Jacek Wijaczka, historyk z UMK w Toruniu badający polowania na czarownice. Opowiada o skali procesów w XVII–XVIII w., wpływie wojen i kryzysu, roli Kościoła w tworzeniu pojęcia czarownicy. Mówi też o torturach, mechanizmach oskarżeń, pławieniu, miejscu kobiet w prześladowaniach i końcu polowań wraz ze zniesieniem tortur.
01:13:13
forum Ask episode
web_stories AI Snips
view_agenda Chapters
auto_awesome Transcript
info_circle Episode notes
insights INSIGHT
Świeckie sądy i duchowni przy rytuałach
Procesy o czary prowadziły sądy świeckie, bo Kościół unikał krwi, choć zapewniał teologiczną podstawę i brał udział w rytuałach.
Próba pławienia wymagała poświęconej wody i obecności księdza, mimo że była oficjalnie zabroniona od 1215 roku.
insights INSIGHT
Pławienie jako kontrolowana „próba”
Próba zimnej wody była sterowalna przez kata: święcona woda miała wykazać winę, ale lina trzymana przez katów decydowała o losie oskarżonej.
Kobiety rozbierano do naga i kat/pomocnik kontrolował czy toną czy nie.
insights INSIGHT
Tortury „do skutku” mimo prawa do limitu
Prawo pozwalało na trzykrotne tortury, jednak w praktyce katowano „do skutku”, bo sądzono, że diabeł pomaga ofierze wytrzymać ból.
Decyzja o zaprzestaniu tortur zależała od sędziego i jego postawy.
Get the Snipd Podcast app to discover more snips from this episode
W I Rzeczpospolitej stosy płonęły, a żeby na nie trafić wcale nie trzeba było być zapiekłym heretykiem. Wystarczyło, że zupełnie świecki sąd, w świetle ówczesnego prawa, skazał daną osobę (w zdecydowanej większości były to kobiety) za czarostwo.
A żeby zostać uznaną za czarownicę we wczesnonowożytnej Polsce, nie trzeba było wiele. Oto ktoś uważał (albo tak twierdził), że to dana osoba jest odpowiedzialna za nieszczęście: śmierć członka rodziny czy zwierząt gospodarczych, chorobę, słabe plony, jakąś katastrofę. Z oskarżeniem szło się do władz, co rozpoczynało proces. Ten zawsze wiązał się z torturami, bo do skazania konieczne było wymuszenie na rzekomej czarownicy zeznania, że weszła w pakt z diabłem. Choć prawo nakazywało, że tortury można wykonać tylko trzykrotnie (a kto je przeżyje i dalej będzie zaprzeczał, ten jest niewinny), praktyka często była inna. – W procesach o czary uważano, że diabeł pomaga czarownicom, i torturowano do skutku – opowiada prof. Jacek Wijaczka, historyk z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, specjalista od procesów czarownic na ziemiach polskich. Uniewinnienia się zdarzały, ale były to pojedyncze przypadki.
Sąd, owszem, był świecki, ale – jak wyjaśnia historyk – cała podbudowa została przygotowana przez Kościół rzymskokatolicki w średniowieczu. Od XIV wieku Kościół uznawał, że ludzie są w stanie zawrzeć pakt z diabłem i dzięki temu latać oraz czarować. Papież Jan XXII wydał wówczas dokument, w którym pozwalał inkwizytorom polować na osoby bratające się z diabłem. – To Kościół stworzył czarownice. Gdyby nie teolodzy katoliccy, to procesów o czary by nie było – wskazuje prof. Wijaczka. Ale w XVI, XVII czy XVIII wieku w czarownice wierzyli niemal wszyscy, niezależnie od wyznania – wiemy, że w czarownice mocno wierzył na przykład Marcin Luter.
Liczba procesów o czary na ziemiach polskich mocno urosła po 1660 roku, a ostatni znany ze źródeł proces odbył się w 1773 roku. Trudno oszacować, ile kobiet zginęło w tym czasie na stosach, bo dokumenty sądowe są niekompletne, ale prof. Wijaczka przyjmuje, że mogło to być do 4000 ofiar. Sądzono i skazywano też dzieci: dwunastolatki uważano wówczas za osoby dorosłe i jak najbardziej zdolne do paktowania z diabłem. W odcinku usłyszycie o zeznaniach kilku konkretnych kobiet skazanych za czary (i o tym, że diabła można też wykorzystać na posyłki), o tym, skąd brały się treści ich opowieści wymuszone torturami, czy według ówczesnych wierzeń z paktu z diabłem dało się wycofać i dlaczego tak wiele kobiet nie tonęło podczas próby zimnej wody i co miał z tym wspólnego kat lub jego pomocnik (a skoro zwracamy na to uwagę to pewnie sporo).