszy krok – zostanie zrealizowany! Od planowania przejdziemy do działania. Bo na działaniu polega mastermind. To były zgłoszenia, czyli kluczowe, dwudziestominutowe fragmenty mastermindu, przeznaczone dla każdej z biorących w nim udział osób. Pod koniec każdej sesji przychodzi jeszcze czas na podsumowania. Znów każda z osób dostaje kilka minut dla siebie, żeby podzielić się tym, z czym dzisiaj wychodzi. Króciutko mówi o tym, jakie ma wnioski, co ją najbardziej uderzyło, a potem – uwaga! – określa precyzyjnie swoje zadanie na najbliższe dwa czy trzy tygodnie – do kolejnego mastermindu. W doprecyzowaniu zadania pomaga moderator, który dopilnuje, żeby było ono konkretne, ale też żeby nie wziąć na siebie za dużo. Bo nie sztuką jest zobowiązać się do tysiąca rzeczy, a potem frustrować się, że się ich nie zrealizowało. Tutaj sesja się kończy. Żegnamy się i widzimy się następnym razem za dwa, trzy tygodnie. W sumie spotkanie trwa około dwóch i pół godziny w grupie czteroosobowej. Tak, na mastermind trzeba mieć czas! Ale ten czas to inwestycja. Dzięki temu nie marnujemy kolejnych tygodni, miesięcy, a czasem nawet lat na myślenie o tym, co moglibyśmy zrobić. Tylko po prostu siadamy i to robimy. Co najbardziej lubię w mastermindach Co już wiemy? Wiemy już, dla kogo jest mastermind. Wiemy, jak mniej więcej sesja mastermindowa wygląda. Teraz pora na trzy rzeczy, dla których ja tak bardzo polubiłam mastermindy. Po pierwsze – milczenie Po tym, jak zgłosisz swój problem i wspólnie z moderatorem doprecyzujesz, o co Ci tak naprawdę chodzi – wyciszasz mikrofon. Twoja rola w tym momencie się kończy, teraz już tylko słuchasz, a właściwie to aż słuchasz. I notujesz. Moderator zadba o to, żeby Twoje zgłoszenie było jasne dla wszystkich, żeby nie było zbyt ogólne (bo wtedy dostaniesz mnóstwo ogólnikowych rad, z którymi dalej nic nie zrobisz), ale też – żeby nie było to pytanie typu A czy B. Bo uczestnicy mastermindu nie są po to, żeby Ci powiedzieć, czy masz iść ścieżką A, czy ścieżką B. Ty to wiesz najlepiej, bo Ty znasz swoją sytuację, zasoby, możliwości. Grupa ma Ci tylko dać kontekst potrzebny do podjęcia tej decyzji. Kiedy grupa daje Ci ten kontekst, Ty milczysz. Dlaczego milczenie jest tak ważne? Przede wszystkim dlatego, że chroni Cię przed efektem ping-ponga. Jeżeli krok, który masz postawić, jest dla Ciebie trudny – a jest trudny, bo w przeciwnym wypadku mastermind byłby Ci niepotrzebny – to masz w sobie pewnie wiele oporu, przekonań, które blokują Cię przed działaniem. Jeżeli więc ktoś z grupy rzuci propozycję, to Twoją pierwszą myślą może być: „Nieee, to się nie uda. Tak się nie da. To nie wyjdzie”. Ale milczysz. Milczysz, słuchasz, notujesz. Pozwalasz, żeby myśli bombardowały Ci głowę, wpuszczasz je do głowy, nie odbijasz, zanim zdążą się tam zakotłować, zadomowić i połączyć z innymi myślami. To mogą być myśli, które już Ci do głowy przychodziły i które były przez jakieś przekonania, opory odrzucone. To mogą być myśli zupełnie nowe. To mogą być myśli sprzeczne z Twoimi założeniami. A może właśnie będą to myśli potwierdzające, że to, co od miesięcy planujesz, jest właściwą drogą. Pozwalasz na razie, żeby to wszystko w Tobie pracowało. I milczysz, i notujesz. I nie musisz się nawet (a w zasadzie to nawet nie możesz) od razu do tego odnosić. Notujesz, kończy się Twój czas, sekundka przerwy na uspokojenie, ciszę, zebranie myśli – i przechodzimy do kolejnego zgłoszenia. Na samym końcu mastermindu będziesz mieć kilka minut w ciszy na powrót do tych notatek, przemyślenie wszystkiego, podsumowanie i zadeklarowanie działań na kolejne dwa tygodnie. Po drugie – czerpanie ze zgłoszeń innych osób Druga rzecz, którą bardzo lubię w mastermindach, to czerpanie ze zgłoszeń innych osób. Być może ktoś z Was miał takie myśli: „Łeee, mam dwie i pół godziny siedzieć, a dla mnie jest tylko dwadzieścia minut? Bez sensu, co ja z tego wyciągnę?”. Ale to nie tak! Na początku mówiłam o odpowiednim dobraniu grupy. Dlaczego to jest tak ważne? Właśnie dlatego, że osoby z Twojego mastermindu, będą do Ciebie podobne. Ich biznesowe problemy będą podobne. Wasze branże nawet nie muszą się pokrywać, nie musicie mieć takich samych celów. Wiele razy w mastermindach, w których uczestniczyłam albo które moderowałam, zdarzało się, że ktoś mówił w podsumowaniu, że ze swojego zgłoszenia wyciąga dla siebie to i to, a ze zgłoszenia na przykład Magdy wyciąga to i to. Bo czerpiemy dla siebie nie tylko przez nasze dwadzieścia minut. Cały mastermind to jedna wielka skarbnica praktycznej wiedzy i motywacji. A także różnego podejścia każdego z uczestników. Każdy z nas jest inny. Jedna osoba, kiedy usłyszy jakieś zgłoszenie, będzie się skupiała na technikaliach i powie: „Jest ci potrzebne to, to i to. Wypróbuj ten program, przetestuj to, przeczytaj tę książkę, zaobserwuj tego człowieka”. Inna osoba uderzy w aspekt wewnętrznych przekonań, motywacji. Jeszcze inna poda Ci przykłady z zupełnie innej branży, które możesz wykorzystać. To naprawdę ogromna skarbnica różnych pomysłów, które się kumulują i bombardują Cię przez te dwadzieścia minut, ale też w czasie, kiedy roztrząsacie problemy innych osób. Wartość ma to nawet wtedy, kiedy osoby z Twojej grupy będą powtarzały to samo! Często się zdarza, że ktoś zaczyna odpowiadać na Twoje zgłoszenie, coś proponuje, a druga osoba mówi: „Ej, to samo miałam powiedzieć” – i kontynuuje. Teoretycznie mówi to samo, ale czasami ważne jest, żeby usłyszeć coś, o czym doskonale wiemy, ale wypowiedziane innymi słowami. Podam teraz przykład zupełnie spoza mastermindu. Wiem dobrze, że trzeba pić wodę, dużo wody. Czytałam o tym, miałam różne habit trackery: na papierze, na komórce… Różni lekarze mi o tym mówili. Czasem wodę piłam, czasem nie. Jakoś nie mogłam się do tego zmobilizować. I dopiero w momencie, kiedy kardiolożka powiedziała mi kiedyś: „WODA! Ewa, woda! (Pani doktor była bardzo bezpośrednia, od razu mówiła na ty). Masz pić tyle wody, żeby ci się wylewało uszami!” – nie wiem, co się wydarzyło! Coś we mnie kliknęło i pomyślałam: „Ahaaa, to o to chodzi!”. Pewnie jakiś psycholog by wyjaśnił, jaki mechanizm tu zadziałał. Ale naprawdę od tamtego momentu piję wodę. Tyle, ile trzeba, a nawet więcej, bo przecież kardiolożka powiedziała, że ma się wylewać uszami. I na matermindzie też tak bywa. Usłyszysz coś, o czym doskonale wiesz, i nagle: pyk! Coś zaskoczy! I powiesz sobie: „Da się, dam radę, zrobię to”. I to zrobisz. Bo wiesz już, że to jest najlepszy czas na działanie. Po trzecie – pytania No i wreszcie trzeci element, za który lubię mastermindy – pytania. Smutna refleksja na początek: wydaje mi się, że to ze szkoły wychodzimy z przekonaniem, że kto pyta, ten nie wie. Oczywiście powstają różne szkoły, wszystko zależy od nauczycieli i chwała tym, którzy to zmieniają. Ale niestety często bywa tak, że kiedy Jasiu zada pytanie na lekcji, to nie dostaje wprost odpowiedzi i nie jest chwalony za to, że zapytał, tylko pytanie jest rzucane dalej w klasę: „No kto odpowie Jasiowi? No kto powie? Marysia, wstań, odpowiedz. Pięknie, Marysiu, siadaj, dostajesz plusika. A Ty, Jasiu, następnym razem się przygotuj”. I z czym ma nasz Jaś wyjść? Przecież on nic złego nie zrobił – zadał pytanie, bo chciał się dowiedzieć. Nie wiedział, ale zadał pytanie. Poszedł najkrótszą drogą do celu. Zadał pytanie, żeby wiedzieć więcej. Ale niestety dowiedział się głównie tego, że zadawanie pytań nie świadczy o nim najlepiej. Czy w przyszłości taki Jasiu będzie zadawał pytania? Pewnie się sto razy zastanowi, zanim to zrobi. Niestety widzę to w grupach, które prowadzę, a które zrzeszają dorosłych ludzi. W grupie dla kursantów Akademii pierwsze dni to przekonywanie dorosłych ludzi, że mogą zadawać pytania i że to nie świadczy o nich źle. Bo pytania to jest klucz do uzyskania odpowiedzi. W czasie mastermindu czasem sformułowanie pytania, które zadamy grupie, trwa dziesięć–piętnaście minut. Kiedy ja na kursie u Ani Dyl byłam moderatorką, to jedno pytanie formułowałam z osobą, która je wtedy przedstawiała grupie, około ośmiu minut. To prawie połowa czasu przeznaczonego dla danej osoby. Na odpowiedzi nie zostaje wtedy wiele miejsca, ale samo właściwe sformułowanie pytania pozwala uświadomić sobie, w czym tkwi problem. A jak już problem jest zlokalizowany, to rozwiązanie go to tylko kwestia czasu. Innym razem mogą nam pomóc nie odpowiedzi osób, które są w naszej grupie, ale zadanie przez nich pytania. Przypominam, że nie odpowiadamy na nie od razu – chyba że to jest pytanie doprecyzowujące, które pozwala grupie lepiej się odnieść do tematu. Wtedy tak, włączamy mikrofon na chwilkę i szybciutko odpowiadamy. Ale czasem pytania lecą w przestrzeń i można poczuć frustrację, no bo jak to – przychodzimy na mastermind po pomysły, wskazówki, doświadczenia. A tutaj znowu kolejne pytania! To mało mam swoich? Ale nie mogę tego powiedzieć od razu, bo milczę – mam wyciszony mikrofon. Zapisuję sobie te pytania. I nawet jeżeli one zostaną ze mną przez najbliższy tydzień, to w końcu dojdę do tego, jak na nie odpowiedzieć. A bardzo często odpowiedzi na te pytania będą równocześnie rozwiązaniem, które popchnie mnie do celu. W czym mi pomógł mastermind Pięknie się opowiada o teorii mastermindowej, ale teraz konkrety, twarde dane, fakty. Pokażę Wam wpływ mastermindu na moją działalność biznesową na przykładzie roku 2023: W pierwszej połowie roku działałam jeszcze bez wsparcia mastermindów. Zrealizowałam wtedy – oprócz prac redakcyjnych – jeden projekt, czyli Akademię korekty tekstu. Ponieważ to była szósta edycja, to cały know-how już miałam opracowany. I oczywiście same spotkania na żywo, pomoc kursantom, obecność w grupie – wszystko to zabiera bardzo dużo czasu, ale robię to od trzech lat i wiem, jak to sobie zorganizować. Spokojnie mogłabym w tym czasie wygospodarować chwilę na inne projekty – i nawet miałam taki plan. Ale ten plan rozbił się o coś. Właściwie to nawet nie wiem, co to było. Jakieś niewidzialne wyboje zablokowały mnie na tyle, że poprzestałam na Akademii. Na wiosnę zaczęła się moja przygoda z mastermindami. Najpierw dołączyłam do grupy – łącznie ze mną – czterech przedsiębiorczych kobiet. To była, tak jak wspominałam, grupa niemoderowana. Potem zaczęłam kurs Ani Dyl, który w znacznej mierze opiera się na praktyce, czyli na sesjach mastermindowych. Miałam okazję w czasie tych sesji i być moderatorką, i wielokrotnie siedzieć na – jak to mówi Ania – krześle miłości, a więc prezentować swoje biznesowe problemy. Za cel obrałam sobie uruchomienie moderowanych mastermindów jeszcze tej jesieni, czyli w 2023 roku. Kiedy kurs dobiegł końca, miałam gotową ankietę zgłoszeniową dla osób zainteresowanych mastermindem, miałam dokładnie przemyślaną grupę odbiorców tej oferty – a to też była duża rozkmina. Miałam przeprowadzone już pierwsze rozmowy z osobami zainteresowanymi tym projektem. Miałam – uwaga! – listę kilkudziesięciu osób chętnych do odbycia takiej sesji. Miałam przemyślaną strategię cenową i – uwaga! – umówioną grupę na taki testowy mastermind złożony z kilku sesji. A teraz rzucam pytanie w przestrzeń. Czy gdybym została z tym tematem sama, skończyłabym kurs, nie „przemastermindowałabym” sobie tego celu – czy bym to wszystko zrobiła? Oczywiście umiałabym to zrobić. I na tym polega cała magia mastermindu. Umiałabym to zrobić sama. Mastermindowe sesje w czasie szkolenia u Ani Dyl nie pokazały mi dokładnie, JAK ja mam to zrobić. One mi powiedziały, ŻE mam to zrobić, popchnęły mnie do działania. Jestem przekonana, że gdyby nie to, pomysł stworzenia własnej grupy mastermindowej odłożyłabym do szuflady. Powiedziałabym: „Dobra, potrafię, mam certyfikat, fajnie, kiedyś to zrobię. Jak będzie czas”. A może przyszłyby wątpliwości: „Nigdy tego nie robiłaś. Kto się do tego zgłosi? Nie wiadomo, czy się do tego nadajesz”. Ale wydarzyło się coś innego – „przemastermindowałam” ten cel i właśnie rozpoczynam nabór do jesiennej edycji mastermindów moderowanych! Opowiem o tym więcej pod koniec tego podcastu, czyli już za chwilę. Wróćmy do mojej tabelki. W pierwszej połowie roku Akademia, w drugiej połowie roku – mastermindy moderowane. Jeden projekt tam, jeden projekt tutaj. Mastermind mi pomógł, ale nie był to jeszcze jakiś dramatyczny zwrot akcji. Tyle że po kursie Ani poszłam za ciosem, bo uznałam, że sesja mastermindowa to jest absolutny hit. Dostałam propozycję dołączenia do nowej grupy i skorzystałam z niej w podskokach. Co się wydarzyło? Przez wakacje zrealizowałam serię pięciu webinarów, nad którymi myślałam przez ostatnie pół roku. Nie, nie tworzyłam ich przez pół roku – ja tylko myślałam o tym, żeby je zrobić. Ostatecznie zaplanowanie ich, stworzenie części merytorycznej, prezentacji itp. zajęło mi kilka tygodni. Druga rzecz – nawiązałam nową współpracę z agencją reklamową, co też odkładałam od marca. Dopiero po przegadaniu tego tematu na mastermindzie ruszyłam z kopyta. W ciągu dwóch tygodni miałam już podpisaną umowę. Trzecia rzecz – skończyłam pisać e-book ćwiczeniowy (nie tylko) dla korektorów, do którego usiadłam na początku tego roku. Pomysł na ten e-book pojawił się z pięćset lat temu, ale na początku tego roku rozpisałam spis treści… no i tak sobie leżał w szufladzie, czekając na lepsze czasy. Pod wpływem mastermindów skończyłam go pisać. Aktualnie (nagrywam to początkiem września) jest w składzie i w październiku powinien się ukazać. Kolejna rzecz – nawiązałam współpracę z prawniczką. Dzięki tej współpracy powstaną pakiety umów dla korektorów oraz dla autorów. Oragnizujemy wspólnie webinar o tematyce prawnej. Zerknij TUTAJ po więcej szczegółów. I wreszcie – ruszyłam z projektem klubu subskrypcyjnego dla ludzi słowa, szczególnie dla korektorów aktywnie pracujących w zawodzie. Ten projekt odkładam chyba już od dwóch lat. Pięć dużych, grubych projektów, a w sumie to nawet sześć, jeżeli dołączyć do tego mastermindy – w drugiej połowie roku. W pierwszej – Akademia. Jak to się wydarzyło? Mastermind. Doba mi się nie wydłużyła, mam dokładnie tyle samo czasu, tylko po prostu nie odkładam na później, nie mówię sobie, że to nie ten czas, nie wmawiam sobie, że nie mogę. Działam. Zewnętrzna motywacja, inspirowanie się innymi przedsiębiorczyniami, możliwość przegadania swoich pomysłów i przeszkód – to wszystko składa się na fakt, że obecnie mastermind jest dla mnie najlepszą, najbardziej efektywną formą rozwijania biznesu. Dołącz do jesiennego mastermindu dla ludzi słowa Jeżeli po wysłuchaniu tego podcastu masz poczucie, że Tobie też mastermind mógłby pomóc ruszyć z miejsca, w którym jesteś… Jeżeli masz w kajeciku projekty, które odkładasz od lat, a wiesz, że gdyby doczekały się realizacji, to przyniosłyby Ci już teraz realne korzyści – może to jest właśnie moment, żeby zacząć działać? Tylko pamiętaj, że mastermind to nie jest kolejny kurs, to nie kolejne szkolenie, to nie jest nawet mentoring. To nie miejsce dla osób, które chcą być poprowadzone za rękę, jeszcze potrzebują zebrać zasoby, dużo się nauczyć – i chcą, żeby ktoś ich tego nauczył. To miejsce dla tych, którzy już mają wiedzę, mają zasoby, pomysły i potrzebują tylko (aż) wcielić te pomysły w życie. Czasem ten punkt: „wcielić w życie” – jest najtrudniejszy. Ale na szczęście nie musimy się z tym mierzyć sami, bo właśnie po to powstały mastermindy. Jeżeli czujesz, że to jest narzędzie dla Ciebie, nie odkładaj tego na później, tylko wejdź teraz na tę stronę i wypełnij ankietę, którą tam znajdziesz. To nic zobowiązującego. Ja tę ankietę przeczytam, skontaktuję się z Tobą, porozmawiamy, wymienimy się wiadomościami albo umówimy się na rozmowę na żywo. I zdecydujesz, czy to będzie dla Ciebie jesień pod znakiem mastermindów. The post PDSK#032 Mastermind – najlepsze narzędzie biznesowe (podcast) appeared first on Ewa Popielarz.
undefined
Mar 6, 2023 • 23min

PDSK#031 Czego się boi korektor (część 2) (podcast)

Żyjemy w dziwnych czasach. Świat bardzo się skurczył. Ale jeśli miałabym wskazać jakiś plus tej globalnej wioski, byłoby nim na pewno współdzielenie doświadczeń. W poprzednim odcinku podcastu PDSK Agnieszka, Kasia, Bernadeta, Justyna i druga Agnieszka, kursantki Akademii korekty tekstu, podzieliły się z nami swoimi obawami odnośnie do zawodu korektora. Jeśli mieliście okazję wysłuchać tego odcinka, być może uderzyła Was w pewnym momencie myśl: „Hej, ja też tak mam!”. Mam nadzieję, że zaraz po niej przyszła kolejna: „Hej, ja też zdołam sobie z tym poradzić!”. Zapraszam Was do wysłuchania drugiej części podcastu z udziałem absolwentek Akademii. Subskrybuj: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | Inne Montaż: Kamil Dudziński Transkrypcja: Katarzyna Bień Goście odcinka Justyna Szymkiewicz www.dajmislowo.pl Katarzyna Kowalska https://zufi.pl Katarzyna Kowalska – FB Katarzyna Kowalska – IG Bernadeta Paczkowska i.korekta@gmail.com Bernadeta Paczkowska – IG Agnieszka Ruczaj agnieszkaruczaj@gmail.com Agnieszka Ruczaj – LI Agnieszka Michalik kontakt@wkrainieslow.pl www.wkrainieslow.pl Agnieszka Michalik – FB Agnieszka Michalik – IG Plan odcinka Boję się… wyjść do ludzi i reklamować swoje usługi Boję się… że korekta mi się nie opłaci Boję się… samej/samego siebie Transkrypcja podcastu #031 Czego się boi korektor (część 2) Boję się… wyjść do ludzi i reklamować swoje usługi Agnieszka Michalik: Boję się wyjść przed szereg i powiedzieć światu: „Hej, tu jestem!”. Zrobić ten pierwszy krok i pokazać, że czyjś tekst może być jeszcze lepszy. Ten strach towarzyszy mi bez przerwy, nawet wtedy, gdy spotykam się z pozytywnym odbiorem. Gdzieś z tyłu głowy zawsze mam taką myśl, że może niepotrzebnie się komuś narzucam, że może ta osoba jednak nie potrzebuje mojej pomocy, bo przecież gdyby jej potrzebowała, to sama by się do mnie zgłosiła, prawda? Ewa Popielarz: Agnieszko, prawda i nieprawda. Będą osoby, które zgłoszą się do nas same. Bo wiedzą, jak ważna jest korekta tekstu. Całej reszcie trzeba pokazać, czym w ogóle jest korekta, jak tekst może na niej zyskać. Trzeba im wyjaśnić cały proces, uświadomić, że nie tylko książki podlegają redakcji i korekcie. Trzeba wyraźnie odróżnić korektę od krytyki. Nie tylko korektorzy boją się wytykania błędów, autorzy też. Dlatego trzeba pokazać autorowi, że jesteśmy po jego stronie, wspólnie dążymy do tego, żeby tekst był lepszy. Ale zaraz, zaraz – skąd ludzie mają się o tym wszystkim dowiedzieć, jeśli im tego nie powiemy? Jeśli będziemy się bali pokazać im, jak możemy im pomóc? Nawet ci, którzy znają wartość korekty, nie przyjdą do nas, bo wiecie co… nie będą wiedzieć, że istniejemy! Czy lekarz boi się powiedzieć: „Hej! Leczę ludzi!”? Czy taksówkarz boi się powiedzieć: „Hej! Zawiozę cię na miejsce!”? Czy sprzedawca w sklepie chowa się za ladą, bo boi się przyznać, że możesz coś od niego kupić? Więc dlaczego korektor miałby się bać powiedzieć światu: „Hej! Potrafię ulepszyć Twój tekst!”? Pamiętajcie, korektorzy, nie wciskacie nikomu niepotrzebnego badziewia. Sprzedajcie swoje usługi, swoją wiedzę, zaangażowanie, czas – nie po to, żeby zepsuć autorowi tekst, ale po to, żeby go ulepszyć. Zlitujcie się nad tymi autorami i pokażcie im, że nie są sami ze swoimi tekstami. Niech im spadnie kamień z serca, niech wiedzą, że ktoś im pomoże w wydaniu e-booka czy transkrypcji podcastu. I że to będziecie Wy! Agnieszka Ruczaj: Boję się, że nie będę potrafiła zareklamować swoich usług, tak żeby potencjalni klienci byli zainteresowani współpracą. EP: W poprzednim przytaczanym fragmencie Agnieszka bała się reklamować w ogóle. Teraz druga Agnieszka boi się, że zareklamuje się źle, niedostatecznie, niewystarczająco. Wyobraźmy sobie taką sytuację. Chcesz ocieplić poddasze. Nie znasz się na tym zupełnie, ale powiedziałaś o tym kilka razy, Twój telefon podłapał temat i zaczynają Ci się wyświetlać reklamy firm zajmujących się ocieplaniem poddaszy. Cóż za zaskakujący zbieg okoliczności. Co teraz robisz? Zakładam, że klikasz reklamę, wchodzisz na stronę, zerkasz na opinie o firmie, dotychczasowe realizacje, czytasz o całym tym procesie, więc dobrze, jeśli na stronie jest napisane, na czym to w ogóle polega. I dobrze, żeby było to napisane ludzkim językiem, bo przecież się na tym nie znasz. Fajnie, jak jest cennik. Ale nawet jeśli go nie ma, a reszta Cię zainteresuje, to bierzesz telefon albo siadasz do komputera i piszesz maila albo dzwonisz. Czym się różni szukanie korektora od szukania ekipy do ocieplania poddasza? Niczym. Na Twojej stronie ma się znaleźć opis oferty (napisany po ludzku), opinie o Twojej pracy, portfolio, może jakiś ramowy cennik. I kontakt do Ciebie. Jest jeszcze jedna rzecz, którą trzeba będzie zrobić – jeśli nie wykupisz płatnych reklam (a to wcale nie jest konieczne), to samodzielnie musisz zadbać o to, żeby pojawić się przed oczami potencjalnych klientów. Masz do wyboru media społecznościowe, stronę internetową, maile, grupy tematyczne – dokładaj tam codziennie coś od siebie. Nie potrzebujesz żadnych fajerwerków. Nie musisz się silić na wybijanie się z tłumu, oryginalność i nie wiadomo co. Czy przy decydowaniu o podjęciu współpracy z firmą od poddaszy miało dla Ciebie znaczenie, jakie ta firma ma logo? Jakie są jej kolory marki? Czy na grafikach ma dobrze dobrane fonty? Czy stosuje chwytliwe hasła? Jasne, estetyczne grafiki, dobry copywriting, piękne logo – to wszystko pomaga. Ale naprawdę nie to jest najważniejsze. Autor podejmie z Tobą współpracę, nawet jak nie masz logotypu. Idę o zakład, że nawet Cię o to nie zapyta. Serio 😉 Boję się… że korekta mi się nie opłaci Bernadeta Paczkowska: Boję się wyceny. To kompletnie przerażający moment przeliczenia własnych umiejętności na pieniądze. Czy moje stawki nie są za wysokie? A co z opłacalnością? Może jednak trochę podbiję stawkę za arkusz przy większych zleceniach? Nie no, na to nikt się nie zgodzi… Kiedy siedzę nad tekstem, szczególnie podczas redakcji, coś dziwnego dzieje się z czasem. Wydaje mi się, że nad poprawką zastanawiam się tylko chwilę, a tak naprawdę magluję zdanie przez piętnaście minut – i wtedy zaczynam się bać. Boję się, że korekta nie będzie mi się opłacać. Przecież praca nad każdym tekstem, nawet krótkim, zajmuje mi okropnie dużo czasu. Chcę, żeby było idealnie, więc sprawdzam zasady i możliwości w nieskończoność. Czytam wszystko po kilka razy. A później zestawianie wynagrodzenia z czasem pracy sprawia, że robi mi się gorąco. EP: Przed startem kolejnych edycji Akademii korekty tekstu dostaję czasem maile o mniej więcej takiej treści: „Dzień dobry, interesuje mnie zawód korektora. Czy po kursie będę mieć pracę? Zależy mi na tym, żeby szybko zacząć zarabiać”. Wiadomość, którą wysyłam w odpowiedzi, powinna się znaleźć w podręcznikach marketingu pod nagłówkiem: „Tak nie sprzedasz swoich produktów”. Dlaczego? W takim mailu robię wszystko, żeby zniechęcić osobę, która zadała to pytanie. I zanim się złapiecie za głowę, pozwólcie, że wyjaśnię, jaki mam w tym cel. Korekta to nie jest zawód lekki, łatwy i przyjemny. Nie jest to też zawód, w którym błyskawicznie widać efekty. Mówię tu o efektach w postaci wiedzy, ale też o efektach w postaci zarobków. Najpierw trzeba przebrnąć przez setki stron zawiłości językowych i edytorskich. Kiedy już wydaje Ci się, że co nieco łapiesz, dostajesz do ręki tekst i masz te zasady wprowadzić w życie. Wszystkie naraz! I nigdy nie wiesz, czy w danym zdaniu jest błąd, czy go nie ma. Czasem nie da się tego stwierdzić na pierwszy rzut oka. A jak już zdaje Ci się, że łączysz reguły z praktyką, dowiadujesz się, że część zasad, a właściwie prawie wszystkie… można w uzasadnionych okolicznościach złamać! No super, a miało być tak prosto – mieliśmy wyłapywać literówki i usuwać przecinki sprzed „i”. Ale twarda z Ciebie sztuka, nie poddajesz się. Zaczyna Ci to nawet sprawiać dziwną przyjemność, przechodzisz więc do praktyki. No dobra, ale kto Ci zapłaci za korektę tekstu, skoro jeszcze żadnej nie masz na koncie? Trzeba by najpierw poćwiczyć. Zaczynasz szukać zleceń – na razie pro bono, może przy jakichś projektach charytatywnych, żeby połączyć pożyteczne z pożytecznym. Czujesz, że to jest to. W praktyce najwięcej się uczysz, autorzy dają Ci pozytywny feedback, wiesz, że możesz już wziąć za swoją pracę pieniądze. I świetnie, to jest bardzo dobry kierunek. Tyle że… właśnie minęły kolejne miesiące. Praca nad jedną książką pro bono zajęła Ci trzy tygodnie. Nas e-bookiem dla koleżanki siedziałaś miesiąc, przed składem, po składzie. Dostałaś dobre referencje, poleciła Cię swojej znajomej, ale hej – minął miesiąc! To będzie tyle trwać. Tu nie ma dróg na skróty. Nauka, zdobywanie doświadczenia zajmą Ci wiele czasu. Pierwsze zlecenia nie przyniosą Ci kokosów, bo i stawka będzie niewielka, i czas spędzony nad szukaniem rozwiązań i zasad nie będzie krótki. Ale z czasem stawka będzie rosnąć. Kolejne zasady już na stałe znajdą odpowiednie szufladki w Twojej głowie, nabierzesz wprawy. Nie wydarzy się to w miesiąc, w dwa ani trzy, ale jeśli będziesz stawiać kolejne kroki, to zobaczysz postępy. Boję się… samej/samego siebie AM: Boję się perfekcjonizmu, bo ciężko mi się cieszyć z dobrze wykonanej pracy, jeśli wiem, że mogłam coś zrobić lepiej. Pamiętam, że przy pierwszej mojej korekcie, którą wykonałam w ramach kursu, Ewa napisała: „Brawo! Świetna robota”. Poczułam się doceniona, ale kiedy zaczęłam przeglądać korekty pozostałych kursantów, przestało liczyć się to, ile poprawek naniosłam, bo pominęłam kilka innych, równie ważnych. Oczywiście cały czas tłumaczę sobie, że perfekcjonizm nie jest moim przyjacielem, a lepsze często jest wrogiem dobrego, ale gdzieś we mnie siedzi ta chęć bycia jeszcze lepszą, chęć dążenia do słynnej perfekcji. EP: Zupełnie nie rozumiem, skąd ta kariera perfekcji i perfekcjonizmu. Przecież to rodzaj utopii, ideału, który nie istnieje. Czy to rzeczywiście o perfekcję nam chodzi, czy może do głosu dochodzi znów strach przed błędem, przed krytyką? Gdybyśmy mielibyśmy pewność, że trafimy na autora, który doceni nasze starania; który wie, jak trudną profesją jest korekta; który – nawet jeśli coś nam umknie – nie zrobi awantury, tylko ewentualnie nam to wskaże, żebyśmy się czegoś nauczyli… Czy wtedy też naszym nadrzędnym celem byłaby perfekcja? Czy raczej celem samym w sobie byłoby włożenie maksymalnego wysiłku w pracę – na miarę naszych obecnych możliwości? A co, jeśli Wam powiem, że większość wydawców czy autorów ma takie podejście? Naprawdę! Przez kilkanaście lat pracy przekonałam się na własnej skórze, że największym swoim krytykiem jestem ja sama. W mojej wyobraźni sytuacja zawsze była o wiele gorsza niż w rzeczywistości. Podam dwa przykłady: Działo się to około roku 2013. Miałam wtedy dwójkę małych dzieci – roczną córkę i niespełna trzyletniego syna. W ramach stałej współpracy z pewnym wydawnictwem podjęłam się redakcji książki. Miałam na to pewnie ze dwa czy trzy tygodnie – dokładnych ram czasowych już nie pamiętam, ale w tym wydawnictwie nigdy nie było terminów na cito. To jednak nie były spokojne tygodnie. Zarwane noce, choroby dzieci, ciągle odkładana na później praca… Kiedy deadline się zbliżał, wiedziałam już, że się nie wyrobię, nie ma szans. Próbowałam jeszcze nadrobić pracę w weekend, zarwałam całą noc, ale nad ranem wymiękłam. Przeryczałam z bezsilności pół niedzieli, drugą połowę przespałam, a w poniedziałek rano w wydawnictwie czekał już mail ode mnie, w którym przepraszałam za niedotrzymanie terminu, oddawałam to, co zdołałam przeczytać, i deklarowałam, że nie chcę za to żadnego wynagrodzenia. Byłam przekonana, że to jest koniec naszej współpracy. Mniej więcej między ósmą a dziewiątą zadzwonił telefon. Wyświetlił się numer redaktora prowadzącego z tego właśnie wydawnictwa. Byłam przekonana, że to nie będzie miła rozmowa, zastanawiałam się, czy w ogóle odbierać, czy nie lepiej udawać, że mnie nie ma. W końcu mosty i tak już miałam spalone. Odebrałam. Redaktor, z rozbrajającym uśmiechem, który widziałam nawet przez słuchawkę, powiedział mi wtedy słowa, które zmieniły moje podejście do tej pracy: „Pani Ewo, ja jestem człowiekiem. Proszę o tym nigdy nie zapominać”. Korekta to nie praca z tekstem. To praca z ludźmi. Z ludźmi, którzy są dla nas często o wiele bardziej wyrozumiali niż my sami dla siebie. Z tym wydawnictwem współpracowałam potem jeszcze długie lata. Drugi przykład, bardziej językowy i nieco mniej miły: Inne wydawnictwo, inny redaktor prowadzący, o wiele bardziej oschły, czasami wręcz nieprzyjemny. Odebrałam kiedyś telefon od niego. Musiało to być naprawdę trudne doświadczenie, bo minęło od tego czasu już prawie 10 lat, a ja ciągle pamiętam, że byłam wtedy na spacerze z dziećmi, że pchałam wózek; pamiętam, w którym miejscu się zatrzymałam. Redaktor od pierwszych słów zaczął krzyczeć. Krzyczał, że przepuściłam w książce błąd merytoryczny. O ile dobrze pamiętam, ktoś został tam nazwany wnukiem Sienkiewicza, a był prawnukiem albo jakoś tak. Swoją drogą – dla całej książki to była zupełnie drugorzędna sprawa. Ale fakt, mogłam to dokładniej sprawdzić. Redaktor znęcał się nad tym błędem dość długo, przy okazji krytykując moją ogólną wiedzę, poziom nauczania młodzieży i co tam mu się jeszcze nawinęło na myśl. Pamiętam, że z zaciśniętym gardłem rzuciłam przeprosiny i próbę rozładowania sytuacji zdaniem: „Nie myli się ten, kto nic nie robi”. Na co redaktor tylko prychnął. Znów – byłam pewna, że to koniec współpracy. Jakie było moje zdziwienie, kiedy dosłownie dzień czy dwa później, jak gdyby nigdy nic, na maila przyszła mi propozycja redakcji kolejnej książki. Ponownie mój wewnętrzny krytyk wyolbrzymił problem. Tym razem sytuacja była naprawdę nieprzyjemna, ale jak się okazało – głównie z mojego punktu widzenia. Być może ten redaktor miał po prostu taki wybuchowy charakter. Co go zresztą nie usprawiedliwia, bo nikt nie powinien w ten sposób traktować współpracowników. Ale spróbujmy uogólnić tę sytuację i przełożyć na inne konteksty. Zdarzyło Ci się, że autor czy wydawca wskazał Ci jakiś Twój błąd? Jaka była Twoja pierwsza myśl: „O rany, to koniec. Koniec naszej współpracy”? Skąd wiesz, czy Twój rozmówca albo rozmówczyni też tak to traktują? Dopóki nie usłyszysz tego od nich wprost, nie zakładaj najgorszego. Może oni wcale nie oczekują od Ciebie perfekcji. Owszem, wskazali Twój błąd, ale to nie znaczy, że już nigdy nie dopuszczą Cię do swoich tekstów. Jeśli są związani z branżą wydawniczą, to oni najprawdopodobniej już wiedzą, że perfekcja nie istnieje. Wiesz, co mówi słownik o perfekcjonizmie? Po pierwsze: to «dążenie do osiągnięcia doskonałości w czymś – uwaga! – często przesadne». Dążenie, nie osiągnięcie doskonałości. I to przesadne dążenie! A po drugie: perfekcjonizm to «stanowisko etyczne przyjmujące doskonałość osobistą za najwyższe dobro moralne». Naprawdę doskonałość ma być naszym najwyższym dobrem moralnym? Potrafiłabym wskazać kilka innych dóbr, ważniejszych. Może ten cały perfekcjonizm jest jednak przereklamowany… Kasia ma do dodania jeszcze kilka słów na ten temat: Katarzyna Kowalska: Ostatnia rzecz, której boję się najbardziej – to ja sama. Boję się roztrząsania błędów i krytykowania siebie. Bo przecież tak dużo pracy i wysiłku mnie kosztowało wykonanie tego zlecenia, a i tak w jakiś sposób je skopałam albo nie byłam z niego do końca zadowolona. To takie durne myślenie i podburzanie własnej wartości. A przecież to nie koniec świata, prawda? Tylko ten nie popełnia błędów, kto nic nie robi. Chcę naprawdę wierzyć, że kiedyś się nauczę w ten sposób na to patrzeć i że w końcu przestanę się nad sobą znęcać. * EP: Bądźmy dla siebie dobrzy. Doceniajmy się. Pracujmy na 100% swoich możliwości i pozwólmy innym tę naszą pracę zauważyć. Pokażmy im, co robimy, kim jesteśmy, jak możemy im pomóc. Nie powiem Ci na koniec: nie bój się. Bo wiem, że to nie jest takie proste. Ja też się boję. Przed każdą nową współpracą, nowym projektem mam tysiąc myśli na minutę i tysiąc argumentów za tym, żeby się wycofać, schować, nic nie robić. Ale kilka razy w życiu posłuchałam tego strachu i się wycofałam. Zawsze żałowałam. Zawsze. Więc – bój się. I wiedz, że inni też się boją. Tak, ci, którym niby wszystko tak lekko przychodzi, których obserwujesz, do których się może czasem porównujesz. Oni też się boją. Ale działają. I zza tego działania strachu już nie widać. Jeśli chcesz, żeby go nie było – działaj. W końcu mu się znudzi i sobie pójdzie. A nawet jak wróci, to będziesz już wiedzieć, że wystarczy zrobić krok do przodu, żeby zostawić go w tyle. The post PDSK#031 Czego się boi korektor (część 2) (podcast) appeared first on Ewa Popielarz.
undefined
Mar 3, 2023 • 35min

PDSK#030 Czego się boi korektor (część 1) (podcast)

Boję się kliknąć guzik rozpoczynający transmisję na żywo na Instagramie albo na webinarze. Zanim to zrobię, zwykle jeszcze wychodzę z pokoju, idę po kolejną szklankę wody, poprawiam krzesło, sprawdzam mikrofon. Żadnej z tych rzeczy nie musiałabym w tym momencie robić, chcę tylko opóźnić moment rozpoczęcia transmisji. Live’y prowadzę od kilku lat, liczą się już w setkach. I ciągle się boję. Boję się opublikować post na LinkedInie. Rzadko to robię, nie znam tamtejszej społeczności. Niby wiem, że przecież mnie nie zjedzą, ale boję się. Boję się czytać książki po swojej redakcji albo korekcie. Bo może znajdę błąd. Boję się, jak ktoś mi pisze, że czyta książkę po mojej redakcji albo korekcie. Bo może znajdzie błąd. I co sobie o mnie pomyśli? Wiem, że wykonałam swoją pracę najlepiej, jak potrafiłam. I że od literówki nikt jeszcze nie umarł. Chyba. Ale się boję. Mimo to zajmuję się redakcją i korektą od kilkunastu lat. Bo nie jest najważniejsze to, czego się boimy, ale to, czy potrafimy sobie z tym poradzić. O to, czego się boi korektor, zapytałam kursantów Akademii korekty tekstu. Agnieszka, Kasia, Bernadeta, Justyna i druga Agnieszka podzieliły się ze mną swoimi obawami. Tak powstał podcast, który rozrósł się do dwóch odcinków. Nie dlatego, że tych obaw jest tak dużo. Ale dlatego, że bardzo bym chciała chociaż spróbować Was od nich uwolnić. Bo jestem przekonana, że część z nich jest też Waszym udziałem. Rozprawmy się wspólnie z tymi ograniczającymi nas lękami! Subskrybuj: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | Inne Montaż: Kamil Dudziński Transkrypcja: Katarzyna Bień Goście odcinka Justyna Szymkiewicz www.dajmislowo.pl Katarzyna Kowalska https://zufi.pl Katarzyna Kowalska – FB Katarzyna Kowalska – IG Bernadeta Paczkowska i.korekta@gmail.com Bernadeta Paczkowska – IG Agnieszka Ruczaj agnieszkaruczaj@gmail.com Agnieszka Ruczaj – LI Agnieszka Michalik kontakt@wkrainieslow.pl www.wkrainieslow.pl Agnieszka Michalik – FB Agnieszka Michalik – IG Plan odcinka Boję się, że jeszcze za mało potrafię Boję się… popełnić błąd Boję się… hejtu Źródła przywołane w odcinku Ingerencje w styl autora – miniszkolenie Transkrypcja podcastu #030 Czego się boi korektor (część 1) Boję się, że jeszcze za mało potrafię Justyna Szymkiewicz: Boję się, zwłaszcza na początku drogi, zderzenia ze ścianą. Zawiłości, na które trudno mi będzie znaleźć odpowiedź. Wiem, że zawsze mogę liczyć na wsparcie grupy, ale jestem typem zosi samosi i lubię sama szukać rozwiązań. Denerwuję się na siebie, gdy mi się to nie udaje. Ewa Popielarz: Zosia Samosia, ta od Tuwima, „Zjadła wszystkie rozumy, / Więc co jej po rozumie? / Uczyć się nie chce – bo po co, / Gdy sama wszystko umie?”. Takie „samosiostwo” byłoby złe. Takiego „samosiostwa” nie chcemy. Ale Justyna mówi o czymś innym – o ambicji. A pośrednio też o obawie przed zadawaniem pytań. Powiedzcie mi, kto nam zrobił taką krzywdę w życiu, że boimy się pytać? Sądzimy, że zadane pytanie nas pogrąża, bo świadczy o naszej niewiedzy. Czy to szkoła nas tego nauczyła? A może internet, w którym zamiast odpowiedzi dostajemy przytyki odnośnie do popełnionych w poście błędów. O takim publicznych wytykaniu błędów będę jeszcze w tym podcaście mówić pewnie wielokrotnie, bo to jedno z poważniejszych źródeł strachu, o którym dziś rozmawiamy. Ale najpierw dwa przykłady: Jakiś czas temu Facebook wprowadził możliwość zadania anonimowych pytań w grupach. Dotąd każde pytanie było oznaczone naszym zdjęciem, imieniem i nazwiskiem albo inną nazwą czy grafiką, jeśli takie dane sobie na Facebooku wybraliśmy. Prowadzę na Facebooku grupę Po drugiej stronie książki, w której jest aktualnie ponad 6,5 tysiąca osób, więc codziennie pojawiają się różne pytania, zwykle językowe. Zakładałam, że w PDSK nikt nie będzie z tej anonimowości pewnie korzystał, no bo co jest takiego strasznego w pytaniu o przecinek? Tymczasem okazuje się, że pytań anonimowych pojawia się mnóstwo! Wiele osób chętnie z tej formy korzysta. A nie jest ona domyślna, trzeba wybrać specjalną opcję, żeby post ukazał się bez naszych danych. Więc to nie przypadek. Drugi przykład to moja historia. Jeśli słuchaliście 26 odcinka podcastu PDSK, to wiecie mniej więcej, jakie były moje początki w zawodzie korektora. A były przede wszystkim – bardzo samotne. Powiedzieć, że kilkanaście lat temu to był zawód dla introwertyków, to jak nic nie powiedzieć. To był wręcz zawód dla samotników! I naprawdę nie było kogo zapytać o swoje rozterki językowe. Instagram jeszcze nie istniał, Facebook też nie (to był rok 2006). A jak już dwa lata później wszedł oficjalnie do Polski, to był bardziej Naszą-Klasą niż platformą wymiany usług. Gdzie miałam zadawać te pytania? Na Gadu-Gadu? Mogłam sobie co najwyżej wstawić emotkę z ludzkiem walącym głową w ścianę, jak trafiłam na większe zawiłości językowe. Owszem, współpracowałam z wydawnictwami, ale redaktorzy prowadzący nie mieli (i dalej nie mają) za wiele czasu, żeby mnie czegokolwiek uczyć. Wyłapywałam strzępki informacji, dzięki którym uczyłam się nowych dla mnie rzeczy. Ale to naprawdę była długa i żmudna droga. I też się bałam, że nie wszystko wiem. Ba, ja byłam pewna, że nie wiem wszystkiego! Że wiem jeszcze bardzo mało. To nie jest zawód, do którego można napisać tutorial na 50 stron, po którego przeczytaniu będziemy wszystko wiedzieć. Najważniejsze, żeby mieć tego świadomość. A potem uczyć się, drążyć i pytać. Emotki z głową walącą w ścianę już i tak nie ma, więc pozostaje nam wziąć się do roboty 🙂 Obawa przed lukami w wiedzy towarzyszy też Kasi, posłuchajcie: Katarzyna Kowalska: Boję się błędnej interpretacji zasad w kwestii poprawności pewnych zapisów lub – co gorsza – braku wiedzy. Chodzi o takie przypadkowe nieprzypadkowe poprawianie z dobrego na lepsze albo z dobrego na złe. EP: Z dobrego na lepsze zawsze warto poprawić – albo przynajmniej to zaproponować. Nie ma sensu poprawianie z dobrego na równie dobre. Bo wtedy po prostu zmieniamy słowa autora na swoje. A skoro są równie dobre, to niech zostanie po „autorowemu” (strasznie dużo neologizmów w tym odcinku!), bo to jego lub jej tekst, nie nasz. Z dobrego na złe – tak nie robimy. Jak się przed tym ustrzec? Odpowiedź jest prosta: argumentami. Czym się różni korektor od każdego innego człowieka, który bierze się za poprawianie czyjegoś tekstu? Póki działamy amatorsko, najczęściej poprawiamy „na czuja”. Czasem w prostych sytuacjach, np. interpunkcyjnych albo w kwestii małych/dużych liter czy pisowni łącznej/rozłącznej, pewnie potrafimy nawet podać zasadę. Ale jak przychodzi do zmian składniowych, stylistycznych – bez solidnego przygotowania działamy na wyczucie. Korektor powinien każdą poprawkę umieć uzasadnić. Nie wystarczy rzucić: „Jakoś mi to słabo brzmi. Napiszmy inaczej”. „Słabo brzmi” to tylko sygnał, że mogłoby być lepiej. Ale jeśli naprawdę chcemy ten fragment zmienić, to zastanówmy się dlaczego. Może jest powtórzenie, może niezamierzony rym, może dane słowo nie pasuje do bohatera, może nagle bez powodu zmienił się czas, może podejrzewamy, że czytelnik nie zrozumie danego fragmentu, bo jest zbyt zawiły, albo odwrotnie – może czujemy, że czytelnik poczuje się zażenowany, że autor wyjaśnia oczywiste oczywistości. Jeśli trudno Wam sobie wyobrazić tę ostatnią sytuację, to podam przykład. Redagowałam kiedyś książkę dla dzieci w wieku około 10–12 lat (taka młodsza młodzież). W książce były przypisy, bo dotyczyła czasów PRL-u, dla dzieciaków już dość odległych. Większość przypisów była bardzo potrzebna. Przy definicji wywiadu nieco się zawahałam, ale jeszcze poszłam dalej. No ale kiedy autorka zaczęła wyjaśniać w przypisie, czym jest YouTube – oj, wtedy musiałam zareagować. Wyobrażacie sobie reakcję 12-latka, któremu ktoś wyjaśnia, co to takiego YouTube? Zadaniem redaktora jest uchronienie autorów przed takimi reakcjami czytelników. Wróćmy do meritum, bo odbiłam w dygresję. Kasia wspominała, że boi się poprawiania z dobrego na gorsze. Moja propozycja brzmi: postaw na argumenty, wertuj słowniki, także internetowe, dopytuj, konsultuj. Jeśli umiesz uzasadnić swoją poprawkę, to znaczy, że warto ją zaznaczyć. Problem robi się poważniejszy, jeśli obawa przed tym, że potrafię jeszcze za mało, paraliżuje mnie i blokuje przed działaniem. Wspomina o tym Bernadeta: Bernadeta Paczkowska: W ramach egzaminu końcowego w Akademii korekty tekstu Ewa postawiła przed nami naprawdę duże wyzwanie. No ale pomyślałam sobie: „Okej, jestem dobrze przygotowana, mam sporo czasu, dam radę”. I co? Trochę mnie przestraszyła liczba błędów, które popełniłam. No dobrze – byłam przerażona. Zaczęłam się bać, że to nie jest dla mnie dobry moment na rozpoczęcie działalności z prawdziwego zdarzenia. Zamierzałam świadczyć usługi i brać za to pieniądze, a przecież właśnie się okazało, że mam braki. I co teraz? Nie startować z działalnością, tylko przerobić materiał jeszcze raz? A może przyjmować tylko te zlecenia, w których czuję się pewnie. Albo – szaleństwo – skoczyć na głęboką wodę? Lekko podłamana, zapisałam się do Ewy na konsultację. I to było najlepsze, co mogłam zrobić. Ewa uświadomiła mi, że potraktowałam się zbyt surowo. Moja wiara w siebie została uratowana. Zaczęłam działać – i działam nadal, bo zleceń przybywa. EP: Od razu rozwiewam wątpliwości: to nie tak, że na konsultacjach klepię wszystkich po plecach i mówię: „Pięknie, wszystko potrafisz, koniec nauki!”. Prawdą jest tylko to, że klepię po plecach, bo dobra motywacja zawsze się przydaje. Ale potem mówię: „Zobacz, tego za mało, tego za dużo, to zrób tak, na to uważaj, tak nie wolno, a tu był dobry trop, ale się zawahałaś – niepotrzebnie”. Kiedy słuchałam obaw Bernadety miałam w głowie kilka myśli: Po pierwsze – czas szkolenia to czas nauki. Gdyby wszyscy wszystko wiedzieli już na tym etapie, to po co by im był chociażby taki kurs jak Akademia korekty tekstu? A jeśli się uczysz, to znaczy, że są rzeczy, których nie wiesz. I popełniasz błędy. I uczysz się na tych błędach. A jeśli popełniasz błędy, to znaczy, że działasz, próbujesz swoich sił. Nie popełni błędu ten, kto tylko czyta sobie słownik. No bo co tu może pójść nie tak? Ale wyślijcie takiego teoretyka na front, dajcie mu tekst, niech wykona korektę. Będzie płacz i zgrzytanie zębów. I znów – po to właśnie są szkolenia. Żeby w bezpiecznych warunkach popełnić jak najwięcej błędów. Bo tylko jeśli je popełnimy, dowiemy się, jak je poprawić. I jak być lepszym/lepszą. A potem przyjdzie Ewa, poklepie po plecach i powie: „No widzisz, opłacało się pracować. Znaczniki w korekcie dobrze dobrane, błędy składu wyłapałaś i przecinki dobrze postawiłaś. A pamiętasz, jak się bałaś, że nie dasz rady? No, to teraz – wracamy do nauki”. Jeśli spodziewaliście się innego zakończenia, to muszę Was zmartwić (albo ucieszyć, co kto woli) – w tym zawodzie nauka nigdy się nie kończy. Boję się… popełnić błąd W poprzedniej części podcastu odnosiłam się głównie do czasu nauki. On też jest pełen lęków, ale mimo wszystko – w bezpiecznych warunkach. Prawdziwe szaleństwo zaczyna się wtedy, kiedy zaczynamy pracować na prawdziwych tekstach. Posłuchajcie Kasi: KK: Czego się boję jako korektor? Hmm… Na przykład następstw błędów. Tak, tego się boję, zwłaszcza na początku. Mimo że jako korektor wiem, że pomyłki zdarzają się każdemu. Mam świadomość, że wybierając taki zawód, niestety jesteśmy skazani na naukę do końca życia, a przynajmniej do czasu wykonywania tego zawodu. EP: O widzicie, Kasia uważnie słuchała moich tyrad na webinarach w czasie Akademii – tak, uczymy się do końca życia. Tak, jesteśmy na to skazani, jeśli chcemy się parać korektą. I tak, będziemy popełniać błędy. Nie ma magicznej granicy między etapem nauki a etapem pracy w zawodzie. To nie tak, że korektor nagle budzi się rano i myśli: „Okej, jestem gotowy, od dzisiaj wszystko już wiem, nie popełnię żadnego błędu. Mogę zacząć pracę!”. I Kasia doskonale zdaje sobie z tego sprawę, bo sama zaznaczyła, że pomyłki zdarzają się każdemu. Ale mimo wszystko – boimy się tego. Tylko że… wiecie co? Od tego jeszcze nikt nie umarł! Tak, poprawność językowa, dbałość o tak zwaną piękną polszczyznę, kultura języka – to wszystko jest ważne, wzniosłe, potrzebne. Ale powiedzmy sobie szczerze: to nie jest zabieg na otwartym sercu. Nasz błąd nie pozbawi nikogo życia. Nie zwalnia nas to oczywiście z dbałości o jakość swoich korekt i z ciągłego doszkalania się. Zawsze pracujemy na 100% swoich możliwości. Chodzi tylko o to, żeby nie dać sobie wmówić, że świat się zawali, jak przepuścimy literówkę. Zdradzę Wam pewną tajemnicę. Ale najpierw muszę zrobić krótkie wprowadzenie. Otóż w świecie korektorów znane są dwa tytuły, które zyskały już miano biblii – to Polszczyzna na co dzień pod redakcją prof. Mirosława Bańki i Edycja tekstów Adama Wolańskiego. I teraz uwaga – idzie tajemnica: w spisie treści Edycji tekstów jest literówka! Aaaa! Straszne, co? Uważajcie dalej: w Edycji tekstów jest wprowadzone dzielenie między rozkładówkami. Rozkładówka to dwie strony, które widzimy po otworzeniu książki. Nie powinno się zostawiać na końcu rozkładówki kawałka słowa, bo żeby je doczytać do końca, trzeba przewrócić stronę, co jest niewygodne dla czytelnika. I Wolański podaje tę regułę w swojej książce, w tej samej, w której ta reguła jest złamana. No, przeoczona, bo na pewno nikt tego nie zostawił celowo. To po prostu – pomyłka, błąd. A teraz uwaga, idzie hit: w Polszczyźnie jest napisane, że jedynka jest liczebnikiem zbiorowym. I wiecie co? Nikt od tego nie umarł! Powiem więcej – mimo tych strrrrasznych błędów (to była ironia – żebyśmy mieli jasność) korektorzy nadal traktują te książki jako podstawę swojej wiedzy. Mam nadzieję, że trochę osłabiłam Wasz strach przed popełnieniem błędu. Ale teraz oddam głos Justynie, która mówi o tym problemie w nieco innym kontekście: Justyna Szymkiewicz: Boję się, że za mocno namieszam, że ingerencja w styl autora będzie widoczna. Oczywiście wiem, że każdą zmianę skonsultuję, jednak nie chciałabym, aby twórca poczuł, że to już nie jego słowa, że weszłam w jego buty i panoszę się po tekście. Chciałabym pracować skutecznie, ale niewidocznie, odciąć się od myśli, co ja bym napisała, a skupić na ulepszeniu tego, nad czym pracuję. EP: No uwielbiam te dziewczyny. Mówią o swoich obawach, a w drugim zdaniu od razu sobie odpowiadają i dają najlepsze rady! Tak, praca korektora ma być niewidoczna. Korektor, redaktor nie jest autorem i musi o tym cały czas pamiętać. Obawa przed nadmierną ingerencją w styl autora pojawia się chyba najczęściej, kiedy przechodzimy już do praktyki. Nagrałam kiedyś nawet szkolenie na ten temat – znajdziecie je na stronie kurskorektytekstu.pl pod tytułem „Ingerencje w styl autora”. Podałam tam przykłady moim zdaniem niepotrzebnych zmian i pokusiłam się o nadanie im etykiet, żeby łatwiej Wam było rozpoznać w sobie takie zapędy. I teraz uwaga – kluczowe słowa w poprzednim zdaniu to: „moim zdaniem”. Nie bez powodu Justyna powiedziała, że każdą zmianę skonsultuje z autorem. Pamiętajcie, że kiedy nanosicie korektę, nie uprawiacie żadnej samowolki. W Wordzie pracujecie w trybie śledzenia zmian, na PDF-ie nanosicie znaczniki. Autor każdą Waszą poprawkę widzi. Może się na nie zgodzić, a może je cofnąć. Może poprosić o wyjaśnienie albo uznać, że dany fragment faktycznie trzeba zmienić, ale jeszcze inaczej, niż zaproponowaliście. Jeśli uważacie, że to i to trzeba zmienić i macie na to dobry argument – zawsze warto to zaznaczyć. A jak poznać, czy to nie jest nadmierna ingerencja? Proste – zapytać autora. Warto wysłać autorowi dwie, trzy strony poprawionego tekstu i poprosić o komentarz. Szczególnie jeśli to Wasza pierwsza współpraca. Jeśli zgodzi się na wszystko – macie sprawę jasną. Jeśli będzie dopytywał, polemizował, na niektóre zmiany się nie zgodzi – to też dla Was ważna informacja. Będziecie wiedzieć, jak działać dalej. A jak znowu dopadną Was wątpliwości – znów zapytajcie. Na początku tego podcastu już ustaliliśmy, że pytania nie są oznaką niewiedzy. One są oznaką dążenia do wiedzy. Zapomnijcie o szkolnym, „co autor miał na myśli”. Macie niepowtarzalną okazję zapytać go o to! Skorzystajcie z tego! Boję się… hejtu Ja z kolei boję się zaczynać ten temat, bo wyzwala we mnie wszystkie najgorsze emocje. Codziennie obserwuję, jak bardzo dobrze zapowiadający się korektorzy i korektorki boją się ruszyć z miejsca i zaoferować swoje usługi – w obawie przed publiczną krytyką, hejtem, przytykami. Nikt nie ma prawa podcinać im w ten sposób skrzydeł. Posłuchajcie Agnieszki i Kasi: Agnieszka Ruczaj: Boję się, że nie wyłapię znaczących błędów i ludzie będą się z tego śmiać. Że umkną mi jakieś oczywistości i wpłynie to na potencjalne przyszłe zlecenia. Katarzyna Kowalska: Boję się też hejtu ze strony innych, nie tylko korektorów. A tak w ogóle uważam, że wytykanie komuś błędów powinno być zakazane – tak przy okazji. EP: Zobaczcie: dziewczyny nie mówiły o strachu przed krytyką ze strony autora. Nie, boją się tego, jak inni odniosą się do ich pracy. Boją się, że ktoś im wytknie błąd, będzie się śmiać. Przecież wiadomo, że wszyscy ludzie na świecie mają radary na literówki, a skoro je wyłapali w tekście, to dlaczego korektor tego nie zrobił? Wiecie dlaczego? Bo poprawiał te wszystkie błędy, których czytelnicy już nie zauważą. Bo ich nie ma! Kosiliście kiedyś trawę na ogródku? Zakładam, że jeśli tak, to staraliście się jak najlepiej wykonać swoje zadanie. Jak byście się czuli, gdyby ktoś przyszedł na koniec i wytknął Wam, że w jednym rogu zostało kilka nieskoszonych źdźbeł? „Hej, może doceń to, że cały trawnik jest pięknie skoszony, a nie czepiaj się jakiejś drobnej niedoróbki, co?” – podejrzewam, że tak byście pomyśleli. Szczególnie jeśli osoba, która wytyka Wam ten błąd, nigdy w życiu sama nie skosiła trawnika. „Myślisz, że to takie to proste? Że niedoróbki zostały przez moje niedbalstwo? To spróbuj sam czy sama. Skoro widzisz literówki, tzn. źdźbła, masz takie dobre oko, pewnie pójdzie ci świetnie. Tylko nie najedź na kabel, bo będzie źle”. Kończę już tę rozbudowaną metaforę, bo zaczynamy zmierzać w makabrycznym kierunku. Rozumiecie, co mam na myśli? Łatwo jest krytykować, trudniej docenić włożony trud. Szczególnie jeśli tylko nam się wydaje, że na czymś się znamy, a tak naprawdę nigdy nie próbowaliśmy zagłębiać się w dany temat. Spróbujcie pomyśleć o swojej profesji – szczególnie jeśli nie jesteście korektorami. Co robicie zawodowo? Piszecie teksty, tworzycie strony internetowe, pracujecie w obsłudze klienta, prowadzicie salon fryzjerski, pracujecie w gastronomii? Zakładam, że wkładacie w to wysiłek, serce, lata nauki, praktyki, przygotowań. Chcielibyście, żeby ktoś przyszedł i powiedział, że sam by lepiej napisał ten opis produktu; że co to za filozofia grzywkę dobrze przyciąć; że zupa przesolona? Jeśli jeszcze zwróciłby Wam uwagę w cztery oczy – super. Poprawicie się, nauczycie czegoś, drugi raz nie popełnicie tego błędu. Ale czy chcielibyście usłyszeć coś takiego na szerszym forum? Czy to nie zdyskredytowałoby całego Waszego wysiłku? Czy nie poczulibyście się niesprawiedliwie potraktowani?  Z językiem polskim sprawa jest o tyle trudna, że każdemu, kto się nim posługuje, wydaje się, że jest ekspertem. Bo przecież wszyscy mamy za sobą lata nauki polskiego w szkole. Katowali nas tymi podmiotami, przecinkami. Problem w tym, że język polski jest naprawdę niesamowicie trudny. A jeśli nam się wydaje, że świetnie się nim posługujemy, to zwykle mamy rację – wydaje nam się. Warto więc docenić tych, którzy wkładają wysiłek w poznanie zasad językowych. Nawet jeśli sami popełniają czasem błędy. * Jeśli wciąż nie jesteście przekonani do tego, że nie warto poprawiać innych publicznie – wysłuchajcie 15 odcinka podcastu. Zatytułowałam go „Jak poprawiać innych i czy w ogóle warto to robić”. Spoiler: nie warto. Możecie przejść do tego odcinka już teraz, bo ten, którego właśnie słuchacie, dobiega końca. A właściwie – zbliża się do połowy. Zostały nam jeszcze trzy lęki, ale nimi zajmiemy się w kolejnym odcinku. Śledźcie moją stronę ewapopielarz.pl i moje konta w mediach społecznościowych, żeby go nie przegapić. Usłyszymy się już niedługo! The post PDSK#030 Czego się boi korektor (część 1) (podcast) appeared first on Ewa Popielarz.
undefined
Sep 10, 2022 • 48min

PDSK#029 Od teorii do praktyki. O pierwszej współpracy z autorem opowiadają kursantki Akademii korekty tekstu (część 2) (podcast)

W poprzednim odcinku podcastu kursantki IV edycji Akademii korekty tekstu opowiedziały o tym, jakie obawy i jakie nadzieje towarzyszyły im przed udziałem w akcji parowania korektorów z twórcami, będącej zwieńczeniem kursu przygotowującego do zawodu korektora. Dzisiaj Monika, Lidia, Karolina, Kamila, Dagmara, Ania i Ola zdadzą Wam relację z przebiegu akcji i z tego, czego się dzięki niej nauczyły. Pierwsza współpraca z autorem zostaje w pamięci na długo. Jeśli ten moment jest jeszcze przed Wami – posłuchajcie, jakie rady mają dla Was absolwentki Akademii. Subskrybuj: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | Inne Montaż: Kamil Dudziński Transkrypcja: Katarzyna Bień Goście odcinka Anna Gogacz anna_gogacz@wp.plAnna Gogacz – FBAnna Gogacz – IG Monika Fabiszak korektorka.monika@gmail.comMonika Fabiszak – FBMonika Fabiszak – IG Aleksandra Kornacka kontakt@olakornacka.plAleksandra Kornacka – FBAleksandra Kornacka – IG Dagmara Michalak korektawcudzyslowie@gmail.comDagmara Michalak – FBDagmara Michalak – IG Lidia Palusińska lidka.palusinska@gmail.comhttps://webskieslowa.pl/Lidia Palusińska – FBLidia Palusińska – IGLidia Palusińska – LI Kamila Pierzchała kamila.pierzchala2000@gmail.comhttps://www.znaciskiemnaszczescie.pl/Kamila Pierzchała – FBKamila Pierzchała – IG Karolina Przybył karolina.przybyl@onet.com.plhttps://karolinaprzybyl.pl/Karolina Przybył – FBKarolina Przybył – IG Plan odcinka Czy zajmowałaś się korektą jeszcze przed Akademią?Czego Cię nauczyła współpraca z autorem?Co powiedziałabyś korektorom, którzy są na początku swojej drogi? Transkrypcja podcastu #029 Od teorii do praktyki. O pierwszej współpracy z autorem opowiadają kursantki Akademii korekty tekstu (część 2) Jak przebiegała współpraca z autorem/autorką? Ewa Popielarz: „Jak przebiegała współpraca z autorem/autorką?” – przy tym pytaniu dziewczyny tak się rozgadały, że pozostaje mi zamilknąć i oddać im głos. Zaczniemy od Kamili. Kamila Pierzchała: I to będzie pytanie, na które na pewno się rozgadam, bo wzięłam udział [w akcji] zarówno jako korektorka, jak i twórca, dzięki czemu spojrzałam na akcję z dwóch różnych perspektyw. Już jako twórca znałam ją z poprzedniej edycji, a teraz [miałam ją poznać] jako korektor, czyli w z perspektywy zawodu, którego się uczyłam przez trzy miesiące profesjonalnie. Jeżeli chodzi o stronę korektorską, to w ramach akcji otrzymałam do poprawki pierwsze rozdziały książki młodej pisarki, Natalki. Naprawdę świetnie nam się pracowało, ponieważ od razu zobaczyłyśmy, że nadajemy na podobnych falach. Połączyła nas też wspólna pasja pisarska – obie jesteśmy początkującymi osobami, które chcą wydać książkę, więc oprócz tego, że faktycznie naniosłam poprawki na to, co stworzyła już Natalka, to dużo rozmawiałyśmy o wydawniczym świecie, o tym, jak to wygląda. Ja podzieliłam się z nią też swoimi doświadczeniami w prowadzeniu bookstagrama, na którym mam kontakt z autorami jako recenzentka książek. Nawet wysłałam jej swój tekst, żeby ona też zobaczyła mnie od strony pisarskiej, powiedziała, co sądzi o mojej książce i – to zabawne – też wyłapała kilka błędów, których ja nie spostrzegłam wcześniej. Ani ja, ani moja siostra, ani osoba, która pomagała nam w korekcie – to też była osoba z AKT. Dostrzegłam więc jej stronę korektorską i naprawdę świetnie nam się pracowało i do teraz wymieniamy się fragmentami swoich książek, wspierając się w tych trudnych początkach, bo nie ukrywajmy, że teraz świat wydawniczy jest tak duży, że ciężko na nim zaistnieć. Ja sama już staram się od jakiegoś czasu wydać swoją książkę i otrzymałam kilka odmów, chociaż mam nadzieję, że teraz dzięki korekcie – tutaj serdeczne uściski dla Kasi i Iwony, które już ostatecznie pomagają nam teraz, mnie i mojej siostrze – w końcu uda się wydać nasze najnowsze dwie książki. Także, dziewczyny, ściskam Was mocno i mam nadzieję, że niedługo będziemy świętować nasz wspólny sukces! EP: Też mam taką nadzieję i mocno trzymam za to kciuki! Kamila wspomniała o bardzo ważnej rzeczy – zwróciliście na to uwagę? Powiedziała, że w książce, która już była po korekcie, ktoś inny jeszcze znalazł błąd. I to był błąd, którego ona sama nie widziała. Jest to dla nas podwójna lekcja. Po pierwsze – tak jak nie można być filozofem we własnym kraju, tak samo nie można być korektorem własnych tekstów. Pewnych swoich manier czy błędów po prostu nie widzimy. Jeśli sami napiszemy jakieś zdanie, to trudno nam sobie wyobrazić, że mogłoby brzmieć inaczej. Korekta autorska ma sens dopiero po czasie, kiedy tekst swoje odleży i już zapomnimy, jak brzmiał. Ale tak czy inaczej – spojrzenie człowieka z zewnątrz zawsze jest cenne. Po drugie – korektor to nie cudotwórca. Korektor ma sprawić, żeby tekst był lepszy, nie żeby był perfekcyjny. Jesteśmy tylko ludźmi i zawsze coś nam może umknąć. Do tego zawsze coś można napisać jeszcze inaczej, jeszcze lepiej. Jeśli piszecie swoje teksty, to wiecie, że jak sami sobie nie powiemy „dość!”, to poprawki można by nanosić w nieskończoność. Oczywiście są też ewidentne błędy i takie korektor powinien wyłapać – a zrobi to lepiej, jeśli ma wiedzę i doświadczenie. To zawód, w którym z roku na rok jesteśmy coraz lepsi. Na początku może to być frustrujące, ale ci, którzy przetrwają te trudne pierwsze miesiące nauki, będą sowicie wynagrodzeni. Bo po czasie zobaczą, jak ogromne zrobili postępy. A przy tym będą mieli okazję przeczytać wiele tekstów, po które często sami by sięgnęli dla czystej przyjemności lektury. Na taką powieść trafiła w ramach akcji parowania z twórcami Monika. Monika Fabiszak: Mnie się trafiła bardzo życzliwa i pozytywna autorka. W ramach akcji zajmowałam się jej debiutanckim romansem. Wykonałam redakcję językową na tekście, który zresztą bardzo mnie urzekł. Mogłam połączyć moją ulubioną czynność, czyli czytanie, z usprawnianiem tekstu na korzyść czytelnika. Tekst analizowałam w Wordzie, więc swoje uwagi lub propozycje zapisałam w komentarzach, do których autorka bez problemu się odniosła, akceptowała i chwaliła moje propozycje. Wspólnie stworzyłyśmy naprawdę świetny romans z przesłaniem, który na długo pozostanie w mojej pamięci. Książka nie została jeszcze opublikowana i nie wiem, na jakim etapie jest jej publikacja, jednak mam nadzieję, że kiedyś zobaczę tytuł na półce w księgarni i będę mogła ponownie oddać się treści książki. Współpraca zaowocowała niezapomnianym feedbackiem, pełnym ciepłych słów i motywacji do dalszego działania. EP: Feedback – marzenie każdego korektora. Muszę Wam powiedzieć, że przez całe lata był to bardzo samotny zawód. W erze przed mediami społecznościowymi, grupami zawodowymi i kursami online korektor siedział sam na sam ze swoim laptopem i musiał się zmagać z syndromem oszusta, który pokazywał mu, jak wiele ów korektor jeszcze nie wie. Bo w tym zawodzie zawsze jest coś, czego jeszcze nie wiemy. Wydawcy rzadko kiedy mieli czas na obszerny feedback. Chyba że krytyczny, ale to mogło się skończyć dla korektora nie za dobrze. Dlatego tak cenne jest, żeby zapomnieć na moment o swoim introwertyzmie – wiem, że wielu korektorów właśnie tak samych siebie postrzega – i dołączyć do grupy osób, które mają podobne wyzwania. Społeczność korektorów jest naprawdę wspierająca, to jedna z wielu zalet tego zawodu. Mówię o wsparciu ze strony korektorów, bo autorzy nie zawsze potrafią dać nam feedback, jakiego byśmy oczekiwali. Anna Gogacz: Jak już wcześniej wspomniałam, ani przez moment nie wahałam się, czy brać w ogóle udział w tej akcji, i w dodatku wyraziłam chęć współpracy z dwiema autorkami. Byłam bardzo podekscytowana, bardzo ciekawa, no a jednocześnie troszeczkę zestresowana, ale ciekawość zwyciężyła. Okazało się, że moje autorki są bardzo otwarte i już miały styczność z korektą, więc nie musiałam im niczego tłumaczyć, co znowu paradoksalnie bardzo mnie podbudowało. Teksty, które dostałam, to krótkie opowiadania obyczajowe, sensacyjne oraz fantasy – w programie Word. Dwa z tych opowiadań szczególnie mi się spodobały. Moim zdaniem były świetnym materiałem wyjściowym na książki, czego zresztą nie omieszkałam zasugerować autorkom, a one były pozytywnie zaskoczone. Nawet uzyskałam obietnicę od jednej z dziewczyn, że jeżeli taką książkę napisze, a bardzo intensywnie o tym myśli, to będę mogła zrobić redakcję i korektę. Także liczę na to mocno, jesteśmy cały czas w kontakcie i mam nadzieję, że to się uda. W przypadku pierwszej autorki współpraca była płynna, chociaż momentami miałam wrażenie, że autorka sama nie do końca wiedziała, czego chce, ale ostatecznie udało się dojść do kompromisu i ustalić jakąś wersję. Tylko że niestety na koniec nie otrzymałam żadnego feedbacku, na który bardzo liczyłam. Zrobiło mi się troszeczkę przykro, kontakt się urwał, ale to wrażenie zatarła druga współpraca, która była po prostu fantastyczna. Bardzo, bardzo dobrze się zrozumiałyśmy, już nawet na etapie wstępnych, powitalnych maili, płynnie uporałyśmy się ze wszystkimi poprawkami w tekście. Na koniec dostałam tak kwiecistą opinię, że aż mi dech zaparło. Do dzisiaj utrzymuję ciepły kontakt z Dianą. Myślę, że ta współpraca ma jakąś przyszłość i byłam z niej bardzo zadowolona. EP: Już rozumiecie, co miałam na myśli, kiedy mówiłam, że autorzy nie zawsze dają nam feedback, jakiego byśmy oczekiwali? Czasem dzieje się tak dlatego, że sama korekta to dla nich trudne doświadczenie i potrzebują czasu, żeby przespać się z tymi wszystkimi czerwonymi poprawkami. Tu ogromna rola korektora, by wytłumaczyć, że korekta to nie krytyka. Innym razem autor jest nawet zadowolony z ostatecznej wersji tekstu, ale sam nie zna się na języku na tyle, żeby powiedzieć, co się zmieniło na plus i za co jest wdzięczny. A czasem jest po prostu człowiekiem, który zleca usługę, odbiera tekst i wraca do swoich spraw. Tak jak my wychodzimy od fryzjera czy dentysty, rzucając krótkie „do widzenia”. Nie zawsze zachwycamy się cudownym cięciem czy pięknie osadzoną plombą. Wszystkie te możliwości trzeba wziąć pod uwagę. Doceniać pozytywne słowa, a z każdej współpracy wyciągać lekcję. A teraz uważajcie, bo Was zaskoczę. Jeśli myślicie, że wszyscy korektorzy są introwertykami, to posłuchajcie, jak do współpracy z autorką podeszła Ola. Aleksandra Kornacka: Autorka, z którą miałam przyjemność współpracować, Karolina, napisała debiutancką książkę, która jest pewnego rodzaju zapisem jej wspomnień i doświadczeń związanych z walką z chorobą i trudnościami zdrowotnymi. Ma pokazać jej perspektywę i wesprzeć inne kobiety, które są w podobnej sytuacji. Po skontaktowaniu się z Karoliną zaproponowałam jej krótką rozmowę, tak żebyśmy mogły się poznać i żebym dowiedziała się więcej o tej historii i samym pomyśle na książkę. Chciałam opowiedzieć jej też, jak wygląda praca korektora – no a w tym wypadku redaktora – czego może się spodziewać, a czego nie, bo myślę, że właściwe zrozumienie wzajemnych ról w czasie pracy bardzo pomaga w dalszym kontakcie. Spotkałyśmy się na wideokonferencji i w ciągu godziny udało nam się omówić praktycznie wszystkie najważniejsze kwestie związane z pracą, a mnie poznać historię Karoliny na tyle dobrze, że mogłam zabrać się za redakcję. W ramach akcji parowania otrzymałam fragment książki Karoliny, dokładnie – pierwsze rozdziały. Pracowałyśmy standardowo w Wordzie, w trybie śledzenia zmian, a do fragmentów, które wydawały mi się istotne do doprecyzowania czy do rozwinięcia, dodawałam Karolinie komentarze. Odsyłając plik, oczywiście opisałam jej dokładnie, w jaki sposób go czytać, jak odpowiadać na komentarze i jak zapisywać sam plik, tak żebyśmy wszystkie zmiany miały w oddzielnych wersjach. Kiedy oddałam Karolinie plik z dopiskiem „final”, zapytałam ją, jak podobała jej się taka współpraca z redaktorem, bo to było jej pierwsze zetknięcie się z taką rolą, no i jak ocenia moją pracę. Przyznała, że jest bardzo zadowolona z aktualnego kształtu tekstu i że zaczęła inaczej patrzeć na pisanie i na to, jak to, co chce przekazać w danym fragmencie tekstu, nawet tym najmniejszym, odebrałby czytelnik. EP: Piękna historia profesjonalnej współpracy – autorka została od początku do końca przeprowadzona przez cały proces, zarówno od strony merytorycznej, jak i technicznej. Pamiętacie, jak Ola opowiadała w poprzednim odcinku, że przed Akademią robiła tylko korekty wpisów na blogi i postów do mediów społecznościowych – wyłącznie pro bono, bo nie czuła się na siłach, żeby podjąć większą współpracę? Czy z tego, co przed chwilą usłyszeliśmy, jawi się obraz obraz kobiety niepewnej swoich kompetencji zawodowych? Myślę, że jest wręcz odwrotnie, i ogromnie się cieszę, że Ola miała okazję się o tym przekonać w praktyce. Ola podkreśliła, że wykonywała w zasadzie nie korektę, ale redakcję. Bo rzeczywiście niemal każde pierwsze czytanie tekstu po autorze należałoby nazwać redakcją. I takiego podejścia do poprawek uczymy się na kursie, który dla uproszczenia nazywa się Akademią KOREKTY tekstu. Karolina też zaznacza, że zredagowała tekst swojej autorki: Karolina Przybył: Po rozpoczęciu akcji parowania szybko nawiązałam kontakt z moją autorką. Autorka pozwoliła mi na pracę z tekstem, którą w zasadzie należałoby nazwać redakcją. Pracowałyśmy w Wordzie, w trybie śledzenia zmian. Bardzo ważne jest to, że przez cały czas miałyśmy ze sobą kontakt mailowy i gdy miałam wątpliwości dotyczące konstrukcji powieści albo pytania dotyczące bohaterów, to bardzo szybko dostawałam informację zwrotną z wyjaśnieniami. To było o tyle istotne dla mnie, że od razu mogłam działać, nie czekając na kolejną turę poprawek autorki po przesłaniu przeze mnie pliku. Na pewno dużym wyzwaniem było przeredagowywanie zdań w taki sposób, żeby zachować nadany im przez autorkę styl. Nie bez powodu tyle się o tym mówi na kursie, jest to bardzo ważne i trzeba się tego nauczyć. Pani Jadwiga z wdzięcznością przyjmowała wszystkie uwagi, chociaż nie ze wszystkimi się zgadzała. Przyjmowałam to na klatę. Wymieniłyśmy z autorką wiele maili i wspominała mi o tym, że bała się spojrzenia oka krytyka na swój tekst. Ostatecznie przyznała, że te obawy nie miały żadnych podstaw i że bardzo odpowiada jej mój sposób komunikacji i wskazywania błędów. Bardzo mnie to ucieszyło – to jest takie miłe, gdy otrzymuje się informację zwrotną. Bardzo mi zależało na tym, żeby nie czuła się przytłoczona poprawkami, które naniosłam. Miałam możliwość pracować z tekstem fantasy, to był prolog i dwa pierwsze rozdziały powieści. Ogromnie ucieszyło mnie to, że tekst trafił w mój gust czytelniczy. Z naszej współpracy wyniosłam nie tylko ogrom praktycznej wiedzy, ale też się przy tym dobrze bawiłam. Czasami się bałam, bo niektóre sceny przyprawiały mnie o gęsią skórkę. Tak to jest, kiedy taka miękka buła jak ja poprawia teksty w środku nocy, a zimowy wiatr świszczy za oknem. Pani Jadwiga to osoba z niesamowitą wyobraźnią. Wiem, że sięgnęłabym po jej książkę w księgarni. Zaskoczyło mnie to, że korekta może być taką fajną pracą. Na koniec naszej współpracy dostałam przemiłego maila, w którym przeczytałam, że pani Jadwiga kibicuje mi, jest pewna, że moi klienci będą tak samo zadowoleni z naszej współpracy jak ona. Pani Jadwigo, jeżeli Pani tego słucha, to serdecznie pozdrawiam. EP: Pani Jadwigo, ogromne dzięki! Takie słowa są niesamowicie ważne dla korektora. Powiem Wam szczerze, że wzruszyłam się, słuchając słów Karoliny. Chyba też miękka buła ze mnie [śmiech]. A najbardziej wzruszyło mnie podejście Karoliny do tekstu – ta dbałość o komfort autorki, o zachowanie jej stylu, o owocną współpracę. Zawsze powtarzam kursantom, żeby z miłością podchodzić do tekstów. I kiedy widzę, że rzeczywiście to robią, wychodzi ze mnie rycząca ze wzruszenia buła. Nic na to nie poradzę. Do tej pory korektorki opowiadały o pracy nad tekstami beletrystycznymi, ale do akcji parowania zgłaszają się też twórcy innych treści. Posłuchajcie, jak o swoich doświadczeniach opowiada Lidka. Lidia Palusińska: Bardzo się ucieszyłam z przydzielonej mi pary, bo znałam Agnieszkę z jej działalności w internecie, korzystałam już z jej materiałów, byłam i nadal jestem subskrybentką jej newslettera. Nie wiem, czy Agnieszka miała jakieś obawy [co do naszej współpracy], nic mi o tym nie mówiła. Myślę, że Agnieszka bardzo świadomie zgłosiła się do akcji i wiedziała, na czym polega korekta tekstu. W którejś z poprzednich edycji Akademii Agnieszka była gościnią spotkania na żywo z kursantami, podczas którego opowiadała o tym, jak SEO może wspierać rozwój strony internetowej i biznesu korektora. Szczerze mówiąc, nasza praca nad e-bookiem jeszcze się nie zakończyła. Ja wykonałam swoją pracę, natomiast nie poszłyśmy dalej ze względu na osobiste wydarzenia w życiu Agnieszki, które na jakiś czas wyłączyły ją z działalności. Plan jest taki, by już niedługo wrócić do pracy nad e-bookiem. Ale w międzyczasie nasza współpraca rozwinęła się w nieco inną stronę, jako że zajmuję się także pisaniem, copywritingiem i content writingiem, przygotowałam dla Agnieszki serię artykułów na tematy związane z SEO. Artykuły powstały na podstawie krótkich live’ów merytorycznych, które swego czasu Agnieszka organizowała w swoich mediach społecznościowych. Bardzo dużo się przy tym nauczyłam, bo doszlifowałam umiejętności tworzenia artykułów blogowych, ale także nauczyłam się mnóstwo na temat SEO. EP: Ale ja lubię takie historie! Kompetencje językowe pozwalają rozwinąć w swojej działalności wiele ścieżek, które mogą się pięknie uzupełniać. A przy tym sprawiają, że trudno się znudzić swoją pracą. Ja też na początku łączyłam korektę z copywritingiem, później z transkrypcjami, teraz ze szkoleniami. Zawsze to korekta i redakcja były w centrum, ale wiedziałam, że mogę wokół nich wiele jeszcze zbudować. Nie wiem, czy jest na świecie drugi zawód, który miałby taki potencjał. Przejdźmy do historii Dagmary – Dagmary, która została przeze mnie rzucona na głęboką wodę. Dagmara Michalak: Gdy w końcu przyszedł mail z przydzieloną mi parą, poczułam… hmm… małe rozczarowanie i przerażenie jednocześnie, bo dostałam kontakt do szefowej redakcji wydawnictwa – do Niny. Wydawnictwo to zajmuje się książkami z gatunku marketingu, biznesu, coachingu, czyli tematów, na których totalnie się nie znam. Przypuszczam, że sama się w to wkopałam, wpisując w formularzu, że robiłam korektę dwóch tekstów do gazety małych i średnich przedsiębiorstw. Byłam przerażona, miałam pełno myśli w stylu „Jak ja sobie poradzę z taką tematyką? Ja nie czytam takich książek”. Ale dałam sobie chwilę na oddech i zaczęłam konstruować maila do redakcji. Był bardzo szybki odzew ze strony Niny, która przedstawiła mi kobiecy, redakcyjny team – dziewczyny, które zajmują się nie tylko pracą nad książkami, ale także tworzeniem treści na bloga i stronę internetową. Robiłam tam przede wszystkim korekty opisów na okładki, dzięki czemu wreszcie pozbyłam się obaw co do korekty krótkich tekstów. Bo zawsze miałam wątpliwości, czy znajdę jakieś błędy – hmm, znowu – i ile będę mogła tak naprawdę poprawić. A te krótkie teksty, krótkie opisy były świetnym treningiem. Nina dała mi bardzo dużo swobody w zakresie zmian, jednak jednocześnie miałam od niej bardzo lakoniczny feedback – miły, ale lakoniczny, więc tak naprawdę nie jestem pewna, ile z zaproponowanych zmian ostatecznie weszło do tekstu. Redakcja była także bardzo otwarta na moje propozycje, na przykład gdy przeglądałam PDF-a po składzie ich nowości wydawniczej, głównie pod kątem tego, czy można coś jeszcze wykorzystać do opisu na okładkę, i zauważyłam w tym pliku błędy składu, to miałam możliwość zrobić pełną korektę po składzie. Jako że nie do końca pewnie czułam się wtedy w pracy w Adobe Readerze, to była to dla mnie świetna okazja, żeby na spokojnie popracować nad gotowym plikiem i jednocześnie tysiące razy przewertować materiały od Ewy dotyczące błędów składu. Moją drugą parą był Michał, który miał dla mnie do redakcji opowiadanie, które było już opublikowane na jego blogu, oraz pierwszy rozdział jego debiutanckiej powieści. Powieści, która jeszcze się pisze. Mogłam wtedy odetchnąć z ulgą, bo to była praca w Wordzie – dobrze mi znany teren. Michał nigdy nie miał do czynienia ani z korektą, ani z redakcją, więc w pierwszych mailach wyjaśniłam mu, jak wygląda taka praca, że pracuję w trybie śledzenia zmian, że wszelkie wątpliwości zaznaczam w komentarzach; uczuliłam go, żeby nie majstrował przy akceptowaniu zmian bez mojej wiedzy. Był bardzo otwarty na zmiany. Myślę, że od razu załapaliśmy dobry kontakt, błyskawicznie odpisywał na maile. A to była moja pierwsza samodzielna redakcja tekstu fabularnego, więc byłam cała spięta, żeby wykonać ją dobrze, chciałam jednak dobrze wypaść i zaprezentować się z jak najlepszej strony. Gdy wysłałam tekst, a Michał po dwóch godzinach odesłał plik, to prawie dostałam zawału, ale napisał mi wtedy wiele miłych słów. Nie wiedział, czego do końca się spodziewać, gdy zgłaszał się do akcji, ale tak właśnie wyobrażał sobie naszą współpracę. Praca nad tekstem była bardzo płynna, Michał był bardzo otwarty na zmiany, wręcz chciał, by „wytykać” mu błędy. Pytał, czy ma tendencję do konkretnych konstrukcji i nad czym mógłby jeszcze popracować. Myślę, że mogę powiedzieć ze stuprocentową pewnością, że wypracowaliśmy razem kilka fajnych rozwiązań, szczególnie w dialogach. Inspiracja Beatą Kozidrak jest jednym z nich. Powieść Michała ciągle się pisze. Dopytywał mnie, jak wyglądają korektorskie stawki, i powiedział, że wróci do mnie po redakcję, gdy powieść będzie ukończona. Trzymam go za słowo. Wiem, że ma już napisaną połowę, więc niedługo na pewno się przypomnę. EP: Przypomnij się, Dagmaro, koniecznie! Inicjatywa – to nasze słowo klucz w Akademii. Dużo różnych emocji było w tej wypowiedzi – strach, rozczarowanie, niepewność, ulga, radość. Tak wygląda, proszę państwa, życie korektora. Pracujemy z tekstami, ale też z ludźmi. Jak w pudełku czekoladek – nigdy nie wiadomo, na kogo się trafi. Ale jak już zaczniemy biec, jak Forrest Gump, to nie ustawajmy w tym biegu, bo na horyzoncie jest nasz cel, to jest zarabianie na tym, co lubimy najbardziej, czyli na czytaniu. Czego Cię nauczyła współpraca z autorem? EP: Jeśli macie wrażenie, że tą nieudolną metaforą chciałam zakończyć odcinek, to wyprowadzę Was z błędu – zadałam dziewczynom jeszcze dwa pytania. A jedno z nich brzmiało: „Czego Cię nauczyła współpraca z autorem?”. MF: Współpraca nauczyła mnie szczególnie odwagi. Uświadomiła mi, że ja, jako korektor, jestem po to, żeby pomóc, żeby autor przy mnie czuł się swobodnie i żeby mógł bez stresu podzielić się swoimi przemyśleniami odnośnie do tekstu. Dzięki współpracy rzeczywiście mogłam sprawdzić swoje umiejętności i utwierdzić się w przekonaniu, że właśnie to chciałabym robić w życiu. Myślę, że takie bezpłatne współprace są dobre dla początkujących korektorów, ponieważ możemy próbować swoich sił ze świadomością, że wciąż się uczymy, mamy prawo popełniać błędy i przy tym nawiązywać relacje z autorami, którzy może kiedyś podejmą z nami współpracę i będą chcieli wynagrodzić finansowo nasz trud włożony w usprawnienie ich tekstu. EP: Monika powiedziała o odwadze i nabraniu pewności siebie. Podobne wnioski miała Karolina: Karolina P: Przyznam bez bicia, że akcja parowania twórców z korektorami dodała mi trochę pewności siebie. Było to bardzo cenne doświadczenie. Nie jestem z natury przebojowa i wychodzenie do ludzi wymaga ode mnie dużo energii, dlatego zazdroszczę koleżankom z kursu, którym przychodzi to z taką łatwością. Podziwiam, bo to zupełnie nie moja bajka. Pewnie gdyby nie akcja parowania, jeszcze przez jakiś czas wahałabym się, czy proponować komukolwiek moje usługi. Od tamtego czasu miałam już okazję poprawiać kilka dłuższych i krótszych tekstów, a nawet e-booka z opowiadaniami. I myślę, że ta pierwsza współpraca i taki wspaniały kontakt z pisarką sprawiły, że odważyłam się wychodzić do ludzi z propozycją wykonania korekty lub redakcji. EP: Bardzo mnie cieszą te słowa, bo choć akcja parowania nie daje wcale gwarancji na dalsze współprace i wejście przebojem do świata korekty – to by było za proste – to ma duży sens. Jej najważniejszym celem jest dodanie korektorom odwagi. Pokazanie, że nie taki autor straszny. I że mimo świadomości tego, jak wiele jeszcze nauki przed nami, już teraz możemy twórcom bardzo pomóc. Dagmara mówi o tym w ten sposób: DM: Przede wszystkim mogłam się sprawdzić jako korektorka, mogłam wykorzystać zdobytą wiedzę oraz umiejętności, przekonać się, że umiem skutecznie pracować zarówno w Wordzie, jak i w PDF-ie, że potrafię pracować na krótkich, sprzedażowych tekstach, ale także na dłuższych, fabularnych formach. Czuję się dzięki temu pewniej w tym zawodzie, pozbyłam się początkowych obaw i wiem, że teraz pozostaje mi tylko budować portfolio i zdobywać kolejne doświadczenia. Skrzydeł dodało mi to, że miałam bieżący feedback od autora i redakcji – no, tutaj lakoniczny, ale bardzo budujący i miły feedback. Przeczytałam wiele miłych słów i otrzymałam takie rekomendacje, o których mogłam tylko pomarzyć, gdy zapisywałam się do Akademii i gdy zgłaszałam się do akcji parowania. EP: Kamila wspomina o innym ważnym aspekcie, który nazwałabym krótko: dystansem. Kamila P: Ta współpraca nauczyła mnie jednego – już tak powiem krótko, bo w poprzednim pytaniu się rozgadałam – że nikt nie jest idealny. Nie bójmy się przyjmować pomocy od osób, które się na tym znają i mogą sprawić, że nasze teksty będą lepsze, przyjemniejsze dla potencjalnych czytelników. Mówię to zarówno jako korektorka – nanosiłam poprawki na tekst i starałam się, aby on był po prostu lepszy w odbiorze. Sama Natalka powiedziała: „Faktycznie, wow, czasem zmiana nawet tylko niektórych słów powoduje kolosalną różnicę”. I mówię to też jako twórca: dziewczyny i chłopacy – bo był też Alek, który pomagał nam w korekcie książki – też nauczyli nas nowego spojrzenia: żeby nie brać tak do siebie tych tekstów i dać sobie od nich odpocząć. To sprawia, że potem patrzymy na nie mniej emocjonalnie. To też nauczyło mnie, żeby nie brać moich tekstów zbyt emocjonalnie. Czasem za bardzo przywiązujemy się do tekstów, które napisaliśmy, a one wcale nie są takie idealne, jak nam się wydawało. EP: Otwartość na poprawki jest ogromnie ważna. Ania wspomina, że autorka z jej pary chętnie zasięgała jej rad w kwestiach językowych. Czego zatem Ania nauczyła się dzięki tej współpracy? AG: No, przede wszystkim cierpliwości i tego, że autorzy nie są nieomylni. Moja druga autorka bardzo często podpytywała mnie, jak poprawnie napisać to czy tamto, więc mogłam zabłysnąć troszeczkę swoją wiedzą. Ona była pod wrażeniem, a to z kolei spowodowało, że poczułam się pewniejsza, zdecydowanie bardziej uwierzyłam w siebie i zmotywowało mnie to do szukania kolejnych okazji, żeby budować i rozszerzać swoje korektorskie portfolio. Miałam też jednorazową przygodę z beta-readingiem, zresztą z bardzo pozytywnym skutkiem, co nawet mnie zaskoczyło. Obecnie opiekuję się blogiem mojej koleżanki i stroną grupy stowarzyszenia diabetyków, a także u siebie w pracy często poprawiam branżowe teksty. Na razie non profit, ale powolutku szykuję się do rozwinięcia tych działań. Nie wywieram na sobie presji, ale też się nie cofam. EP: Pamiętacie, jak w czasie najgłębszej pandemii ruszyło wyzwanie #hot16challenge2 i Krzysztof Zalewski śpiewał (nie bójcie się, nie będę śpiewać, zacytuję): „To nieprawda, że jak stajesz, to się cofasz. Stajesz, to stoisz. Lepiej, jaka piękna wiosna, popatrz”. Uwielbiam ten tekst. Jest kwintesencją mojego podejścia do życia. Moja droga do zawodu korektora była bardzo długa, bo w międzyczasie rodziły się moje dzieci i pracowałam wtedy w bardzo szczątkowym wymiarze. Opowiadałam o tym w 26 odcinku podcastu. Czy coś na tym straciłam? Nie, miałam okazję doświadczyć wielu pięknych wiosen. Dajcie sobie czas – te słowa padają w Akademii korekty tekstu równie często jak „to zależy”. Działajcie, wykazujcie się inicjatywą, ale dajcie sobie czas. Tak jak powiedziała Ania: bez presji, ale do przodu. Ola dodała do listy korzyści z akcji parowania bardzo praktyczny wymiar, mianowicie – nowe umiejętności organizowania swojej pracy. AK: Po zakończeniu akcji autorka zdecydowała się powierzyć mi do redakcji całą swoją książkę, a to z kolei pozwoliło mi sprawdzić swoje umiejętności w dużo dłuższej formie niż te, które miałam szansę redagować do tej pory. Duże zlecenie wymaga od redaktora albo redaktorki na przykład skrupulatnego pilnowania stałości pewnych zapisów, nawet jeżeli pojawiają się tylko sporadycznie, jak zapisy dat czy liczb. Wdrożyłam do swojej pracy prowadzenie notatek, które ułatwiają redakcję. EP: Inna bardzo praktyczna korzyść z korekty to po prostu nowe informacje z wielu różnych dziedzin. Posłuchajcie Lidii: LP: Bardzo dużo nauczyłam się podczas pracy nad e-bookiem Agnieszki i myślę, że jeszcze dużo się nauczę, bo tak jak mówiłam, dalsze działania nad e-bookiem jeszcze przed nami. Samą korektę robiłam bardzo dokładnie, sprawdzałam wszystko, co budziło moje wątpliwości, ale jednocześnie starałam się też trzymać dobre tempo, żeby samej sobie narzucić rytm normalnej pracy. Myślę, że nauka na żywym organizmie jest zdecydowanie najlepsza. Teraz dzięki temu czuję się znacznie pewniej. Tę pewność daje mi zarówno współpraca, która już miała miejsce, ale też materiały, które otrzymaliśmy wraz z wejściem do Akademii. Ciągle mam je pod ręką, wciąż z nich korzystam. Są to narzędzia, dzięki którym mogę jeszcze lepiej pracować nad tekstami. Wiem też, gdzie szukać wiedzy. A jak nie będę wiedzieć, to mam kogo podpytać, bo Akademia to także bardzo wspierająca grupa ludzi na Facebooku. Łączy nas to, że razem idziemy tą drogą, przechodzimy przez podobne dylematy, przez podobne trudności – wszyscy bardzo się tam wspierają. Sama akcja parowania dała mi większą pewność siebie i ogromną motywację do działania. Wiem, że skoro poradziłam sobie z jednym tekstem, poradzę sobie z kolejnym, a później z kolejnym i z kolejnym. Współpraca z Agnieszką pozwoliła mi myśleć o sobie jako o profesjonalnym usługodawcy. Tego rodzaju współpraca to po prostu świetna okazja do szlifowania warsztatu, zdobycia doświadczenia i nowych kontaktów, które – tak jak w moim przypadku – mogą zaowocować dalszą współpracą z tym samym autorem, poznawaniem różnych nowych ścieżek rozwoju. Także bardzo polecam tę akcję kolejnym AKT-owiczom. Sama akcja pozwoliła mi też nawiązać inne współprace. Raz, że dała mi tę odwagę, o której mówiłam, dwa – że dała mi pewność, że mam co zaoferować potencjalnym klientom, i zmotywowała mnie do poszukiwania kolejnych współprac. Pierwsza była z Agnieszką, o której już mówiłam (seria artykułów), ale mam też na koncie dwie inne. Jedna odbyła się jeszcze przed akcją parowania, była to korekta e-booka charytatywnego wydawanego na święta w grudniu przez Justynę Świetlicką, która znana jest w sieci jako Owsiana. Miałam także dość dużą współpracę copywriterską, obejmującą tworzenie opisów usług na stronę WWW. Aktualnie pracuję na etacie w branży IT, także bazę dodatkowych współprac buduję sobie powoli i na spokojnie. EP: „Jaka piękna wiosna – popatrz!” – znów Zalewski i dawanie sobie czasu. To jest ogromnie ważne i bardzo się cieszę, że dziewczyny to podkreśliły. Co powiedziałabyś korektorom, którzy są na początku swojej drogi? EP: Na zakończenie mam dla Was kilka słów od absolwentek IV edycji Akademii korekty tekstu. To słowa skierowane do korektorów i korektorek będących jeszcze na początku swojej drogi zawodowej. Oddaję głos Karolinie: Karolina P: Słuchajcie, nie bójcie się próbować. Można się szkolić w nieskończoność, ćwiczyć na sucho na różnych tekstach, ale w końcu trzeba opuścić swój bezpieczny grajdołek i wyjść do ludzi. Nie dajcie się przytłoczyć wewnętrznemu krytykowi, który się czai gdzieś tam z tyłu głowy. Po prostu zacznijcie, zanim poczujecie, że jesteście gotowi. Powtórzę: zacznijcie, zanim poczujecie, że jesteście gotowi. Inaczej nigdy nie przekonacie się, że tak naprawdę już jesteście gotowi, żeby działać. Akcja parowania może być tym klockiem domina, który pomoże rozpędzić się w zawodzie korektora i doda Wam wiary we własne możliwości. Mnie wątpliwości nie odstępują na krok, ale mam tę pewność, że z każdym dniem jestem coraz bliżej celu. Po prostu działam, bo nic samo się nie zrobi. EP: Kamila stwierdziła, że pytanie jest trudne, ale z odpowiedzią poradziła sobie śpiewająco: Kamila P: Ojejku, kiedy ja sama zadaję to pytanie na blogu, oczywiście nie korektorom, tylko pisarzom, mówią: „Jejku, to pytanie chyba było najtrudniejsze”. I teraz, kiedy ja mogę powiedzieć komuś dobre słowo i coś polecić na początku drogi, to też miałam z tym problem. Ale pierwsze, co bym powiedziała, to: nie bójcie się. Nie bójcie się już teraz wykorzystywać tej wiedzy, którą macie, bo ona jest ogromna, tylko Wy musicie uwierzyć, że faktycznie tak jest. Ja przez długi czas nie chciałam się przekonać o tym, że już mam ogromną wiedzę na temat korekty, i bałam się nanosić poprawki. A kiedy w to uwierzyłam, kiedy moje przyjaciółki mi to uświadomiły, poczułam się pewniejsza w korekcie i mimo że popełniam błędy – popełniałam i popełniać będę – to nie boję się tego, bo to jest po prostu rzeczą ludzką. Więc i Wy uwierzcie w swoje możliwości, w wiedzę, którą już macie, i przekuwajcie ją w dobro, dobro korektorskie oczywiście. No, mam nadzieję, że to będzie motywujące. Oby. EP: To jest motywujące! A jak już przestaniecie się bać albo mimo strachu zaczniecie działać, to pamiętajcie o słowach Dagmary: DM: Przede wszystkim: „Nie zniechęcać się”. Wiem, że jest to trudne na samym początku drogi. Sama nieraz zmagam się z myślami, że to przecież jest bez sensu, że świetnych korektorów jest ogrom i dlaczego ktoś miałby się zdecydować na współpracę właśnie ze mną. Ale na początku można zdecydować się na bezpłatną współpracę z autorami na przykład z Wattpada. Tam jest bardzo wiele osób szukających kogoś do beta-readingu albo do redakcji tekstu, więc dla nas jest to świetne ćwiczenie i okazja do nawiązywania kolejnych znajomości. Można także dołączyć do jakiegoś portalu, który publikuje opowiadania lub artykuły. Krok za krokiem, grosz do grosza, tekst za tekstem do portfolio – i będzie coraz lepiej. Co też jest ważne: „Nie bać się prosić o pomoc”. Jako korektorzy ciągle się uczymy. Ten zawód to jest wieczny samorozwój. Nigdy nie będziemy wiedzieć wszystkiego. Więc gdy tylko mamy wątpliwości i mamy wrażenie, że coś w danym fragmencie redagowanego przez nas tekstu nie gra, ale nie jesteśmy już pewni co, bo przeglądamy ten tekst i patrzymy na to zdanie już po raz dwudziesty, to zawsze lepiej zapytać zaprzyjaźnioną korektorkę lub korektora albo po prostu zapytać na naszej grupie kursowej, na której jest masa świetnych i pomocnych ludzi, którzy od razu odpowiedzą na Twoje pytanie. Pamiętajcie, że burza mózgów zawsze jest efektywna. I najważniejsza rzecz: „Nie porównywać się do innych”. Każdy z nas ma inną sytuację życiową, inne możliwości i działa we własnym tempie. To, że nie zdobywasz zleceń tak szybko jak inni; to, że nie śmigasz tak w social mediach jak inni, nie znaczy, że nie nadajesz się do tego zawodu. To wymaga wytrwałości, ale każdy działa w inny sposób i to absolutnie nie jest nic złego. EP: Jesteście już zmotywowani? Czujecie, że czas się wziąć do działania? W swoim tempie i dając sobie czas oczywiście. Jeśli jeszcze się wahacie, to zostawię Was na moment z Anią – bo co kilka razy powtórzone, to zapamiętane! AG: No tutaj na pewno nie będę oryginalna, ale powiedziałabym przede wszystkim, że nie wolno się poddawać i nie wolno rezygnować. Trzeba dużo czytać, trzeba poszerzać swoje horyzonty, trzeba uzupełniać wiadomości, trzeba nawiązywać znajomości, trzeba głośno mówić o tym, co się robi, co się chce robić, bo poczta pantoflowa – wiadomo – działa bardzo dobrze i prędzej czy później będą z tego jakieś korzyści. Jeżeli naprawdę chcecie być korektorami, to musicie po prostu o to marzenie walczyć. Wiadomo, czasami zrobi się trzy kroki do przodu, czasami zrobi się krok do tyłu, bo tak to po prostu w naszym życiu jest, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Także jednym słowem – głowa do góry i do dzieła! Każda porażka nas czegoś uczy, trzeba o tym pamiętać i z każdego błędu wyciągnąć naukę, by iść dalej. Życzę powodzenia! EP: Jeśli jesteście korektorami/korektorkami albo zamierzacie nimi być, to wiedzcie, że wśród Waszych koleżanek po fachu jest też Lidka, która ma dla Was takie mądre słowa: LP: Uważam, że działanie rodzi działanie, więc warto działać, próbować i popełniać błędy po to, żeby się na nich uczyć. Ale przede wszystkim myślę, że warto odważyć się realizować swoje marzenia, a później nie bać się robić kolejnych kroków, dokształcać się. To dokształcanie bardzo wciąga, także uwaga – zwłaszcza jeśli korzysta się z wiedzy Ewy – ale daje też mnóstwo satysfakcji. Podobno korektor nigdy nie przestaje się uczyć, więc wszystkim życzę, żeby z radością wciąż uczyli się nowych rzeczy. Czy coś jeszcze mogłabym powiedzieć? Chyba dwie rzeczy. Po pierwsze każdy, nawet korektor, może czasem popełnić błąd i nie warto wyrzucać sobie przez następne lata przepuszczonego przecinka albo literówki. Teraz, jak już mam tę wiedzę, jak patrzę na książkę i znajdę gdzieś jakąś literówkę, to z dużo większą łagodnością myślę o całym zespole redakcyjnym, bo nigdy nie wiemy, ile tych błędów było na początku i jaki ogrom pracy musieli wykonać redaktor, korektor, zanim ta książka ujrzała światło dzienne. Jeszcze jedna ważna rzecz: korekta to jest taka profesja, w której mogą odnaleźć się ludzie po bardzo różnych kierunkach studiów i z przeróżnymi doświadczeniami życiowymi i zawodowymi. Nie trzeba być polonistą z doświadczenia, co potwierdzają uczestnicy ostatniej edycji [Akademii korekty tekstu]. Myślę, że polonistów była tam jednak mniejszość. Powiedziałabym zatem, że znajomość innych dziedzin i innych branż jest ogromnym atutem. To może być właśnie wyróżnik na rynku. Korektor może pracować nie tylko przy książkach beletrystycznych, przy powieściach, o których pewnie bardzo dużo korektorów marzy, ale korektor może pracować wszędzie tam, gdzie są słowa, także przy poradnikach, przy literaturze branżowej, przy e-bookach specjalistycznych. Podczas Akademii Ewa udowadnia, że również przy grach planszowych, przy stronach internetowych – naprawdę, tych możliwości jest ogrom, także jeśli ktokolwiek się waha i boi, że nie pamięta, czym są imiesłowy, albo nie wie, czym jest przydawka, to może się niczym nie przejmować, bo tak naprawdę w tej pracy, poza odrobiną – no, może nie odrobiną, ale całkiem dużą ilością – wiedzy merytorycznej liczy się także nasze doświadczenie, które mamy z poprzednich branż czy prac. EP: Zgadzam się z każdym słowem! A skoro do takiego praktycznego wymiaru zawodu korektora przeszliśmy, to posłuchajmy jeszcze Oli: AK: Udział w Akademii korekty tekstu uświadomił mi, że korektor to nie jest osoba, która ma głowie wszystkie słowniki i zasady językowe. To osoba, która wie, gdzie sprawdzać i kogo prosić o pomoc. Co więcej, nie ma dwóch osób, które zrobią korektę dokładnie w ten sam sposób, nie ma więc jednego, idealnego rozwiązania. Uświadomienie sobie tego zajęło mi trochę czasu, ale bardzo pomogło w zdobywaniu pierwszych zleceń. No a później poszło już z górki. EP: Życzę Wam, żebyście też dotarli do tego punktu, po którym jest już z górki. Uwierzcie, że on gdzieś tam jest, trzeba tylko stawiać krok za krokiem, żeby do niego dotrzeć. Być może będzie Wam dane iść tą drogą w towarzystwie kursantów Akademii korekty tekstu. Pamiętajcie, że kurs startuje tylko raz do roku – zawsze we wrześniu. Jeśli więc czujecie, że tak właśnie powinna wyglądać Wasza zawodowa przyszłość – śledźcie informacje o zapisach do kolejnych edycji. Zostawię Was teraz ze słowami Moniki. Wsłuchajcie się w nie, bo nic bardziej motywującego dziś już nie usłyszycie: MF: Jesteście światełkiem w tunelu dla autorów, którzy pragną podzielić się swoim tekstem, jednak nie do końca czują miętę do poprawności językowej. To właśnie Wy jesteście ich bohaterami i pomagacie usprawnić tekst, który pokochają przyszli czytelnicy. Bez Was nie byłoby tylu różnych książek, które rozwijają czytelników w wielu dziedzinach. Dzięki Wam czytanie jest prostsze i przyjemniejsze. Dzięki Wam autorzy mogą spać spokojnie. Głowa do góry! Bądźcie odważni, życzliwi dla innych korektorów i autorów, a każda współpraca będzie wnosić dużo dobrego do świata literatury. Powodzenia! The post PDSK#029 Od teorii do praktyki. O pierwszej współpracy z autorem opowiadają kursantki Akademii korekty tekstu (część 2) (podcast) appeared first on Ewa Popielarz.
undefined
Sep 9, 2022 • 35min

PDSK#028 Od teorii do praktyki. O pierwszej współpracy z autorem opowiadają kursantki Akademii korekty tekstu (część 1) (podcast)

Kiedy przyszli korektorzy zaczynają się uczyć zawodu, myślą, że ich największą zmorą będą przecinki. Później docierają do zasad odmiany nazwisk polskich i obcych – i okazuje się, że może być jeszcze gorzej. A później przychodzi moment, kiedy trzeba zdobytą wiedzą wcielić w życie – i to czasem okazuje się przeszkodą nie do przeskoczenia. Jak rozmawiać z autorem? Jak zaplanować cały proces redakcji i korekty? Jak uargumentować konieczne poprawki? Czy je w ogóle nanosić? Może tych ingerencji będzie za dużo? Albo za mało? A co, jeśli nie znajdę żadnych błędów? Z tego typu obawami mierzą się niemal wszyscy początkujący korektorzy. Właśnie dlatego, kiedy tworzyłam Akademię korekty tekstu, czyli kurs, na którym uczę tego zawodu od A do Z, wiedziałam, że nie może się zakończyć na przecinkach i odmianie nazw własnych. Akademia kończy się więc akcją parowania korektorów z twórcami (autorami beletrystyki, blogów, podcastów czy e-booków). Dzięki temu świeżo upieczeni korektorzy mogą się sprawdzić w kontakcie z autorem i płynnie przejść od teorii do praktyki. O tym, jakie obawy i jakie nadzieje towarzyszyły im przed udziałem w tej akcji, opowiedzą dzisiaj kursantki IV edycji Akademii korekty tekstu: Monika Fabiszak, Lidia Palusińska, Karolina Przybył, Kamila Pierzchała, Dagmara Michalak, Anna Gogacz i Aleksandra Kornacka. Subskrybuj: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | Inne Montaż: Kamil Dudziński Transkrypcja: Katarzyna Bień Goście odcinka Anna Gogacz anna_gogacz@wp.pl Anna Gogacz – FB Anna Gogacz – IG Monika Fabiszak korektorka.monika@gmail.com Monika Fabiszak – FB Monika Fabiszak – IG Aleksandra Kornacka kontakt@olakornacka.pl Aleksandra Kornacka – FB Aleksandra Kornacka – IG Dagmara Michalak korektawcudzyslowie@gmail.com Dagmara Michalak – FB Dagmara Michalak – IG Lidia Palusińska lidka.palusinska@gmail.com https://webskieslowa.pl/ Lidia Palusińska – FB Lidia Palusińska – IG Lidia Palusińska – LI Kamila Pierzchała kamila.pierzchala2000@gmail.com https://www.znaciskiemnaszczescie.pl/ Kamila Pierzchała – FB Kamila Pierzchała – IG Karolina Przybył karolina.przybyl@onet.com.pl https://karolinaprzybyl.pl/ Karolina Przybył – FB Karolina Przybył – IG Plan odcinka Jak przebiegała współpraca z autorem/autorką? Dlaczego wzięłaś udział w akcji parowania korektorów z twórcami? Jakie obawy towarzyszyły Ci w związku z akcją? Transkrypcja podcastu #028 Od teorii do praktyki. O pierwszej współpracy z autorem opowiadają kursantki Akademii korekty tekstu (część 1) Czy zajmowałaś się korektą jeszcze przed Akademią? Ewa Popielarz: Pierwsze pytanie, które zadałam dziewczynom, brzmiało: „Czy zajmowałaś się korektą jeszcze przed Akademią?”. Jak się zaraz przekonacie, ich doświadczenia były przeróżne. Zacznijmy od Moniki, która mimo wykształcenia polonistycznego pracę korektora poznała dopiero w Akademii. Monika Fabiszak: Niestety nie miałam możliwości zajmować się profesjonalną korektą przed przystąpieniem do Akademii. Studiuję polonistykę, więc z racji zdobytej wiedzy na studiach często poprawiałam teksty znajomym. Pracowałam nawet dla portalu edukacyjnego, gdzie pisałam teksty, więc musiałam dbać o poprawność językową. Jednak dopiero na kursie dowiedziałam się w pełni, jak to wszystko wygląda w praktyce, jak ten zawód jest trudny i zarazem niedoceniany. EP: Dokładnie tak jest. Wiele osób, które nie zetknęły się z pracą korektora, sądzi, że to takie wyłapywanie literówek w tekstach. Nic bardziej mylnego. Literówki to tylko wierzchołek góry lodowej. Potwierdzają to słowa Lidii. Posłuchajcie: Lidia Palusińska: Nie, przed Akademią nie miałam do czynienia z profesjonalną korektą tekstu. Zdarzało mi się poprawiać różne teksty i artykuły w pracy, ale teraz widzę, ile błędów robiłam. EP: No właśnie – już nawet nie chodzi o nasze błędy, ale o to, że bez odpowiedniego przygotowania nie mamy świadomości, które zapisy są niepoprawne. Nie wiemy, jak podejść do tekstu, na co spojrzeć. Kolejne klapki otwierają się dopiero wraz ze zdobywaną wiedzą i doświadczeniem. Zaczynamy coraz lepiej wykonywać swoją pracę, która jest najlepsza wtedy, kiedy jest – jak określiła to Karolina – niewidzialna. Karolina Przybył: W zasadzie miałam mgliste pojęcie o tym, czym zajmują się korektorzy w swojej pracy, bo to taki niewidzialny zawód. Tak jak tłumaczy, których praca jest niezbędna, ale bardzo rzadko wysuwają się na pierwszy plan. Pierwszy raz zetknęłam się z tematem korekty na urlopie macierzyńskim. Zastanawiałam się po prostu, czy mogę jakoś wykorzystać ten czas spędzony z dzieckiem w domu, czy wracać na etat po macierzyńskim, czy rozglądać się za jakimś żłobkiem, a może jednak spróbować połączyć opiekę nad dzieckiem i pracę bez konieczności tak szybkiego powrotu do biura. Bo niby ten rok spędzony z niemowlakiem w domu to jest dużo, a z drugiej strony bardzo mało – takie są moje odczucia. Zastanawiałam się, co lubię robić, co jest mi bliskie. Trafiłam najpierw do grupy „Po drugiej stronie książki” na Facebooku, a później na spacerach zaczęłam słuchać podcastów Ewy i tak dowiedziałam się, na czym polega praca korektorki. Stopniowo dojrzewałam do decyzji i ostatecznie jesienią ubiegłego roku, kiedy ruszała IV edycja Akademii, postanowiłam zapisać się na kurs. EP: Praca korektora zaczyna się nam jawić jako mistyczny twór dla wybranych, ale to też nie do końca prawda. Wszystko rozbija się tylko o to, jak dokładną korektę potrafisz przeprowadzić i jaka jest Twoja znajomość zasad językowych oraz edytorskich. Ale jeśli czytasz teksty i poprawiasz w nich błędy – w zasadzie wykonujesz zadania, które należą do obowiązków korektora. Kamila miała co do tego świetną intuicję, kiedy odpowiadała na moje pytanie o to, czy zajmowała się korektą przed Akademią: Kamila Pierzchała: Tak, tylko wtedy nie miałam pojęcia, że to się tak nazywa. Od kilku lat razem z siostrą prowadzę bloga i naturalną koleją rzeczy było po prostu czytanie wpisów jeszcze przed publikacją, wyłapywanie ostatnich błędów, literówek, więc zajmowałam się tym, tylko tak jak już mówiłam – nie miałam pojęcia, że to się tak profesjonalnie nazywa. EP: Sprawdźmy, czy Ania też nauczyła się korekty dopiero na kursie: Anna Gogacz: Nie, nigdy wcześniej nie zajmowałam się korektą, ale zawsze wynajdowałam błędy. Nie wiem, jak to się działo, może to jakiś dar albo coś, ale te błędy zawsze wpadały mi w oko i przeszkadzały mi w odbiorze treści. Zawsze w miejscach, gdzie pracowałam zawodowo, zresztą w zupełnie innej dziedzinie, zdarzało się tak, że proszono mnie o sprawdzenie różnych pism pod względem poprawności. Ja je poprawiałam, redagowałam, a moje propozycje w zasadzie zawsze były chętnie przyjmowane. EP: Mała dygresja: po kursie dla korektorów wcale nie trzeba być korektorem-freelancerem. Wiedzę i umiejętności zdobyte w Akademii wielu kursantów z powodzeniem wykorzystuje także w innych dziedzinach, na swoich etatach. Dla mnie samej to było duże zaskoczenie, bo kiedy tworzyłam Akademię, zakładałam, że będą w niej uczestniczyć osoby, które – tak jak ja – zechcą poświęcić swoje życie zawodowe korekcie. Okazało się, że rozległa wiedza o poprawności językowej może się przydać w wielu innych dziedzinach. Moje dwie ostatnie rozmówczynie udowodnią Wam za to, że droga do zawodu korektora może być dość kręta. Najpierw Dagmara – czy zajmowała się korektą przed kursem? Dagmara Michalak: Zajmowałam się? Nie, ale przed Akademią robiłam już jeden kurs korekty tekstu, więc miałam jako takie pojęcie, jak wygląda korekta i redakcja tekstu, jak wygląda sama praca z tekstem. EP: I jeszcze Ola: Aleksandra Kornacka: Moja przygoda z korektą zaczęła się już jakiś czas temu, kiedy wzięłam udział w jednym z kursów dla redaktorów. Przed Akademią współpracowałam z kilkoma portalami, robiłam korekty wpisów na blogi i postów na media społecznościowe. To było bardzo cenne doświadczenie, ale były to drobne, nieregularne zlecenia i oczywiście bezpłatne. Czułam, że moje kompetencje są za małe, żeby zająć się korektą na większą skalę, żeby pracować nad dłuższymi tekstami, no i żeby w ogóle na tym zarabiać. Zupełnie nie miałam też pojęcia, jak zabrać się za szukanie większych zleceń, bo jedynym żywym punktem styku z branżą wydawniczą były dla mnie facebookowe grupy, które nie zachęcały do zadawania pytań. Już prawie pożegnałam się z myślą, że korekta to moja droga, aż w ostatnich kilku dniach sprzedaży IV edycji Akademii korekty tekstu trafiłam na stronę Ewy i rzutem na taśmę zdecydowałam się dołączyć do kursu. To był szalony pomysł, bo miałam w domu malutkie dziecko i przeprowadzkę za pasem, ale postanowiłam dać sobie tę ostatnią szansę. Dlaczego wzięłaś udział w akcji parowania korektorów z twórcami? EP: „Dać sobie szansę” – te słowa powinny być mottem tego odcinka. Dziewczyny zaczęły realizować swoje marzenia nie tylko przez przystąpienie do Akademii, ale też przez maksymalne zaangażowanie. Pracowały przez trzy miesiące, by w grudniu ubiegłego roku, na zakończenie IV edycji kursu przystąpić do akcji parowania korektorów z twórcami. AK: Akcja parowania to jeden z elementów Akademii korekty tekstu, więc wydawało mi się bardzo naturalne, żeby skorzystać z szansy, jaką daje nam Ewa, organizatorka, i żeby po prostu poszerzyć swoje portfolio. To był taki główny motywator do wzięcia udziału w całej akcji. Nie wiedziałam dokładnie, jakiego typu tekst przypadnie mi do korekty, ale na etapie samego zapisu na akcję, już w czasie trwania kursu, mieliśmy możliwość określenia swoich preferencji. Mnie bardzo zależało na doświadczeniu w pracy przy dłuższej formie, przy książce albo e-booku. Mimo że w komunikacji z drugim człowiekiem, z autorami zawsze czuję się dość pewnie, to współpraca z każdym autorem jest zupełnie inna, więc to również było czynnikiem, który zdecydował, że chciałam podjąć współpracę z autorem w akcji parowania. Myślę, że im więcej takich doświadczeń, tym łatwiej w komunikacji z kolejnymi autorami w przyszłości. EP: Dokładnie tak jest! Ola świetnie scharakteryzowała akcję, ale pozwólcie, że dorzucę jeszcze dwa zdania. Pod koniec Akademii korekty tekstu kursanci idą w świat. Żeby ułatwić im tę drogę, zdecydowałam się organizować akcję parowania z twórcami. Kursanci, którzy zdecydują się wziąć udział, wypełniają ankietę i określają w niej swoje preferencje co do typu tekstu i tematyki. Z kolei autorzy mogą się zgłaszać, żeby oddać do korekty swoje dzieła, maksymalnie do 1 arkusza wydawniczego, czyli 40 tysięcy znaków ze spacjami. Całość odbywa się pro bono – autor zyskuje tekst po korekcie, a korektor cenne doświadczenie i kontakty. Mile widziane są też referencje od autora, bo taki społeczny dowód słuszności bardzo pomaga korektorom w znalezieniu kolejnych zleceń. Nie nazywam tej akcji praktykami, bo co prawda korektorzy wiele się dzięki niej uczą, ale to oni występują w roli ekspertów. A autorzy zgłaszają się bardzo różni. Czasem są to właściciele wydawnictw lub portali internetowych, którzy liczą na dalszą współpracę. Czasem self-publisherzy, autorzy blogów, e-booków, podcastów – bo transkrypcje i ich korekty również wchodzą w skład akcji. Nie wszyscy kursanci zgłaszają się do udziału w parowaniu. Część ma swoje zlecenia płatne i nie potrzebuje już zbierać doświadczenia pro bono. Inni czują, że muszą się jeszcze więcej nauczyć, żeby dobrze się zaprezentować przed autorem – w takim wypadku mogą przystąpić do akcji w kolejnej edycji, choć zawsze zachęcam, żeby czas między edycjami wykorzystać maksymalnie na inicjatywę własną. Wysłanie nawet jednego maila z propozycją współpracy na tydzień może zaowocować wieloma doświadczeniami albo praktykami i po roku kursant już nie potrzebuje akcji parowania. I faktycznie, niewiele osób zgłasza się do niej w kolejnej edycji. Mają już wtedy za dużo pracy. Co w takim razie powoduje tymi, którzy przystępują do akcji? Przede wszystkim chęć sprawdzenia się w praktyce. MF: Na kursie zdobyłam wiedzę teoretyczną dzięki licznym pomocom naukowym, których jest naprawdę dużo, oraz wiedzę praktyczną, dzięki warsztatom i próbnym korektom. Wiadomo – nauka nauką, ale dopiero prawdziwa praktyka najwięcej uczy potencjalnego korektora. Zdecydowałam się wziąć udział w akcji parowania twórców z korektorami głównie dlatego, że chciałam sprawdzić siebie. Chciałam zobaczyć, czy korekta bądź redakcja językowa to coś dla mnie, czy moje serce kieruje mnie w dobrą stronę. Właśnie dlatego podjęłam to wyzwanie i sprawdziłam swoje siły w tej akcji. EP: Jak się przekonacie, Monika nie żałowała swojej decyzji. Z kolei Lidia w akcji parowania upatrywała – całkiem słusznie – szansy na dalszy rozwój: LP: Do akcji parowania korektorów z twórcami zgłosiłam się, bo uważałam, że ukończenie Akademii bez kontaktu z autorem, zwłaszcza jeśli jest taka możliwość, byłoby trochę niepełne. Byłaby to też zmarnowana szansa na rozwój. Akademia to ogrom wiedzy teoretycznej, którą trzeba przyswoić, ona jest bazą, ale najważniejsza jest praktyka. Podczas tych trzech miesięcy wykonywałam na bieżąco korekty w ramach prac domowych, które były zadane przez Ewę. Jednak możliwość pracy z autorem, i to podanym na tacy, bez szukania na własną rękę, to zupełnie inna bajka. Po tych trzech miesiącach poczułam się już w miarę pewnie i bardzo chciałam spróbować. EP: Karolina, która wypowie się za moment, podkreśla bardzo ważną rzecz – odwagę. W tym zawodzie to podstawa. Dlatego Akademia to nie tylko kurs, który uczy stawiania przecinków, on także motywuje do działania i pokazuje, że wzięcie spraw zawodowych w swoje ręce jest możliwe. A zacząć można w przyjaznej, bezpiecznej atmosferze. Karolina P: Zależało mi na tym, żeby się sprawdzić, i to była świetna okazja. Bałam się też, że jeżeli nie pójdę za ciosem i nie wykorzystam od razu w praktyce zdobytej na kursie wiedzy, to utknę z certyfikatem zakończenia kursu, ale bez żadnego doświadczenia. Jak wiadomo, praktyka czyni mistrza i tylko poprawiając coraz więcej tekstów, można szlifować swój korektorski warsztat. Poza tym takie pierwsze kroki zawsze są bardzo trudne i pod skrzydłami Ewy czułam się po prostu pewniej. EP: W ramach akcji co prawda nie robię drugiej korekty tekstów, nad którymi pracują kursanci zgłaszający się do parowania, ale to nie znaczy, że nie czuwam nad przebiegiem akcji. Grupa kursowa na Facebooku działa od pierwszego dnia Akademii po wsze czasy. Zawsze można się tam zgłosić z pytaniem i mieć pewność, że otrzyma się życzliwą odpowiedź. Jeśli grupy językowe kojarzą się Wam, tak jak to zaznaczała wcześniej Ola, z mało przyjaznymi ludźmi, którzy wytykają sobie nawzajem błędy – porzućcie te wyobrażenia. Już w mojej grupie „Po drugiej stronie książki” doświadczycie zupełnie innej atmosfery, a to, co się dzieje w grupach kursowych, to prawdziwy festiwal wsparcia. Są jednak osoby, których wcale nie trzeba zachęcać do działania, bo już po trzech miesiącach nauki czują się naprawdę pewnie! Posłuchajcie Ani, która wyjaśnia, dlaczego zdecydowała się na udział w akcji parowania. AG: Pomijając już fakt, że wydawało mi się to oczywistym zwieńczeniem kursu u Ewy, byłam bardzo ciekawa, jak wygląda współpraca z prawdziwym autorem, który pisze, publikuje i jest dobry w tym, co robi. A poza tym czułam się po prostu przygotowana do czegoś takiego, bardzo chciałam podjąć to wyzwanie i bez wahania w zasadzie się zdecydowałam. EP: No i pięknie! Ale pamiętajcie, że jeśli po trzech miesiącach nie będziecie jeszcze czuli się na siłach, żeby podjąć podobne wyzwanie – to też jest zupełnie normalne. Praca korektora jest niesamowicie złożona i naprawdę trzeba czasu, żeby poczuć się pewnie w tym zawodzie. Jak mówi Kamila – od startu do akcji parowania mijają tylko trzy miesiące: Kamila P: Czas Akademii jest krótki – trzy miesiące. To jest intensywny kurs i po tych trzech miesiącach akcja parowania korektorów z twórcami to był fajny moment na usamodzielnienie się, sprawdzenie, ile Akademia wniosła do Twojej wiedzy, ale też sprawdzenie, jak wiele już potrafisz, czy potrafisz sprawiać, że teksty innych stają się piękniejsze. Ja miałam też okazję wziąć udział w akcji jako twórca – wzięłam pod swoje skrzydła dwie dziewczyny, które naniosły poprawki na moje teksty. Na ich korektach też nauczyłam się niesamowicie dużo i zobaczyłam, jak jeszcze wiele mi brakuje, jak jeszcze muszę się podszkolić. Korekta to niekończąca się nauka o naszym języku – i to jest chyba w tym wszystkim piękne. Wzięłam [udział w akcji] – tak jak już mówiłam – żeby sprawdzić, jak przez te trzy miesiące intensywnej nauki mój mózg przepracował te wszystkie zagadnienia i jak potrafił je wcielić w życie. EP: Kamila zadziałała sprytnie – na dwa fronty. I to był genialny pomysł! Goście odcinka 17 mojego podcastu – autorzy, którzy brali udział w akcji parowania w III edycji Akademii – bardzo mocno podkreślali jej edukacyjny wymiar. Kiedy widzisz swój tekst po zmianach, jeśli tylko się na nie otworzysz, możesz naprawdę wiele się nauczyć. Z jednej strony poznasz zasady językowe, o których wiele osób nie ma pojęcia, bo nikt nas ich nie uczy (poza kursami dla korektorów). Z drugiej strony zobaczysz swoje maniery językowe i powtarzające się literówki. Ja na przykład często mylę końcówki i piszę -ych zamiast -ym albo odwrotnie. Oczywiście wiem, jak odmienić słowo, ale palce piszą swoje, a mózg jest na tyle sprytny, że czyta to, co chciałam napisać, a nie to, co rzeczywiście widzi. Z tym sprytem własnego mózgu korektorzy muszą walczyć, bo inaczej nie będą dostrzegać literówek. Ale to też jest do wypracowania. Wróćmy do akcji parowania. Oprócz tego, że kursanci wykonują w jej ramach korektę, to jeszcze przejmują na siebie całą komunikację z autorem. Trzeba ustalić zakres zadań, dopytać o jego preferencje, a czasem wytłumaczyć, jak wygląda proces wydawniczy. To też świetna lekcja, bo tak będzie wyglądać ich praca w przyszłości. Posłuchajcie Dagmary: DM: Chciałam spróbować pracy od A do Z nad tekstem, czyli od pierwszego maila, ustalenia zakresu prac, przez wykonanie samej redakcji, nanoszenie zmian w konsultacji z autorem, aż po feedback od autora. Miałam już okazję pracować z autorem nad jego tekstem, akurat były to teksty beletrystyczne, ale to były zupełnie inne warunki i ciągle ktoś patrzył mi przez ramię, tekst był wielokrotnie kontrolowany, więc nie miałam okazji wykonać w pełni samodzielnej pracy. Akcja parowania była bardzo dobrą okazją, żeby się przekonać o swoich umiejętnościach i sprawdzić swoją wiedzę. Jakie obawy towarzyszyły Ci w związku z akcją? EP: Po tych wszystkich pełnych profesjonalizmu słowach możecie mieć wrażenie, że dziewczyny weszły w akcję jak w masło. Ale okazuje się, że były pełne obaw… DM: Moją pierwszą obawą było to, jaką parę Ewa mi przydzieli. Chodziło mi głównie o tematykę tekstu. Są takie gatunki jak na przykład fantastyka czy literatura kobieca, której nie czytam i nie czułabym się dobrze z takim tekstem. Przed akcją parowania wypełnialiśmy ankietę, w której dokładnie określiliśmy, jakie gatunki i jaka tematyka nas interesują, ale jednak lekki stresik był. Ostatecznie moja para okazała się dobrana idealnie. Była nią Agnieszka Wojtas z bloga Liczysiecontent.pl i w moje korektorskie ręce trafił e-book Agnieszki dotyczący SEO. Czy miałam jakieś obawy? Pewnie: „Jak się z Agnieszką dogadamy?”, „Czy będzie flow?”, ale nie było z tym żadnego problemu, od razu złapałyśmy bardzo dobry kontakt. EP: Bardzo się staram tak dobierać pary, żeby obie strony były zadowolone. Stąd rozbudowana ankieta, w której można określić swoje preferencje. Ankieta, którą zresztą z edycji na edycję dopracowywałam, bo okazało się, że na przykład nie każdy, kto podjąłby się korekty romansu, poradzi sobie z erotykiem. Oczywiście im szerszy zakres tematyczny się zaznaczy, tym lepiej, bo nie mogę dać gwarancji, że do akcji zgłosi się np. autor powieści historycznych, których akcja rozgrywa się w XIX wieku, do tego w Skandynawii. Posłuchajmy, z jakimi obawami mierzyła się Karolina. Karolina P: Przyznam, że tych obaw było sporo, a największa związana była z tym, że to był początek mojej przygody z korektą tekstu. Nie byłam pewna, czy potrafię już wystarczająco dużo, żeby podołać temu wyzwaniu. Oczywiście – kurs trwał trzy miesiące i doskonale mnie przygotował do zmierzenia się z pierwszym poważnym tekstem, ale wątpliwości zawsze towarzyszą początkującym, prawda? Bałam się też, że moje uwagi zostaną opacznie zrozumiane przez autora, a wynika to z tego, że bardzo często moje maile są zbyt formalne, co może prowadzić do różnych nieporozumień. Tutaj jednak lata pisania oficjalnych pism robią swoje. Teraz trochę działam na Instagramie i to uczy pokazywania trochę mniej formalnego oblicza. EP: To bardzo ciekawy wątek. Relacja pomiędzy autorem a korektorem jest bardzo specyficzna. Muszą sobie nawzajem ufać i umieć ze sobą rozmawiać. I zawsze będzie tak, że współpraca z pewnymi autorami będzie przesympatyczna, a przy innych będziemy się męczyć. Korektor musi być trochę jak kameleon, a trochę jak dobry psycholog. Po pierwsze jego zadaniem jest dostosowanie się do stylu autora. Po drugie – powinien umieć przekazać autorowi, co warto w tekście poprawić, i to tak, żeby autor nie miał poczucia, że ktoś wytyka mu błędy. Poruszałam ten temat w odcinku 10 podcastu, zatytułowanym Redaktor czy psycholog. Moim gościem była wtedy Kinga Rak. Bardzo Wam polecam ten odcinek – pokazuje zupełnie inne oblicze zawodu korektora. Bo jak się okazuje – kwestia relacji i rozmów jest w korekcie bardzo ważna. Przekonuje o tym Ania: AG: Najbardziej obawiałam się tego, że współpraca z twórcą nie wyjdzie albo że autor się w ogóle nie odezwie i nasza współpraca nie dojdzie do skutku, albo tego, że po prostu nie nawiążemy nici porozumienia i będziemy się ze sobą męczyć. Bałam się też tego, że nie będę potrafiła przekonać autora do swoich propozycji, nie będę potrafiła ich uargumentować we właściwy sposób. Na szczęście okazały się to strachy niepotrzebne, bezzasadne. Autor był również zestresowany, autorka w zasadzie, bo miałam dwie autorki. Była zestresowana i bardzo ciekawa, jak jej tekst zostanie odebrany. Także tutaj na szczęście wszystko się dobrze skończyło. A w tajemnicy powiem Wam, że moim największym strachem było to, że narobię durnych błędów, o których dowie się Ewa, a potem będzie się mnie okropnie wstydzić i w ogóle mnie skreśli z jakiejkolwiek historii Akademii i nie wpuści mnie na konferencję – i to mi się nawet śniło po nocach. EP: Rozwiewam wszelkie wątpliwości – wszyscy chętni zostali wpuszczeni na pierwszą konferencję Akademii korekty tekstu w Krakowie. Ale konferencja to temat na inny podcast, wróćmy do obaw naszych korektorek. Okazuje się, że kwestia organizacji czasu była też ważnym wątkiem, kiedy decydowały się na udział w akcji. AK: Obawiałam się, że czasowo nie będę w stanie pogodzić pracy nad tekstem z kursem i jeszcze wieloma innymi prywatnymi obowiązkami. Moje zmartwienia były oczywiście zdecydowanie na wyrost, bo poszczególne lekcje kursu można wygodnie rozplanować w czasie i przerabiać indywidualnie, a sam termin oddania tekstu ustala się bezpośrednio z autorem. EP: Pamiętajcie, że w pracy korektora po obu stronach barykady stoją ludzie. I szczera rozmowa jest podstawą relacji na linii autor–korektor. Może się Wam wydawać, że autor nie zgodzi się na dłuższy termin, i chcecie od razu zrezygnować ze współpracy, ale najczęściej to tylko Wasze obawy, niemające pokrycia w rzeczywistości. Zawsze trzeba rozmawiać. Tymczasem posłuchajmy, jak odważnie swoje obawy przełamywała Monika. Pamiętacie, jak mówiła o tym, że przystąpiła do akcji, bo chciała się sprawdzić? Okazuje się, że to był skok na głęboką wodę. Udany zresztą. MF: Oj, na początku obaw było bardzo dużo. Akcja parowania twórców z korektorami rozgrywała się w trakcie sesji egzaminacyjnej na moich studiach, więc tym bardziej martwiłam się, czym dam radę czasowo. Bałam się też, że nie mam wystarczająco dużo wiedzy, aby zająć się czyimś tekstem. Bałam się też kontaktu z autorem, a dokładniej tego, że będzie nam trudno się dogadać. Moje obawy rozwiała Ewa, która motywowała nas do spróbowania swoich sił. Stwierdziłam, że kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Jeśli na kursie jest akcja parowania twórców z korektorami i jeśli w ten sposób mogę komuś pomóc dopieścić jego tekst i jednocześnie sprawdzić siebie, to jest to idealna droga do przełamywania swoich słabości i pokazania się w świecie korekty. EP: Dla Dagmary z kolei akcja parowania to był prawdziwy rollercoaster emocji. Wysłuchajcie uważnie jej słów, bo jestem przekonana, że towarzyszą wielu korektorom na początku drogi zawodowej. DM: Już sam początek był lekko nerwowy. Zadeklarowałam się na przyjęcie dwóch autorów. Pamiętam, że lekko zestresowana czekałam na przydzieloną parę. A samo wysyłanie formularza już było nerwowym procesem, bo po raz pierwszy wpisywałam gdzieś świeżo założony korektorski, profesjonalny adres e-mail i atakowały mnie wątpliwości, czy aby na pewno nie zrobiłam błędu we własnym adresie. Pamiętam, że jeszcze upewniłam się u Ewy, czy wszystko dotarło i czy wszystko jest dobrze wypełnione. A tak poza tym nerwowym początkiem – pierwszym zmartwieniem, które długo mi towarzyszyło (towarzyszyło mi także przy kursowych tekstach do korekty, które przygotowała dla nas Ewa), było to, czy w ogóle znajdę w tekście jakiekolwiek błędy. Ale to chyba jest typowe zmartwienie nowicjusza, który dopiero zaczyna swoją przygodę z korektą. Poza tym denerwowałam się, czy dogadam się z autorem – po prostu, bo jestem introwertykiem i wszelkie kontakty międzyludzkie, czasem nawet te internetowe, wywołują u mnie lekki niepokój. To już jest kwestia bardziej personalna, ale jestem trochę nieśmiała w kontaktach z ludźmi. Poza tym martwiłam się, czy nie za głęboko zaingeruję w tekst autora, czy swoją pracą nie odstraszę go od pracy redaktora, korektora, czy nie zniechęcę go do późniejszego skorzystania z pomocy korekty, czy nie zniechęcę go do samego procesu korektorskiego. Ale gdy już odgoniłam od siebie te pesymistyczne myśli, to przede wszystkim miałam nadzieję na sprawdzenie swoich korektorskich umiejętności. Potrzebowałam takiego motywacyjnego klepnięcia po plecach i stwierdzenia, że dobrze to robię, że potrafię to robić. I co tu dużo ukrywać, miałam także nadzieję, że wywiąże się z tego jakaś dłuższa współpraca. EP: Wyobraźcie sobie, że idziecie do sklepu po chleb. Albo zapisać dziecko na basen. Albo kupujecie bilety do kina. Albo umawiacie się na wizytę u fryzjera. Czy towarzyszy Wam w którejkolwiek z tych sytuacji stres? Zakładam, że nie. A teraz wyobraźcie sobie, że szukacie w sklepie ostatniej sztuki mleka bez laktozy, bo tylko takie możecie pić, a macie ogromną ochotę na kawę. Albo towarzyszycie swojemy dziecku na zawodach z pływania. Albo idziecie na premierę filmu, w którym debiutuje bliska Wam osoba. Albo zdajecie egzamin fryzjerski, który ma Wam otworzyć drogę do kariery. Czy teraz towarzyszy Wam stres? Zakładam, że tak. Jesteśmy pełni obaw w sytuacjach, na których nam zależy. Jeśli nie kupię chleba, to zjem na śniadanie owsiankę – i może nawet lepiej na tym wyjdę. Jak dzisiaj się nie dostanę do fryzjera, to pójdę za tydzień – grzywką zakryję siwiznę i jakoś ujdzie. A jak bilety do kina czy na basen się skończą, to pójdę na spacer. To nie są sprawy życiowej wagi. Ale jeśli w grę wchodzą nasze marzenia, wielkie plany, również zawodowe – obawy są naturalne. Najważniejsze, żeby się im nie poddać. Bój się i rób. Miej obawy, ale działaj. Zrób pierwszy krok, drugi będzie łatwiejszy. A jak ktoś jeszcze przy tym weźmie Cię za rękę i poklepie po plecach, to droga okaże się nie taka trudna, jak się zapowiadało. Żeby optymistycznie zakończyć wątek obaw, posłuchajmy Kamili, która pewnie szła po swoje, również dlatego, że uczestniczyła już wcześniej w akcji jako twórczyni. Kamila P: Ojej, jako takich obaw to raczej nie miałam. Wiedziałam, jak to wygląda od strony twórcy, więc wiedziałam, że od strony korektorskiej będzie wyglądało to tak, że to ja otrzymam tekst, który będę musiała poprawić, a nie odwrotnie, i jako takich obaw związanych z akcją nie miałam. Po prostu od początku, jak tylko już wiedziałam, że dołączę do Akademii, wiedziałam, że będę chciała wziąć udział w tej akcji, żeby się sprawdzić – żeby sprawdzić, jak ten intensywny kurs przekłada się na praktykę. * O tym, jak akcja parowania z twórcami wyglądała w praktyce i czego nasze korektorki się dzięki niej nauczyły, posłuchacie w kolejnym odcinku podcastu, który ukaże się jeszcze w tym tygodniu. Jeśli nabraliście ochoty na spróbowanie swoich sił w zawodzie korektora, zapraszam Was do moich miejsc w sieci – śledźcie moje konta na Instagramie, na Facebooku, zapiszcie się na mój newsletter. I zobaczcie, jak korekta wygląda od kulis. Kiedy poczujecie, że czas na więcej, będą na Was czekać szkolenia na stronie https://kurskorektytekstu.pl, a raz do roku, na początku września będziecie mieć okazję dołączyć do Akademii korekty tekstu. I być może w kolejnej akcji parowania z twórcami to Wy zmierzycie się ze swoimi obawami i pełni nowo zdobytej wiedzy zdecydujecie się wypróbować ją w praktyce. Trzymam kciuki za Wasze plany i za odwagę do spełniania marzeń. The post PDSK#028 Od teorii do praktyki. O pierwszej współpracy z autorem opowiadają kursantki Akademii korekty tekstu (część 1) (podcast) appeared first on Ewa Popielarz.
undefined
Aug 14, 2022 • 42min

PDSK#027 Korektor i grafik – układ idealny. Rozmowa z Dominikiem Jańczakiem (podcast)

Na początku jest oczywiście autor. Ale żeby powstała książka, potrzebna jest pomoc także innych osób: redaktora, korektora i specjalisty od desktop publishingu. Ponieważ to gra do jednej bramki, wszyscy muszą ze sobą współpracować i nawzajem sobie tę pracę ułatwiać. O tym, jak wygląda współpraca korektora ze składaczem, porozmawiam dzisiaj z Dominikiem Jańczakiem. Dominik działa w branży wydawniczej od kilkunastu lat. W tym czasie pełnił już chyba większość możliwych ról w procesie wydawniczym. Zajmował się między innymi projektowaniem layoutów, składem książek oraz magazynów, koordynował pracę zespołów wydawniczych, a nawet przygotowywał analizy związane z wdrażaniem nowych produktów wydawniczych na polski rynek. Aktualnie jest redaktorem naczelnym magazynu „Logistics Manager”, a na swoim kursie projektowania DTP szkoli osoby chcące odnaleźć się na rynku wydawniczym. Subskrybuj: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | Inne Gość: Dominik Jańczak Montaż: Kamil Dudziński Transkrypcja: Katarzyna Bień Plan odcinka Jak nazwać osobę, która zajmuje się desktop publishingiemPrzygotowanie tekstu do składu – dobre praktykiCzy stylowanie tekstu pomaga grafikowiPoprawki na PDF-achKompetencje grafika i redaktoraCzas w procesie wydawniczymWeryfikacja poprawek – czyje to zadanieKurs projektowania DTPProblemy z plikiem po składzieW pracy grafika DTP najlepsze jest… Źródła przywołane w odcinku Kurs projektowania DTP Dominika Jańczaka (podstawowy) Uwaga! Z kodem witaj-w-branzy kupisz kurs Dominika 20% taniej!(Kod jest ważny do końca sierpnia 2022 roku). Transkrypcja podcastu #027 Korektor i grafik – układ idealny. Rozmowa z Dominikiem Jańczakiem Ewa Popielarz: Cześć, Dominiku! Dominik Jańczak: Cześć! Witam! Jak nazwać osobę, która zajmuje się desktop publishingiem EP: Na początek chciałabym ustalić terminologię. Jak ja mam się w ogóle do Ciebie zwracać? Redaktor to jest redaktor. Korektor to jest korektor. A my o Was – ludziach, którzy zajmują się desktop publishingiem – mówimy w korekcie, że jesteście składaczami. Czy mogę tak do Ciebie mówić, czy to jest… obraźliwe? Mam nadzieję, że nie. DJ: Nie, nie jest obraźliwe. Najszerszym pojęciem jest „grafik”. Natomiast to pojęcie jest bardzo szerokie i w tym momencie już właściwie dość nieprecyzyjne. Chodzi mi o to, że grafikiem możemy nazwać zarówno kogoś, kto zajmuje się na przykład malarstwem cyfrowym w programach graficznych, jak i kogoś, kto czyści skany dokumentów technicznych, nakładając na nie nowy tekst od tłumacza. Czyli z jednej strony mamy działalność ciążącą w stronę artyzmu – polecam sprawdzić sobie hasło „digital painting” w Google – a z drugiej strony mamy zadania bardzo techniczne, proste i powtarzalne. Mamy tutaj analogię do dziedziny, jaką jest informatyka. Podobnie jak w IT, w obrębie dyscyplin graficznych wykształciło się sporo specjalizacji, a jedną z nich jest grafika DTP, czyli właśnie projektowanie i przygotowywanie publikacji do druku. I właśnie osobę, która zajmuje się grafiką DTP, można potocznie nazwać składaczem, czyli kimś, kto składa tekst. EP: Aha, czyli jednak potocznie. [śmiech] DJ: Tak. Ja, szczerze mówiąc, zdecydowanie wolę określenie „grafik DTP”. EP: Grafik, okej. Grafika kojarzy mi się właśnie z tym, o czym mówisz – z jakimś rodzajem artyzmu. Czyli (będę używać słowa „składacz”, przepraszam, jestem przyzwyczajona) jeżeli składacz składa książkę, w której jest sam tekst, to też możemy o nim powiedzieć, że jest grafikiem? Grafikiem DTP, tak jak mówisz? DJ: Tak, ponieważ on porządkuje wizualne aspekty całego projektu na nieco innej płaszczyźnie, czyli na płaszczyźnie layoutu. To również jest konstruowanie jakiejś graficznej narracji. EP: Mimo że zdjęć czy grafik jako takich tam nie ma. DJ: Dokładnie tak. Przygotowanie tekstu do składu – dobre praktyki EP: Porozmawiajmy o przygotowaniu tekstu do składu. Mam nadzieję, że uda nam się utworzyć może nie dekalog, bo nie będziemy aż do dziesięciu punktów zmierzać – ale jakieś rady dla korektorów, redaktorów, którzy przygotowują tekst. Tak żeby potrafili go w ten sposób przygotować, żeby grafik po otworzeniu pliku nie zaczął kląć, tylko żeby mu się dobrze z tym plikiem pracowało. Powiedz, co jest najważniejszym elementem na początku tego procesu wydawniczego, kiedy tekst przejdzie redakcję, a później idzie do składacza. O czym redaktor musi pamiętać, żeby grafikowi ułatwić pracę? DJ: Dla mnie, jeśli chodzi o szeroko pojętą współpracę, najważniejsze jest budowanie procesów i pewnych standardów, które po pewnym czasie sprawiają, że ta współpraca dzieje się niejako automatycznie. Kiedy mówię o standardach, to chodzi mi na przykład o sposób przygotowania materiałów przez redaktora czy sposób wprowadzania poprawek przez korektora – powinien być niezmienny w obrębie danego projektu i jednolity do wszystkich jego części składowych, czyli na przykład do wszystkich artykułów danego magazynu, który aktualnie ma złamać grafik. Natomiast jeżeli chodzi o procesy, to opowiem o nich na pewnym przykładzie. Kiedy grafik składa dużo, kiedy proces składu musi następować szybko, kiedy chociażby dział handlowy ma wiele poprawek od klientów dotyczących tekstów sponsorowanych – bez budowania procesów w zespole redakcyjnym jesteśmy na bardzo prostej drodze do przeoczenia ważnych kwestii, do pominięcia jakichś ważnych poprawek czy do tego, że korektor będzie musiał zarwać noc czy dwie nad poprawkami. EP: Korektorzy i tak często zarywają noce, jesteśmy przyzwyczajeni. DJ: Rozmawiamy o tym, żeby zminimalizować tę liczbę zarwanych nocy. EP: Dobrze, jestem za. DJ: Z redaktorami, z którymi współpracuję jako grafik, zwykle mamy kilka bardzo prostych zasad, na przykład nie przesyłamy sobie plików przez maile, tylko pracujemy, bazując na wirtualnych dyskach czy na przykład serwerach FTP – na przykład korzystamy z dysku Google. Tam dany projekt, na przykład kolejne wydanie magazynu branżowego, ma swój folder. W tym folderze znajdują się kolejne katalogi dotyczące poszczególnych tekstów i kiedy redaktor ma już wszystkie materiały do danego artykułu, daje mi o tym znać krótkim mailem. Ja składam ten tekst i wrzucam go ponownie do tego samego katalogu. Korektor również ma do niego dostęp, zatem wystarczy kolejna krótka informacja mailowa czy na jakimś wewnętrznym czacie, że korektor może działać. To znacznie skraca niektóre wąskie gardła w procesie produkcyjnym. Unikamy tak zwanego głuchego telefonu, kiedy różne wersje plików krążą między grafikiem, redaktorem czy zespołem handlowym i korektą. EP: I nagle się okazało, że został złożony plik sprzed redakcji na przykład. DJ: Dokładnie tak. Tutaj mamy wszystkie wersje ze wskazaniem tej najnowszej w jednym katalogu, do którego wszyscy mają dostępy. I to jest właśnie przykład procesu dotyczącego obiegu dokumentów podczas składu magazynu. EP: To bardzo piękny świat, o którym mówisz. Bardzo bym chciała, żeby wszędzie tak to wyglądało. Dzisiaj miałam rozmowę na Instagramie z jedną z moich kursantek, omawiałyśmy właśnie proces wymiany dokumentów. Niestety konkluzja była taka, że jednak w większości wydawnictw panuje jeszcze głębokie średniowiecze pod tym względem. Już nie mówię o jakichś tam weTransferach – wszystko idzie przez maila i potem właśnie dzieją się takie rzeczy, o jakich mówisz: różne wersje pliku trafiają do składu i jest problem, bo ktoś musi robić drugi raz tę samą pracę i nie wiadomo, gdzie szukać winnego. Czy stylowanie tekstu pomaga grafikowi? EP: Powiedz o stylach. Powiedziałeś, że bardzo ważne jest to, żeby na przykład artykuły w czasopiśmie były podobnie sformatowane, żeby składacz, grafik miał łatwiejszą pracę. Czy grafikowi ostylowanie tekstu stylami akapitowymi, znakowymi, czyli, nie wiem, nagłówki, kursywy, też wyróżnione stylami boldy, wyróżnione stylami ramki, wyróżnione stylami cytaty blokowe i tak dalej – czy to pomaga, czy nie ma to jakiegoś większego znaczenia? Pytam dlatego, że znam grafików, którzy mówią: „Nie styluj tekstu, ważne, żeby on był wyczyszczony, żeby formatowanie było maksymalnie wyczyszczone. Ja go sobie sam ostyluję, będzie szybciej”. DJ: Tak, ja również stosuję takie podejście, czyli sam styluję tekst. Natomiast to jest tak naprawdę kwestia umowy między grafikiem a redaktorem. Istotne jest to, żeby nam wszystkim pracowało się dobrze i swobodnie, zatem musimy wypracować takie schematy, żeby wszyscy byli zadowoleni. Jeśli chodzi o stylowanie dokumentu, o takie przygotowanie przez redaktora dokumentu, to tak naprawdę dla mnie bardzo istotne jest wskazanie na przykład hierarchii śródtytułów, wskazanie tytułu i podtytułu, czy chociażby wskazanie cytatów, wybić, początku apli i jej końca. I może to akurat jest dosyć niepopularne, ale kiedy ja pełnię rolę redaktora, bo czasami też się tak zdarza, to zaznaczam grafikowi, z którym współpracuję, indeksy górne i dolne, ponieważ był to jeden z najczęstszych błędów wyłapywanych przez korektę – i tutaj udało nam się to gdzieś zoptymalizować. EP: Ale jak to zaznaczasz? Jakoś kolorkami czy… DJ: Kolorami, tak. Są różne podejścia do pracy ze skryptem. W tym momencie nie chcę wartościować żadnego z nich ani wskazywać, które jest metodologicznie poprawne. Po prostu zostańmy przy tym, że są one różne, a sposób pracy powinien wynikać z konsensusu pomiędzy grafikiem a redakcją. Są graficy, którzy pracują na stylach od redaktora, są graficy, którzy wolą komentarze, a jeszcze inni wolą mieć zaznaczone kolory w tekście. Natomiast jeżeli grafik wymaga od redaktora odpowiedniego ostylowania tekstu, skryptu, to ja uważam, że to on powinien przygotować taki schemat do ostylowania. EP: Powinien dostarczyć redaktorowi szablon, na którym redaktor by pracował. DJ: Uważam, że tak. EP: To ma sens, bo style mają pomóc grafikowi. Redaktorowi wystarczy na jego potrzeby samo wyczyszczenie formatowania. Poprawki na PDF-ach EP: Dotąd byliśmy w Wordzie, przeskoczmy teraz na moment do PDF-ów. Najbardziej popularnym programem do nanoszenia korekty w PDF-ie jest Adobe Reader. Na razie nic mu nie zagraża. Inne programy, które gdzieś tam się przewijały, w większości przestały być aktualizowane, zostajemy więc przy starym, dobrym Readerze. Tym bardziej że chyba mniej więcej rok temu weszła aktualizacja InDesigna… DJ: Chyba trochę wcześniej. EP: Albo i wcześniej. Aktualizacja, dzięki której można zaciągać komentarze [z Adobe Readera do InDesigna] i je akceptować, a one od razu automatycznie wchodzą do tekstu. Mimo to w wydawnictwach, z którymi współpracuję, mam takich grafików, którzy proszą o to, żeby zaznaczać poprawki wyłącznie kolorami na tekście. DJ: A to ciekawe! EP: Ciekawe, prawda? Bo jednak poprawki wprowadzane w Adobe Readerze minimalizują liczbę późniejszych błędów. Jak to wygląda z Twojej perspektywy? DJ: To, o czym mówisz, ten mechanizm, czyli zaciąganie komentarzy z Adobe Readera bezpośrednio do InDesigna, to jest tak naprawdę funkcja, która pozwala na półautomatyczne wprowadzanie poprawek przygotowanych w odpowiedni sposób. Półautomatyczne, ponieważ poprawka zaciąga się nam sama, czyli znajdujemy się od razu w tym miejscu pliku, gdzie została naniesiona, nie musimy tego szukać ręcznie, scrollować kilkudziesięciu stron na przykład. Natomiast grafik musi jej się przyjrzeć i ją zaakceptować, a może ją też odrzucić. Według mnie drastycznie przyspiesza to pracę. Zdecydowanie korektor w imię dobrych relacji z grafikiem powinien opanować znaczniki „Zastąp”, „Wstaw” i „Usuń” w Adobe Readerze. Natomiast w kontrze do tych cudów techniki mogę opowiedzieć historię o pewnym redaktorze technicznym, z którym kiedyś współpracowałem. Był on takim proofreaderem, przez którego przechodziły wszystkie magazyny wydawnictwa przed trafieniem do druku. On był instancją ostateczną, która funkcjonowała już poza pracą redakcji. Czyli redakcja kończyła swoją pracę, akceptowała finalny plik z wprowadzoną już korektą na PDF-ie, a później ten plik trafiał jeszcze do tego wspomnianego redaktora technicznego. I on działał już później tylko z grafikiem, czyli ze mną akurat w tym przypadku, zwracając uwagę na różne ostatnie niedociągnięcia. I słuchajcie, kiedy pierwszy raz dostałem od niego plik, to zdębiałem dosłownie, ponieważ poprawki były zapisane znakami korektorskimi na wydruku magazynu z biurowej drukarki, a później zeskanowane i wysłane do mnie. Jakoś sobie wtedy poradziłem, natomiast szok był bardzo duży. Ten sam pan rok czy dwa później poznał te nowinki technologiczne związane z Adobe Readerem. I wtedy już otrzymywałem od niego plik w PDF-ie, nie były to skany. Kiedy pierwszy raz wysłał mi ten plik, otworzyłem go, patrzę, a tam sto komentarzy na osiemdziesięciu stronach magazynu! Musiałem w trybie natychmiastowym udać się po melisę do kuchni. [śmiech] Na szczęście okazało się, że dziewięćdziesiąt procent tych komentarzy to tak zwane stemple z napisem „Okej”, które zostały postawione na stronach, do których nie było uwag. Także możliwości Adobe Readera są super, ale też trzeba je odpowiednio wykorzystać. EP: Myślałam, że powiesz, że jak już pan przeszedł na Readera, to dalej były tam znaki korektorskie, ale zaznaczane tym Readerowym ołówkiem. [śmiech] To by też było ciekawe. Który to był rok, pamiętasz? To było dawno temu? DJ: Trzy lata temu. EP: Ostatnio znalazłam zdjęcie z moim małym najmłodszym synem – miał wtedy niecały rok, a ma teraz cztery lata, więc to było też około trzech lat temu – i słuchaj, na tym zdjęciu pracowałam z nim na dywanie, robiąc korektę na wydruku! DJ: No proszę. EP: Nanosiłam korektę na wydruk. Już jestem tak przyzwyczajona do pracy tylko w Readerze, że miałam to za bardzo zamierzchłe czasy. Oczywiście kilkanaście lat temu to był standard. Jechałam do wydawnictwa, odbierałam wydruk, przychodziłam do domu, nanosiłam korektę cienkopisem, najlepiej nie czerwonym – autorzy nie lubią czerwonego, bo to tak jak w szkole, troszkę niefajnie – i później jechałam odwieźć tę korektę. Ale miałam w pamięci, że to było kilkanaście lat temu, a nie trzy, cztery. Na szczęście tylko jedno wydawnictwo jeszcze trzymało się jeszcze wtedy tych starych standardów. DJ: A powiedz, tak szczerze, nie czytało Ci się lepiej na wydruku? EP: Zawsze tak myślałam i zawsze tak mówiłam: wydrukuję, to będę więcej widzieć. Ale wiesz, co potem zrobiłam? Potem sobie kupiłam większy monitor. [śmiech] I teraz, jak sobie powiększę PDF, to już nie ma siły. Korekta na papierze była o tyle wygodna, że można było ją ze sobą zabrać na przykład do parku. Dzieci sobie biegają po zjeżdżalniach, a ja mam swoje karteczki, bez komputera na kolanach. To było wygodne, ale ile tego papieru się drukowało! Potem można było go na kolorowanki przeznaczyć, ale to były naprawdę tony papieru. Zostańmy przy tym, że jednak w Readerze jest wygodniej. Kompetencje grafika i redaktora EP: Chciałabym porozmawiać jeszcze chwilę o kompetencjach – bardziej chyba grafika niż redaktora, chociaż myślę, że zahaczymy o obie te profesje. Grafik przygotowuje layout – załóżmy, że to nie jest jakieś cykliczne wydawnictwo, tylko jeden konkretny layout na przykład e-booka z grafikami albo książki bogatej graficznie. Z kim on to konsultuje? Zwykle z autorem czy może redaktor ma coś do powiedzenia? Powiedz, jak to wygląda z Twojej perspektywy, a ja potem powiem, jak wygląda z mojej. DJ: Jeżeli mówimy o takim tradycyjnym, najczęstszym procesie wydawniczym, kiedy książka jest wydawana przez wydawcę, a nie w self-publishingu, to wszelkie kwestie związane z jej wyglądem, z formatem, rodzajem papieru i z warstwą wizualną są uzgadniane, jeśli istnieje taka potrzeba, bezpośrednio z wydawcą, czyli z redakcją, z redaktorem prowadzącym. Jeśli chodzi o kwestie layoutu, to zdecydowanie więcej ma do powiedzenia autor wydający w self-publishingu. Natomiast wydawcy bardzo zazdrośnie strzegą tych swoich kompetencji – przecież oni inwestują w ten produkt, stąd ta ich piecza nad większością elementów wydawniczych. EP: Jak tekst już jest w korekcie, to jest jeszcze szansa na jakiekolwiek zmiany? Pytam, bo miałam kiedyś taką sytuację, kiedy dotarło do mnie czasopismo, w którym były zastosowane cyfry nautyczne, latały sobie góra-dół. One bardzo fajnie się sprawdzają w beletrystyce, kiedy wprowadzamy jakąś cyfrę, bo ładnie znikają w tekście, upodabniają się do liter, nie mamy nagle wielkich cyfr wyskakujących gdzieś w środku strony. Przy czym w tym czasopiśmie były też przepisy kulinarne, no i były ułamki z kreskami ułamkowymi, więc pojawiły się indeksy górne i indeksy dolne, a to wszystko było zapisane cyframi nautycznymi. Nagle zaczęło to pływać, a jeszcze layout był taki, że na stronie była grafika przedstawiająca wyrwaną z zeszytu kartkę, a na niej przepis. I te kartki były pochylone, więc cały tekst był lekko kopnięty. W tym momencie to już naprawdę przestawało być czytelne. I teraz pytanie: czy korekta to jest moment na zmianę takich elementów, czy już trzeba machnąć ręką i nawet nie dodawać komentarza? DJ: Widzę tutaj dwie kwestie. Pierwsza – oczywiście każda uwaga korektora dotycząca layoutu jest cenna, ale nie każda zostanie wprowadzona. W takim przypadku jako grafik konsultuję się zwykle z redaktorem prowadzącym lub wydawcą, którzy mają ostatnie słowo w takich kwestiach. Natomiast z drugiej strony grafik, wiedząc, że w grę wchodzą przepisy i że taki zapis ułamkowy będzie się przewijał w tekście, powinien o tym pomyśleć już na etapie doboru fontów i projektowania layoutu. Naszym celem jest sprawienie, żeby tekst był wizualnie neutralny i nie odciągał uwagi czytelnika od treści. Kiedy zaczyna się wizualnie sypać, to znaczy, że grafik nie dał rady. EP: Chyba że taki jest cel – żeby jednak fonty się wyróżniały. Czasem w książeczkach dla dzieci tak bywa, że grafika fontów żyje swoim życiem. DJ: Tak, tak, książki dla dzieci to jeszcze inna sprawa, natomiast wyróżnienia mają skupiać uwagę na jakimś elemencie, ale nie mogą przeszkadzać w czytelności, czyli nie mogą zaburzać procesu odbioru czytelnikowi. EP: Zdarzyło Ci się kiedyś, że znalazłeś błąd w korekcie? DJ: Tak. EP: Co wtedy robisz? Nie wprowadzasz go? DJ: Odzywam się do korektora. EP: Miewasz kontakt z korektorem? DJ: Tak. [śmiech] EP: Aaa widzisz, bo Ty w bardzo fajnym świecie żyjesz. Na dysku Google’owym wszystko Ci się spina, masz kontakt z korektorami… DJ: To ponownie kwestia budowania procesów. Uważam, że grafik powinien mieć kontakt z korektorem. On nie będzie intensywny, ponieważ najczęściej nie ma takiej potrzeby. Ale przypadek, o którym mówisz, kiedy grafik znajduje jakiś błąd czy jakaś poprawka jest niejasna, to jest świetny przykład tego, że taki kontakt po prostu byłby potrzebny, szczególnie kiedy gonią nas terminy. Wtedy grafik, zamiast omijać jakąś poprawkę czy zastanawiać się nad tym, co z nią zrobić, po prostu może wysłać korektorowi maila czy SMS-a z prośbą o doprecyzowanie. I wtedy wszyscy jesteśmy szczęśliwi, ponieważ sprawa zostaje rozwiązana błyskawicznie. Ja jestem fanem skracania łańcuchów przepływu informacji w obrębie procesu wydawniczego, więc jestem na tak, jeśli chodzi o bezpośredni kontakt. EP: Marzy mi się taki świat, kiedy korektorzy z redaktorami i ze składaczami byliby na jakichś komunikatorach tak spinani, żeby komunikacja przebiegała na zasadzie pytanie–odpowiedź. I żeby PDF, na którym już na końcu pojawia się adnotacja „wersja pięćdziesiąta ósma”, nie musiał krążyć pomiędzy tymi osobami. Czas w procesie wydawniczym EP: Weszliśmy na śliski temat problemów w procesie wydawniczym, ale myślę, że warto przy nim chwilę zostać, bo może uda nam się podać jakieś rozwiązania. Jak z Twojego punktu widzenia wygląda czas pracy? Powiem Ci, jak to wygląda z mojej perspektywy jako redaktorki i korektorki. Redaktor jeszcze ma czas. Jakby miał jakąś obsuwę, to jeszcze jesteśmy daleko przed drukiem, więc może sobie na to pozwolić. Potem skład – czasem trzeba coś tam poprawić w layoucie, coś się jeszcze wykrzacza po drodze. I jak plik ostatecznie trafia do korektora, no to, proszę pana, ten korektor jest już ostatnim ogniwem procesu i wszystko na niego spada. Wszyscy sobie ładnie przeciągali, autor oddał tekst tydzień później, składacz jeszcze musiał się porozumieć z wydawcą i korektor ma teraz trzy dni na naniesienie poprawek. I niestety bardzo często kończy się to tak, że tekst po naniesieniu poprawek nie wraca do korektora, więc on nie może go zweryfikować. DJ: Cóż, taki sobie wybrał zawód ten korektor. [śmiech] EP: Wiedziałam, Ty żyjesz w idealnym świecie, u Ciebie nie ma problemów z czasem. [śmiech] DJ: A tak na poważnie – często współczuję korektorowi, szczególnie w przypadku, kiedy właśnie jest zmuszony gonić terminy. EP: Dziękujemy. DJ: Takie sytuacje się zdarzają i będą się zdarzały nawet przy świetnie pomyślanych i wdrożonych procesach. Bo to też nie jest tak, że porządkowanie współpracy, o którym wcześniej wspominałem kilka razy, będzie jakimś cudownym lekiem na całe zło branży wydawniczej. Niestety ma ona swoje ciemne strony i swoją specyfikę, a my możemy jedynie ograniczać tego typu sytuacje. I tutaj pojawia się pytanie: w jaki sposób? No i ponownie – odpowiednie mechanizmy kooperacji, zakładanie buforów czasowych. To zdecydowanie rola redaktora prowadzącego, jego strategicznego planowania całej pracy. A także po prostu informowanie na bieżąco o opóźnieniach. Wtedy chociażby korektor może zająć się jakimś zleceniem, którego realizację planował na później, zamiast czekać na materiały od nas, które w najbliższym czasie nie dotrą. Weryfikacja poprawek – czyje to zadanie EP: Jeżeli mogę Ci się wyżalić, to chciałabym Ci powiedzieć o rzeczy, która najbardziej mnie zawsze smuci na etapie korekty. Nanoszę poprawkę – na przykład mamy dwa identyczne wyrazy na końcu wersu i proszę, żeby rozbić akapit tak, żeby nie wypadały jeden pod drugim. Różnie to ludzie nazywają, różne są terminy, możemy ten błąd nazwać lustrem. [Poprawka jest naniesiona]. Wyrazy przeskakują na początek kolejnych wersów i… znowu są jeden nad drugim, tylko na początku kolejnego wersu! Albo inna poprawka jest wprowadzana i generuje na przykład pojawienie się samotnego spójnika na końcu wersu (sieroty). Bardzo trudny jest wtedy etap rewizji, weryfikacji PDF-a, bo muszę sprawdzić nie tylko to, czy moje zmiany zostały wprowadzone, ale też czy nic się po drodze nie wykrzaczyło. Widzę tylko jedną radę na coś takiego: nauka, nauka, nauka – na przykład u Ciebie na kursie. DJ: Tak, bo jeśli mówisz, że pojawił się spójnik znów na końcu, to znaczy, że grafik nie wykorzystał kodu GREP, tylko ręcznie je przerzucał. Uważam, że grafik po wprowadzeniu jakiejkolwiek poprawki powinien rzucić okiem na stronę czy ewentualnie na rozkładówkę i sprawdzić, czy ta poprawka nie wprowadziła jakichś niechcianych przesunięć tekstu. To powinien być standard pracy grafika. Oczywiście wrażliwość na tego typu przepływy tekstu po wprowadzeniu poprawek zwiększa się z czasem i z nabytym doświadczeniem. Ale musimy zwracać na to uwagę, także z szacunku do Waszej pracy. Kurs projektowania DTP EP: Powiedz dwa słowa o Twoim kursie. Kiedy startuje? Wielu kursantów Akademii korekty tekstu ląduje potem u Ciebie na kursie i uczy się składu – są bardzo zadowoleni. A jak kursanci Akademii są zadowoleni, to znaczy, że to jest bardzo dobry kurs. Zresztą mój mąż też jest po Twoim kursie i składa materiały do Akademii. DJ: Szczerze mówiąc, też uważam, że jest nie najgorszy. [śmiech] EP: Ale muszę to z Ciebie wyciągać! Powiedz więcej o kursie: ile razy do roku startuje, kiedy można się zapisać? DJ: W tym momencie przyjąłem nabór ciągły. Przy aktualnym uporządkowaniu materiałów na platformie szkoleniowej jest to po prostu możliwe. Kursanci przerabiają materiały w swoim tempie, natomiast ja jestem zawsze dostępny na indywidualne konsultacje czy ewentualnie przy jakichś problemach, które się pojawiają już podczas komercyjnych projektów. Cieszy mnie przede wszystkim to, że sporo osób działa na rynku. To jest budujące, bo pokazuje, że to po prostu ma sens. Społeczność też fajnie reaguje – kiedy ktoś zna odpowiedź na jakieś pytanie, to nie czekają na mnie. EP: To jest super. DJ: Czyli jest to nauka w dużej mierze własna, ale z takim backupem w postaci po pierwsze społeczności, po drugie mojego wsparcia, a po trzecie z kończącym projektem zaliczeniowym. Kursant składa projekt, później wspólnie go dopracowujemy do takiego momentu, żeby był gotowy do zaprezentowania w portfolio, co też pokazuje stopień opanowania wszystkich mechanizmów, zasad i funkcjonalności programu. EP: Czyli: kursprojektowania.pl, tak? To jest aktualny adres? DJ: Tak. EP: Zapraszamy do Dominika. Im więcej dobrych grafików, tym też dla nas, korektorów, świat będzie piękniejszy. Problemy z plikiem po składzie EP: Wróćmy do problemów. Próbuję uciec od tego tematu, ale jeszcze kilka problemów nam zostało. Czasem się zdarza, że czegoś nie da się zrobić w składzie. Mateusz Cichosz, z którym też chyba współpracujesz, o ile dobrze kojarzę… DJ: Zdarzyło się, tak. EP: Na Instagramie @magik.od.skladu.ksiazek. Mateusz nie wie, że o nim będziemy mówić, ale mam nadzieję, że się ucieszy. Pokazywał kiedyś u siebie na Instagramie coś, co bardzo mi się spodobało. Był to fragment łamu, w którym nie zmieścił się ostatni wers. Kwestia była taka, że albo by powstał szewc, albo bękart – już nie pamiętam dokładnie. W każdym razie tekst tak się układał, że nic się nie dało w składzie z tym zrobić. Mateusz powiedział, że on zawsze takie elementy zaznacza kolorem, co było dla mnie odkryciem, bo ja jeszcze czegoś takiego w składzie na PDF-ie nie widziałam. Czy praktykujesz takie rozwiązania, czy raczej starasz się doprowadzić tekst, który dostałeś, do ładu w ramach przygotowanego layoutu? DJ: Podstawowa rzecz to są próby. Mamy pewien arsenał manipulowania, szczególnie odstępami międzyliterowymi, międzywyrazowymi, które pozwalają nam w większości przypadków zlikwidować tego typu problemy, poradzić sobie z nimi we własnym zakresie. Ale czasami się nie da. A jeśli się nie da, to wtedy musimy prosić o interwencję redaktora, ponieważ absolutnie żadne interwencje tekstowe nie leżą w kompetencji grafika. Wiadomo, że nie zawsze da się poprawić tekst, wtedy już musimy rzeźbić intensywnie we własnym zakresie. Tego typu problemy mamy na przykład z artykułami w prasie – bo w książce, szczerze mówiąc, nie zdarzyło mi się, żebym nie zlikwidował takiego wiszącego wersu… EP: Jest więcej miejsca. DJ: Tak, są większe przestrzenie, na których możemy operować. To daje nam znacznie większe możliwości. Natomiast bardzo często zdarzają się takie sytuacje w prasie, gdzie mamy wąski łam, wąskie kolumny tekstu, krótkie akapity, co już bardzo mocno ogranicza to, co możemy zrobić. Wtedy musimy sygnalizować tego typu kwestie i jako graficy powinniśmy po kontakcie z redaktorem dawać mu znać, ile wersów czy ile znaków mniej lub więcej potrzebujemy. Wtedy oszczędzamy sobie sporo czasu i często sporo nerwów, bo czasem poprawki mogą jeszcze bardziej pogorszyć sprawę. Czyli pełna informacja, tak żeby wszystko się spięło odpowiednio. EP: Miałam kiedyś taką sytuację, kiedy składana była książka, coś w rodzaju poradnika. Mimo tego, że było całkiem sporo stron, to tekst musiał się zmieścić na jednej konkretnej stronie, bo później wjeżdżały materiały na kolejny miesiąc pracy i tak dalej. Na etapie redakcji jeszcze nie było layoutu, nie było wiadomo, ile znaków ze spacjami na stronie się zmieści w konkretnych blokach tekstowych. W związku z tym niestety korekta przeciągnęła się bardzo, bo tekst był za długi i trzeba było go bardzo mocno już na etapie korekty ściąć. W pierwszej wersji PDF-a, którą dostałam, po prostu był urwany tekst. Trzy linijki nie weszły, więc one się nie pojawiły w PDF-ie. Bardzo mi to utrudniało pracę, bo musiałam wracać do Worda, szukać tego akapitu, żeby znaleźć te trzy linijki, które nie weszły, i wtedy to dopiero poprawiać. Ale tutaj właśnie zadziałało to, o czym mówisz – komunikacja ze składaczem, z graficzką, zamiast poprawiać to od razu. To będzie dobry apel do korektorów i redaktorów: zawsze warto rozmawiać. DJ: To, o czym mówisz, czyli pewne ograniczenia, które stawia nam layout, też są bardzo często widoczne w prasie. Redaktorzy, korektorzy, autorzy muszą zdawać sobie sprawę, że nie zawsze da się umieścić dany element, w zgodzie ze sztuką oczywiście, tam, gdzie oni sobie życzą. Mówiąc o elemencie, mam na myśli tabelę, grafikę czy na przykład aple, bo w większości layoutów mamy przyjętą taką zasadę, że nie łamiemy apli. EP: Możesz jeszcze wytłumaczyć, czym są aple? Bo to jest taki troszkę bardziej specyficzny termin niż tablice. DJ: Aple to, mówiąc prosto, fragmenty tekstu oddzielne od tekstu zasadniczego, zawierające jakieś dodatkowe informacje i najczęściej złożone na jakimś kolorze, czyli na przykład… EP: …jakieś ramki, wyimki, cytaty – coś takiego. DJ: Tak, apla jest po prostu przestrzenią kolorystyczną, na którą jest nałożony tekst. Sam cytat nie jest aplą. I właśnie takiej apli, takiej ramki czasem nie możemy wstawić tam, gdzie koniecznie chce autor. Często te przesunięcia są nieznaczne, ale konieczne. Bywa, że po prostu nie możemy włożyć na przykład dużej tabeli tam, gdzie chce autor, bo nie mamy na nią miejsca. Ona musi pojawić się na kolejnej stronie. Warto, żeby świadomość tego typu kwestii również w tej współpracy rosła. EP: Nie prosić o coś, co jest niewykonalne. Mnie wtedy bardzo, przy tej drugiej korekcie, pomogło to, że składaczka (graficzka) troszkę rozszerzyła przestrzeń między stronami – bo było to złożone na rozkładówce – i brakujący tekst tam po prostu wlała na czerwono. Miałam wszystko czarno na białym, pięknie to się poprawiło i wszystko się ładnie zmieściło, a poradnik został wydrukowany. Szczęśliwie rozwiązaliśmy ten problem. Wiem, że graficy mają też duży problem z tak zwanymi poprawkami nierozstrzygającymi, kiedy korektor mówi: „A może by to zmienić?” albo „Może zapiszmy to inaczej”. Pytanie, kto ma teraz to rozstrzygnąć. Bardzo często tekst po korekcie idzie bezpośrednio do grafika, nie ląduje już u autora czy u wydawcy. DJ: Tak, dlatego, drodzy korektorzy, nie róbcie tak. EP: [śmiech] Apelujemy. Ewentualnie – bo czasem rzeczywiście trzeba o coś zapytać, a korektor ma jednak troszkę mniejsze kompetencje niż redaktor – można takie pytania zaznaczyć innym kolorem. DJ: Albo po prostu od razu ustalić z redaktorem, bo jeżeli plik ląduje bezpośrednio po korekcie u grafika, to znowu wytwarzamy głuchy telefon, czyli grafik dzwoni do redaktora, pyta, co tu ma się zadziać. Redaktor nie wie, dzwoni do korektora zapytać, o co mu konkretnie chodziło – no i godzina w plecy. EP: Zatoczyliśmy piękne koło i wróciliśmy do magicznego budowania procesów: ustalić wszystko, porozmawiać na początku, nawet jeżeli to zajmie więcej czasu, bo później nam wszystkim będzie łatwiej i wygodniej. W pracy grafika DTP najlepsze jest… EP: Dużo problemów nam się nazbierało na koniec. Mam nadzieję, że słuchacze podcastu nie odniosą wrażenia, że ta praca to jest taka orka na ugorze. Nie, to jest bardzo fajna praca. Powiedz na koniec, Dominiku – żebyśmy mieli miłe, sympatyczne, optymistyczne zakończenie – jakbyś miał wymienić przynajmniej jedną rzecz, którą lubisz w tym zawodzie najbardziej – co by to było? Dlaczego jesteś cały czas grafikiem, chociaż mógłbyś robić pewnie tysiące innych rzeczy? DJ: Najpierw odpowiem żartobliwie. Jestem nadal grafikiem, ponieważ podczas składu mogę słuchać audiobooków. To jest bardzo przyjemne. [śmiech] EP: Ach, jak ja Ci tego zazdroszczę! Przy redakcji, korekcie nie jestem w stanie tego zrobić niestety. DJ: To już chyba tysiące przesłuchanych godzin. EP: Strasznie Ci tego zazdroszczę. DJ: A mówiąc poważnie, muszę przyznać, że ja nie zajmuję się już praktycznie książkami, poszedłem w kierunku magazynów branżowych. Porządkowanie tych wizualnych aspektów, budowanie rozwiązań dotyczących layoutu lub rozwiązań związanych z interaktywnością – to jest coś, co pozwala mi na budowanie wyczucia estetycznego, co jest dla mnie bardzo miłe i dosyć istotne. A druga sprawa – szukanie nowych rozwiązań. To jest coś, co naprawdę daje mi kopa. Pojawiają się na polskim rynku wydawniczym projekty, które jeszcze kilka lat temu byłyby nie do pomyślenia. Przygotowywałem kiedyś projekt magazynu interaktywnego – kiedy redakcja przyszła do mnie z pomysłem, powiedziała, czego potrzebuje, to ja powiedziałem, że tego się nie da zrobić. [śmiech] Ale okazało się po pewnym czasie, że wszystkie funkcjonalności, które sprawiły, że ten magazyn jest interaktywnym doświadczeniem, udało się w jakiś tam sposób wypracować – łatwiejszy lub trudniejszy, ale znaleźliśmy odpowiedzi. Tego typu rzeczy bardzo mnie napędzają. Jest to ciekawa branża, jest to branża niełatwa, ale taka, która nie pozwala do końca na rutynę, bo cały czas spotykamy się z czymś nowym, stajemy przed nawet tymi samymi problemami, ale w różnych kontekstach, co sprawia, że to jest po prostu bardzo, bardzo ciekawe. EP: Świetnie, że o tym mówisz. Ja też zawsze powtarzam, że jestem korektorką od kilkunastu lat tylko dlatego, że mogę poprawiać naprawdę bardzo różne teksty i każda korekta – mimo że to te same literki, skończona liczba liter w alfabecie – każde doświadczenie jest inne. Co roku można robić coś innego. Również dlatego, że Wy, graficy, wymyślacie nam coraz to nowsze layouty… DJ: Piękne są! [śmiech] EP: I coraz piękniejsze, tak, a my musimy się z tym mierzyć. Jeżeli macie podobnie jak Dominik i chcecie się spełniać w tym zawodzie, to zapraszamy do Dominikowego kursu na stronę kursprojektowania.pl. No, a my co? Zostajemy chyba z wnioskiem, że: po pierwsze rozmowa, po drugie procesy, a po trzecie nauka, dokształcanie się, no i współpraca, bo gramy wszyscy do jednej bramki. DJ: Tak, i łączenie kompetencji. Rynek chyba coraz bardziej tego potrzebuje. Zaobserwowałem dwa, trzy lata temu, że pojawiło się coraz więcej zapytań, czy korektor może wprowadzić również poprawki na pliku książki. EP: Od zleceniodawców. DJ: Tak, od dużych wydawców. I to zapaliło mi lampkę, że łączenie tych kompetencji to jest przyszłość. To jest coś, z czym wszyscy musimy się na pewnym etapie zmierzyć, jeśli chcemy pozostać silni na tym rynku. EP: A chcemy. DJ: Chcemy, zawsze. EP: Dziękuję Ci bardzo za rozmowę. DJ: Również dziękuję, było mi bardzo miło. * Myślę, że powinniście teraz przewinąć ten odcinek do początku i wysłuchać go jeszcze raz, ale tym razem z kartką i długopisem. Dominik podzielił się z nami ogromną ilością wiedzy i praktycznych informacji, więc pozostaje je teraz tylko wdrożyć. A jeśli marzy się Wam praca grafika DTP, to mam dla Was niespodziankę. Dominik przygotował dla słuchaczy tego podcastu zniżkę na swoje szkolenie. Znajdziecie je na stronie podstawowy.kursprojektowania.pl, a kod zniżkowy to witaj-w-branzy – po wpisaniu kodu cena kursu spadnie aż o 20%!(Kod jest ważny do końca sierpnia 2022 roku). The post PDSK#027 Korektor i grafik – układ idealny. Rozmowa z Dominikiem Jańczakiem (podcast) appeared first on Ewa Popielarz.
undefined
Aug 1, 2022 • 40min

PDSK#026 Jak zostałam korektorką. Moja historia (podcast)

Moja historia. Kogo to interesuje? Impostor, syndrom oszusta – zwał jak zwał – siedzi mi za uchem i szepcze, żeby porzucić nagrywanie i zająć się czymś pożytecznym. Naczynia pozmywać, ciuchy wyprasować. Ma trochę racji, bo i naczynia wymagają ogarnięcia, i ciuchy wylewają się z kosza. Ale mimo wszystko – zanim do nich dotrę – opowiem Wam moją historię. Opowiem Wam, jak zostałam korektorką. W tym podcaście nie będę się koncentrować na drugiej gałęzi mojej działalności, czyli na szkoleniach. Prowadzę je od niedawna, bo od 2020 roku, no chyba żeby doliczyć do nich przekazywanie wiedzy w mediach społecznościowych, wtedy wskazówki zegara trzeba by cofnąć do roku 2016. Tak czy inaczej – historia mojej pracy jako korektorki i redaktorki zaczyna się o wiele wcześniej, bo około roku 2006. Jeśli chcecie posłuchać, jak wyglądała moja droga do zawodu korektora – zostańcie ze mną przez najbliższe mniej więcej 40 minut. Spróbuję w tym czasie zmieścić ostatnie 16 lat. Jeszcze tylko intro, tytuł odcinka – i zaczynamy! Subskrybuj: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | Inne Montaż: Kamil Dudziński Plan odcinka Wierna korekcie od samego początkuStudia edytorskiePraktyki na własną rękęPierwsza prawdziwa pracaPoczątki pracy zdalnejDlaczego (nie) wydawnictwo?Audioprzewodnik, czyli praca dla znajomychOd 1000 zł miesięcznie do pięciocyfrowych zarobków i firmy szkoleniowej Transkrypcja podcastu #026 Jak zostałam korektorką. Moja historia [w przygotowaniu] The post PDSK#026 Jak zostałam korektorką. Moja historia (podcast) appeared first on Ewa Popielarz.
undefined
Jun 1, 2022 • 37min

PDSK#025 Jak cię widzą, tak cię (o)piszą. Z dziećmi o korekcie i książkach (podcast)

Czy pytaliście kiedyś dzieci o Waszą pracę? Polecam – można się dowiedzieć ciekawych rzeczy. Przy okazji tegorocznego Dnia Dziecka przemaglowałam swoich synów i córkę, zadając im pytania o to, co robi ich mama, na czym polega praca korektora i jakie książki lubią czytać. Odpowiadali: Franciszek (lat 12), Aniela (lat 10), Antoni (lat 8) i Jaś (lat prawie 4). Rozmowy zahaczyły też między innymi o filmy Marvela, sens kupowania książek i o to, kto z rodziny potrafi najlepiej rozbujać huśtawkę. Życzę Wam dobrej zabawy przy słuchaniu tego odcinka podcastu i zachęcam do przeprowadzenia podobnej rozmowy z Waszymi dziećmi. Odpowiedzi mogą Was zaskoczyć. Subskrybuj: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | Inne Goście: Franciszek, Aniela, Antoni i Jan Montaż: Kamil Dudziński Transkrypcja: Katarzyna Bień Plan odcinka Jan (lat prawie 4) – ten, który wie, kto ukradł okularyAntoni (lat 8) – ten, który nie lubił książekAniela (lat 10) – ta, która nie chciała, by jej czytanoFranciszek (lat 12) – ten, który czytania nie poleca Źródła przywołane w odcinku Jörg Mühle, Śpij, króliczku, Dwie SiostryJulia Donaldson, Gruffalo, tłum. Michał Rusinek, TekturkaJulia Donaldson, Dziecko Gruffalo, tłum. Michał Rusinek, TekturkaChristopher Edge, Libby Hamilton, A.J. Wood, Święty Mikołaj. I ty możesz mu pomóc!, tłum. Agata Mietlicka, TekturkaKarma Wilson, Święta pana Misia, tłum. Barbara Supeł, TekturkaJulian Tuwim, Okulary, seria Klasyka Polska, WilgaJim Davis, Garfield. Tłusty koci trójpak, t. 1–12, tłum. Piotr W. Cholewa, EgmontBrandon Mull, Spirit Animals, t. 1: Zwierzoduchy, tłum. Michał Kubiak, WilgaHugh Lofting, Doktor Dolittle i jego zwierzęta, tłum. Wanda Kragen, Nasza KsięgarniaKatarzyna Gacek, Supercepcja. Początek, Znak emotikonŁukasz Wierzbicki, Dziadek i niedźwiadek, PointaJ.K. Rowling, Harry Potter… (seria), tłum. Andrzej Polkowski, Media RodzinaJ.R.R. Tolkien, Hobbit, czyli tam i z powrotem, tłum. Maria Skibniewska, IskryJ.R.R. Tolkien, Władca pierścieni. Trylogia, tłum. Maria Skibniewska, MuzaMax Brooks, Minecraft. Wyspa, tłum. Ewa Ziembińska, Muza Lucy Maud Montgomery, Ania z Zielonego Wzgórza, tłum. Paweł Beręsewicz, SkrzatYvette Żółtowska-Darska, Messi, mały chłopiec, który stał się wielkim piłkarzem, Egmont Transkrypcja podcastu #025 Jak cię widzą, tak cię (o)piszą. Z dziećmi o korekcie i książkach [w przygotowaniu] The post PDSK#025 Jak cię widzą, tak cię (o)piszą. Z dziećmi o korekcie i książkach (podcast) appeared first on Ewa Popielarz.

The AI-powered Podcast Player

Save insights by tapping your headphones, chat with episodes, discover the best highlights - and more!
App store bannerPlay store banner
Get the app