

Zwierciadło Podcasty
Zwierciadło
„Zwierciadło Podcasty” to rozmowy o psychologii, kulturze, wychowaniu, podróżach i dobrym życiu.
Naszymi gośćmi są znani eksperci, badacze oraz ludzie zaangażowani w promocję aktualnej i sprawdzonej wiedzy ze wszystkich tych dziedzin.
Naszymi gośćmi są znani eksperci, badacze oraz ludzie zaangażowani w promocję aktualnej i sprawdzonej wiedzy ze wszystkich tych dziedzin.
Episodes
Mentioned books

Mar 26, 2026 • 49min
„Nie pozwalamy sobie na kontakt ze sobą”. Halina Piasecka o emocjonalnym wyczerpaniu
- Zauważenie emocji i spojrzenie na nie z boku to pierwszy klucz do sukcesu - mówi psycholożka, Halina Piasecka w 20. odcinku podcastu „Ukryte piękno”. To rozmowa o uczuciach, które spychamy pod powierzchnię – i o cenie, jaką za to płacimy. Bo one nie znikają, tylko zmieniają formę.Uśmiech zamiast złości. „Wszystko OK” zamiast smutku. W tym odcinku podcastu „Ukryte piękno” Magdalena Kuszewska rozmawia z psycholożką Haliną PiaseckąEmocje, których nie było wolno czuć„Nie potrafimy nazwać emocji nawet tych podstawowych. Nie nauczono nas tego. Wręcz oczekiwano np. w dzieciństwie, że tych emocji nie będziemy okazywać” – mówi Halina Piasecka. Bo jeśli nie umiemy rozpoznać, co czujemy, to jak mamy o siebie zadbać?W wielu domach emocje były problemem do rozwiązania, a nie doświadczeniem do przeżycia. Złość była „niegrzeczna”, smutek – „przesadzony”, a lęk – „bez sensu”. W dorosłości płacimy za to wysoką cenę: napięciem, wyczerpaniem, relacjami, które nie wytrzymują ciężaru niewypowiedzianych rzeczy.Kiedy emocje wracają tylnymi drzwiamiTłumienie emocji nie działa, tzn. działa, ale tylko na chwilę. Potem wraca w ciele: bezsennością, napięciem, rozdrażnieniem. „Zarządzać emocjami, a je tłumić, to są dwie różne rzeczy” – podkreśla Piasecka.Właśnie dlatego tak ważne jest rozróżnienie: regulacja nie polega na tym, żeby „się ogarnąć”, tylko żeby zrozumieć, co się z nami dzieje. Bo – jak mówi psycholożka – „każda emocja jest jakąś informacją”. Problem zaczyna się wtedy, gdy ignorujemy te sygnały zbyt długo.Emocjonalne wyczerpanie: cichy kryzysKiedy mówimy o emocjonalnym wyczerpaniu? Wtedy, gdy już nie czujemy nic – albo czujemy wszystko naraz, ale bez kontroli. To moment, w którym organizm przestaje nadążać za napięciem. I choć często kojarzymy go z pracą, równie często zaczyna się w życiu prywatnym – od niepostawionych granic, od przemilczanych potrzeb.„Przekraczane są granice u osób, które nie wiedzą, gdzie te granice są. Sami nie wiemy, gdzie są nasze granice i jakie są nasze potrzeby” – mówi Piasecka. Dlaczego tak trudno nam być dla siebie wyrozumiałymi? Bo łatwiej jest analizować, poprawiać, oceniać – niż po prostu być ze sobą. „Najważniejsze to mieć ze sobą kontakt. Nie pozwalamy sobie na kontakt ze sobą” – zauważa psycholożka. Taka autoempatia wymaga zatrzymania. A tego dziś boimy się najbardziej. Dlatego jednym z najprostszych – i najtrudniejszych – narzędzi jest uważność na to, co czujemy tu i teraz. „Zauważenie emocji i spojrzenie na nie z boku to klucz do sukcesu”.„Regulacji emocji uczymy się od rodziców”Ukrywanie emocji przy dzieciach to temat, który w rozmowie wybrzmiewa szczególnie mocno. Bo dzieci nie uczą się tego, co mówimy – tylko tego, co robimy. - Regulacji emocji uczymy się od rodziców - podkreśla ekspertka. Jeśli dorosły ich nie nazywa, dziecko też nie będzie tego robić. Jeśli dorosły udaje, że „nic się nie stało”, dziecko uczy się, że emocje należy ukrywać. Efekt? Kolejne pokolenie ludzi, którzy czują – ale nie wiedzą co.Książka Haliny Piaseckiej „Czuję, więc jestem. Jak rozumieć i regulować emocje” (Wydawnictwo Zwierciadło) to nie poradnik z szybkimi rozwiązaniami, lecz zaproszenie do uważnego kontaktu ze sobą. Autorka pokazuje, że emocje nie są przeszkodą, ale podstawowym systemem informacji o naszym życiu – wpływają na decyzje, relacje i sposób radzenia sobie ze stresem.Piasecka łączy wiedzę psychologiczną i neurobiologiczną z praktyką codzienności. Zamiast gotowych recept proponuje zestaw narzędzi: od technik oddechowych i uważności, przez zmianę perspektywy myślenia, po prowadzenie dziennika emocji czy praktykę wdzięczności.To książka o tym, że odporność psychiczna nie polega na braku trudnych emocji, ale na zdolności powrotu do równowagi – i na odwadze, by czuć, zamiast udawać, że nic się nie dzieje.

Mar 20, 2026 • 1h 6min
„Niektórzy ludzie kłócą się tylko po to, żeby coś poczuć”. Co naprawdę konflikty mówią o parze? | „Porozmawiajmy o miłości z Pawłem Droździakiem”, odc. 3
- Jak para kłóci się o naczynia, to wcale nie kłóci się o naczynia - mówi psycholog, Paweł Droździak. Sprzeczki w związku to tylko wierzchołek góry lodowej – pod spodem pulsują lęki, potrzeby i historie, które często zaczęły się na długo przed poznaniem partnera. W trzecim odcinku podcastu „Porozmawiajmy o miłości z Pawłem Droździakiem” Agnieszki Radomskiej rozmawiamy tym, dlaczego się kłócimy, czy istnieje „dobra kłótnia” i co tak naprawdę chcemy sobie powiedzieć, gdy podnosimy głos.Nie kłócimy się o naczynia. Ani o wiadomości bez odpowiedzi. Ani o to, kto wyniesie śmieci. Konflikty, które wydają się błahe, są tylko pretekstem. Prawdziwe napięcie dotyczy czegoś znacznie głębszego: poczucia bycia nieważnym, opuszczonym, niedocenionym.W relacjach romantycznych uruchamiają się nasze najwcześniejsze doświadczenia – często nieuświadomione. Dlatego nawet najbardziej „racjonalna” rozmowa może nagle zamienić się w emocjonalną burzę. Bo nie chodzi o to, co się wydarzyło. Chodzi o to, co to wydarzenie w nas uruchomiło.Kłótnia jako dowód, że się żyje„Niektórzy ludzie kłócą się tylko po to, żeby coś poczuć. Czy jeśli nie czuję nic intensywnego, to czy ja w ogóle coś czuję. Czasem to przykrywa niepokój: czy ja w ogóle żyję, czy jestem ważny” – zauważa Droździak.W świecie, w którym często funkcjonujemy na autopilocie, konflikt bywa jedynym momentem intensywnego kontaktu – ze sobą i z drugą osobą. Kłótnia staje się wtedy paradoksalnym dowodem na to, że relacja jeszcze żyje. Nawet jeśli jest bolesna, daje poczucie bycia zauważonym. Bycia w relacji.Dlaczego rozsądek przegrywaW teorii wiemy, jak się komunikować. Znamy zasady, czytaliśmy poradniki, słuchaliśmy podcastów. A jednak w praktyce często „odpala się” coś zupełnie innego. „Nasza część refleksyjna w mózgu działa wolniej niż instynktowa” – tłumaczy ekspert. „Nasze odruchy uruchamiają się w milisekundach i chodzi o to, żeby dowiedzieć się, co je wyzwala”.To dlatego możemy – jak mówi Droździak – „kogoś absolutnie rozjechać, mówiąc jak książka”. Używać poprawnych komunikatów, a jednocześnie ranić. Bo za słowami stoi napięcie, które nie zostało nazwane.Kłótnie w erze social mediówNowym polem konfliktu stają się dziś media społecznościowe. „Bardzo często osoby, które dogadują się na żywo, kłócą się ze sobą w mediach społecznościowych” – zauważa Droździak. Dlaczego? Bo ekran daje pozorne poczucie kontroli i dystansu. Łatwiej napisać coś ostrego, trudniej zobaczyć reakcję drugiej osoby. A jednocześnie publiczność – nawet jeśli wyobrażona – podbija emocje, których wielu potrzebuje. Kłótnia przestaje być intymna. Staje się performansem.Lęk, który rządzi relacją„Jeśli mam głęboką obawę, że wszystkie moje relacje są niestabilne i się kończą, to nieistotne, jakich słów użyjemy. Ważne jest to, co jest głębiej w nas” - mówi ekspert podając klucz do zrozumienia wielu związkowych napięć. Bo jeśli w tle działa lęk przed porzuceniem, każda sytuacja może zostać zinterpretowana jako zagrożenie – nawet neutralna.Wtedy partner nie jest już partnerem. Staje się kimś, kto ma nas „uratować” – albo potwierdzić najgorsze obawy.„Chcę odszkodowania za dzieciństwo”Często w relacjach oczekujemy, że partner wypełni braki, których doświadczyliśmy kiedyś. Że naprawi to, co było trudne, bolesne, niesprawiedliwe. Problem w tym, że żadna relacja tego nie udźwignie. „Ja chcę kogoś, kto wypłaci mi odszkodowanie za moje dzieciństwo” - mówi psycholog i podaje od razu skutek takiego podejścia.Czy istnieje dobra kłótnia?Dobra kłótnia to nie taka, w której nie ma emocji. To taka, w której emocje prowadzą do zrozumienia, a nie do zniszczenia. W której zamiast „wygranej” pojawia się ciekawość: co się właśnie wydarzyło między nami? To kłótnia, po której wiemy o sobie więcej. Bo miłość to nie tylko bliskość. To także napięcie. I to, co z nim zrobimy, decyduje o tym, czy relacja przetrwa. Kłótnie nie są więc błędem systemu, tylko jego częścią. Pytanie nie brzmi: jak ich uniknąć, tylko zrozumieć.

Mar 17, 2026 • 52min
„Kobiety przechodzą na zbyt restrykcyjne diety”. Sylwia Leszczyńska o menu, które zatrzymuje czas i procesy zapalne | „Ukryte piękno”, odc. 19
- Wystarczy nie słodzić i już unikniemy przytycia kilograma rocznie - mówi dietetyczka kliniczna, Sylwia Leszczyńska w rozmowie z Magdaleną Kuszewską w podcaście „Ukryte piękno”. To nie jest kolejna „dieta cud”. To konkretne liczby, badania i proste zmiany, które – jak pokazuje praktyka – potrafią odwrócić najbardziej uciążliwe objawy menopauzy. Bo kiedy „12 tygodni stosowania diety roślinnej sprawia, że u 60% kobiet uderzenia gorąca ustępują”, trudno mówić o przypadku. W rozmowie z Sylwią Leszczyńską okazuje się, że menopauza zaczyna się… na talerzu.Uderzenia gorąca, nagły przyrost masy ciała, spadek energii – menopauza potrafi zaskoczyć nawet najbardziej świadome kobiety. Ale to nie jest moment bezradności. To moment decyzji. Bo odpowiednio dobrana dieta może realnie zmniejszyć objawy i przywrócić poczucie kontroli nad własnym ciałem.Kiedy metabolizm przyspiesza… w złą stronęNajwiększy mit? Że przybieranie na wadze to kwestia braku dyscypliny. Tymczasem – jak podkreśla Sylwia Leszczyńska – „menopauza to wydarzenie metaboliczne”. I to takie, które zmienia zasady gry.Organizm zaczyna funkcjonować inaczej: „w okresie perimenopauzy zaczynamy przybierać kilogram, dwa kilogramy rocznie”, a jednocześnie „rośnie dwu-, trzykrotnie ryzyko zespołu metabolicznego”. Do tego dochodzi spadek masy kostnej – nawet „o 2–3% rocznie”.To moment, w którym przypadkowe jedzenie przestaje działać. A zaczyna mieć znaczenie każdy wybór.Kolorowy talerz zamiast restrykcjiZamiast eliminacji i zakazów pojawia się prostsza zasada: różnorodność. „Im więcej kolorów, tym lepiej zabezpieczamy się przed niedoborami pokarmowymi” – tłumaczy Leszczyńska.To nie tylko estetyka. „Pokolorowanie talerza działa jak efekt przeciwzapalny”, co bezpośrednio przekłada się na funkcjonowanie organizmu.Ten sposób myślenia zmienia wszystko: zamiast odejmować – zaczynamy dodawać.Dieta, która realnie zmniejsza objawy menopauzyNajbardziej spektakularne są jednak efekty, które widać w badaniach. „12 tygodni stosowania diety roślinnej spowodowało, że u 60% kobiet uderzenia gorąca ustąpiły” – podkreśla ekspertka.To pokazuje, że dieta nie jest dodatkiem do leczenia. Może być jego fundamentem.Równie ważne jest wsparcie dla kości. „Łyżka maku dostarcza tyle wapnia, co szklanka jogurtu” – to przykład, jak nieoczywiste produkty mogą realnie wpływać na zdrowie.Zbyt restrykcyjne dietyParadoksalnie to nie brak kontroli, ale jej nadmiar bywa problemem. „Kobiety przechodzą na zbyt restrykcyjne diety” – zauważa Leszczyńska.Efekt? Spowolniony metabolizm, utrata masy mięśniowej i jeszcze większe trudności z utrzymaniem wagi.Dlatego zamiast zaczynać od ograniczeń, lepiej – jak radzi ekspertka – „zacząć od tego, gdzie jestem teraz”. Sprawdzić skład ciała, zrozumieć potrzeby organizmu i dopiero na tej podstawie wprowadzać zmiany.Bo celem nie jest tylko mniej kilogramów. Celem jest „zachowanie jak największej masy mięśniowej”, która decyduje o tempie metabolizmu i ogólnej sprawności.Dieta nordycka: lepsza niż trendyNie trzeba sięgać po egzotyczne produkty, by jeść zdrowo. Jak podkreśla Leszczyńska, „dieta nordycka jest odpowiednikiem diety śródziemnomorskiej” – ale lepiej dopasowanym do naszego klimatu i dostępności produktów.Ryby, kasze, warzywa korzeniowe, jagody – to nie trend, tylko powrót do podstaw, które organizm dobrze zna.Przewodnik, który porządkuje chaos„Dieta w menopauzie. Przewodnik dla każdej kobiety” to książka, która odpowiada na najważniejsze pytania pojawiające się w czasie zmian hormonalnych. Sylwia Leszczyńska, bazując na badaniach i praktyce klinicznej, pokazuje, jak dieta wpływa na objawy menopauzy i jak ją dopasować do indywidualnych potrzeb.Znajdziemy tu nie tylko wyjaśnienie mechanizmów metabolicznych, ale też konkretne wskazówki, jak komponować posiłki i budować nawyki, które wspierają zdrowie. To uporządkowana wiedza w czasie, który dla wielu kobiet bywa pełen sprzecznych informacji.

Mar 10, 2026 • 56min
„Dziewczynce nie wypada? Mnie to obeszło bokiem”. Jak Karolina Kuklińska-Kosowicz zbudowała markę i własny styl przywództwa? | „Kobiety rządzą”, odc. 3
Nie chciała być „grzeczną dziewczynką”. Nie chciała być niewidzialna. Nie chciała też udawać, że lider musi być chłodny i zdystansowany. W podcaście „Kobiety rządzą” Joanna Olekszyk rozmawia z Karoliną Kuklińską-Kosowicz, prezeską firmy kosmetycznej YOPE, o drodze do przywództwa, które nie polega na dominacji, lecz na uważności, sile relacji i odwadze zmieniania zdania. To rozmowa o siostrzeństwie, o byciu „w środku” i o współczesnej czarownicy, która wie, że rządzenie to nie pozycja — to energia. Sponsorem odcinka podcastu jest producent kosmetyków naturalnych YOPE.Ta niewidzialna ze środka„Byłam pośrodku w rodzeństwie, tą niewidzialną” — mówi Karoliną Kuklińską-Kosowicz. Środkowe dziecko. Ani pierwsze, ani najmłodsze. Bez przywileju pioniera i bez czułej taryfy ulgowej. To doświadczenie, jak przyznaje, nauczyło ją jednej rzeczy: żeby być słyszaną, trzeba nauczyć się mówić wyraźnie.Paradoksalnie jednak to właśnie relacje z rodzeństwem stały się jej największym kapitałem. „Z nikim nie jestem tak w stanie porozmawiać, jak z moim bratem czy siostrą. Z nimi mogę zadzwonić w każdej chwili. Na każdym etapie próbujemy się złapać — to jest bezcenne i czyste”.W świecie biznesu, gdzie relacje często mają termin ważności, ta bezwarunkowość jest dla niej fundamentem. Liderka, która wie, że może się oprzeć na najbliższych, rządzi inaczej. Bez lęku, bez pozorów, bez udawania.„Dziewczynce nie wypada”?„Dziewczynce nie wypada — mnie to obeszło bokiem” — mówi z uśmiechem. To zdanie brzmi jak manifest. Nie było w niej zgody na ciasne ramy. Na to, że ma być cicho, grzecznie i nie wychylać się za bardzo.Ten bunt nie był jednak krzykiem. Był konsekwencją. Karolina opowiada, że pracowała od rana do wieczora. „Brałam z pracy stylistki garściami”. Chłonęła świat estetyki, wrażliwości, detalu. Uczyła się, że marka to nie tylko produkt — to historia, emocja, rytm.To doświadczenie kreatywne stało się później jednym z filarów budowania YOPE. Bo w tej firmie design i zapach nie są dodatkiem. Są językiem.Kuklińska-Kosowicz nie ucieka od mocy. Jednocześnie nie widzi sprzeczności między siłą a czułością. „Potrafię zmieniać zdanie i nie mam z tym problemu” — dodaje. W świecie, który przez lata uczył liderów, że nie wolno się cofać, to deklaracja odwagi.Zmiana zdania nie jest słabością. Jest dowodem, że się słucha, analizuje, dojrzewa.Totalnie współczesna czarownica„Jestem totalnie współczesną czarownicą” — mówi bez ironii. I nie chodzi o kostium ani o modny feminizm z Instagrama. Chodzi o intuicję, sprawczość, o umiejętność łączenia tego, co racjonalne, z tym, co przeczute.W biznesie kosmetycznym — który z jednej strony jest twardym rynkiem, a z drugiej operuje na emocjach i zmysłach — taka podwójna wrażliwość staje się przewagą. Czarownica nie tylko zarządza. Ona czyta energię zespołu, reaguje na zmiany, wyczuwa moment.Siła kobiet„Kocham pracować z kobietami. Dają mi siłę. Są pracowite, lojalne, można na nie liczyć. W YOPE to chyba 80 proc. pracowników”.To zdanie nie brzmi jak slogan employer brandingowy. To raczej opis środowiska, które buduje. W firmie, gdzie większość zespołu stanowią kobiety, przywództwo przestaje być grą o dominację. Staje się siecią zależności, wzajemnego wsparcia, wspólnej ambicji.Kuklińska-Kosowicz nie romantyzuje kobiecej pracy. Mówi o konkretach: odpowiedzialności, konsekwencji, lojalności. W świecie, który wciąż mierzy sukces skalą wzrostu i wykresów, ona mówi też o energii, zaufaniu i sile wspólnoty.Rządzić po swojemuOdcinek „Kobiet rządzą” z Karoliną Kuklińską-Kosowicz nie jest historią o szybkim sukcesie ani o spektakularnym przełomie. To opowieść o drodze — od niewidzialnej dziewczynki do lidera, który nie boi się mówić wprost o swojej sile.

Mar 9, 2026 • 23min
„Amanda prawie się udusiła, ale zatańczyła do końca”. Małgorzata Karpiuk o kostiumach do filmu „Testament Ann Lee” | „Rzecz gustu”, odc. 8
Kostium w kinie bywa tłem. Ładnym, efektownym, czasem nawet spektakularnym — ale jednak tłem. W „Testamencie Ann Lee” kostium staje się drugim ciałem bohaterki: oddycha z nią, ogranicza ją, prowadzi, a czasem niemal ją dusi. Dosłownie. O pracy nad jednym z najbardziej wyczekiwanych filmów roku — reżyserowanym przez Monę Fastvold i nagrodzonym owacjami na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji — Karolina Liczbińska rozmawia z kostiumografką Małgorzatą Karpiuk. To rozmowa o materii, która ma wagę emocji. O sukniach cięższych niż decyzje życiowe i o tym, że dobrze skrojony kostium potrafi opowiedzieć historię równie mocno jak kamera.Jak ubrać kobietę, która ma być jednocześnie mistyczką, liderką i matką – w XVIII wieku, w filmie będącym zarazem dramatem historycznym i musicalem? To jedno z pytań, przed którymi stanęła Małgorzata Karpiuk, kostiumografka „Testamentu Ann Lee".Mistyczka, liderka, matkaAnn Lee nie jest postacią, którą można „ubrać historycznie” i uznać sprawę za zamkniętą. To bohaterka z pogranicza porządków: religijna wizjonerka, charyzmatyczna liderka wspólnoty shakerów, kobieta funkcjonująca w świecie twardych patriarchalnych zasad, a zarazem postać o niemal ascetycznej duchowości. Największym wyzwaniem było to, że jej kostium nie mógł być tylko epokowy. Musiał, jak mówi Karpiuk, opowiadać jej wewnętrzną drogę.Karpiuk wraz z zespołem zanurzyła się w ikonografii XVIII wieku: rycinach, malarstwie religijnym, portretach kobiet, zapisach codzienności wspólnot protestanckich. Ale historyczna prawda była tylko punktem wyjścia. Bo jak zdradza: film nie jest rekonstrukcją muzealną. To opowieść emocjonalna. Barokowe światło, surowa formaInspiracje płynęły ze świata malarstwa barokowego: ciężkie tkaniny, przygaszone barwy, światło wydobywające fakturę materiału. Kostiumy miały wyglądać tak, jakby wyszły z obrazów Caravaggia - pełne cienia, głębi i dramatyzmu.Ale jednocześnie estetyka shakerów narzucała prostotę i funkcjonalność. To wspólnota odrzucająca przepych. Minimalizm formy zderzył się więc z malarską zmysłowością światła i faktury.Efekt? Ubrania, które są skromne w kroju, lecz intensywne w wyrazie. Materiały o surowej strukturze. Len, wełna, grube bawełny. Tkaniny, które pracują w ruchu i łapią światło jak powierzchnia starego płótna. Bo ciężar kostiumu to ciężar decyzji, wiary i wspólnoty.Kolor jako droga duchowaKostium w „Testamencie Ann Lee” opowiada historię przemiany duchowej poprzez kolor. Paleta barw nie jest przypadkowa — prowadzi widza przez emocjonalną mapę bohaterki. Początek to mrok: przygaszone brązy, szarości, ziemiste czernie. Kolory ciężkie jak noc bez snu. Jak ciało zmęczone walką z własnymi demonami. Z czasem w kostiumach pojawia się więcej światła. Sprane błękity. Złamane biele. Delikatne, rozproszone odcienie przypominające poranne mgły. Kolor nie symbolizuje tu świętości, lecz przemianę wewnętrzną. Bohaterka nie staje się „jaśniejsza” moralnie. Staje się bardziej świadoma. Bardziej obecna.Scena na statku: piękno kontra oddechNajbardziej wymagającym momentem produkcji okazała się scena tańca na statku. Wiatr, wilgoć, zimno i ciężkie, wielowarstwowe kostiumy stworzyły mieszankę ekstremalną. Suknia Ann Lee była skonstruowana z kilku warstw grubych materiałów. Gorset mocno opinający klatkę piersiową, ciężka spódnica nasiąkająca wilgocią i sztywne elementy konstrukcyjne miały nadać sylwetce historyczną wiarygodność. Problem w tym, że ciało aktorki nie jest eksponatem muzealnym. - Amanda prawie się udusiła. Dosłownie. Gorset był tak ciasny, a scena tak intensywna fizycznie, że w pewnym momencie brakowało jej powietrza — wspomina Karpiuk.A jednak dokończyła scenę. Amanda Seyfried tańczyła do końca ujęcia, mimo wyczerpania i fizycznego dyskomfortu. Gdy kamera przestała kręcić, trzeba było ją szybko rozsznurować. Kostium ma służyć aktorowi, ale czasem aktor musi zmierzyć się z jego ograniczeniami. Najważniejsze, by wiedzieć, gdzie jest granica.

Mar 9, 2026 • 16min
„Jeśli wychodzisz z kina myśląc tylko o zdjęciach, film nie zadziałał”. Will Rexer o operatorskiej pracy przy „Testamencie Ann Lee” | „Rzecz gustu”, odc. 7
Są filmy, które się ogląda. I są takie, które się przeżywa – niemal fizycznie, jak sen, z którego trudno się obudzić. „Testament Ann Lee” w reżyserii Mony Fastvold należy do tej drugiej kategorii. Nominowany do Złotego Lwa na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji, już okrzyknięty jednym z najważniejszych filmów roku, wchodzi do polskich kin 13 marca. Zanim jednak zobaczymy na ekranie hipnotyzującą historię religijnej wizjonerki, liderki ruchu shakerów, warto zajrzeć za kulisy. O tym, jak buduje się filmowe obrazy balansujące między mistyką, cielesnością i malarską doskonałością, z Karoliną Liczbińską rozmawia operator filmu – Will Rexer. Spotkanie odbyło się podczas 33. edycji Camerimage. I była to rozmowa nie tylko o kinie, ale o snach, wierze i odpowiedzialności obrazu.Jeden z najbardziej wyczekiwanych filmów tego roku trafia do polskich kin 13 marca. „Testament Ann Lee" Mony Fastvold – nominowany do Złotego Lwa w Wenecji, obsypany entuzjastycznymi recenzjami – opowiada historię Ann Lee, założycielki XVIII-wiecznego ruchu religijnego shakerów, w którą wciela się Amanda Seyfried w roli powszechnie uznawanej za szczytowe osiągnięcie jej kariery. Zanim film pojawi się na ekranach, zapraszamy za kulisy jego powstawania. Na 33. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Camerimage operator Will Rexer zdradza Karolinie Liczbińskiej, jak powstawał wyjątkowy wizualny język produkcji. Opowiada m.in. o tym, że o przyjęciu scenariusza decydują dla niego sny – i że po pierwszej lekturze „Ann Lee" śnił intensywnie o porodach i religijnej ikonografii. Zdradza też, jak głęboko twórcy zanurzyli się w malarstwie barokowym i dlaczego film – choć pełen scen tanecznych – to jego zdaniem coś zupełnie innego niż musical.Obrazy pulsujące napięciemHistoria Ann Lee — duchowej przywódczyni religijnej wspólnoty shakerów — od początku domagała się języka wizualnego, który nie będzie tylko ilustracją epoki. Wiil Rexer wiedział, że to musi być obraz, który oddycha duchowością, ale nie wpada w estetyczną pocztówkę. Kamera miała być blisko skóry, potu i drżenia mięśni, a jednocześnie unosić się nad bohaterami jak spojrzenie kogoś, kto patrzy z innego wymiaru. - Niemal każda klatka w tym filmie oparta jest na obrazie - przyznaje operator.Nie chodzi jednak o proste cytaty z historii sztuki. To raczej wizualne „przefiltrowanie” emocji przez estetykę dawnych mistrzów.Twórcy „Testamentu Ann Lee” zanurzyli się w malarstwie barokowym tak głęboko, jakby przygotowywali wystawę w galerii sztuki, a nie filmowy plan. Inspiracje? Caravaggio i jego dramatyczne kontrasty światła i cienia. Georges de La Tour i intymność świecowego półmroku. Ciała wyłaniające się z mroku jak z innego świata. Światło nie jako technika, lecz jako metafizyka.Dlatego w filmie nie ma „ładnych” zdjęć. Są obrazy pulsujące napięciem. Twarze mokre od łez i potu. Skóra o fakturze płótna malarskiego. Naturalne światło wpadające przez okna jak znak z innego porządku. Operator unika jednak estetyzacji cierpienia. Nie interesuje go piękno samo w sobie. Interesuje go prawda emocji.- Jeśli widz wychodzi z kina i mówi: „Ale piękne zdjęcia”, to znaczy, że coś poszło nie tak. Obraz nie może być ozdobą. Ma działać podskórnie - mówi.Taniec jako doświadczenie graniczneW filmie pojawia się wiele scen tanecznych - intensywnych, zbiorowych, opartych na ruchu wspólnoty. Łatwo byłoby więc przykleić do filmu etykietę musicalu. Rexer stanowczo się temu sprzeciwia. Ruch shakerów był formą modlitwy. Ciało stawało się narzędziem duchowego uniesienia. Twórcy filmu pokazują taniec jako doświadczenie graniczne — bardziej przypominające rytuał niż choreografię sceniczną.Bo „Testament Ann Lee” nie jest filmem religijnym w tradycyjnym sensie. To opowieść o charyzmie, wspólnocie i niebezpiecznej sile idei. O tym, jak duchowość potrafi wyzwalać i zniewalać jednocześnie.

Feb 26, 2026 • 37min
„Pary tańczące tango można spotkać na ulicy”. O końcu świata, który uzależnia | „Rzecz gustu”, odc. 6
Chile i Argentyna nie są kierunkami budżetowymi. To podróżnicza liga mistrzów – wymagająca, kosztowna, czasem logistycznie absurdalna. Ale w szóstym odcinku podcastu „Rzecz gustu” Max Cegielski rozmawia z Mariuszem Lewickim z Logos Tour o miejscach, które redefiniują pojęcie krajobrazu: od najsuchszego miejsca na Ziemi po lodowiec, który… rośnie. To opowieść o końcu świata, gdzie naprawdę zaczyna się podróż. Sponsorem podcastu jest biuro turystyki ZNP Logos Tour, organizator wycieczek na siedem kontynentów.Chile: kraj wąski, ale długi jak marzenie„Chile jest to kraj wąski, ale bardzo długi, dlatego różnorodny” – mówi Mariusz Lewicki. I trudno o lepsze wprowadzenie. Na mapie wygląda jak przypadkowa kreska przyklejona do zachodniego wybrzeża Ameryki Południowej. W rzeczywistości to geograficzny rollercoaster.Na północy pustynia Atakama – najsuchsze miejsce na Ziemi, gdzie deszcz bywa wydarzeniem pokoleniowym. Na południu Patagonia, gdzie wiatr potrafi przewrócić dorosłego człowieka, a przestrzeń wydaje się nie mieć końca.To właśnie tu znajduje się Torres del Paine – park narodowy, który Lewicki bez wahania nazywa jednym z cudów Ameryki Południowej. Granitowe wieże, turkusowe jeziora, lodowce zsuwające się powoli w doliny. I co ważne: można go zobaczyć zarówno podczas wymagającego trekkingu, jak i… z okna autobusu.Wyspa Wielkanocna: izolacja totalnaJeśli jednak istnieje miejsce, które elektryzuje podróżników najbardziej, to jest nim Wyspa Wielkanocna.„To jedno z najbardziej odizolowanych miejsc na świecie” – podkreśla Lewicki. I rzeczywiście: do najbliższego zamieszkałego lądu są tysiące kilometrów. Ciepły, przyjemny klimat. Cisza. „Mamy wrażenie spokojnego końca świata”.Tu podróż przestaje być checklistą atrakcji, a zaczyna być doświadczeniem samotności w najbardziej spektakularnym wydaniu.Argentyna zaczyna się od loduPo drugiej stronie Andów czeka Argentyna – kraj, który potrafi zaskoczyć nawet tych, którzy widzieli już wszystko. Jednym z jego największych fenomenów jest Perito Moreno.Dlaczego niezwykły? Bo w czasach, gdy większość lodowców się cofa, ten… rośnie. Jego czoło pęka z hukiem przypominającym wystrzał armatni, a ogromne bryły lodu wpadają do wody z siłą, której nie odda żadne nagranie.To spektakl natury, który odbywa się bez publiczności – chyba że przyjedziesz tu specjalnie.Ziemia Ognista i pingwinyNa samym dole mapy znajduje się Ziemia Ognista – legendarna kraina, która przez wieki była synonimem końca świata. Jej sercem jest Ushuaia, najdalej na południe położone miasto globu.Tu można zobaczyć pingwiny w ich naturalnym środowisku, patrząc na ocean, który prowadzi już tylko na Antarktydę.Buenos Aires: tango zamiast punktów orientacyjnychA potem nagle wszystko się zmienia. Z dzikiej przyrody trafiamy do Buenos Aires – miasta, które pulsuje energią.„Pary tańczące tango można spotkać na ulicy” – mówi Lewicki. I to nie jest metafora. Tango nie jest tu folklorem dla turystów, tylko językiem codzienności.Bo nie ma Argentyny bez tanga. Tak jak nie ma jej bez steków, czerwonego wina i późnych kolacji, które zaczynają się wtedy, gdy w Europie wszyscy już śpią.Chile i Argentyna są drogie – to prawda. Ale w tej części „Rzeczy gustu” Max Cegielski i Mariusz Lewicki przekonują, że są też bezkonkurencyjne. Bo kiedy stoisz między lodowcem a oceanem, na pustyni albo na końcu świata – cena przestaje być najważniejszym argumentem.Liczy się to, że naprawdę tam jesteś.Sponsorem podcastu jest biuro turystyki ZNP Logos Tour, organizator wycieczek na siedem kontynentów.

Feb 25, 2026 • 1h 3min
„Starym kluczem nie otworzysz nowych drzwi”. Dr Monika Czerska o stresie, złamanym sercu i mózgu, który potrzebuje zmiany | „Jak zdrowie”, odc. 13
– „Bardzo często słyszę od pacjentów: nie wiem, co mi jest, ale nie czuję się komfortowo w swoim ciele” – mówi dr n. med. Monika Czerska w najnowszym odcinku podcastu „Jak zdrowie”. I choć wyniki badań mieszczą się w normach, puls bije książkowo, a rezonans magnetyczny nie wykazuje żadnych uchwytnych zmian, coś wyraźnie przestaje się zgadzać. Coraz więcej osób doświadcza bowiem stanu, który trudno uchwycić w parametrach laboratoryjnych: permanentnego napięcia, zmęczenia, rozdrażnienia, poczucia życia „nie do końca w swoim ciele”. Rozmawiamy o tym, dlaczego medycyna przyszłości nie będzie już tylko zachodnia ani wschodnia, jak rozpoznać stres zapisany w tkankach i co zrobić, gdy dosłownie – a nie metaforycznie – pęka nam serce. Sponsorem podcastu z dr Moniką Czerską jest wydawnictwo Wielka Litera wydawca książki „Cztery Komnaty. Klucz do życia w równowadze"Przyzwyczailiśmy się myśleć o zdrowiu w liczbach. Ciśnienie tętnicze, poziom glukozy, CRP – jeśli mieszczą się w referencyjnych zakresach, uznajemy, że organizm funkcjonuje prawidłowo. Tymczasem – jak podkreśla neurolożka, dr n. med. Monika Czerska – istnieje ogromna przestrzeń pomiędzy kliniczną normą a realnym dobrostanem, której współczesna medycyna często nie obejmuje swoim językiem. – Możemy zbadać puls ilościowo, ale w medycynie chińskiej liczy się też jakość pulsu – tłumaczy.„Sami siebie oszukujemy, mówiąc, że jest okej”Ta jakościowa perspektywa zakłada, że ciało nie tylko reaguje na chorobę, ale także na emocje, napięcia i przeciążenia, które przez lata pozostają nierozpoznane. To dlatego – jak mówi lekarka – „sami siebie oszukujemy, mówiąc, że jest okej”, bo skoro wyniki nie wykazują odchyleń, trudno przyznać, że chroniczne zmęczenie, bezsenność czy napięciowe bóle karku są czymś więcej niż „gorszym dniem”.A przecież – jak zauważa – „czas przyspieszył, nie mamy czasu na bylejakość”. Także w trosce o zdrowie.Jednym z najbardziej wyrazistych przykładów przenikania emocji do fizjologii jest tzw. choroba złamanego serca. Nie jako metafora literacka, lecz jako jednostka chorobowa rozpoznawana m.in. w Japonii. – „W Japonii choroba złamanego serca funkcjonuje jako jednostka chorobowa. W medycynie chińskiej istnieje nawet punkt złamanych serc” – mówi dr Czerska.Silny stres emocjonalny może prowadzić do zaburzeń pracy mięśnia sercowego, zmian hormonalnych i reakcji zapalnych w organizmie. Innymi słowy: smutek, strata czy przewlekłe napięcie nie zatrzymują się na poziomie psychiki, lecz znajdują swój wyraz w biologii.Dlatego – jak podkreśla – moment kryzysu nie zawsze powinien być natychmiast „naprawiany”. – Czasem trzeba się rozsypać na kawałki, żeby to do kupy znowu zebrać. Czasami trzeba sobie popłakać i zrobić dzień przerwy życiowej - dodaje.W świecie, który premiuje odporność i produktywność, taka zgoda na zatrzymanie bywa pierwszym realnym krokiem w stronę regeneracji.Zdrowie ma więcej niż jedną komnatęPerspektywę tę dr Czerska rozwija w swojej książce „Cztery komnaty. Klucz do życia w równowadze”, proponując, by o zdrowiu myśleć nie jako o braku choroby, lecz jako o dynamicznej równowadze pomiędzy kilkoma obszarami życia. Organizm nie funkcjonuje bowiem w izolacji od emocji, relacji czy poczucia sensu – przeciwnie, to właśnie napięcia w tych sferach często poprzedzają fizyczne objawy choroby. Jeśli przez lata ignorujemy przeciążenie, konflikty czy wewnętrzne sprzeczności, ciało w końcu zaczyna mówić własnym językiem.– „Jeśli nie jesteś do czegoś przekonana, zwizualizuj” – zachęca lekarka, wskazując, że zmiana nawyków zdrowotnych zaczyna się często od zmiany sposobu myślenia o sobie i własnych potrzebach.Ciężar niewidzialnych emocjiSzczególnie wyraźnie mechanizm ten widać u kobiet, które – jak zauważa dr Czerska – są socjalizowane do przeżywania i podtrzymywania określonych emocji. – My kobiety rozgaszczamy się w uczuciach: wstydu i poczucia winy. Pozwalamy sobie czuć, zamiast się w nich taplać - wyjaśnia ekspertka.

Feb 19, 2026 • 1h 1min
„To jak zasobny jest parter widzimy po kilku minutach”. Co mówi nam o człowieku jego stosunek do pieniędzy? | „Porozmawiajmy o miłości z Pawłem Droździakiem”, odc. 2
- Czy jesteśmy parą przegrywów i co to znaczy? Czy byłabym przegrywem także bez ciebie, bo grzebiesz mój potencjał? - takie pytania zadajemy sobie często w związkach, ale do siebie, po cichu, bo finanse to wciąż, jak seks, temat tabu. W 2. odcinku podcastu „Porozmawiajmy o miłości z Pawłem Droździakiem” Agnieszki Radomskiej rozmawiamy o tym, co oznaczają w związku kłótnie o pieniądze, bo nie zawsze chodzi w nich o pieniądze.Dlaczego w związkach tak często kłócimy się o pieniądze – nawet wtedy, gdy wcale nie chodzi o pieniądze? Czy relacja może się rozpaść nie z powodu zdrady, braku uczuć czy różnicy charakterów, ale dlatego, że partnerzy nie potrafią dogadać się w kwestii finansów? W drugim odcinku podcastu Zwierciadła „Porozmawiajmy o miłości z Pawłem Droździakiem”, prowadzonego przez Agnieszkę Radomską, rozmowa schodzi na temat, który dla wielu par okazuje się bardziej drażliwy niż seks czy wierność.Bo o pieniądze – jak się okazuje – kłócimy się niemal od pierwszego spotkania.Pierwsza randka i pierwsze napięcieZanim pojawią się wspólne rachunki, kredyty czy decyzje o budżecie domowym, napięcie wokół pieniędzy zaczyna się dużo wcześniej. Jak zauważa psycholog, Paweł Droździak, już na początku znajomości idziemy razem na kawę – i niemal natychmiast pojawia się pytanie: kto za nią płaci?Ten moment, choć z pozoru błahy, często odsłania więcej, niż chcielibyśmy pokazać. Stosunek do pieniędzy w relacji intymnej mówi bowiem coś zupełnie innego niż nasz ogólny stosunek do finansów. Inaczej zarządzamy pieniędzmi w pracy czy w pojedynkę, a inaczej wtedy, gdy stają się one elementem bliskości, zależności i wzajemnych oczekiwań.Droździak podkreśla, że zasobność partnera widzimy niemal od razu, po kilku minutach kontaktu – nie tylko w tym, co ma na koncie, ale w tym, jak mówi o pracy, aspiracjach, bezpieczeństwie czy ryzyku.Jedna z kluczowych tez rozmowy brzmi: kiedy ludzie kłócą się o pieniądze, najczęściej nie kłócą się o pieniądze. Spór o wydatki, wkład finansowy czy styl życia bardzo szybko zamienia się w pytania znacznie głębsze i bardziej bolesne:Czy jestem osobą, z którą warto być – także ze względu na koszty?Czy jesteśmy parą przegrywów?Czy bez ciebie radziłabym sobie lepiej – czy to ty grzebiesz mój potencjał?Pieniądze stają się w takich sytuacjach językiem, którym opowiadamy o wartości, ambicji i sprawczości. O tym, ile jesteśmy warci – nie tylko na rynku pracy, ale także w oczach partnera.„Tyle jest mnie, ile jest pożytku ze mnie”Dlaczego tak trudno rozmawiać o finansach w związku? Zdaniem Droździaka wiele osób wynosi z domu doświadczenie, że ich wartość zależy od użyteczności. Że „tyle jest mnie, ile jest pożytku ze mnie”.W dorosłym życiu przekłada się to na relacyjne lęki: czy jestem wystarczająco produktywny, zaradny, dochodowy, by zasługiwać na miłość? A jeśli zarabiam mniej – czy oznacza to, że wnoszę do relacji mniej jako człowiek?Czy „po równo” znaczy lepiej?Współczesne związki często próbują organizować się wokół idei równości finansowej. Po połowie za czynsz, po połowie za wakacje, po połowie za rachunki. Ale czy symetria naprawdę rozwiązuje problem?Droździak zwraca uwagę na obecność w relacji czegoś, co nazywa „bytami obecnymi w pokoju”. To pieniądze, które jedna osoba mogłaby zarobić – gdyby nie druga. Niewykorzystane szanse, przerwane kariery, kompromisy zawodowe. To wszystko, co nie wydarzyło się dlatego, że jesteśmy razem.Wtedy rachunek przestaje być matematyczny. Zaczyna dotyczyć strat, poświęceń i niespełnionych możliwości.Drugi odcinek „Porozmawiajmy o miłości” nie oferuje prostych instrukcji. Zamiast tego pokazuje, że rozmowa o pieniądzach w związku jest zawsze rozmową o czymś więcej: o lęku przed byciem niewystarczającym, o ambicjach, o poczuciu wartości i o tym, czy nasza relacja pozwala nam rozkwitnąć – czy raczej ogranicza.Bo czasem pytanie „ile zarabiasz?” oznacza tak naprawdę: czy przy tobie mogę stać się kimś więcej – czy kimś mniej?

Feb 18, 2026 • 40min
„Jak pozbędziesz się traumy, znajdziesz miejsce na coś nowego” Tomasz Karolak o byciu samym ze sobą | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 13
- Wierzę w duchowość, w energię i są na to naukowe podwaliny, jak choćby fizyka kwantowa i teoria splątanych cząstek. Jaźń człowieka jest poza polem, poza ciałem - mówi Tomasz Karolak w drugiej części rozmowy Beaty Biały w podcaście „Mężczyzna jest człowiekiem”. To opowieść o tym, co dzieje się po zejściu ze sceny. Kiedy milkną oklaski, a człowiek zostaje sam ze sobą – bez roli, bez maski, bez publiczności. Aktor mówi o miłości jako codziennym wyborze, o traumie, która zajmuje miejsce na nowe życie, i o duchowości, która nie musi już być wstydliwym dodatkiem do racjonalnego świata. Kiedy kończą się brawa „Lubię, biją brawa, to się kończy i jesteś dalej sam. Sam ze sobą” – mówi Tomasz Karolak. To zdanie brzmi jak brutalne podsumowanie życia w świetle reflektorów. Bo brawa są jak zastrzyk: podnoszą, wzmacniają, dodają sensu. Ale działają krótko. A potem wracasz do domu i nikt nie klaszcze. W tej rozmowie Karolak opowiada o uzależnieniu od uznania. O potrzebie bycia widzianym. I o tym, jak łatwo pomylić aplauz z bliskością. Publiczność cię kocha – ale nie zna. Partnerka cię zna – ale nie zawsze klaszcze. I właśnie wtedy zaczyna się prawdziwa praca. Miłość to decyzja, nie uniesienie „Miłość jest codziennie rano wyborem” – mówi Karolak. Nie romantycznym porywem, nie nagłym olśnieniem, lecz decyzją: zostaję. Rozmawiam. Nie uciekam. Nawet kiedy jest trudno, nudno albo zwyczajnie. To miłość odarta z instagramowego filtra. Miłość jako praktyka. Bo – jak dodaje aktor – „miłość nieokazywana nie istnieje”. Można ją czuć, można o niej myśleć, można ją deklarować. Ale jeśli nie ma gestu, słowa, obecności – znika. W świecie, który celebruje intensywność, Karolak mówi o konsekwencji. O codziennym byciu obok. O telefonie wykonanym mimo zmęczenia. O rozmowie, na którą nie ma się siły, ale znajduje się czas. Rezygnacja z miłością Jednym z ważniejszych odniesień w życiu aktora jest Mistrz Eckhart. „Jeżeli rezygnujesz z czegoś z miłością, to będzie ci to wynagrodzone z królewską hojnością” – przywołuje jego słowa Karolak. Rezygnacja w tym ujęciu nie jest porażką. Jest przestrzenią. Miejscem, które robi się puste po to, by mogło się wypełnić czymś nowym. Problem w tym – zauważa – że większość z nas rezygnuje ze złością. Z poczuciem straty. Z żalem.A wtedy nic się nie wynagradza. Trauma zajmuje miejsce „Jak pozbędziesz się traumy, znajdzie się miejsce na coś na nowo” – mówi Karolak. To zdanie jest jak instrukcja dojrzałości emocjonalnej. Bo trauma nie znika sama. Ona siedzi. Zajmuje przestrzeń. I nie dopuszcza niczego nowego. Dopóki jej nie zobaczymy, nie nazwiemy, nie przepracujemy – nie ma gdzie wstawić miłości. Ani spokoju. Ani relacji, która nie będzie powtórką starego scenariusza. Karolak mówi o tym bez terapeutycznego żargonu. Raczej jak ktoś, kto sam sprawdził, że przeszłość nie mija – tylko zmienia formę. I że czasem największym aktem odwagi jest powiedzenie: potrzebuję pomocy. Duchowość bez ironii W pewnym momencie rozmowa skręca w stronę, która jeszcze kilka lat temu mogłaby uchodzić za ryzykowną. „Wierzę w duchowość, w energię i są na to naukowe podwaliny, jak choćby fizyka kwantowa i teoria splątanych cząstek. Jaźń człowieka jest poza polem, poza ciałem” – mówi Karolak. To deklaracja, która nie próbuje się już tłumaczyć. Ani racjonalizować. Raczej łączyć: naukę z doświadczeniem, materię z przeżyciem. Aktor nie stawia się w roli guru. Mówi raczej o intuicji. O przeczuciu, że człowiek nie kończy się na skórze. I że może właśnie dlatego tak bardzo potrzebuje innych. Druga część rozmowy Beaty Biały z Tomaszem Karolakiem to opowieść o życiu po oklaskach. O miłości, która nie przychodzi sama. O traumie, która musi ustąpić miejsca. I o tym, że nawet jeśli brawa cichną – rozmowa może trwać.


